Rozmowy małżeńskie Wielomskich: Sojusz ekstremów po Wielkim Resecie

Magdalena Ziętek-Wielomska: Czy świat po Wielkim Resecie to rzeczywiście komuna 2.0? Wbrew temu co się propaguje na polskiej prawicy, mamy do czynienia z triumfem kapitalizmu, przepoczwarzonego w „kapitalizm inkluzywny”.

Jest to forma zdominowana przez wielkie, ponadnarodowe korporacje, które w ścisłym sojuszu z biurokracją – czy to państwową, czy też instytucji ponadnarodowych – sprawują władzę coraz bardziej totalną. Strategia właścicieli tychże korporacji wskazuje na to, że bardzo starannie Marksa przeczytali i z tej lektury wyciągnęli wnioski. Otóż Marks przewidywał, że kapitalizm będzie dążył do monopolizacji rynku – co też dzieje się na naszych oczach – i że żądza zysku kapitalistów będzie tak wielka, że wynagrodzenia będą utrzymywać na najniższym poziomie, czyli takim, który będzie zaledwie umożliwiał reprodukcję biologiczną robotników. Robotnicy nie będą mieli wtedy dosłownie nic do stracenia i obalą kapitalistów. A ponieważ kapitał będzie już mocno zinternacjonalizowany, rewolucja także będzie miała internacjonalistyczny charakter. Okazało się jednak, że kapitaliści nie są takimi samobójcami, za jakich Marks ich uważał. Zrozumieli, że ludowi coś tam „sypnąć” trzeba, żeby jednak miał coś do stracenia i pilnował tego co ma i po prostu siedział cicho. Stąd też kapitaliści wspierają pewną agendę socjalną, tak by lud chciał dokładnie tego, co jest kapitalistom na rękę. Stąd też nie dziwi, że większość intelektualistów lewicowych jest po prostu na pasku wielkiego, międzynarodowego kapitału.

Adam Wielomski: Dziękuję Ci za doskonałe wprowadzenie do mojej najnowszej książki „Sojusz ekstremów w epoce globalizacji. Jak neoliberałowie i neomarksiści budują nam nowy świat”. Nie ukrywam, że praca ta stanowi polemiką z, bardzo popularną w Polsce, tezą, że światem zachodnim rządzą dziś „marksiści” lub „neomarksiści”, uczniowie Marksa i Spinelliego. Celem mojej książki jest wykazanie, że współcześni marksiści całkowicie zdają sobie sprawę z upadku ideologii komunistycznej w obliczu triumfującego neoliberalizmu, czyli zdegenerowanej formy liberalizmu w którym władzę nad światem przejęły wielkie kosmopolityczne korporacje. Świadomi, że kapitaliści odrobili lekcję z rewolucji Lenina 1917 roku i przemyśleli raz jeszcze Marksa, masowo przeszli na żołd wielkiego kapitału. A dlaczego tenże wielki kapitał tak chętnie ich kupił? Lewicowi intelektualiści, posługujący się językiem Marksa, w pewnych aspektach są dlań użyteczni. Neoliberałowie i neomarksiści mają wspólne cele: likwidację narodów i państw narodowych, a także będącej ich podstawą klasy średniej. Wspólnie są za globalizacją i za likwidacją drobnej i średniej przedsiębiorczości. Neoliberałowie chcą cały świat poddać władzy korporacji. Neomarksiści głoszą, że jest to warunek konieczny przyszłej rewolucji, acz sami w nią już nie wierzą, co dokładnie analizuję w mojej pracy.

Książkę prof. Adama Wielomskiego „Sojusz ekstremów w epoce globalizacji. Jak neoliberałowie i neomarksiści budują nam nowy świat” (Fundacja Pro vita bona, Warszawa 2021) można kupić na stronie internetowej fundacji provitabona.pl

Myśl Polska, nr 39-40 (25.09-3.10.2021)

Facebook

47 thoughts on “Rozmowy małżeńskie Wielomskich: Sojusz ekstremów po Wielkim Resecie”

  1. Problem z kosmopolitycznym kapitalizmem wynika w dużej mierze z tego, że różne kraje prezentują w danym momencie różny stopień rozwoju. Otwarcie granic dla kapitału prowadzi właśnie do powstania mega-korporacji. Co innego, gdy państwa prezentują podobny poziom rozwoju – gdyby Europa Zachodnia handlowała między sobą, demoludy – między sobą, zaś trzeci świat kisiłby się we własnym sosie, to skala wspomnianych zjawisk nie byłaby aż tak drastyczna. A tak, mamy co mamy – deindustrializacja i bezrobocie w wielu państwach zachodnich, przepływy migrantów, kolonizacja trzeciego świata przez zachodni kapitał.

    1. Zgodnie z tym co twierdzi pilaster, jest to w pełni uzasadnione. W państwach bogatych jest dużo niższa stopa zwrotu z inwestycji, przez co działający tam biznes jest dużo bardziej kapryśny w odpowiedzi na niedoskonałości systemu ekonomiczno-politycznego. To by tłumaczyło, dlaczego w państwach o niskim pkb pc, nawet ograniczona wolność gospodarcza jest w stanie wygenerować stosunkowo szybki rozwój. Początkowo, Związek Radziecki wyciskał pokaźne roczne przyrosty zamożności. Jednak, im głębiej w las, tym więcej drzew. Po zaliczeniu przejścia od gospodarki industrialnej do usługowej, tempo wzrostu ZSRR mocno wyhamowało – w porównaniu z Zachodem. Obecnie pewne prawidłowości widać nawet w państwach biednych i skorumpowanych. Tam biznes jest skory do inwestowania nawet wtedy, gdy istnieje spore ryzyko, gówniane prawo i korupcja. Po prostu zwroty z inwestycji są tak duże, że mimo tych mankamentów – opłaca się tam inwestować.

  2. Oczywiście wyjaśnienia dlaczego korporacje chciałyby likwidacji klasy średniej – największego rynku zbytu na swoje produkty – nie ma.

    Przypomina też pilaster, że monopolizacja gospodarki może zachodzić tylko w gospodarce, albo maltuzjańskiej, feudalnej, o wysokich stopach procentowych, albo w bardzo wysokim stopniu zbiurokratyzowanej i zetatyzowanej. W tym pierwszym przypadku trudno jest zebrać kapitał, aby przekroczyć barierę wejścia na rynek opanowany przez monopolistę. W tym drugim przepisy i biurokracja mogą stopniowo podwyższać barierę wejścia w miarę akumulacji kapitału i spadku stóp procentowych.

    W gospodarce wolnorynkowej i kapitalistycznej (czyli takiej która przeszła już przez rewolucję przemysłową – obecnie większość krajów na świecie poza Afryką) monopol jest na dłuższą metę niemożliwy nawet teoretycznie.

    Teza Marksa o wpychaniu klasy robotnicej w nędzę jest kompletnie absurdalna. W miarę rozwoju gospodarki kapitalistycznej, pryrost naturalny jest (inaczej niż w feudalizmie) w sposób trwały, strukturalny, niższy od wzrostu gospodarczego. A w gospodarce postindustialnej, przyrost naturalny w ogóle spada do zera, niezależnie od wzrostu PKB.

    W rezultacie produkcja per capita, znów inaczej niż w maltuzjanizmie, nieustannie rośnie i tak samo nieustannie rośnie popyt na pracę i płace pracowników. Dlatego w ogóle po wejściu w fazę rewolucji przemysłowej istnieje trwale ajwisko substytucji pracy kapitałem, odkrycia i wynalazki sypią się jak grad, i nieustannie opłaca się zastępować coraz droższych robotników maszynami, co jednak daje efekty tylko chwilowe, bo później zawsze znowu wzrasta produkt na głowę i pracowników znowu braku.

    Kapitaliści (dysponenci kapitału) nie podnoszą płac pracownikom z łaski, litości, wyrzutów sumienia, diabelskich kalkulacji, i innych mrocznych popędów i zapędów. Podnoszą płace bo inaczej pracownicy przejdą do innego kapitalisty. Popyt na pracę trwale, (choć nieregularnie) przewyższa podaż.

    1. „Oczywiście wyjaśnienia dlaczego korporacje chciałyby likwidacji klasy średniej – największego rynku zbytu na swoje produkty – nie ma.” – już pod innym tekstem zwracałem Panu uwagę na pewną kwestię – mianowicie, że największy rynek zbytu na swoje produkty i usługi wielkie korporacje mają obecnie w klasie niższej, która jest zupełnie inna niż klasa niższa 20-30 lat temu. A klasa średnia chce zbyt wiele swobody i nie jest atrakcyjna, bo potrafi myśleć a nie tylko pędzić w wyścigu szczurów. Co wielkim korporacjom po Kowalskim z klasy średniej, który ma np. samochód i jeździ gdzie chce, gdy można mieć Nowaka z klasy niższej, który będzie jeździł uberem, iTaxi czy innym wynajętym środkiem, do którego już teraz wrzucana jest masa reklam profilowanych w samej aplikacji, a niedługo będą pewnie wrzucane także do pojazdów (szczególnie autonomicznych)? Podobnie z nieruchomościami – te sprzedaje się tylko raz a korporacje/banki bardzo lubią mieć ciągły dostęp gotówki. Usunięcie klasy średniej solidnie im to ułatwi. Nota bene idiotyczne ruchy PiS z dodatkami do kredytów bardzo w tej materii pomogą.

      1. Skoro klasa niższa ma mieć tak dużą siłę nabywczą, to nie jest to już klasa niższa, tylko właśnie średnia. Podziały międzyklasowe nie przebiegają wg ilości posiadanych nieruchomości, tylko wg wysokości rozporządzalnego dochodu. Korelacja między tymi dwoma oczywiście istnieje, ale nie jest bynajmniej prosta ani liniowa. Właściciel 10 ha na podlaskiej wsi to nie jest ta sama klasa co właściciel 10 ha w centrum Wrocławia.

        Z punktu widzenia korporacji im bardziej społeczeństwo jest zamożne, tym lepiej. Akurat dokładnie na odwrót niż z punktu widzenia nacjonalistów, czy komunistów i dlatego zarówno jedni jak i drudzy prowadzą nieustającą nagonkę na „korporacje”

        A decyzja czy lepiej jest kupić czy wynająć jest bardzo skomplikowana i zależna od wielu czynników ekonomicznych. Dla kogoś, kto na nartach jeździ 2-3 tygodnie w roku kupowanie i trzymanie w domu cały rok tego sprzętu nie ma najmniejszego sensu. Co innego dla kogoś, kto mieszka w górach i jest instruktorem narciarskim.

        Co do nieruchomości to w warunkach gospodarki wonorynkowej, wartość nieruchmości wynosi W=a/r, gdzie a to średni roczny zysk z nieruchomości (po odliczeniu wszystkich możliwych kosztów), a r to stopa procentowa. Im zatem niższe r tym mniej opłaca się nabywać nieruchomość na własność, a bardziej wynajmować. Przy r = 10% nabycie nieruchomości zwróci się po 10 latach. Przy r = 1%, po …100.

        Dla ruchomości (np samochodów) model jest nieco bardziej skomplikowany, bo musi uwzględnić średni dalszy spodziewany czas użytkowania samochodu t

        W = a/r*(1-exp(-r*t))

        ale ogólnie mechanizm jest ten sam

        Dlatego wielu ekonomistów prognozuje właśnie, że przy niskich stopach procentowych, nastąpi zmierzch własności. Jako naturalny proces ekonomiczny, a nie narzucony odgórnie zakaz.

        1. (…)Właściciel 10 ha na podlaskiej wsi to nie jest ta sama klasa co właściciel 10 ha w centrum Wrocławia.(…)
          10 ha. centrum miasta? To musi być jakiś mafioso…

        2. Ale tutaj w ogóle nie chodzi o to, co Pan mylnie rozpatruje, czyli o „tak dużą siłę nabywczą”. Chodzi o siłę nabywczą wystarczającą do tego, aby duża grupa (w zasadzie największa) była „dawcą” kapitału. Powinniśmy też bardziej precyzyjnie rozpatrywać podział, bowiem trójstopniowy jest niewystarczający. Czy Kowalski zarabiający 6 tysięcy na rękę i wynajmujący mieszkanie za 2 to klasa średnia? Nie. Szczególnie w porównaniu do kogoś, kto zarabia 15 tysięcy na rękę i ma nieruchomość na własność. Ale Kowalskiego stać na o wiele więcej niż Nowaka, który zarabia 2500 na rękę i mieszka w mieszkaniu po babci a obydwaj są w klasie niższej. Stąd w obrębie tych klas również są trzy stopnie. Korporacjom będzie bardzo na rękę, aby tych z klasy średniej niższej i średniej średniej, których jest bardzo dużo, wrzucić do worka klasy niższej wyższej. Bo kwestia tych klas to nie tylko kwestia zarobków, tylko właśnie kwestia pewnej swobody, jaką można dysponować dzięki temu, co się zarabia i ma. I na przykład tacy ludzie, którzy maja własną nieruchomość, samochód i oszczędności, jednocześnie mający gdzieś ten chory wyścig szczurów, są bardzo niewygodni dla korporacji, bo nie można na nich zarobić. A to jest klasa średnia i w tej klasie jest bardzo dużo takich ludzi.

          Pisze Pan, że z punktu widzenia korporacji im bardziej społeczeństwo jest zamożne, tym lepiej. I jest to nieprawdą. Z punktu widzenia korporacji im większą grupę ludzi stać na ich produkty/usługi tym lepiej. A to wcale nie oznacza wzrostu zamożności rozumianej tak, jak my to jeszcze rozumiemy. Doskonale to widać nawet po tym przykładzie z wynajmem nart (trafił Pan nieco w moje „klimaty” ;)) – jeśli Pan uważa, że jeżdżąc 2-3 tygodnie w roku nie opłaca się trzymanie sprzętu narciarskiego, to proszę porównać to do zakupu średniej klasy nart i butów i porównać jak szybko ten zakup i trzymanie w domu się zamortyzuje w porównaniu do wynajmu. Podpowiem – naprawdę solidne nowe narty Fischera kupi się z wiązaniami za 800-900 zł, nowe buty (Head, Salomon) to koszt 400 zł. 1200-1300 zł i mamy cały komplet. Wynajem takiego sprzętu na 3 tygodnie to koszt rzędu 700-750 zł na obrzeżach Zakopanego. W centrum to jest już 900 zł. Sprawa jest więc oczywista – dla producenta nart bardziej opłacalne byłoby otwarcie tylko punktów wynajmu ich produktu niż punktów sprzedaży. Na jednym produkcie zarobią w ciągu 3 miesięcy sezonu nie jednorazowe 1200-1300 zł a ponad 2 razy więcej. I wcale nie musi to być oparte na modelu takim, że bardziej zamożni przyjadą i wezmą narty na pełne 3 tygodnie, bo takich osób zawsze będzie mniej niż tych, którzy przyjadą na 3-5 dni i wynajmą sprzęt, zapełniając cały sezon tak krótkimi cyklami. Widać jak na dłoni, że tu chodzi o „masówkę” a nie żaden wzrost zamożności. Korporacja mająca na celu mnożenie zysków doskonale widzi, że tych biedniejszych jest więcej, więc bardziej opłaca się nawet obniżenie jakości ale zapełnienie tego rynku. Świetnie to rozumie np. H&M, który potrafi sprzedawać swoje bluzki czy sukienki za 15-20 zł. Do tego coraz bardziej żeruje się na za przeproszeniem gówniarskim podejściu młodego pokolenia do życia – dla tych ludzi mieszkanie czy auto to uciążliwy obowiązek, co jest wręcz śmieszne.

          Jeśli chodzi o wynajem nieruchomości – cudowne wzory, które zwykłemu człowiekowi niczego nie dają, bo nie uwzględniają elementarnego wskaźnika – ludzkiej wygody. Kowalski nie siedzi raz na kwartał z kalkulatorem i nie oblicza czy aby nie opłacałoby mu się bardziej sprzedać mieszkanie i pójść na jakiś czas na wynajem. Nowak nie oblicza czy może w tym momencie lepiej wziąć kredyt i zrezygnować z wynajmu. Tym bardziej żaden z nich nie rozmyśla o tym mając na względzie wykorzystanie gotówki. Bo obie te osoby nie zamierzają co np. 3-4 lata się przeprowadzać przez fakt na opłacalność. Ten wzór odpowiada tylko i wyłącznie za wskazanie pewnej tendencji opłacalności i faktycznie może być tak, że w momencie pęknięcia kolejnej sztucznej bańki mieszkaniowej przy tak nierealnych obecnych stopach procentowych, w pewnym momencie rynek się zapcha, stopy wzrosną a właścicielami niespłaconych nieruchomości staną się banki i korporacje. I wtedy zarówno Kowalski jak i Nowak będą mieli guzik do powiedzenia, bo banki i korporacje mając tak dużą ilość nieruchomości będą kreowały rynek zakupu i tym samym faktycznie mało kogo będzie stać na taki luksus. Tylko czy o taki model opłacalności wynajmu nam chodzi? No niezbyt.

          Z samochodami również sprawa jest podobna. Obecny mariaż lobbystów korporacyjnych z państwowym interwencjonizmem doprowadził do tego, że od przyszłego roku zwykła Skoda z salonu będzie o wiele droższa, bo wchodzą do podstawowego wyposażenia drogie komponenty narzucane przez UE. Takim właśnie cudem coraz częściej słyszę, że ludziom w miastach bardziej opłaca się żonglowanie aplikacjami typu uber, iTaxi itp. i jeżdżenie czymś na podobieństwo taksówek niż posiadanie własnego samochodu. Co trwale przywiąże ludzi do nieuchronnego – korzystania z samochodów, które będą własnością tych, których na to będzie stać, czyli korporacji.

          To, o czym Pan pisze, to nie jest zmierzch własności. To jest zmierzch POWSZECHNEJ własności. A to jest zasadnicza różnica. I jasne, jest to naturalny proces ekonomiczny w takim systemie, w jakim żyjemy. Ci z dużym kapitałem są władni kreować rzeczywistość tak, aby mieli jeszcze większy kapitał a zwykli ludzie mają guzik do powiedzenia. Właśnie dlatego konserwatyści zwracają uwagę, że ten proces jest niebezpieczny i dobrze byłoby go zahamować. Bo w przeciwieństwie do fanatyków wolnego rynku, konserwatyści wiedzą, że przyszłość wcale nie będzie oazą wolności człowieka, tylko systemem zależności i przywiązań większości ludzi do tego, co im zaoferują korporacje. Konserwatyści mają też świadomość, że nie ma i nie będzie żadnego „modelowego” wolnego rynku – jest ten zepsuty, brudny, w którym reguły gry nie wynikają tylko z teorii Misesa, Rothbarda czy Friedmana. Pewne elementy są dostosowywane do tego, co akurat odpowiada tym, którzy dysponują odpowiednio dużym budżetem. Nie wiem jak Pan, ale mnie robi się niedobrze na myśl, że będzie jeszcze więcej lemingów, dla których pojechanie własnym autem na piknik do lasu z rodziną będzie melodią przeszłości.

          1. Ludzie którzy mają własny samochód dom i oszczędnosci, muszą ten dom i samochód utrzymywać, regularnie naprawiać, serwisować, etc… Tym samochodem gdzieś jeżdzą, np do …marketu po zakupy, czyli ponoszą koszty. Dlatego posiadanie majątku wcale nie zwalnia od wydawania pieniędzy, przeciwnie. Im większy ktoś ma majątek, tym więcej wydaje. Dlatego właśnie ta zależność jest taka prosta. Im bogatsze społeczeństwo, tym więcej konsumuje, tym większe są zyski korporacji. Dla korporacji jest oczywiście korzystne kiedy biedni się bogacą (a z punktu widzenia władzy to jest właśnie szkodliwe), ale też kiedy bogaci się klasa średnia. Im większa liczb bogatych konsumentów tym lepiej. Mło kto bogaci się dla idei. Praktycznie wszyscy bogacą sie dla konsumpcji.

            Korporacja produkująca sprzęt narciarski sprzedaje go tylko raz. Wszystko jedno, czy kupi go osoba prywatna, czy wypożyczalnia. Koszty prowadzenia wypożyczalni (niemałe – magazyny – (całoroczne!!!), serwis, obsługa) Marcin Sułkowski oczywiście pomija milczeniem.

            Teza, że ludzie nie kalkulują sobie co im się bardziej opłaca i na co wydać swoje pieniądze ( w domyśle – musi to za nich zrobić Władza, bo inaczej się pogubią i wydadzą je niewłaściwie – z punktu widzenia Władzy) jest po prostu śmieszna. Co najwyżej można się zgodzić że nie kalkulują świadomie. Nawet mrówki zachowują się tak, jakby rzeczywiście rozwiązywały sobie macierze teorii gier. A co dopiero ludzie. Wynajmowanie mieszkania zamiast kupowania go na własność to też może być kwestia wygody, łatwiej wtedy np. przeprowadzić się do innego miasta, czy kraju, jeżeli trafi się tam lepsza praca, etc…

            Im niższe stopy procentowe tym dłuższy okres zwrotu zainwestownego kapitału. Żeby powstrzymać odwrót od własności (zresztą po co?) trzeba zapewnić wysoki poziom stóp procentowych. A to zależy od poziomu nasycenia kapitalem. Czyli trzeba doprowadzić do masowego zubożenia ludności. 🙁

            1. Przecież nigdzie nie napisałem, że ludzie posiadający majątek nie ponoszą kosztów. Oczywiście, że ponoszą. Tyle tylko, że wydają raczej mniej na te sektory, na które ostrzy sobie zęby wielki kapitał. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że wynajmowałem mieszkanie a od jakiegoś czasu mieszkam „na swoim” i mogę miarodajnie porównać koszty. Utrzymanie domu kosztuje mnie o wiele mniej niż wynajem małego mieszkania. Dlatego wcale nie jest tak, że mając większy majątek wydaję więcej. Próg wejścia jest większy, ale ja wcale nie będę rok w rok naprawiał domu – jak coś jest zrobione przyzwoicie, to nie ma takiej potrzeby. Mając więcej również wcale więcej nie konsumuję – to jest kwestia podejścia do gospodarowania budżetem i Pana ogólnikowe i subiektywne stwierdzenie odbijam swoim ogólnikowym i subiektywnym – ludzie, którzy coś posiadają, bardziej szanują pieniądz i nie wydają na pierdoły, które serwuje im konsumpcjonizm korporacyjny.

              „Korporacja produkująca sprzęt narciarski sprzedaje go tylko raz. Wszystko jedno, czy kupi go osoba prywatna, czy wypożyczalnia. Koszty prowadzenia wypożyczalni (niemałe – magazyny – (całoroczne!!!), serwis, obsługa) Marcin Sułkowski oczywiście pomija milczeniem.” – dlatego wyraźnie pisałem, że korporacjom byłoby na rękę otwarcie tylko punktów wynajmu – ich własnych punktów. I wtedy zarabiają wiele razy na jednym produkcie. Było logiczne, że inny scenariusz nie ma sensu, bo jest porównywaniem takiego samego z takim samym. Magazyny i serwis to w przypadku wypożyczalni nart śmieszny koszt – skoro posiadający swoje własne narty Kowalski płaci za serwis u kogoś raz do roku 50 złotych, to dla wypożyczalni ten koszt będzie o wiele mniejszy. Większy będzie tylko koszt magazynowania, natomiast nadal jest to koszt stosunkowo niewielki – sprzęt zajmuje mało miejsca, łatwo go skompresować i nie trzeba zapewniać mu wyjątkowych warunków. To nie chłodnia na wołowinę kobe 😉 i warto dodać, że skoro teraz zwykłe wypożyczalnie nie mają problemu ze zwrotem tych wszystkich kosztów i zarobkiem, to jest oczywiste, że producent posiadający sieć takich wypożyczalni również by nie miał.

              Nigdzie nie było żadnego „w domyśle musi to za nich zrobić władza”. Jestem tego zdecydowanym przeciwnikiem. Tyle tylko, że nie żyję w libertariańskim bzdurnym micie o tym, jak to ludzie niesamowicie kalkulują i myślą działając na rynku. Niestety większość ludzi to raczej półgłówki – widać to jak na dłoni w kwestii kredytów frankowych. Do tego proszę się odnosić do pewnych tendencji – ludzi, którzy mają realną możliwość marzenia o tym, żeby przez wynajem mieszkania zapewnić sobie komfort przeprowadzki do innego miasta czy kraju za pracą nie jest zbyt wielu. Większość jednak stara się zapuścić korzenie ze względu na to, że mają rodzinę (nawet ci starzy kawalerowie i stare panny mają rodziców/babcie etc.), znajomych, znają lokalny rynek pracy, chcą poczucia bezpieczeństwa (m.in. stąd takie poparcie dla idei socjalnych zamiast rozwiązań wolnorynkowych) itp. Polska nie była, nie jest i długo nie będzie odpowiednikiem USA, gdzie naprawdę mobilność jest na wręcz chorym poziomie. Zresztą doskonale Pan wie, że to dotyczy raczej wyżej wykwalifikowanych pracowników a nie zwykłych robotników, urzędników czy tych, którzy wykonują proste prace biurowe.

              „Żeby powstrzymać odwrót od własności (zresztą po co?) trzeba zapewnić wysoki poziom stóp procentowych.” – już Panu zasugerowałem po co, ale to jakoś dziwnie „pilaster oczywiście pomija milczeniem” 😉 Tak jak swego czasu np. Poznańskiemu czy Richterowi opłacało się budować kamienice dla swoich pracowników i czerpać zysk z ich pracy oraz w zasadzie własnej płacy dla nich w postaci kosztów najmu, tak i może być obecnie. Mieszkanie jest takim dobrem, przy którym koszty utrzymania takowej własności są dość niskie. Przy wynajmie natomiast, bank/korporacja zarobi na jednym mieszkaniu o wiele więcej, niż na jednorazowej sprzedaży. Do tego ma stały przypływ gotówki. Nie ma co udawać Greka – zwykli ludzie, którzy odziedziczą mieszkanie po babci i mają już coś swojego, wolą zapewnić sobie comiesięczny dopływ gotówki z prawie zerowym nakładem pracy niż sprzedać raz i zamknąć sprawę. Mamy więc analogiczną sytuację, tylko z inną skalą.

              1. (…)Tak jak swego czasu np. Poznańskiemu czy Richterowi opłacało się budować kamienice dla swoich pracowników i czerpać zysk z ich pracy oraz w zasadzie własnej płacy dla nich w postaci kosztów najmu, tak i może być obecnie.(…)
                Tu bym radził wstrzymać konie… te zyski najmu są pobierane z pensji wypłacanych przez tychże przemysłowców.

                1. Właśnie to napisałem 😉 I jest to jak najbardziej opłacalne i uzasadnione strategicznie – część pieniądza krąży w małym, kontrolowanym obiegu.

    2. „Przypomina też pilaster, że monopolizacja gospodarki może zachodzić tylko w gospodarce…”

      Wbrew fałszywym dogmatom religii libertariańskiej (tj. ekonomicznego jehowityzmu spod znaku PO/KO), monopol jest naturalnym, końcowym, stadium gospodarki kapitalistycznej. Ponieważ celem każdego komercyjnego przedsiębiorstwa jest stałe i nieograniczone pomnażanie zysków, to wszystkie podmioty działające na wolnym rynku dążą do stanu zapewniającego maksymalizację zysków, którym jest właśnie… monopol. Biorąc pod uwagę, że mnóstwo rynków cechuje się bardzo wysokimi barierami wejścia oraz w konsekwencji niewielką „pojemnością”, i to wcale nie z powodu ograniczeń natury prawnej, jakakolwiek realna konkurencja ginie śmiercią naturalną. Jednocześnie tenże kapitał skutecznie lobbuje korzystne dla siebie rozwiązania, wobec czego ta przewaga dosięga również innych, „drobnych”, sektorów i koło się zamyka. Obecnie dominująca perspektywa libertariańskq całkowicie wyklucza eliminację monopolizacji gospodarki, gdyż stroni od możliwości ograniczenia akumulacji kapitału, która jest warunkiem sine qua non wolnej konkurencji. Nie opowiadam się całkiem przeciwko koncentracji kapitału, ponieważ niesie także szereg korzyści. Jednak przerażającym jest, gdy osoby prywatne stają się potężniejsze od całych państw i mogą kupować sobie dowolne prawa.

      „Teza Marksa o wpychaniu klasy robotnicej w nędzę jest kompletnie absurdalna”

      Tak absurdalna, iż prawa pracownicze wprowadzano dopiero wtedy, gdy kapitaliści poczuli, że mogą spaść im głowy, a rozpad ZSRR spowodował uśmieciowienie rynku pracy i demontaż usług publicznych na całym Zachodzie 😀

      ” Podnoszą płace bo inaczej pracownicy przejdą do innego kapitalisty.”

      Przeciwdziałaniu temu zjawisku służy nieograniczona imigracja. Świadome i dobrze zorganizowane grupy zawodowe, jak np. lekarze, nie ufają libertariańskim kaznodziejom, lecz rękami i nogami blokują dostęp do zawodu obcokrajowcom (osoby spoza UE mogą co najwyżej nostryfikować na niejasnych i uznanionwych zasadach co najwyżej sam dyplom ukończenia studiów i stać się równym świeżemu absolwentowi; nie ma możliwości nostryfikacji zdobytej specjalizacji, co skutecznie zniechęca wykwalifikowanych cudzoziemców). Dogmaty religii libertariańskiej kolejny raz, już tradycyjnie, nie wytrzymują starcia z rzeczywistością 🙂

      1. Absolutnie nie. W kapitalistycznej gospodarce wolnorynkowej monopol nie może stabilnie istnieć. Jest to wykluczone nawet teoretycznie.

        Bardziej szczegółowe wytłumaczenie:

        https://liberfor.com/index.php/14-news/ekonomia/341-wolny-rynek-nie-jest-taki-zly-jak-go-maluja

        Monopol może natomiast stabilnie istnieć, albo w gospodarce feudalnej, maltuzjańskiej, o stałych wysokich stopach procentowych, albo w gospodarce „narodowej”, centralnie sterowanej, gdzie władza „w obronie narodu” systematycznie podnosi bariery wejścia na rynek.

        „możliwości ograniczenia akumulacji kapitału, która jest warunkiem sine qua non wolnej konkurencji.”

        Dokładnie na odwrót. Akumulacja powoduje obniżenie stóp procentowych, co jest warunkiem upadku monopoli.

        1. „W kapitalistycznej gospodarce wolnorynkowej monopol nie może stabilnie istnieć. Jest to wykluczone nawet teoretycznie.” – może i piszą o tym nawet teoretycy wolnego rynku. Negują ten fakt anarchokapitaliści – minarchiści natomiast dostrzegają ten problem.

          1. Oczywiście – nie może. Zaklinanie rzeczywistości nic tu nie zmieni. 🙂 Zresztą nadal nikt nie pokazał żadnego mechnizmu ekonomicznego, który by kreował stabilne monopole w warunkach wolnego rynku. Zaklęć i przytaczania dogmatów religijnych nie liczymy.

              1. „Zobaczenie dookoła” to jest anegdota, a nie jakiś poważny merytoryczny argument.

                Zresztą nawet wtedy widać, że najwięcej monopoli jest w krajach o wysokim r i krótkim t, czyli biednych lub skorumpowanych (a najczęściej jedno i drugie). Natomist w krajach niskiego r i długiego t, zamożnych i praworządnych, monopole sa tylko tam, gdzie je ustanowi rząd przez postawienie odpowiednio wysokiej bariery wejścia K

                1. Już w kilku komentarzach pisze Pan m.in. o wysokich barierach wejścia. Pisze Pan też o anegdotycznym charakterze argumentu „zobaczyć dookoła” a nie merytorycznym, co jest akurat bzdurą – w ekonomii doświadczenie ma bardzo duże znaczenie. Toteż zapytam, tak z czystej ciekawości – czy Pan kiedykolwiek prowadził jakąkolwiek działalność gospodarczą? Oczywiście z powodzeniem? Bo jak widzę te „prawdy objawione” w postaci: „W warunkach niskich stóp procentowych bariera wejścia nie ma większego znaczenia” to od razu mam przed oczami albo 17 letniego kuca, który dopiero liznął Rothbarda albo „teoretyka” (w cudzysłowie, bo dobry teoretyk jest też dobrym praktykiem dzięki warsztatowi) z doświadczeniem na ciepłej posadce na etacie u kogoś. W obu przypadkach rozmowa o prowadzeniu biznesu nie ma żadnego sensu, bo rzeczywistość weryfikuje, że próg wejścia jest jednym z najważniejszych czynników zakładania działalności. Zawsze.

                2. No i znów ukazuje się kyenistowska twarz pilastera – wiara, że da się gospodarkę zamknąć w kilka proste relacje matematyczne…

                  Twierdzisz, że najwięcej monopoli jest w krajach biednych a najmniej w krajach bogatych? Jak zatem wytłumaczysz, że w okresie renesansu więcej monopoli miało miejsce w renesansowej i bogatej Rep. Weneckiej a mniej monopolów miało miejsce w biednym królestwie Imerina na Madagaskarze? Jak wytłumaczysz, że w biednej Polsce pierwszych Piastów, gdzie sprawy załatwiało się albo siłą fizyczną albo łapówką, było znacznie mniej monopoli niż w bogatych, wyedukowanych i praworządnych Chinach dynastii Song?

                  Możemy cofnąć się do wczesnych czasów migracji Indoeuropejczyków na Europę. Wówczas nie było państwa, nie było prawa, nie było regulacji branżowych itd. Czyli warunki bliskie ideałowi wolnorynkowemu. Zgodnie z wynikami badań archeologicznych wiemy, że przez bardzo długi czas monopol na produkcję brązu mieli wędrowni kowale-metalurdzy-przetapiacze. I to był monopol faktyczny, gdyż na obszarze tysięcy hektarów jedna rodzina miała wiedzę i umiejętności aby cokolwiek zrobić z rudą, złomem czy sztabkami metalu (też funkcjonowały jako płacidła do barteru). I to funkcjonowało do rozwinięcia struktur społecznych w większe organizmy z których wyrosły wczesne kultury europejskie. Przełamanie faktycznego monopolu wędrownych rodzin w Europie generalnie przyjmuje się na okres kultur pól popielnicowych (XVI wiek p.n.e.).

                  Podobnie później też były monopole bez wsparcia państwa. Skąd się wzięło powiedzenie „Kowal zawinił, Cygana powiesili”? Bo przez wieki kowal był niedomiar kowali na prowincji, dzięki czemu ten jeden miał monopol. Czemu tak bardzo młynarze mieli świetnie? Bo byli faktycznymi monopolistami na przetwórstwo ziarna na mąkę.

                  Innym przykładem niech będzie monopol Standard Oil w USA. Zbudowane nie na zasadzie wsparcia państwa i wielkich kontraktów rządowych, ale zbudowane na licznych złych praktykach jak np. presja dumpingowa.

                  I co? W USA XIX wieku nie było wolnego rynku? Kapitalizm państwowy działał w 2 tys. pne?

                  1. Najwyraźniej przymus pisania u cogito jest silniejszy niż przymys czytania. 😉

                    Przed rewolucją przemysłową nie było państw biednych i bogatych w dzisiejszym rozumieniu. PKB per capita w gospodarce maltuzjańskiej jest stały i zmienia się w bardzo wąskim zakresie – dlatego mówi się o pułapce maltujańskiej.

                    I owszem stopy procentowe były wtedy bardzo wysokie, zatem i monopole (gildie, cechy, kompanie wschodnio i zachodnioindyjskie) miały się świetnie.

                    Przypomina pilaster, że nadal nikt nie przedstawił tu żadnego mechanizmu, który miałby generować monopolizację gospodarki w warunkach wolnorynkowych (innego niż regulacje rządowe)

                    Nadal monopol wolnorynkowy funkcjonuje na zsadach objawionego dogmatu. 🙂

                    1. „Przypomina pilaster, że nadal nikt nie przedstawił tu żadnego mechanizmu, który miałby generować monopolizację gospodarki w warunkach wolnorynkowych (innego niż regulacje rządowe)” – oczywiście, że przedstawił. Do tego powołał się na tych, na których sam się Pan powołuje, tylko Pan robi to wybiórczo. Możliwe, że po prostu Pan tylko „liznął” zamiast pracować na ich tekstach, co dość znamienne u libertarian, bo to jest taka idea felietonistyczna z lotnymi hasełkami. Ignoruje Pan fakty, takie jak kluczowa rola progu wejścia albo np. kosztów przeniesienia (co dobitnie pokazuje, dlaczego FB ma monopolistyczną pozycję – ale Pan będzie bredził, że nie ma xd), także równie dobrze moglibyśmy mówić do kamienia – efekt byłby identyczny. Pan po prostu pod tym względem jest typowym, faktoodpornym heglistą – im bardziej rzeczywistość przeczy teorii tym gorzej dla rzeczywistości. Także nadal brak monopolu wolnorynkowego funkcjonuje w głowie pilastra na zasadach radosnej twórczości i ignorowania nawet teoretyków wolnego rynku 🙂

                    2. Ważne, żeby rozkład statystyczny bogactwa zgadzał się z funkcją Pareto – wtedy jest OK, czyli naturalnie – tak jak teoria przewidziała. Nie wolno temu przeciwdziałać, tak jak nie wolno deformować naturalnych rozkładów Gaussa wzrostu, czy wagi.

                    3. „Najwyraźniej przymus pisania u cogito jest silniejszy niż przymys czytania. 😉”

                      Ładne ad personam. Taki merytoryczny, taki matematyczny, taki profesjonalny. Taki jak u socjalistów, którzy poruszać chcą serca wyborców „pomyślcie o tych głodnych dzieciach”.

                      Czyli może Pilaster jest socjalistą?

                      „Przed rewolucją przemysłową nie było państw biednych i bogatych w dzisiejszym rozumieniu.”

                      No i co z tego? To TY dałeś korelację, że monopole mają miejsce jedynie w krajach biednych i skorumpowanych. To TY dałeś zasadę, że w warunkach wolnorynkowych nie ma monopoli.

                      Historia pokazuje, że TY się mylisz.
                      Jeżeli fakty pokazują, że jakaś idea jest błędna to należy zrewidować ideę a nie przepisywać historii.

                      Serio, bardziej przypominasz jakiegoś socjalistę czy komunistę niż liberała. Niczym w ZSRR jak jakiś wątek historyczny nie pasuje to wytworzyć kilkadziesiąt „ale” i uważać, że nadal ma się świętą rację…

                      „PKB per capita w gospodarce maltuzjańskiej jest stały i zmienia się w bardzo wąskim zakresie – dlatego mówi się o pułapce maltujańskiej.”

                      A co to oznacza wąski zakres? 5%, 3%, 10%?
                      Czy to oznacza, że w renesansowej Italii PKB było porównywalne do PKB wymierających neandertalczyków na podłuniu Hiszpanii już po okresie glacjalnym?
                      Czy to oznacza, że w Niderlandach okresu po wojnach religijnych PKB miało „wąską różnicę” w porównaniu do gospodarki Piktów w okresie późnego Imperium Romanum?

                      Masz liczne opracowania analizujące PKB z różnych regionów z różnych czasó. Chociażby od Grantham Institute czy Project Maddinson. Pobieżna analiza wskazuje, że nie ma aż tak „wąskiego” głęboka analiza wskaże, że kompletnie się mylisz. Skoro np. między Italią a Anglią w późnym średniowieczu różnica PKB per capita wynosiła 2x na korzyść Włochów, to o jakim „bardzo wąskim zakresie” możemy mówić? Albo w okresie 1 fali dekolonizacji PKB per capita w Stanach Zjednoczonych było 4x takie co PKB per capita Anglii w renesansie. A i tutaj i tutaj gospodarka preindustrialna. Gdybyś czytał dane statystyczne to byś wiedział, że „bardzo wąski zakres” odnosi się do krajów bogatych, wedle ówczesnych standardów i przy ówczesnej technologii. Odkrycie lepszych metod rolnych, lepszych metod produkcji, przejście z produkcji chałupniczej do produkcji manufakturowej, wczesne formy specjalizacji pracy w ramach cechu itd. itp. powodowały przesunięcie tego szklanego sufitu, ale w warunkach np. Europy XVII wieku nikt nie mógł osiągnąć więcej niż X. Ale osiągnąć mniej niż Y było możliwe, co można łatwo porównać zestawiając wyeksploatowaną i spacyfikowaną przez Turków Serbię z najbogatszymi per capita ówcześnie Niderlandami. Różnica prawie 4-krotna.

                      „Przypomina pilaster, że nadal nikt nie przedstawił tu żadnego mechanizmu, który miałby generować monopolizację gospodarki w warunkach wolnorynkowych (innego niż regulacje rządowe)”

                      Przedstawiłem. I to nawet dla warunków historycznych idealnych. Przeczytaj raz jeszcze. A jeżeli nadal nic nie widzisz, no to zaślepienie ideologiczne lvl 100.

                      A i na końcu – te twoje anegdotyczne gadanie ma bezwartościową wartość wobec materiałów naukowych i danych statystycznych. A tych TY jednak nie potrafisz czytać, bo nawet próbowałeś kwestionować to że protekcjonistyczne Niemcy nigdy nie osiągnęły poziomu PKB per capita co UK. I nawet po tym, jak podałem ci gdzie masz szukać danych, to zamiast zapłacić za dostęp do materiałów naukowych i odczytać konkretne tabelki sięgnąłeś do bieda-źródeł i okrzyknąłeś zwycięstwo. A potem jakoś siedziałeś cicho, gdy wykazałem Ci błędy metodologiczne oraz wskazałem na konkretne przedziały czasowe i konkretne wartości.

                      Serio. Chcesz się naukowo zajmować to MUSISZ zapłacić za dostęp do źródeł, materiałów itd. a nie bawić się w anegdotyczny bełkot. Oskarżasz innych o anegdotyczne argumenty, a sam lepszy nie jesteś…

            1. Zaklinaniem rzeczywistości jest ignorowanie tych, na których się Pan powołuje 🙂 I dobrze podsumował to, prawdopodobnie, prof. Wielomski w komentarzu niżej. Ja wiem, że Pan nie obiera jajek przed jedzeniem, ale z zamkniętymi oczami to Pan chyba nie funkcjonuje?

        2. „Bardziej szczegółowe wytłumaczenie:”

          I znowu libertariańska katecheza, zamiast twardej ekonomii… Przecież lektura tego tekstu religijnego to wprost wulgarna obraza dla rozumu. Jak w ogóle można porównywać ewentualny monopol fryzjerski (bliskie zeru koszty wejścia, zero know-how, łatwo dostępni i tani pożądani pracownicy, brak B+R, brak automatyzacji, wybitnie mała skala i zasięg działalności) do jakiejkolwiek działalności przemysłowej, będącej przeciwieństwem tej trywialnej usługi?! To nawet nie jest poziom szkoły podstawowej, a wręcz przedszkola. Analogicznie z wysokimi stopami procentowymi, które tworzyć monopole, gdy w realnym świecie korelacja (nie mylić ze związkiem przyczynowo-skutkowym) jest odwrotna. Niskie stopy procentowe charakteryzują stabilne i rozwinięte gospodarki o wysokim stopniu koncentracji kapitału, gdy w tych biedniejszych i niestabilnych o wysokich stopach procentowych mamy istny wysyp prywatnej przedsiębiorczości… Polecam sięgnąć do liczb i porównać skalę przedsiębiorczości w Afryce z tą w Europie, Azji Wschodniej lub Ameryce Północnej.

          1. Oczywiście jest dokładnie na odwrót niż Fauxpas pisze. W warunkach niskich stóp procentowych bariera wejścia nie ma większego znaczenia. No chyba że jest właśnie sztucznie podwyższana przez regulacje władzy. W krajach z wysokimi stopami procentowymi monopole natomiast istnieją, zwłaszcza w tych branżach, gdzie bariera wejścia jest wysoka.

            Przypomina pilaster model monopolu:

            K*r/(1-exp(-r*t))

            Gdzie K to bariera wejścia, r stopa procentowa, a t średni czas prowadzenia biznesu.

            Jeszcze bardziej monopole kwitną zatem tam gdzie czas t jest znacząco krótki, jak na Białorusi, czy w Rosji.

            „sięgnąć do liczb i porównać skalę przedsiębiorczości w Afryce z tą w Europie, Azji Wschodniej lub Ameryce Północnej.”

            Proszę sięgnąć i porównać. A potem opisać.

            1. @pilaster

              „W krajach z wysokimi stopami procentowymi monopole natomiast istnieją, zwłaszcza w tych branżach, gdzie bariera wejścia jest wysoka.”

              oraz:

              „Proszę sięgnąć i porównać. A potem opisać.”

              Nie będę wykonywał pracy za kogoś, komu religia nakazuje lenistwo 😀 Proszę zestawić stopy procentowe chociażby z odsetkiem przedsiębiorców wśród ogółu pracujących. Znamienny będzie fakt, że tani, ujemnie oprocentowany, kapitał np. w Danii nie sprawia, że rozkwita w niej przedsiębiorczość. W przeciwieństwie do najsłabiej rozwiniętych państw Afryki, gdzie rynek pracy wypełniają głównie lub niemal wyłącznie same przedsiębiorstwa, a zatem jest daleko od oligo- i monopolizacji gospodarki.

              „W warunkach niskich stóp procentowych bariera wejścia nie ma większego znaczenia.”

              Właśnie dlatego ginie konkurencja wśród m.in. producentów okrętowych silników dwusuwowych, samolotów pasażerskich czy w sektorze farmaceutycznym 😀 Każdy, korzystając z niskich stóp procentowych, może zdobyć grube miliardy i know-how na start, i wbrew wszechobecnym fuzjom, z partyzanta rzucić wyznanie gigantom. Tak jest, bo tak głosi religia libertariańska!

                1. @pilaster

                  Tradycyjnie okazuje się, że roszczeniowi libertarianie czują potworny wstręt do jakiejkolwiek pracy. Zero zaskoczenia, oby tylko pasożytować na czyimś wysiłku 🙂

                  * Dania, stopa -0,5%, przedsiębiorcy 8% pracujących
                  * Zimbabwe, stopa 70%, przedsiębiorcy 65% pracujących

                  Gdyby religia libertariańska głosiła prawdę, duński rynek pracy tworzyłyby przede wszystkim licznie konkurujące ze sobą przedsiębiorstwa, chętnie korzystające z wyjątkowo taniego kapitału. Tymczasem, w bardzo niewielkim uproszczeniu, skala przedsiębiorczości jest ujemnie skorelowana z poziomem rozwoju gospodarczego. Dlatego w najbardziej zacofanych gospodarkach pokroju Nigru przedsiębiorcy stanowią nawet 95% pracujących, gdy w tych najwyżej rozwiniętych wskaźnik ten spada poniżej 10% i stopy procentowe nie mają tutaj żadnego znaczenia. Biznesu nie zakłada się ze względu na tani kapitał, lecz z uwagi na dostrzeżoną niszę i perspektywę realnych zysków.

                  Dążenie do oligo- i monopolizacji jest naturalną koleją rzeczy w kapitalizmie i nie zmienią tego żadne zaklęcia religii libertariańskiej. Z historii wiemy, że skala przedsiębiorczości (i tym samym konkurencja!) ulega nieustannej redukcji od czasu wyeliminowania z rynku jednostkowej produkcji rzemieślniczej przez pierwsze manufaktury. Współcześnie znajdujemy się na etapie, w którym nawet wiele potężnych korporacji musi łączyć siły z innymi, gdyż w pojedynkę nie są w stanie podołać coraz większym wymaganiom rynku.

                  Natomiast mieszkańcy Afryki najczęściej na świecie działają na własny rachunek, ponieważ wciąż znajdują się na niskim poziomie rozwoju gospodarczego, w którym akumulacja i koncentracja są w powijakach, a działalność kapitałochłonna w zasadzie nie istnieje. Naprawdę nie jest to żadna wiedza tajemna. Potrzeba ogromnego zaczadzenia religią libertariańską, by uparcie ignorować podstawowe zjawiska w światowej gospodarce.

                  1. Pięknie. Tylko co to ma wspólnego z kwestią monopolu? W krajach biednych, z wysokimi stopami procentowymi, monopole pojawiają się wszędzie tam, gdzie istnieje jakaś zauważalna bariera wejścia. Dlatego jakieś sklepiki, warsztaciki są powszechne, ale wszystko co większe, jest już najczęściej monopolem, często też państwowym.

                    1. Czy @pilaster raczy podać przykłady monopoli państwowych w Afryce Subsaharyjskiej, które z kolei nie występują w gospodarkach rozwiniętych? Czy dalej będzie jechał dogmatami religi libertariańskiej i homiliami balcerowiczowo-tuskowymi?

                      „jakieś sklepiki, warsztaciki są powszechne”

                      Potrzeba wręcz ekstremistycznego zaślepienia religią libertariańską, by nie dostrzegać trywialnego faktu, iż akumulacja kapitału eliminuje prywatną przedsiębiorczość.

                      Jeśli w takim Nigrze dokładnie 94,28% pracujących stanowią przedsiębiorcy, to oznacza to tylko tyle, że bariery wejścia na rynek w zasadzie nie istnieją, gdyż konkurencja ogranicza się głównie do prymitywnych straganiarzy, chałupników i pokrewnych. Gdyby na rynku tego kraju hulały sieci handlowe i koncerny przemysłowe korzystające z zakumulowanego kapitału, know-how i efektu skali, rzucenie rękawicy tejże konkurencji zostałoby drastycznie utrudnione i prywatna przedsiębiorczość uległaby potężnej redukcji. Wielu tamtejszych przedsiębiorców z konieczności stałoby się pracownikami najemnymi większego kapitału, którzy obecnie są tam zupełną egzotyką.

                      Podsumowując – największe bariery wejścia tworzy sam rynek i dlatego państwa przedindustrialne, niezależnie od stóp procentowych czy „wolności gospodarczej”, charakteryzują się największą skalą prywatnej przedsiębiorczości.

      2. Zgadzam się. Korporacja po pewnym czasie, jeżeli chce (a chce zysków) może zacząć przypominać toczącą się kulę śnieżną. Jeżeli to negujemy, to także coś takiego jak np. efekt skali i przewaga konkurencyjna. Teza, że dbanie o pracowników z jakichś racjonalnych pobudek nie zawsze może być słuszna. Może wynika z ideologii/ dobroci/ konieczności gospodarczej. Nawet dziś, w kontrze-analogicznie, dlaczego nie znajdzie się jakiś postępowy/odczadzony od patriarchatu przedsiębiorca i nie zatrudni samych kobiet, przecież zarabiają 20% mniej ,a robią to samo …, to daj im 10% + i sobie 10% … Ludzie zapominają nawet o takiej prostej sprawie, że energia kosztuje, a faceci są silniejsi …

        1. Nie ma czegoś takiego, że kobiety zarabiają mniej ze względu na bycie kobietami. To fałszywy i wyjątkowo szkodliwy mit. Rzecz w tym, że kobiety często mają gorsze kwalifikacje. Nie zawsze chodzi o samo wykształcenie, chociaż ten trend jest widoczny od zawodówek po studia, ale również o świadome decyzje zawodowe. Ok. 3/4 studentów lekarskiego stanowią kobiety i później wśród lekarzy proporcje są zbliżone. Jednak lekarze płci żeńskiej zarabiają przeciętnie mniej, ponieważ świadomie (!) wybierają mniej wymagające i gorzej opłacane specjalizacje, ale pozwalające na lekką, elastyczną i mało stresującą pracę. W sam raz do połączenia z opieką nad dzieckiem, która wbrew feministycznej mitologii, ciągle pozostaje atrakcyjna i satysfakcjonująca niezależnie od zajmowanej pozycji społecznej.

          Na marginesie dyskusji trzeba też wspomnieć o tym, że istnieją pewne sektory gospodarki, w których kobiety zarabiają przeciętnie więcej 😉 Jednym z nich jest budownictwo, gdzie kobietą nie schodzą poniżej poziomu asystenta i specjalisty (zwykle od papierowej i nietechnicznej roboty, ale jednak), co biorąc pod uwagę ich niewielką reprezentację, pozwala osiągnąć średnią powyżej wartości zaniżanej przez męską większość pracowników fizycznych (coraz częściej także z zagranicy).

  3. I tak lepsze to, niż sojusz nacjonalistów i konserwatystów z maoistami. Widać, że nasi naukowi nacjonaliści czerpią garściami pomysły Adama Danka. Rzecz w tym, że wdrożenie w życie mądrości rodzimych nacjokratów, raczej pogorszy sytuację finansową Polaków – w stosunku do tego, co jest obecnie. Narodowy protekcjonizm, narodowy interwencjonizm oraz narodowo-katolickie państwo opiekuńcze realizujące zasadę sprawiedliwości społecznej, stworzą tylko bariery dla biznesu – windując ceny towarów i usług. Ludzie staną się gołodupcami, dla których obecna inflacja fundowana przez PiS, to mały pikuś.

    W tym szaleństwie jest jednak metoda. Jak zauważyła pani M. Wielomska – wzrost dobrobytu przyczynia się do laicyzacji społeczeństw. Zaryzykuję stwierdzenie, że przyczynia się również do wynarodowienia. Chcąc, aby ziemie pomiędzy Bugiem a Odrą zamieszkiwali prawdziwi Polacy-katolicy, należy zafundować tubylczej ludności spartańskie warunki. Protekcjonizm, interwencjonizm, autarkizm, merkantylizm i socjalizm to świetne narzędzia, potencjalnie nadające się do realizacji wspomnianego celu. Nacjokratyzm doprowadzi do tego, że cały sektor dużych przedsiębiorstw i wilcza część średnich – zostaną znacjonalizowane. Połowa PKB będzie wytwarzana w państwowych molochach. To nic innego, jak „socjalistyczna gospodarka rynkowa”. Tego typu pomysły były praktykowane w NRD, a obecnie – w Chinach.

    1. „Jak zauważyła pani M. Wielomska – wzrost dobrobytu przyczynia się do laicyzacji społeczeństw.”

      Istnieją publikacje naukowe na ten temat. Nie chodzi tutaj głównie o dobrobyt, lecz szeroko pojęte poczucie bezpieczeństwa. Im większe, tym większa laicyzacja. Rewolucyjna Hiszpania lat ’30 nie była żadną oazą bogactwa, lecz jednym z biedniejszych państw Europy, a laicyzacja sięgnęła tam olbrzymich rozmiarów. Jednak sam fakt istnienia wielu oddolnych organizacji i grup samopomocowych, nie tylko anarchistycznych i syndykalistycznych, był w stanie zagwarantować wielu Hiszpanom niezbędne wsparcie i bezpieczeństwo.

        1. Północna Korea jest narodowa i konserwatywna. Żadnej ideologiii LGBT tam się nie uświadczy, a aborcja jest zakazana.
          A południowa jest kosmopolityczna, zglobalizowana i zdemoralizowana 🙁

          Od razu widać, która jest lepsza.

          1. Koreańczycy z południa są tak kosmopolityczni że aż rasistowscy (wobec innych Azjatów, szczególnie z Indii, oraz Afrykańczyków). W pytaniach ogólnych około 15% zadeklarowało że nie chciałoby sąsiada z innej rasy ALE wobec bardziej precyzyjnych pytań jak np. mieć szefa-murzyna albo czy dopuszczalne jest odmowa obsługi klienta-hindusa to około 40-70% rasistowska postawa. Kulturowo bardziej widać dominację tego co było czyli mixu amerykańsko-koreańskiego i nie widać aby wchodziły wzorce alternatywne w sensownej skali. Przychylność wobec europejskiej kultury to nie oznaka „zglobalizowania i kompolityzmu”…

            Ich gospodarka jest wysoce protekcjonistyczna, podobnie jak innych bogatych krajów (Niemcy, Francja, USA itd.). Istotną różnicą jest bardziej swobodniejsze i z przymrużeniem oka traktowanie obcych patentów (kradzież intelektualna). Panuje też korupcja i nepotyzm na wszystkich warstwach. Nadal częsta jest selekcja kandydatów poprzez patrzenie w drzewo genealogiczne czy ktoś z rodziny rybackiej czy szlacheckiej.

            Pytanie – byłeś kiedykolwiek w Korei (którejkolwiek) bądź prowadziłeś tam interesy? Bo mi świta że chyba nie…

    2. Hans – mylisz się. To bieda jest kosmopolityczna. Zestawmy przykładowo Egipcjan ze starożytności i Ludy Morza około XII wiek p.n.e. Egipcjanie – najbogatsze per capita społeczeństwo, z najmniejszym ryzykiem głodu, wysoką techniką i kulturą mieli wykształconą mentalność wyspiarską i oblężonej twierdzy. Ludy Morza zaś to wieloetniczna banda biedaków i przegrywów która poszła na rabunek innych cywilizacji śródziemnomorskich.

      Inny przykład? Bogaci Grecy którzy z obrzydzeniem patrzyli na obce kultury, niedopuszczając możliwości by kulturalny człowiek pił wino bez rozcieńczenia albo nosił spodnie. Z drugiej strony mamy Scytów i inne ludy stepowe tego okresu, którzy chętnie przyjmowali obcych zachęcając by zapłodnili jakąś kobietę przed opuszczeniem ich.

      Nadal mało? Mamy bogatych Chińczyków mających się za pępek świata a obce kultury niewarte uwagi oraz biednych Mongołów, dla których cały świat to dobry dom i wszędzie są zafascynowani.

      Mało? W okresie krucjat w biednej Europie panował duch międzynarodowy a w bogatym sułtanacie Rum panowała supremacja turecka.

      Mało? Bogaci Holendrzy w czasach późnej reformacji wykazywali tendecje szowinistyczne podczas gdy biedniejsi Hiszpanie mieli mentalność bardziej kosmopolityczną i międzynarodową.

      Wymienić można wiele. Prawda jest taka, że jak jest bieda to nie ma patrzenia na wiarę, naród czy etnos. Nacjonalizm narodził się w bogatej Francji a nie w biednym (jak na tamte czasy) Imperium Tureckim. Szowinistyczne i nacjonalistyczne koncepcje jak „Anglicy jako nowi Hebrajczycy” albo „USA jako nowy Izrael” to owoc bogactwa a nie biedy. Dlaczego Teksas i inne ziemie chciały odłączyć się od Meksyku? Bo tam miałeś osadników ze Stanów którzy myśleli w sposób szowinistyczny (a nawet rasistowski) a rząd Meksyku myślał w sposób kosmopolityczny. I gdy doszło do chaosu w kraju nacjonaliści WASPów ogłosili najpierw niepodległość a potem poprosili „pierwotną ojczyznę” o interwencję i aneksję.

      Serio zakończcie wierzyć w te bajki i wyjdźcie ze swej piwnicy…

  4. Do matematyka:

    Rozkład Pareto (potęgowy) ma bogactwo ulokowane w nieruchomościach. Bogactwo wynikające z kapitału (np akcje, patenty, prawa autorskie, etc) ma rozkład wykładniczy (Poissona) – o grubszych „ogonach” niż rozkład Pareto.

    Ponieważ całkowite bogactwo jest jakąś sumą jednego i drugiego, rzeczywisty rozkład ma charakter pośredni. Jest „grubszy” niżby to wynikało z rozkładu potęgowego, ale „chudszy” niż rozkład wykładniczy.

    Jest to rozkład który wytwarza się zawsze naturalnie i samorzutnie. Poprzez agresywne działania prawodawcze (np progresywny podatek majątkowy) można ewentualnie zmienić parametry tych rozkładów w społeczeństwie (wykładnik w rozkładzie Pareto), ale nie sam rozkład.

    Ten się zmieni dopiero wtedy, kiedy na całym świecie stopy procentowe wskutek akumulacji kapitału zjadą w okolice zera, a podstawowym czynnikiem produkcji stanie się praca. Wtedy bogactwo przyjmie rozkład logarytmiczno – normalny, taki jaki dzisiaj mają płace w gospodarce.

  5. Do cogito:

    „A co to oznacza wąski zakres? 5%, 3%, 10%?”

    Kilkadziesiąt procent. Większa różnica może powstac jedynie chwilowo, dopóki wzrost demograficzny nie dogoni wzrostu gospodarczego.

    „Czy to oznacza, że w renesansowej Italii PKB było porównywalne do PKB wymierających neandertalczyków na podłuniu Hiszpanii już po okresie glacjalnym?”

    Po pierwsze nie PKB, tylko PKB per capita. To pierwsze to (w uproszczeniu) suma wartości wszystkich dóbr i usług wytworzonych w jakimś kraju. To drugie, to PKB podzielone na liczbę mieszkańców.

    Po drugie nie, nie było porównywalne, ponieważ neandertalczycy nie żyli w gospodarce maltuzjańskiej, tylko łowiecko – zbierackiej opisywanej przez inny model – Lotki – Volterry. Jest on pod pewnymi względami podobny do modelu maltuzjańskiego, ale to jest jednak zupelnie inna dynamika.

    „Czy to oznacza, że w Niderlandach okresu po wojnach religijnych PKB miało „wąską różnicę” w porównaniu do gospodarki Piktów w okresie późnego Imperium Romanum?”

    Chwilowo mogło mieć nawet większą. Ale tylko chwilowo.

    „w warunkach np. Europy XVII wieku nikt nie mógł osiągnąć więcej niż X. Ale osiągnąć mniej niż Y było możliwe, ”

    Nie było. Jeżeli produkcja spadała, to spadała też liczba ludności. Tylko wolniej, więc znów chwilowo PKB per capita mógł się obniżyć. Jednak dynamika demograficzna w gospodarce maltuzjańskiej zawsze doganiaął dynamikę ekonomiczną niezależnie od kierunku zmian.

    „„Przypomina pilaster, że nadal nikt nie przedstawił tu żadnego mechanizmu, który miałby generować monopolizację gospodarki w warunkach wolnorynkowych (innego niż regulacje rządowe)”

    Przedstawiłem.”

    Bynajmniej. 🙂 Moe sobie cogito sto razy jeszcze powtórzyć ze przedstawił. Ale jednak nie przedstawił. 🙁

    No chyba że zrobił to tak dyskretnie, że wszystkim to umknęło, niczym Macierewicz swój „raport” o „zamachu smoleńskim” 😉

    1. Kilkadziesiąt procent to wąska wartość… ciekawe… na podstawie jakiej normy to założenie bo nawet dość swobodna ISO 2768 dla wąskiego zakresu daje realnie wąskie wartości…

      I Neandertalczycy wolni byli od maltuzjanizmu… też ciekawe bo dowody materialne wskazują jeszcze większą presję maltuzjańską niż w renesansowej Italii, co skutkowało np. wyganianiem z grupy (jak to ma miejsce u zwierząt gdy w stadzie jest za dużo samców lub samic).

      I Niderlandy tylko „chwilową górkę” w gospodarce mieli niż Piktowie… to na jakiej podstawie, skoro mamy dane o PKB per capita z różnych okresów i wiemy że przez pokolenia Niderlandy po niepodległości miały wyższe PKB per capita niż Anglia ówczesna, ta wyższa niż Anglia z czasów późnego Rzymu a ta wyższa niż dzicy Piktowie?

      Sięgnij do danych statystycznych bo uprawiasz pseudonaukę…

      Serio,

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *