Rzecz o wyzysku przez zachodni kapitał

Paradoks zajmowania się ekonomią tylko i wyłącznie przez ludzi wykształconych w tej dziedzinie polega na tym, że oprócz licznych plusów (fachowość, znajomość tematu) ma ono pewne mankamenty. Jednym z nich jest sprzyjanie temu sektorowi gospodarczemu, którym dany specjalista się zajmuje. Nie bez przyczyny zwolennicy systemu kapitalistycznemu często podnoszą argument, że w „planowanym chaosie” (Ludwig von Mises) tudzież „ukrytym ładzie” (David Friedman) profesorowie od ekonomii są zbędni, gdyż całokształt rzeczywistości ekonomicznej jest uwarunkowany przez „niewidzialną rękę rynku (Adam Smith), a wspomniane forowanie jednego z segmentów jest niczym innym jak forsowaniem rozwiązań interwencjonistycznych.

Jakkolwiek pojęcie o gospodarce mam znikome, zdecydowałem się zahaczyć o tematykę z nią związaną. Z dwóch powodów – po pierwsze, polemika będzie dotyczyć przekonań artykułowanych przez ludzi, którzy zazwyczaj o gospodarce nie wiedzą nic, a po drugie – wiele poglądów z zakresu zagadnień polityczno-społecznych o gospodarkę się ociera. I vice versa.

W środowisku prawicowym czy narodowym niejednokrotnie spotkać się można z nacjonalizmem gospodarczym, przyjmującym postać sprzeciwu wobec napływu „obcego kapitału”, czyli przejmowania rodzimych spółek przez zagranicznych inwestorów. „Obcy” przedstawiani są jako „diabeł wcielony”, generujący bezrobocie i powodujący horrendalne redukcje płac.

Paradoks tego rozumowania polega na tym, że osoby deklarujące „prospołeczne” myślenie i ostentacyjnie epatujące kategorią „interesu narodowego” w istocie temu ostatniemu niekoniecznie się przysługują, a pojmują rzeczywistość w kategoriach bardziej indywidualistycznych niż ich adwersarze.

Dlaczego? Bo myślą o interesie poszczególnych jednostek (choćby i bardzo wielu) – o spadku ich zarobków, o tym że nie będą one miały czego „włożyć do garnka” (absolutnie nie dworuję sobie z tego problemu, co więcej żelazna logika niechęci do wspierania „zasiłkowiczów”, którzy wskutek uzyskanej pomocy nigdy nie będą chcieli zacząć uczciwie pracować zazwyczaj ustępuje u mnie prostemu odruchowi „dołożenia do skarbonki”; chodzi mi tylko o przepełnione hipokryzją emanowanie rozpaczliwo-krzykliwą retoryką przez osoby, z którymi polemizuję) itd. Nie pojmują, że ogół społeczeństwa na działaniu nie kierującego się sentymentami zagranicznego inwestora może zyskać, gdyż pracownicy danej firmy będą pracować efektywniej, a koszty wytwarzanych produktów będą mniejsze. Ergo – towary na rynku będą tańsze.

Tak, tu padnie argument, że „obcy” zniszczy „naszych przedsiębiorców”, przez zachęcenie ludzi niższymi cenami. Może i tak się stanie, tylko powstaje pytanie – czy chodzi o to, by wszyscy Polacy kupowali tańsze produkty czy o to, by jeden lub kilku polskich przedsiębiorców mogło na nas zarabiać? Zresztą, kto wymyślił tezę, że niby rodzimy kapitalista będzie się kierował jakimkolwiek sentymentem w przeciwieństwie do zagranicznego? W biznesie myśli się portfelem, a nie uczuciami i – z tej perspektywy – pochodzenie inwestora nie odgrywa żadnej roli.

Drugi mit posiada nawet własny „etos” i terminologię. To mit o wyzysku, w którym to pojęcie rozumiane jest jako zmuszanie pracownika do osiągnięcia jak najwyższej wydajności i efektywności pracy.

Pokrótce go omawiając pominę pytanie jak można nadawać pejoratywne konotacje relacji właściciel-pracownik, która rozpoczęta jest przecież całkowicie dobrowolnie i możliwa do zerwania (tutaj cała plejada adwersarzy zacznie zapewne utyskiwać: „przecież to nie takie proste; idź sam popracuj; czasem trzeba się gdzieś zatrudnić”; zatem pytam – czy ta relacja jest dobrowolna czy nie?; nie uznaję „wolności do”, lecz jedynie Heyek’owską „wolność od”, a dobrowolne podpisanie umowy i podjęcie pracy tej wolności nie neguje).

Chodzi mi jedynie o to, czy to co polemiści nazywają „wyzyskiem” w istocie szkodzi „wyzyskiwanemu”. Opierając się semantycznym sztuczkom, z całym przekonaniem stwierdzam: nie! Bo pracownikiem jest on przez pewien czas, a później staje się konsumentem korzystającym z owoców pracy innych „wyzyskiwanych”. Przez jakiś czas na tym traci, by później zyskać z nawiązką. Nie bez przyczyny najbardziej „wyzyskiwani” (konsekwentnie biorę to słowo w nawias, gdyż zarzut „wyzysku” pada najczęściej od ludzi, którym po prostu nie chce się pracować – ani gdy SA poganiani ani gdy są „głaskani po głowie) byli amerykańscy robotnicy i to oni cieszyli się najlepszym statusem materialnym.

Reasumując, krytycy wolnego rynku, zwłaszcza ci pochodzący z prawej strony sceny politycznej (inni zresztą nieszczególnie mnie interesują – ich mrzonki o raju na ziemi zdruzgotała empiria) popełniają dwa błędy – jeden wynika z postawienia abstrakcyjnego „interesu narodowego” ponad realną sytuacją społeczeństwa, drugi zaś z niezrozumienia, że pracownik nie jest tylko pracownikiem, ale też „normalnym człowiekiem”. Błędy pełne niesłychanych paradoksów, gdyż ukazujące zwolenników ogólnych pojęć jako obrońców partykularnych motywacji i przeciwników „nie przestrzegania praw pracowniczych” jako ludzi redukujących egzystencję pracownika do pracy fizycznej.

Jacek Tomczak

[aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Rzecz o wyzysku przez zachodni kapitał”

  1. @Autor: Problemem z „obcym kapitałem” jest nie koniecznie tzw. wyzysk, bo zachodnie korporacje zazwyczaj płacą duzo lepiej także robotnikom wykwalifikowanym, nie tylko kierownictwu i inzynierom, niz firmy/firemki krajowe. Istotnym problemem jest „peryferyzacja”, że tak to okreslę, polskiej techniki/technologii/nauki. Nie wiem, czy jest to wina polskiego państwa, czy tak po prostu jest, ale zachodnie korporacje, generalnie, nie inwestują w Polsce w R&D. Nie dziwie sie tym korporacjom, bo R&D warto miec u siebie ze wzgledów strategicznych. Z drugiej strony (a znam obie), próby zlecenia badań polskim uczelniom przez działy R&D międzynarodowych korporacji czesto kończą się żałosnym popisem niekompetencji naszych uczelni. Moim zdaniem, warto przesledzic historie gospodarczą Korei Południwej: ich przemysł, np. samochodowy, zaczął od robienia „ogonów” dla koncernów japońskich, a po 15-20 latach rozpoczął własny rozwój. o ile mi wiadomo, odbyło sie to przy jakims wsparciu politycznym ze strony koreańskiego rządu. Z kolei ChRL wymusza w kontraktach, np. na ABB czy Alstomie (energetyka), aby budowane w Chinach fabryki nie były tylko montowniami, ale aby, z upływem czasu, coraz wiecej elementów produkowano na miejscu. Ponadto, umowy licencyjne daja ChRL prawo do rozwoju konstrukcji licencjonowanych (np. turbo- i hydrogeneratorów).

  2. @ Piotr Kozaczewski| Edukację ma Pan państwową więc o konkurencji można tylko pomarzyć. Durzućmy do tego rozdęty aparat państwowy kontrolujący gospodarkę. Gdyby Pan był właścicielem takiej korporacji, to czy R&D opłacałoby się Panu we kraju, którego głównym towarem eksportowym jest siła robocza? W końcu istnieje zjawisko nazywane „drenażem mózgów”.

  3. @Qba: Z tym „eksportem siły roboczej” to dobrze powiedziane. W obecnej postchrześcijańskiej epoce wygląda mi to podobnie, jak w epoce przedchrześcijańskie, za Mieszka przed chrztem. Tyle, ze obecnie towar eksportowy jest formalnie wolny. Tez sa kupcy chazarscy, :-), bedzie pewnie jakis Św. Wojciech, który sie temu sprzeciwi (vide Drzwi Gnieźnieńskie), przydałby sie jakiś Chrzest Polski Bis.

  4. @Qba: Co do drenażu mózgów: nasze peryferyjne/prowincjonalne uczelnie nie zapewniaja nawet tym „wydrenowanym” jakichś wiekszych perspektyw awansu w korporacjach, a już zwłaszcza w strukturach R&D. Rozwiązywanie realnych problemów przemysłowych to nie to samo, co pisanie przyczynkarskich publikacji. Gdy do tego dojdzie jeszcze czynnik presji czasowej i ograniczń budżetowych projektów – całosć edukacji wygląda mizernie. Charakterystycznym przykładem są nasi młodzi informatycy, laureaci rożnych konkursów – w wieku dorosłym nie błyszczą za bardzo. jest to ten sam casus co naszych wybitnych sportowców-juniorów, ale to juz osobny temat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.