Scarlettyzm i butleryzm, czyli czy Polacy są optymistami?

Dane pochodzące z powtarzanych od kilku lat badań dotyczących kryzysu, pokazujące, że Polacy zjawiska tego (cokolwiek byśmy pod tym pojęciem nie rozumieli) się nie obawiają – każą więc zarówno mediom, jak i klasie politycznej wysuwać wniosek, że naród nasz jest nastawiony raczej optymistycznie, widząc przed sobą jasną przyszłość. Jak to jednak pogodzić z tym, że wystarczy wsiąść do pociągu, zajrzeć do sklepu, czy postać w kolejce do lekarza, by wysłuchać narzekań niemal identycznych jak 10, 20, czy nawet 30 lat temu?

Pozorny dysonans wynika z nieporozumienia, z punktu widzenia polityków dokonywanego zresztą świadomie, choć właśnie dla „elit” w Polsce może ono okazać się zgubne. Powszechnie bowiem „optymizmem Polaków” nazywa się zjawisko całkowicie odmienne tak co do genezy – jak i skutków społecznych. W istocie nasi rodacy objawiają raczej tumiwisizm, dojutrkostwo, przekonanie, że jakoś to będzie (bo przecież zawsze jakoś było) i zobojętnienie na zdewaluowane groźby (jak właśnie ów „kryzys, czyli brat Ramzesa”, jak mówiono jeszcze za komuny). Nade wszystko zaś cechuje ich wszechogarniający brak wiary w trwałość obecnych struktur społecznych i państwowych, w tym także ekonomicznych.

Pierwsze ze wskazanych objawów są już w polskiej socjologii i politologii nieźle opisane, dla porządku przypomnijmy jednak: Polak ma rozwinięty zmysł kombinacyjny, załatwiacza, omijacza, układowicza, niezależnie od tego, czy musi go stosować w państwie obcym, czy swoim ale głupim, czy chodzi o załatwienie linki do syrenki, czy miejsca w szpitalu, czy po prostu dodatkowej gotówki. Polak wie, że nie tylko klimat był zawsze raczej przeciwko nam, ale także zawsze niemal dawały nam się we znaki dwa symbole naszej ojczyzny – nieżyciowe przepisy i złe drogi. Dlatego niczego innego nie oczekuje i nie spodziewa się od żadnej władzy, a jego leitmotivem pozostaje pogląd „aby gorzej nie było!” Zresztą nawet jak gorzej będzie – to przecież jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było…

Dalej – na szczęście w Polsce wciąż rządzi korupcja i układy. Gdyby nie one – nie udawałoby się załatwić tak upragnionej przez młodych Polaków posady urzędniczej, nie dałoby się dostać z dziadkiem do szpitala, firma polskiego przedsiębiorcy nie dostałaby zlecenia (albo zgoiłyby ją kontrole) – słowem gdyby nie było nienormalnie to normalnie żyć by się nie dało!

Kolejna sprawa – kryzys. Czterdziestki dożywa już pokolenie, które za swego życia nie słyszało, żeby kryzysu nie było. Jeśli więc kryzysem był i schyłek Gierka, i puste półki stanu wojennego, i hiperinflacja Rakowskiego, i recesja z bezrobociem Balcerowicza, a teraz znowu jest kryzys na zielonej wyspie Tuska – to widocznie ten kryzys to coś jak klimat i pogoda: raz lepsze, raz gorsze, ale zawsze obecne. Nie ma więc co się nimi szczególnie przejmować.

Polak więc się nie przejmuje, ale nie dlatego bynajmniej, że wierzy, iż ktoś coś załatwi za niego. Nawet obrażane przez doktrynerów szare masy „homo sovieticusów”, przyzwyczajone niby do państwa choćby troszkę opiekuńczego (choć coraz ich mniej) – doskonale wiedzą, że tęsknią za mitem, który nie się nie ziści. Nawet emeryci mieszkający w rozpadających się kamienicach komunalnych wiedzą doskonale, że ławeczkę muszą sobie postawić sami, bo miasto (choć to jego grunt) tego za nich nie zrobi, mając podatki na inne, ważkie cele. Samemu też tej ławeczki potem pilnują, bo przecież policji do wszystkich ławeczek nie starczy itd. W tym sensie szokowa terapia ostatniego ćwierćwiecza się udała, że wprawdzie jeszcze czasem zawodowi protestujący organizują jeszcze show pod hasłem „niech państwo da!”, ale coraz częściej spotyka się to z wzruszeniem ramion samych niedoszłych beneficjentów na zasadzie „przecież wiadomo, że nie da…”

To jednak nie wszystko. Coraz więcej Polaków nie tylko niemal nic już od państwa nie chce, nie tylko mu nie wierzy, nie ufa i pokłada całą nadzieję we własnej zaradności i umiejętności kombinowania – ale ewidentnie znaczna część narodu nie przypuszcza, aby obecny kształt naszego organizmu państwowego dotrwał do jakiejś przyszłości względnie interesującej z indywidualnej perspektywy. Najlepiej to widać na przykładzie doskonałej obojętności okazywanej przez Polaków problemom kryzysu (no znowu…) systemu emerytalnego. Ani problem OFE, ani podniesienie wieku emerytalnego, ani ponawiane próby napuszczenia ZUS-owców na KRUS-owców – jakoś nadzwyczajnie nad Wisłą nikomu ciśnienia nie podniosły. Czyżby ze względu na zaufanie do rządzących? Proszę się nie śmiać, wypadało chociaż zapytać… No właśnie. Oczywiście, że wprost przeciwnie. Nikt chyba już w Polsce nie wierzy w jakieś wyliczenia otrzymywane z ZUS (niedługo dostaniemy zdaje się w tej sprawie od rządu kolejną korespondencję) czy Funduszy. Nikt nie wie jaką emeryturę otrzyma, kiedy i czy w ogóle – i nie budzi to większych emocji, choć przecież wszyscy już widzą, że system ten zwyczajnie kiedyś p….e. Wszyscy widzą – i to właśnie napawa ich tym tak zwanym „optymizmem” wykazywanym w statystykach.

Sytuacja przypomina ową znaną z PRL-owskiego dowcipu rozmowę rabina z Żydem wahającym się czy oddać 2 tysiące oszczędności do państwowego banku PKO. Jak wiedzą znający ów dowcip – kończy się on konkluzją „Icek, jak cały system demokracji ludowej p….e to ty pluń na te swoje parszywe 2 tysiące!”. Otóż społeczeństwo nasze zdaje się wychodzić z podobnego założenia wzruszając ramionami i przypominając (nawet ci, co innej rzeczywistości nie znają), że skoro padła komuna, to z i demokracją i kapitalizmem nigdy nic nie wiadomo…

Jakie z tego wnioski? Po pierwsze ustaliliśmy, że nie mamy do czynienia z optymizmem, a zatem jego zuchowate podtrzymywanie przez obóz rządzący mija się z celem. Jak wygląda „zielona wyspa” Polak wie podchodząc do kasy w spożywczym, płacąc rachunki czy spłacając kolejną ratę kredytu. Jako zaś, że całość jest podtrzymywana wyłącznie obniżaniem stóp i ostatnim wysiłkiem na rzecz podtrzymania konsumpcji – szczególnie długo ta zabawa na kredyt nie potrwa. Zwłaszcza, gdy nie uda się odpowiednio wcześnie uruchomić kroplówki gotówki kredytowej, nazywanej żartobliwie „środkami europejskimi”. Za jakiś czas więc Polak obserwujący obojętnie ten „ostateczny krach systemu korporacji” będzie mógł wzruszyć ramionami, pokiwać głową, powiedzieć „mówiłem, że p….e” i kombinować już w nieco odmienionych realiach społeczno-ekonomicznych i prawnych.

Myliłby się jednak też ten, kto by sądził, że zdiagnozowany brak zaufania i niewiara w instytucje społeczno-polityczne czyni z Polaków materiał rewolucyjny. Co to to nie. Nieprzypadkowo główną formą wyrażania swej opinii politycznej pozostaje w Polsce absencja wyborcza i ignorowanie całego świata polityki. Polak uprzejmie poczeka, aż się zawali, ale ani myśli się do burzenia choćby najbardziej niewygodnej konstrukcji przykładać. Nawet przebrzmiały mit założycielski III RP – legenda „wielkiego zrywu Solidarności” i „przełomu roku 1989” jest przecież niemal w całości fałszywy, sprawa rozegrała się stricte gabinetowo (i w dużej mierze poza Polską) w sytuacji, gdy jeden układ polityczno-ekonomiczny wyczerpał swoje możliwości i niezbędne stało się coś więcej, niż tylko jego lifting. Być może sytuacja taka zajdzie i w jakiejś dotykalnej przyszłości, choćby w związku z dekompozycją Unii Europejskiej, ale także rodzimym krachem finansów publicznych – nie można tego wykluczyć. Polak jest jednak jak Scarlett O’Hara. Pomyśli o tym jutro. No i trochę jak Rhett Butler – ni cholery go to nie obchodzi.

Czy daje to jednak podstawę do wyciągania wniosków stricte politycznych? Cóż, wydaje się, że w tej sytuacji ani formacja zainteresowana utrzymywaniem status quo za wszelką cenę („by podtrzymać optymizm rodaków”), ani ruchy rewolucyjne wierzące, że „naród ruszy i odzyska Polskę” – nie mają na dłuższą metę racji bytu. Szansą przetrwania i odnalezienia się w ewentualnej nowej rzeczywistości będą miały te opcje, które tak jak Polacy – przyjmą co przyniesie los niezależny od nich, jednocześnie proponując rozwiązania dopasowane do nowych czasów i potrzeb, w tym także nieutrudniające Polakom ich ulubionych kombinacji. Na razie próby tworzenia takich inicjatyw dają jeszcze raczej żałosne efekty – trudno bowiem mówić o nowych ruchach w starej scenerii i uwarunkowań. Potencjalnie zainteresowani muszą więc póki co powtarzać sobie to, co ich potencjalna baza – że jakoś to będzie, bo przecież zawsze jakoś było…

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Scarlettyzm i butleryzm, czyli czy Polacy są optymistami?”

  1. Diagnoza wydaje się trafna. Jesteśmy połączeniem chłopskiego fatalizmu i zdolności kombinowania. Zawsze mi się wydawało, że libertarianizm ma w Polsce przyszłość w długofalowej perspektywie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *