Sikorski na gilotynę?

Mój stosunek do Unii Europejskiej jest znany. Głosowałem „nie” w referendum akcesyjnym. Skoro żadnych dopłat z UE nie pobieram, to nie mam najmniejszego powodu aby zmienić w tej kwestii zdanie. Gdy politycy pokazują mi wybudowane za unijne pieniądze drogi, to preferuję pytanie: a ile najpierw myśmy do tej UE wpłacili? Po procesach wielkiej laicyzacji jaką przeszła Europa od Oświecenia i wielu rewolucji, państwo narodowe pozostało ostatnim absolutem politycznym, przysłowiowym „śmiertelnym bogiem”. Mimo to, w pewnej mierze, jestem dla ministra Sikorskiego wyrozumiały. Jego stanowisko jest błędne, ale logiczne.

Obecna konstrukcja Unii Europejskiej, a szczególnie tzw. eurolandu, to czysta aberracja. Nie mówię już o idiotyzmie tego systemu socjalistycznego jako całościowej koncepcji. Wystarczy, że zobaczymy sobie jak działa euroland, a nie mając nawet większego pojęcia o ekonomii i finansach łatwo dojrzeć, że funkcjonować nie może. Mamy oto jedną walutę, którą posługuje się kilkanaście państw. Każde z nich ma odmienną gospodarkę, podatki, zasady dyscypliny budżetowej itd, itp. Czy się to nam podoba czy nie, to jednak po odrzuceniu parytetu złota politycy przyzwyczaili się, że ręcznie zarządzają gospodarką i finansami min. za pomocą polityki budżetowej, a budowa socjalizmu częściowo odbyła się na kredyt, czyli finansowano ją za pomocą deficytów budżetowych, a więc pożyczek (w różnej formie). Kryteria dyscypliny budżetowej były konieczne dla wszystkich państw. Można je było narzucić tym krajom, które do euro aspirowały, ale nie tym, które już euro posiadały. Jak zmusić państwo mające już euro aby obniżyło swój deficyt budżetowy? Można prosić, apelować, grozić, ale – tak naprawdę – nie można mu nic zrobić. Zresztą zawsze miejscowy urząd statystyczny wespół z ministrem finansów mogą ukryć część deficytu w innych kolumnach i problem „rozwiązać”. Czyniła tak przez całe lata socjalistyczna Grecja. Skutek był taki, że jedne państwa jako tako trzymały w ryzach swoje deficyty, ale były i takie, które konsumowały pieniądze na koszt przyszłych pokoleń. Sytuacja Grecji, Portugalii, Włoch, Irlandii i Hiszpanii nie byłaby tak tragiczna, gdyby miały własne waluty narodowe. Dokonałyby dewaluacji własnej waluty – czyli okradły własnych obywateli z oszczędności – i spłaciły w ten sposób długi wewnętrzne (np. obligacje wykupione przez obywateli w walucie narodowej).

W tej chwili sytuacja wygląda tak, że każde z państw eurolandu prowadzi w miarę niezależną politykę budżetową, ale bez możności dewaluacji własnej waluty, czyli ostatecznego mechanizmu spłaty długów. Dług publiczny przyrasta i przyrasta i nie ma sposobu jego spłaty, bowiem maszyny do druku pieniędzy są w centralnym banku UE. Z kolei zadłużone państwo nie może zbankrutować, nie pociągając w przepaść gospodarek innych państw, które mają euro. Czyli narozrabia jedno z państw, a potem za tę socjalistyczną niefrasobliwość mają płacić pozostali. Ten nielogiczny układ można rozwiązać tylko na dwa sposoby: albo kasując euro, albo przekształcając UE (szczególnie kraje eurolandu) w jedno nowe państwo z centralnym ośrodkiem politycznym, który podda budżety krajów członkowskich i ich polityki gospodarcze kontroli. Czyli albo rozpad UE, albo budowa Stanów Zjednoczonych Europy. Innego wyjścia po prostu nie ma.

Ja tam żadnych integrystą integracji europejskiej nie jestem i bardzo chętnie pożegnałbym się z socjalistyczną Europą i jej papierową walutą, która nijak się ma do rezerw złota. Pożegnałbym UE, Komisję Europejską, seniora Barroso, Parlament Europejski bez żalu. Nawet nie tyle ze względów nacjonalistycznych, co dlatego, że zdechrystianizowana i socjalistyczna Europa jest mi obca cywilizacyjnie. Rozumiem jednak, że zdecydowana większość klasy politycznej będzie bronić Europy jak (a nawet więcej niż) niepodległości. Dlatego na europejskich salonach uchwalono, że trzeba rzucić hasło pogłębionej integracji, przekształcenia UE z konfederacji państw w państwo federalne z naczelną zasadą poddania budżetów państw członkowskich kontroli socjalistycznego internacjonału z Brukseli. Radosław Sikorski niczego innego nie wymyślił, jak tylko ogłosił światu myśl zasłyszaną w brukselskich salonach.

Propozycja ministra Sikorskiego jest prosta i wyraża propozycję spauperyzowanych socjalizmem społeczeństw zachodnich: jeśli Niemcy sfinansują bankrutujący europejski socjalizm, to Europa przekształci się w wielką kontynentalną federację z „przewodnią rolą” Niemiec w nowym państwie europejskim. Albo innymi słowy: „Pani Angelo, jak sypnie Pani kasą, to sen Fryderyka Barbarossy o Sacrum Imperium stanie się faktem”. Tak, Europa jest na sprzedaż. Jeszcze nie tak dawno rzucono hasło aby to Chiny wsparły finansowo bankrutującą UE. Chiny miały rzucić miliardami dolarów, w zamian za to – jeśli dobrze rozumiem – politycy europejscy gotowi byli uznać chińską dominację i nawet wstrzymać się z komentarzami odnośnie przestrzegania praw człowieka w Pekinie. Chiny oferty nie przyjęły, więc bankrutujący socjaliści – w osobie Radka Sikorskiego – propozycję tę powtórzyli wobec Niemiec. Jeśli Berlin nie kupi masy spadkowej, to w końcu cały ten biznes zostanie wystawiony na allegro do licytacji. Kupi nas jakiś Żyd, Turek czy inny handlarz niewolników.

Jarosław Kaczyński – najwyraźniej zapominając, że to jego brat podpisał Traktat Lizboński – narobił wiele wrzasku nad całkiem rozsądną, acz desperacką propozycją ministra Sikorskiego. Prawdę mówiąc od polityka pozującego na przywódcę opozycji oczekiwałbym rozsądnej propozycji jak uniknąć bankructwa Polski wraz z socjalizmem europejskim? Wychodzić z UE czy czekać na rozpad?

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku „Najwyższy Czas!” i na nczas.com

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Sikorski na gilotynę?”

  1. @Adam Wielomski – „Czyli albo rozpad UE, albo budowa Stanów Zjednoczonych Europy. Innego wyjścia po prostu nie ma.” – to jest często powtarzany w mediach mit. Budowa SZE niczego w tej kwestii nie da, poza ewentualnym odłożeniem problemu w czasie. Zadłużenie się przez to nie zmniejszy, socjalizm też nie, pieniądze żadne się nie wyczarują. Nastąpi jedynie przeniesienie problemu szczebel wyżej, odwleczenie katastrofy o parę lat (no, może paręnaście). // „Mamy oto jedną walutę, którą posługuje się kilkanaście państw. Każde z nich ma odmienną gospodarkę, podatki, zasady dyscypliny budżetowej” – sama dyscyplina budżetowa, ani też – skądinąd bardzo szkodliwa i potencjalnie tragiczna w skutkach – harmonizacja podatków nie sprawi, że euro nabierze sensu. Zresztą, skoro na razie harmonizacja systemu nie prowadzi do powstania optymalnego systemu walutowego EU, a wręcz, jak pokazuje praktyka – oddaleod tego, to nie ma najmniejszego powodu przypuszczać, że po ujednoliceniu podatków będzie inaczej.Twórcy euro najwyraźniej nie czytali albo nie wzięli sobie do serca dorobku Mundella, a gołym okiem widać, że się sprawdza. // Tak naprawdę to problem jest w sporej części sztuczny – euro jako takie (jako waluta) może całkiem normalnie funkcjonować mimo bankructwa Grecji, Włoch, Hiszpanii i Belgii. Prawdziwym problemem nie jest sama waluta, ale straty wierzycieli w wyniku bankructwa kilku krajów. I silna presja elit finansowych na pokrycie tych strat z kieszeni podatnika.

  2. Popieram post Pana Daleckiego. Cała zabawa polega na tym, że nie daje się Grecjom i Włochom zbankrutować dopóki ich obligacje są w posiadaniu francuskich, niemieckich i innych europejskich banków. Gdy banki wyprzedadzą te obligi na rzecz instytucji wspólnotowych i MFW, to wtedy się okaże, że bankructwo jest konieczne. Typowa praktyka: gdy będą zyski, to będą nasze, gdy będą straty, to się je upubliczni i zapłaci podatnik. Taki socjalo-kapitalizm, który udaje prawdziwy kapitalizm zohydzając tę ideę na wieki i umożliwiając przejście do jeszcze większego socjalizmu na fali presji oburzonych…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.