Rotmistrz, honor, Inka

Awantura wokół zeznań Pileckiego podczas przesłuchań na UB, obciążających współpracowników rotmistrza – to niestety smutne pokłosie wykorzystywania życiorysu tej postaci we współczesnej kampanii anachronicznego „antykomunizmu”. Nawet bez artykułu w „Polityce”, kolejna rocznica urodzin Witolda Pileckiego i marsze jego imienia przechodzące przez kolejne polskie miasta skłaniają do smutnej refleksji. Walka o przywrócenie rotmistrza społecznej świadomości została właściwie wygrana (nie tyczyła się zresztą przeciw komuś czy czemuś, jak się dziś niektórym wydaje, ale właśnie o poszerzenie wiedzy historycznej ogółu). Doszło jednak do pewnego zadziwiającego wykrzywienia pamięci o Pileckim. Wydaje się, że bardziej jest on dziś fetowany jako ofiara zbrodni stalinowskiej, niż jako bohaterski konspirator z Auschwitz. A jest to – łagodnie mówiąc – nieporozumienie i pomieszanie pojęć, z całym szacunkiem dla tragicznej śmierci rotmistrza i z pełnym zrozumieniem dla błędu, jaki popełnił w toku przesłuchań u Różańskiego.

Powtórzmy – obciążające współpracowników zeznania złożone w śledztwie przez Pileckiego nie były ani nieznane badaczom, ani tym bardziej sfałszowane. Przeciwnie – wątek ten przewijał się już w materiałach i opracowaniach poświęconych rotmistrzowi. Co najwyżej sugerowano, by go nie eksponować – przede wszystkim ze względu na fakt, że Pilecki miał sypać zawierzywszy słowu honoru Różańskiego, że jego ludzi nie spotkają represje. W lipcu 2012 r. popularny blogger Coryllus pisał np.: „Wychowanie to oferta. Nie możemy mieć dla młodzieży oferty, która zawierać się będzie w zadaniu: najpierw pracujcie i żyjcie dla kraju w poczuciu obowiązku, a potem dajcie się oszukać i zamordować jakiemuś Różańskiemu, bo tego wymaga  to samo dobro kraju dla którego pracowaliście. Taka oferta nie spotka się z zainteresowaniem, a jeśli już to bardzo powierzchownym (…) Opowiadając młodzieży o tym jak Różański oszukał Pileckiego bo dał mu słowo honoru, a przecież honoru nie miał, nie czynimy dobrze. Czynimy źle, albowiem w świecie praktycznych wyborów w jakimś się sami dziś znajdujemy, oddajemy tą opowieścią cześć Różańskiemu właśnie, a nie Pileckiemu”. Innymi słowy panowała obawa, że „nadmiernie wyeksponowana” prawda z jednej strony zmąci kryształowy wizerunek bohatera, z drugiej zaś – że cała ta historia może doprowadzić słuchających do wniosku, że wobec wroga należy być cwaniakiem, a nie rycerzem bez skazy i zmazy hołdującym nieco archaicznym zasadom. Spora część obecnego oburzenia wywodzi się z podobnego rozumowania, wg zasady „ciszej nad tą trumną”. Legenda Pileckiego miała uczyć niezłomności a fakt, że jej bohater niezłomnym się nie okazał – czy to ulegając złudzeniom, czy torturom – rozbija nagle narrację jego czcicielom.

Tymczasem w ten sposób padają oni po prostu ofiarami dokonanej przez siebie zmiany w rozkładzie akcentów opowieści o Pileckim. W obowiązującej wersji miał on stanowić koronny dowód na znak równości między okupacją niemiecką a Polską Ludową. Ba, eksploatowane sformułowanie, że przy śledztwie ubeckim „Oświęcim to była igraszka” miało być ostatecznym dowodem na to, że komuna był stokroć gorsza od komór gazowych. Na takim obrazie Pileckiego-antykomunisty nie mogła pojawić się żadna rysa, a cytowane w śledztwie zeznania, czy standardowy w treści (może za wyjątkiem powołania się na obszerność i prawdziwych złożonych wyjaśnień) wniosek o łaskę – mocno zaburzają pomnikową narrację współczesnych „Wyklętych”. Oto bowiem w świetle swych zeznań, Pilecki jawi się jako człowiek tyleż szlachetny, co naiwny, nie w pełni zdający sobie sprawę do czego został użyty w powojennej rzeczywistości przez swych londyńskich mocodawców. Działalność szpiegowska w komunistycznej Polsce była bowiem nie tylko samobójstwem, ale też niczego naszemu narodowi nie przynosiła, niepotrzebnie tylko narażając kadry pozostałe po Polskim Państwie Podziemnym. Pilecki zresztą poniekąd zdawał sobie chyba sprawę z rosnącego dysonansu między swoją sytuacją w kraju, a postępującą alienacją emigracji – dlatego mimo namów na Zachód nie wyjechał. Faktycznie też nie stanowił dla władzy komunistycznej większego zagrożenia, a więc rację ma kol. red. Jan Engelgard pisząc, iż „przecież niewiele brakowało, żeby Pilecki stał się lojalnym obywatelem PRL – durna żydo-komuna mordowała ludzi, którzy nie stanowili żadnego zagrożenia dla państwa (vide gen. Nil)”. Analogia z gen. Fieldorfem jest zresztą o tyle trafna, że mimo różnic losów i dokonywanych wyborów – szef Kedywu został również wciągnięty na sztandary „Wyklętych” bez większego związku ze swym życiorysem, a wyłącznie dlatego, że go czerwoni zabili.

Niestety, „dla tej odmiany patriotyzmu wyłącznie martwy bohater jest dobry” – gorzko punktuje red. Engelgard i rzecz jasna w tym też ma rację. Fieldorf czy Pilecki są ważni bardziej jako trupy, ofiary prześladowań komunistycznych, niż osoby z własnym dorobkiem życiowym i historycznym. Ba, może się wydawać nawet, że dokonania rotmistrza w Auschwitz bladną wobec dramatycznego końca jego życia. Jaki więc był sens przypominania tej postaci, pamięta ktoś jeszcze? Wszak Pilecki miał być dowodem na to jak wielką wagę Polskie Państwo Podziemne przykładało do zagadnienia ludobójstwa dokonywanego przez Niemców – także tego na Żydach. Przede wszystkim jednak stanowił żywy przykład, że nie tylko przedstawiciele tej ostatniej nacji cierpieli w Auschwitz, a przeciwnie, podobna gehenna była udziałem naszego narodu. No tak, ale wówczas trzeba by przypominać o czymś tak dziś passe, jak wojna z Niemcami – a nie tylko czcić „powstanie antysowieckie”, które zajmuje obecnie całą przestrzeń polityki historycznej obozu pseudo-patriotycznego i pseudo-narodowego. Ba, wspominając o konspiracji współzakładanej przez Pileckiego w Auschwitz, Związku Organizacji Wojskowej – jeszcze nie daj Bóg trzeba by przypomnieć, że ściśle współpracowała ona z Grupą Bojową Oświęcim, w której ścisłym kierownictwie znajdowali się m.in. żołnierz ZWZ, a następnie polityk PPR i PZPR Tadeusz Hołuj oraz młody działacz socjalistyczny – Józef Cyrankiewicz, ps. „Rota”, przyszły premier PRL. Po scaleniu obu organizacji był on zresztą jednym z następców Pileckiego na czele obozowego ruchu oporu.

Takich zamilczeń i niekonsekwencji doczekał się pan rotmistrz od swych niewydarzonych obrońców więcej. Swoją drogą prof. Romanowski ma wiele racji, gdy nieco zgryźliwie wytyka Instytutowi Pamięci Narodowej wybiórcze podejście do archiwalnych zasobów bezpieki. Jedna ich część bowiem traktowana jest jak prawda objawiona nie wymagająca interpretacji i opracowania – a jedynie mająca wywołać jednoznaczne potępienie. Druga zaś – nagle staje się krępująca, niejasna, niemożliwa do podania bez gwiazdek, skrótów i przypisów, a w ogóle kwalifikująca się najbardziej do schowania, żeby nie rysować pomników. Tymczasem skrót IPN wciąż jeszcze nie ma oznaczać ani Instytut Pomników Narodowych, ani Narodowych Potępień.

I na koniec jeszcze dwa dopowiedzenia. Po pierwsze wbrew legendzie (tej nieco prawdziwszej) – Różański o dziwo dotrzymał danego Pileckiemu słowa i nawet ci konspiratorzy aresztowani na podstawie wyznań rotmistrza, którzy zostali skazani na śmierć – uzyskali łaskę od Bieruta. Po drugie zaś – „Wyklęci” zaskakują także taką niekonsekwencją: oto bowiem ich bohaterką niemal zaraz po Pileckim – pozostaje „Inka”, niespełna 18-letnia Danuta Siedzikówna. Ta sama, której honor nie pozwolił sypać, ani prosić o łaskę dla siebie, bo wolała pochwalić się babci, że „zachowała się jak trzeba”. Nie chodzi o to która z tych dwóch osób postąpiła „lepiej”, która jest większym bohaterem. Przeciwnie, tak bohaterski życiorys Pilecki, jak i krótkie, a dramatyczne życie „Inki” świadczą jedynie jak wielowymiarowe były wybory, przed którymi stawali Polacy w trakcie i po wojnie. I jak prymitywnie niesłuszne jest uśrednianie ich wszystkich do (skądinąd niebrzydkich) stadionowych dekoracji, przy jednoczesnych nieudolnych próbach ukrywania faktów niewygodnych dla kultu „spiżowych pomników”. Pamiętajmy bowiem, że legendy obronią się same, ale tylko prawda nas wyzwoli.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Rotmistrz, honor, Inka”

  1. “Powtórzmy – obciążające współpracowników zeznania złożone w śledztwie przez Pileckiego nie były ani nieznane badaczom, ani tym bardziej sfałszowane. Przeciwnie – wątek ten przewijał się już w materiałach i opracowaniach poświęconych rotmistrzowi”. Panie Redaktorze, czy mogę prosić o podanie bibliografii nt. procesu Pileckiego, w której można znaleźć informację o jego denuncjatorskiej działalności w stosunku do kolegów z ówczesnego podziemia?

  2. A któreś opracowanie, np. biograficzne, kwestionowało fakt złożenie przez Pileckiego w śledztwie zeznań obciążających współpracowników? Nawet popularna produkcja Sceny Faktu Teatru Telewizji, szczypatielnie oparta o materiały IPN, tego fragmentu życiorysu rotmistrza nie ukrywała.

  3. Ależ Panie Redaktorze, proszę tego nie traktować mojej wypowiedzi jako jakiejś napastliwości – chciałbym po prostu poznać bibliografię, w której znajdę informację na ten temat. Zwyczajnie nigdy nie interesowałem się biografią Rotmistrza, a wątek wydaje się ciekawy. Pytanie pozostaje w mocy. Pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *