Rolnik wie jak jest

Czy resztę Polaków tak przestraszyły dwie dekady systemowego bezrobocia, w efekcie których każda praca za każdą płacę jest dobra i „byle jej nie zabrali” absolutnie nie wolno protestować – czy jak chcieliby inni zdemoralizowały nas zasiłki (bo „należy się za nic nierobienie”) – w sumie wychodzi na to samo. Grunt, że kumulacja obu postaw podnosi brwi oglądającym rolnicze protesty: „przecież mają na życie z dopłat i jeszcze ładne traktory to o co może im chodzić???” Przecież reszta narodu (może za wyjątkiem 3 mln na Zachodzie i kilku procent elit polityczno-biznesowych) właśnie tak żyje i po rękach by całowała, że aż tyle się udało w naszym marszu do wolności!

Jak nas Unia i rząd utrzymują

Liczba nawarstwionych kłamstw i fałszów, jakimi „miastowych” podpuszcza się przeciw producentom rolnym nie ma końca, dotyka bowiem samej istoty polskiej gospodarki – a mianowicie jej fikcyjności, oderwania od narodowych interesów (czy jak kto woli – od potrzeb tutejszych konsumentów), a więc i niewielkiej podatności na mechanizmy rynkowe postrzegane w skali jednego państwa, czy nawet całej Unii Europejskiej. Pomińmy już litościwie rzeczy banalne – że rolnik rok pracuje, inwestuje i wydaje – a zarabia raz, przy czym ten moment zwrotu nakładów jest współcześnie silnie uzależniony od kwestii pozaekonomicznych – od polityki (także zagranicznej), a także spekulacji  i to skalę nieznaną innym gałęziom gospodarki. Czy któryś z hipsterskich, gwiazdorskich krytyków akcji rolniczych faktycznie chciałby brać pensję raz na 12 miesięcy, przy czym nigdy z góry nie znać jej wysokości i czy na pewno umiałby się oprzeć przed jej przehulaniem, zastępującym inwestycje, bez których rolnictwo po prostu nie istnieje? To są jednak oczywistości, wieczna wiara miastowych, że mleko i jajko jest ze sklepu, chleb z rumuńskiej mrożonki, a chłop śpi i jemu rośnie.

Wykorzystując ten podstawowy dysonans poznawczy – obudowuje się go nowymi „argumentami”. Oto „chłop dostaje od Unii”. Dostaje? I powtarzają to często bezmyślnie te same osoby, które w ramach „wykorzystywania unijnych funduszy” gotowe są rano kopać rowy, a wieczorem je zakopywać – bo to przecież napędzające gospodarkę przedsięwzięcia unijne, podczas gdy rolnik swoje pieniądze z pewnością dostaje w prezencie, kupując za nie te idiotycznie wielkie traktory, w których najważniejsze są radia i klimatyzacja i które nie wiadomo właściwie do czego służą. Tymczasem producenci rolni, podobnie jak i np. wytwórcy żywności wiedzą bodaj najlepiej, że UE nie oznacza bynajmniej rozdawnictwa wolnych pieniędzy, tylko nakaz wydawania ich na spełnianie szeregu wymogów, które bez brukselskich biurokratów nigdy by nam przecież nie zawróciły głowy. Innymi słowy – miastowy cieszy się, że zarobi 800 zł brutto przy organizacji szkolenia, z którego skorzysta co najwyżej skorzysta ten, co za 120 zł dostarczy na nie pączki. „Cicho, głupia Unia płaci, wiemy, że to pic, ważne, że pieniądz jest w ruchu!” – tak od 10 lat wygląda polska gospodarka i jej unijna kroplówka. Tymczasem rolnik wie, że pieniądze, które „dostaje” będzie musiał wydać tak, że koszt oferowanego produktu osiągnie poziom niekonkurencyjny dla starej UE, a więc nie zarobi – co najwyżej do czasu przetrwa. Teraz zaś protestuje – bo czas ten wydaje się dobiegać końca.

To tak jak z tymi nieszczęsnymi traktorami – kupionymi od zachodnich firm, za pieniądze z kredytów w zachodnich bankach. Rolnik znakomicie orientuje się jaka jest cena kredytu, jaka odpowiedzialność i ciężar się z nim wiąże – i że stanowi zarobek dla udzielającego, nie biorącego, podczas gdy ta podstawowa przecież w bankowości prawda wciąż z trudem przebija się do świadomości Polaków. Ci bowiem uważają bliźniego z kredytem – za nagle i podejrzanie wzbogaconego. Chłop myśli inaczej zwłaszcza, że już raz w latach 90-tych został złapany w pułapkę kredytową, kiedy to arbitralnie i dosłownie z dnia na dzień oprocentowanie zobowiązań rolniczych wzrosło do nawet 700 proc. wartości wziętych kredytów. W ciągu ostatniej dekadzie – starając się dopasować do trudnych warunków gospodarowania w ramach WPR i wspólnego rynku, producenci rolno-spożywczy faktycznie starali się dokonywać modernizacji, dosprzętowienia, komasacji gruntów itd. – i z przerażeniem, widzą, że znowu są w sytuacji sprzed lat 20, choć przecież nie kupowali perkusji i wczasów w Bułgarii.

To wyśta są ekspert, panocku…?

Miastowego (opozycyjnego) polityka poznaje się dziś na wsi po tym, że wprawdzie może już umie odróżnić łowcarka od łowiecki, ale jedyne co poza tym umie wykrztusić o problemach rolnictwa, to pomstowanie na zróżnicowanie w wysokości dopłat dla rolników polskich i starounijnych. Tymczasem jest to grzech pierworodny UE, utrwalony u zarania rozszerzenia Wspólnot, powielany w Kopenhadze, Nicei, w Lizbonie, w kolejnych wersjach WPR. Rolnik słysząc te tyrady Kaczyńskiego, Dorna, Ziobry czy innych może nie wzrusza ramionami, ale słucha obojętnie, bo to tak, jakby narzekać, że zimy u nas marne i cytrusy słabo dojrzewają. To się już stało. Poza tym politycy III RP nic o sytuacji na wsi nie wiedzą, nie rozpoznają jaka jest aktualne położenie branży mlecznej, jaka opłacalność produkcji żywca, co się dzieje z produkcją zbóż. Słowem – sądzą, że jakoś tam będzie, tak jak w reszcie gospodarki. Stąd protesty rolnicze okazał się tak dużym zaskoczeniem zarówno dla rządzących, jak i dla establishmentowej opozycji. To naprawdę jest dla nich wszystkich inny świat.

I znowu zaś – rolnik widzi więcej nie dlatego, że jest mądrzejszy od miastowego, tylko że ziemia to konkret, pogoda to konkret, świnia i krowa też są konkretne do bólu i naprawdę trudno zajmując się nimi zachować jakieś resztki uwagi dla dymu i luster, z których buduje się przedstawienia dla reszty społeczeństwa. Producenci wiedzą więc, że dopłaty w żaden sposób nie rozwiązują problemów rolnictwa, nie tylko dlatego, że są niższe niż na Zachodzie, ale także dlatego, że będą w istocie coraz niższe (ze względu na zróżnicowanie) i trudniej dostępne, a ich otrzymywanie będzie w nowym okresie uzależnione od spełnienia szeregu kryteriów ograniczających dochodowość, jak np. zazielenianie (porównywane do historycznej trójpolówki i wyłączania części gospodarstw spod upraw). Na rentę socjalną trzeba więc będzie zasłużyć większą pokorą, większą uległością i większym uzależnieniem od rentodawcy – a na to rolnicy nie chcą się zgodzić, w przeciwieństwie do zatrudnionych w innych sektorach gospodarki, którzy jednak byli na o tyle słabszych pozycjach, że przecież przeważnie nie byli właścicielami swych warsztatów pracy. Rolnik zależny być nie chce – i broni się przed tym. Pieniądze bierze, skoro dają, ale powtarza, że wolałaby je zarabiać na zdrowszych zasadach – byle bez dyktowanych mu ograniczeń i pozaekonomicznych kosztów.

Chłop się Ruskich nie boi

Mieszaniec miasta wie, że koniec końców – i tak wszystko złe na tym świecie jest winą Ruskich, którzy są rodzajem dopustu bożego na ziemi. Rolnik wie, że Rosja to nie gradobicie, a więc jeśli są kłopoty w stosunkach z nią – to ktoś na tej ziemi za nie odpowiada, a na pewno powinien umieć sytuację naprawić. Człowiek konkretny i racjonalny do bólu, niczym widły do gnoju nie może przyjąć argumentacji „co tam jakiś handelek, ważna strategia!” – bo setki lat pamięci genetycznej i przekonanie, że jak na targu – tak w sumie jest na całym świecie – tezie tej zaprzecza, bo przecież właśnie ten „handelek”, konkretne korzyści i straty są istotą każdej poważnej strategii. Reszta zaś – to tylko dym i lustra. Producenci rolni są obecnie największą zorganizowaną grupą społeczną, która konsekwentnie domaga się normalizacji stosunków z Federacją Rosyjską (tak jak wcześniej widzieli perspektywiczne rynki współpracy także na Białorusi, a nawet w Kazachstanie). Rolnicy twardo żądają zaprzestania awanturniczej polityki III RP na Ukrainie, powstrzymania finansowania wojny i ekonomicznego – po prostu ekonomicznego podejścia do relacji tak z tym państwem, jak i pozostałymi naszymi wschodnimi sąsiadami. Tym samym jednak powodują jeszcze większą furię warstwy rządzącej III RP. Nie tylko bowiem nie przyjmują do wiadomości obowiązującej już w reszcie kraju formuły „dostajesz do ręki tysiąc, dwa, a za szczególne zasługi nawet trzy tysiące złotych – to zamknij mordę!”, ale jeszcze w dodatku ośmielają się mieszać do tak niedostępnej słabym mózgom tubylczym kwestii, jak polityka zagraniczna i sojusze! To tylko wzmaga hejt i pragnienie jak najszybszego zdezawuowania chłopskiego protestu.

Zaskoczyli polityków

Protesty chłopskie zaskoczyły rządzących także z tego powodu, że rolnik to trochę jak wędkarz. O ile nigdy nie wiadomo ile ryb naprawdę złowił ten drugi – to z tym pierwszym też miastowemu trudno zgadnąć, czy rzeczywiście mu tak źle, czy tylko tak gada, na wszelki wypadek (wszak powszechnie wiadomo, że nie ma dobrej pogody do uprawy roli – zawsze jest albo za zimno, albo za ciepło, albo za sucho, albo za mokro…). Kiedy więc na szosy wyjeżdżają traktory – to politycy i ci zadowoleni z III RP od razu czują się urażeni „my się tak nie bawimy, wcale nie uprzedzaliście, znaczy nie myśleliśmy, że wy tak na poważnie!”. Fakt, że moment wyczuła organizacja, w której żadna partia establishmentowa nie ma swych znaczących czujek, czyli OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych – tylko pogłębił frustrację i dezorientację.

Wbrew nazwie OPZZRiOR nie jest częścią „pracowniczego” OPZZ, nie może zostać łatwo zaszufladkowane jako „post-komuna”, zresztą przeczy temu też oczywisty fakt – jak każdy autentyczny protest społeczny, obecne blokady organizuje pokolenie 30-40 latków, czyli to, które nie tylko za PRL-u czytało komiksy, ale to – któremu się chce, które jest aktywne, chce inwestować, zarabiać i którego miejscy przedstawiciele już wyjechali, pozbawiając rządzących III RP części kłopotów. Dalej – koniunktury nie wyczuło PiS i jego wiejska ekspozytura, czyli Solidarność RI, której liderzy na czele z senatorem PiS Jerzym Chróścikowskim od lat odcinają kupony od swej rzekomej niezłomnej opozycyjności i niezłomnej wali o prawa wsi (o czym namiętnie opowiadają w Radiu Maryja) – i którzy żyją spokojnie z budżetowych dotacji, zasiadają w radach nadzorczych firm z szerokiego folwarku resortu rolnictwa i agencji rolnych a w Brukseli, na posiedzeniach COPA-COGECA i spotkaniach z DG AGRI nawet nie zająkną się o sprawach, o których bajają w kraju. Wreszcie protest wsi z opóźnieniem próbowały przejąć i zneutralizować jaczejki PSL – czyli Kółka Rolnicze, Izby Rolnicze oraz branżowe związki producenckie. Cały dowcip polega jednak na tym, że w rzeczywistości na wsi nie ma żadnych realnych związków zawodowych – a faktyczną reprezentacją interesów rolniczych staje się to środowisko, które je w danym momencie najlepiej wyczuje. Tak niegdyś powstała Samoobrona – i tak swoje pięć minut stara się wykorzystać Sławomir Izdebski, który z lekceważonego gracza spoza puli objętej budżetowym finansowaniem (zrzeszone w COPA-COGECA: KRIR, KZRKiOR, Federacja Branżowych Związków Producentów Rolnych, Solidarność RI, Samoobrona i najbardziej w tym gronie opozycyjny ZZR „Ojczyzna” uzupełnione o Narodowe Centrum Młodych Rolników) – nagle niemal zgarnął pulę ze stołu.

Co zabawne, twórcą sukcesów OPZRRiOR jest sam Marek Sawicki, który swym prymitywizmem, zachowawczością, arogancją – ale przede wszystkim całkowitą biernością wobec brukselskiej kontroli nad naszą gospodarką w końcu chłopów wkurzył. Ponadto zaś sam im podsunął pomysł na skuteczną organizację, do znudzenia pomiatając związkowcami uwagami „to ile w końcu grup producenckich zorganizowaliście?!”. Powtarzał to tak długo, aż faktycznie podstawą zreorganizowanego Porozumienia stały się niezadowolone z polityki rządu grupy producenckie – mięsne, mleczne, zbożowe, a ministrowi Sawickiemu gwałtownie zabrakło nawet jego dotychczasowych francowatych „argumentów”.

Rozwiązanie polityczne?

Oczywiście, rolnicy nie są w Polsce ani siłą rewolucyjną, ani antyrządową. Przeciwnie, chłopi wiedzą, że nawet po najtrudniejszej licytacji i rozgrywce – jakiegoś robra jednak trzeba zrobić. Jeśli nie zawrą satysfakcjonującego ich porozumienia do końca marca, kiedy będą musieli wrócić na pola – rozejrzą się za rozwiązaniem politycznym, co wcale nie musi dla rządzących być rozwiązaniem lepszym. O ile bowiem dotąd wobec wybranych grup czy punktów zapalnych stosowano taktykę parodii późnego Gierka – czyli ustępstw pokrywanych opowieściami o zwycięstwach rządu, o tyle zasadą pozostaje podtrzymywanie atomizacji Polaków. Nie udało się napuścić ich na wszystkich górników – to chociaż wykorzystajmy starą bajeczkę o nadmiernym uzwiązkowieniu. Również większość „odpowiedzi” rządowych na postulaty rolnicze ma się do nich nijak, ma tylko drażnić i prowokować pozawiejską część społeczeństwa. Do tego dochodzi polityczna infantylność Polaków, w związku z którą protesty mają być niezauważalne, politycy mają się nie kłócić, a w ogóle, to każdy jest wolny i panem swego losu i nic nie powinno mu utrudniać celebrowania własnej biedy i upodlenia. Paradoksalnie – żyjąc i zachowując się jak niewolnicy coraz bardziej pieścimy swą niewolę, oburzając się tylko, gdy komuś ten stan się nie podoba i daje temu wyraz. A tymczasem ten wkurzający rolnik na traktorze, za którym dziwnym trafem jedzie akurat tysiąc matek spieszących do lekarza (skarżących się następnie na każdym dostępnym forum internetowym) i ten ewidentny chuligan udający górnika – to bodaj ostatnie przypadki autentycznego zdrowego rozsądku, wolności i dążenia do normalności, jakie jeszcze ostały się w naszym ogłupiałym kraju.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *