Samotność Bronisława Łagowskiego

Prof. Bronisław Łagowski jest bez żadnej przesady najbardziej wnikliwym obserwatorem polskiego życia publicznego. Piszemy o tym na naszych łamach od wielu lat, starając się propagować jego myśli. To zdumiewające, że człowiek, który ma najwięcej do powiedzenia o naszej rzeczywistości jest w zasadzie publicysta niszowym. Owszem, czasami jego teksty przebiją się w jakimś wysokonakładowym dzienniku, ale czy ktoś widział go w telewizji, pełnej prostaków i niejednokrotnie zwyczajnych idiotów? Nie, bo Łagowski jest poza nurtem głównym uznanym przez postsolidarnościowy establishment za jedynie obowiązujący.

Być może Łagowski sam nie chce się „przebijać”, wiedząc że to nie ma sensu, może nawet ma swego rodzaju pogardę dla tego politycznego świata, który upichcili nam „kombatanci” solidarnościowi i niedopieszczeni antykomuniści z NZS. Ale jednak publikuje z godną podziwu regularnością w lewicowym „Przeglądzie”, piśmie bardzo interesującym, choć jednocześnie z niezrozumiałych względów propagującym idiologiczne szaleństwa feminizmu i tzw. mniejszości seksualnych. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak pismo odwołujące się do pozytywnych tradycji PRL, broniące wysiłku wojska polskiego na Wschodzie,  czy upominające się o ofiary zbrodni UPA – może jednocześnie, ot tak, lekką rączką serwować nam np. Roberta Biedronia? Ale to jest już słodka tajemnica obecnej lewicy – po co jest ta kula u nogi. Tak czy inaczej Łagowski pisuje w „Przeglądzie”, choć powinien być stałym publicystą np. „Rzeczpospolitej” czy „Dziennika”. Tam jednak pisać nie może, bo byłby w każdym tekście sprzeczny z dominującymi w tych gazetach poglądami. Poglądami, które Łagowski uznaje za śmieszne i szkodliwe.

Nie jest tajemnicą, że Łagowski odwołuje się w swojej publicystyce do dawnych mistrzów – do Bobrzyńskiego, Kalinki, ale i do Dmowskiego, potem do Aleksandra Bocheńskiego i Stanisława Stommy. Mieści więc w nurcie konserwatyzmu polskiego najwyższej próby. Z tych pozycji jego opis Polski po 1989 roku jest nadzwyczaj krytyczny. Oddaje to tytuł obecnego wyboru jego felietonów „Symbole pożarły rzeczywistość”. Symbole fałszywe, wymyślone i szkodliwe. Kiedyś opozycyjni solidarnościowi publicyści pisali o nierzeczywistości PRL, sami stworzyli system ideologicznej nadbudowy nie mniej denerwujący i groteskowy.

Łagowski opisując latami narastający w „elitach” stan agresji i szaleństwa nie godzi się na określanie go mianem „jakobinizmu” czy „bolszewizmu”, uznaje, że jest to „restauracja” Polski sanacyjnej. Coś na podobieństwo restauracji we Francji po upadku Napoleona. To jest teza dyskusyjna, ale ciekawa. Na pewno zgodzić się wypada, że mamy do czynienia i z restauracją (np. utrzymywanie, że wyroki na Witosa i Korfantego w procesie brzeskim były zgodne z prawem), ale i mamy jawne przejawy irracjonalnego szału patriotycznego rodem z epoki romantycznej. Mamy do czynienia z powrotem choroby mesjanistycznej będącej de facto herezją godną potępienia. Jednak większość publikowanych obecnie tekstów pisał Łagowski przed katastrofą smoleńską, która nadała opisywanym przez niego zjawiskom nowy wymiar.

Jednak używanie dla opisu formacji postsolidarnościowej terminu „prawica” czy też „nacjonalizm” – jest wątpliwe. Po pierwsze, sam Łagowski odwołuje się do klasyków prawicy, więc trudno byłoby zestawiać np. Kalinkę, Dmowskiego czy Aleksandra Bocheńskiego z Antonim Macierewiczem czy Janem M. Rokitą. Myślę, że terminy typu „prawica” czy „lewica” w tym przypadku są zawodne. Po drugie, termin „nacjonalizm” też jest mylący. Chyba słuszniej używać terminu „postsolidarność”, bo to oddaje najlepiej ów nurt ideowy będący stopem najprzeróżniejszych tradycji i nurtów.

Ale ad rem. W publicystyce Łagowskiego są dwa tematy główne – PRL i polska rusofobia. Autor niezmiennie i nieugięcie piętnuje mitologię solidarnościową, megalomanie i zadufanie jej spadkobierców, ich brak jakiejkolwiek pokory, w tym chrześcijańskiej, kierowanie się instynktem zemsty i odwetu. Znęcanie się, medialne i sądowe, nad Wojciechem Jaruzelskim jest dla niego namacalnym dowodem na potwierdzenie swoich tez. Uważa, że wytworzyła się sytuacja paradoksalna – to Jaruzelski swoją postawą, pełną godności i szacunku dla historii zachowuje się bardziej wedle zasad chrześcijańskich niż jego niby hurra katoliccy prześladowcy. Tłumaczy to wychowaniem, jakie Generał przeszedł u Księży Marianów. Zwraca jednocześnie uwagę na ciekawy szczegół – postsolidarność bardziej koncentruje się na atakowaniu Jaruzelskiego niż Czesława Kiszczaka. Dlaczego? Być może odpowiedzią jest następujący fragment tekstu Łagowskiego:      

„Okrągły Stół był rzeczywiście oszustwem, ale w innym sensie, niż to sobie solidarnościowa prawica wyobraża. Ludzie Jaruzelskie¬go zadbali, żeby „Solidarność" nie miała liczących się konkurentów po stronie opozycji. Gdy władza była już de facto oddana „Solidarno¬ści", cenzura ciągle nie dopuszczała wiadomości, że istnieje Stronnictwo Pracy; sama nazwa była zakazana. Poza targiem o władzę pozo¬stawała najwartościowsza część społeczeństwa: merytokracja, kadra kierownicza przemyski, wyłaniający się biznes, ludzie o ugruntowa¬nej pozycji w różnych profesjach itp. Od dania swobody politycznej tej części społeczeństwa należało zaczynać reformy. Tymczasem ów¬czesna władza nawet sobie samej tej swobody nie dała”.

Jak wiadomo to Kiszczak był wtedy głównym rozgrywającym i to on uzgadniał z Solidarnością szczegóły. Ale – jak się okazuje – postsolidarność woli nie wspominać o tym, jak narodził się jej monopol władzy i monopol „idei przewodniej państwa polskiego”. Woli napawać się poczuciem zemsty. Jednym z jej elementów jest lustracja. Dla Łagowskiego apogeum tego szaleństwa był lincz na abpie Stanisławie Wielgusie, za który – według niego – odpowiadają w głównej mierze bracia Kaczyńscy – ludzie „złośliwej zabawy” politycznej, jak ich określa. Ale nie to jest dla niego najbardziej przerażające. Najbardziej przerażająca była dla niego reakcja Kościoła katolickiego. Pisze o tym zjawisku: 

„Jednego dowiedzieliśmy się z całą oczywistością: w Polsce nie istnieje katolicka wspólnota wiernych. Istnieje katolicka walka pokoleń, koterii i frakcji, prowadzona z niebywałą agresywnością, napastliwością, skłonnością do deptania godności przeciwnika. Lustracja w Kościele to walka księży z księżmi, walka katolickiej inteligencji, już zdemoralizowanej przez przywileje polityczne, z hierarchią. Ta ostatnia wydaje się obecnie tak zastraszona, jak nie była w PRL. Księża czują się pokrzywdzeni przez dotychczasowy przebieg lu¬stracji. Czego się domagają? Rozszerzenia kręgu prześladowań. Na¬wet prymas, dobry człowiek, powtarza: „dlaczego akurat wszystkie teczki są dzisiaj wyciągane przeciwko kapłanom… a nie dotyczy to innych grup społecznych?”. Zupełnie są pominięte? Ależ dotyczy, wcale nie są pominięte! Egoizm instytucjonalny Kościoła sprawia, że hierarchowie, prałaci nie wiedzą, co się w społeczeństwie dzieje. Stosuj ą taktykę ucieczki do przodu: im więcej będzie lustrowanych, tym łatwiej będzie nam, duchownym, ukryć się w tłumie; co i nie dziwota, bo trudno im skorzystać z dobrych rad tego rodzaju: jeśli Kościół nie chce być lustrowany przez dziennikarzy, niech z wyprzedzeniem sam się zlustruje. Jeżeli nie chcesz być przez kogoś powieszony, to powieś się sam”.

To jest zresztą przejaw szerszego zjawiska – Kościół dał sobie narzucić, jak pisze Łagowski, poglądy skrajnej odmiany obozu solidarnościowego na PRL. I wbrew historycznej prawdzie próbuje dotrzymać kroku jakobinom i rewolucjonistom, godząc się nawet na takie upokorzenia, jakich nie doświadczył w czasach minionych. Natarczywe ukazywanie wyłącznie własnych krzywd w okresie PRL, promowanie postaw tzw. księży niezłomnych – jest historycznym nadużyciem i porzuceniem tradycji Kardynała Wyszyńskiego, który z pełną świadomością polecał śpiewać w kościołach „Ojczyznę wolną pobłogosław Panie”.

I wreszcie kwestia polskiej rusofobii. Dla Łagowskiego jest to najbardziej złośliwa z polskich chorób narodowych. Zacytujmy większy fragment: 

„Polska polityka wobec Rosji ma w sobie coś urwisowskiego: jest złośliwa, ale realnej szkody nie wyrządza. Solidarnościowa władza gotowa jest obarczyć polską gospodarkę olbrzymimi kosztami tylko po to, aby Rosjanom coś pokazać. Nawet problemy energetyczne zostały wessane przez rusofobiczną mitologię. Śmiech bierze, gdy się słyszy „ekspertów” z rozmnożonych instytutów do spraw wschodnich i prasy opiniotwórczej. Zajmują się głównie dobiera¬niem przykładów do tez z góry przyjętych. „Rosja” jest słowem samogrającym, wystarczy je wymawiać i już się uzyskuje pozór głęb¬szego sensu, a nawet wtajemniczenia.

Sprzymierzanie się w duchu antyrosyjskiej misji z krajami, o których nawet w szkole na lekcjach geografii nie uczą, jest polityki poczętą w pijanym widzie; niczego zdrowego ona na świat wydać nie może. Nieszczęście polega na tym, że nie da się jej wyprowadzić z samego tylko kaczyzmu.

Sondaże niezmiennie wykazują, że większość Polaków nie po¬piera polityki antyrosyjskiej. Naród jednak popiera. Co to jest na¬ród? Pisałem już kiedyś, że gdy wybucha powstanie, to narodem może być szkoła podchorążych plus kilku literatów bez nazwiska i grupa wtajemniczonych studentów. Taki naród wywołał powsta¬nie listopadowe. Nikt natomiast nie zalicza do narodu tych ośmiuset tysięcy mieszkańców Warszawy, którzy w czasie powstania 1944 r. kryli się przez dwa miesiące po piwnicach, przeklinali powstańców i myśleli tylko o tym, jak by tu nie zginąć z głodu lub od kuli. Naro¬dem byli ci mało liczni, którzy ich na to wszystko, a później jeszcze na wygnanie z miasta narazili. Niejeden raz w historii „Naród", ta nikła mniejszość, machał losem ogółu Polaków”.

Ten fragment to także czytelny sygnał jaką historiozofię wyznaje autor. Warto jeszcze w tym miejscy wspomnieć o oburzeniu jakie budzi w Łagowskim uczynienie z Katynia symbolu 1000-lecia polskiej historii. Pisze:

„Zdumiewający cynizm, z jakim Polacy posługują się Katyniem w psychologicznej wojnie z Rosją, nie byłby możliwy, gdyby tę zbrodnię brano konkretnie, egzystencjalnie, jako fakt zaistniały w określonym miejscu i czasie, przez ludzi opłakiwany od początku, przez państwo wielokrotnie należycie uczczony, dziś będący już tylko wspomnieniem.

Z historii świeckiej, gdzie czyny się przedawniają, lekkomyślni Polacy przenoszą Katyń do sfery niby-świętej, gdzie wszystko, co było kiedykolwiek, może istnieć w nieskończoność, pod warunkiem że jest podtrzymywane w symbolicznym bycie za pomocą odpo¬wiednich rytuałów. Ludzie, którzy zginęli pod Smoleńskiem, lecieli, aby w Lesie Katyńskim odprawić jeden z takich rytuałów. Gdyby nie było w Polsce pseudoreligijnego kultu Katynia, ci ludzie by żyli. Kto mówi, że podtrzymywanie kultu warte było tej ofiary, myśli jak wyznawca archaicznej religii nakazującej lub pozwalającej na skła¬danie bóstwom ofiar z ludzi”.

Myślę, że jest to bardzo cenna sentencja w kontekście zbliżającej się pierwszej rocznicy katastrofy. Wątpić tylko wypada, czy taka interpretacja znajdzie szerszy oddźwięk. U nas słucha się dzisiaj niczym proroków ludzi cynicznych i nawiedzonych, gdy tymczasem ludzi mądrych i roztropnych uważa się za podejrzanych. Mimo wszystko zakończyć wypada nutką optymizmu, bowiem wbrew pozorom tzw. ogół nie jest daleki od tej oceny rzeczywistości, jaką podaje autor, tyle tylko, że często sobie tego nie uświadamia.

Jan Engelgard

Bronisław Łagowski, „Symbole pożarły rzeczywistość”, Universitas, Kraków 2011, ss. 371. 

[aw] 

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Samotność Bronisława Łagowskiego”

  1. Racja, eksponowanie tylko zbrodni radzieckiej na polskich oficerach i względnie wywózek do łagrów, do niczego nie prowadzi.W tym wypadku pan Łagowski ma rację.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.