Śmiech: Antypolityka przynosi „efekty”

Prowadzona z uporem maniaka przez rząd PiS antypolityka zagraniczna oparta na jednym niepodważalnym aksjomacie totalnej wrogości w stosunku do Rosji doznała w ostatnim czasie szeregu zawstydzających niepowodzeń, zarówno ze strony europejskich sojuszników, jak i ze strony USA. O ile cofnięcie zgody Danii na kontynuowanie projektu Baltic Pipe, ma charakter zapewne tymczasowy i może mieć na celu podbicie ceny, o tyle już stwierdzenie kanclerza Austrii Sebastiana Kurza o stałym poparciu jego kraju dla Nord Stream 2, a zwłaszcza jego słowa o tym, że pokój w Europie można zbudować tylko z Rosją a nie przeciwko niej, zapewne bardzo zabolały kierowników polskiej antypolityki. Szczególnie zaś uderzyły w ich dumę działania administracji amerykańskiej prezydenta Joe Bidena, który najpierw zrezygnował z sankcji wobec Nord Stream 2, następnie zapowiedział podróż do Europy i spotkania z sojusznikami przed zapowiedzianym na 16 czerwca spotkanie z prezydentem Putinem. Polska nie znalazła się na szlaku Bidena, a o wstrzymaniu sankcji dowiedziała się z mediów, bez żadnej uprzedniej konsultacji. Krokodyle łzy wylewa w związku z tym w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau.

Jakby nie patrzeć, znowu pokazano nam miejsce w szeregu. Jak powiedziałem, jest to skutkiem polskiej antypolityki zagranicznej. Z jednej strony oparta jest ona na ogromnym przewartościowaniu znaczenia Polski na arenie międzynarodowej, u źródła którego leży tradycyjna polska megalomania nie przyjmująca do wiadomości, że XVI wiek już minął jakiś czas temu. Z drugiej strony, polityka ta powiela metodę rządu emigracyjnego z czasów II wojny wiszenia u klamki możnych (którą wobec słabości tamtego rządu, w niewielkim stopniu można uznać za uzasadnioną), w tym wypadku, u klamki amerykańskiej, oraz, co absolutnie najważniejsze – jest polityką całkowicie jednostronną, pozbawioną alternatyw zarówno jeśli chodzi o sojusze, jak i o wrogów. Wobec tego, jako polityka kompletnie przewidywalna i jednocześnie pozbawiona jakichkolwiek elementów elastyczności, jest ignorowana przez sojuszników i wrogów. Przecież obsesyjnie antyrosyjska polityka Lecha Kaczyńskiego i równie obsesyjna polityka rządów PO i PiS po 2014 r., jawne traktowanie Rosji jako wroga ludzkości, retoryka ziejąca nienawiścią do Rosji, wreszcie permanentne nawoływanie gdzie się da i kogo się da, do prowadzenia agresywnej polityki wobec Rosji i to pomimo niewypowiedzenia przez Polskę układu dwustronnego z Rosją o przyjaznej i dobrosąsiedzkiej współpracy z 1992 r., a także faktyczna likwidacja wszelkich stosunków z Moskwą poza samym aktem oficjalnego zerwania stosunków, nie jest dla Rosji wystarczającym powodem do zerwania stosunków z jej strony. Ba, nawet ostatnio prezydent Putin, przy okazji spotkania z nowymi ambasadorami, ponownie wyciągnął rękę do Polski, zapewne bez jakichkolwiek oczekiwań. Dlaczego tak się dzieje? Bo chorego z nienawiści i kompleksów nie traktuje się tak samo jak innych. Traktuje się go z pobłażaniem i ignoruje. To samo dotyczy sojuszników, którzy ze strony Polski mogą spodziewać się jedynie najtwardszej linii antyrosyjskiej z możliwych. A pobłażanie i ignorowanie boli szczególnie, zwłaszcza tych polskich polityków, którzy widzą się jako koryfeusze polskiego mocarstwa wszechświatowego. Przypomnienie faktów z okresu II wojny będzie tu jak najbardziej na miejscu. Edward Raczyński wspominał w 1949 r. na łamach londyńskich „Wiadomości” (nr 182) : „W rozmowie ze mną p. [Adolf Augustus] Berle, wówczas jeden z podsekretarzy stanu w departamencie stanu w Waszyngtonie powiedział (24 lutego) – Rosja wyjdzie z wojny jako jedno z nielicznych mocarstw światowych. Nie jest do uniknięcia uwzględnienie interesów i postulatów takiego organizmu. Nie jest również do pomyślenia, by nieograniczona suwerenność w znaczeniu przedwojennym małych państw mogła stanąć na drodze koniecznej i naturalnej ekspansji politycznej i gospodarczej wielkiego organizmu”. I dalej: „ówczesny ambasador  amerykański w Londynie [John Gilbert] Winant powiedział mi dosłownie (w Waszyngtonie 13 marca 1942)  – Co do Polski Stalin rości pretensje do terytoriów tylko po linię Curzona w zamian za co proponuje nam oddanie Prus Wschodnich”.  Z kolei ambasador w USA Jan Ciechanowski wspomina, że Roosevelt na zakończenie rozmów z Sikorskim w marcu 1942 r. zapewniał, że „rząd amerykański nie zapomniał o Karcie Atlantyckiej”. Ale wg Józefa Lipskiego na koniec trzeciej podróży Sikorskiego do USA, 4 stycznia 1943 r., podsekretarz stanu Sumner Welles powiedział: „ani Prezydent ani rząd w braku porozumienia z innymi sojusznikami jak również ze względów wewnętrznych, nie mogą składać oświadczeń wiążących np. co do granic zachodnich Polski i nie mogą również zobowiązywać się co do integralności granic. (…) Zapewnił przy tym, że żadna sprawa obchodząca Polskę pośrednio lub bezpośrednio, nie będzie oficjalnie omawiana a tym bardziej załatwiona bez udziału i zgody rządu polskiego”. Pod koniec 1943 odbyła się jednak konferencja w Teheranie a w lutym 1945 w Jałcie, gdzie postąpiono zgoła odwrotnie. Sojusznik amerykański mamił Sikorskiego, nie mając zapewne śmiałości oświadczyć mu w twarz, że Karta Atlantycka, to bajka dobrze sprzedająca się w propagandzie. Gorzej, że i Sikorski, i jego następcy uznali (i co gorsza, w to uwierzyli), że wszelkie niepokojące wypowiedzi urzędników rządu USA należy interpretować na korzyść sprawy polskiej…

Wydawać by się mogło, że po upływie ponad 75 lat od tamtych doświadczeń, opisaniu ich na wszelkie sposoby, trzeba wyciągnąć wnioski i nie zachowywać się więcej w podobny sposób. Tymczasem dzisiejsze rządy idą dokładnie tą samą drogą. Na szczęście dla nas wszystkich, zagrożenie dla interesów polskich, wówczas realne, dziś istnieje tylko w głowach rusofobicznej klasy politycznej w Polsce, dlatego obecna katastrofalna antypolityka zagraniczna skończy się TYLKO kompromitacją i utwierdzeniem reputacji Polski jako bardzo słabego kandydata na partnera układów politycznych z powodu zacietrzewienia, jednostronności i braku elastyczności.

Minister Zbigniew Rau ma wyjątkowego pecha. Nie tylko dlatego, że to jemu, a nie pp. Waszczykowskiemu, czy Czaputowiczowi przyszło przełykać gorzką pigułkę uderzającą w godność „dumnych Polaków” PiS-u. Ten niewątpliwie wybitny znawca historii doktryn politycznych i prawnych, nauczyciel akademicki, autor książek, licznych artykułów naukowych, promotor prac doktorskich, wcześniej stypendysta uczelni niemieckich, holenderskich, brytyjskich, amerykańskich i australijskich, zdecydował się na karierę polityczną pod szyldem PiS chyba nie do końca przemyśliwując swój krok. Już jako wojewoda łódzki przeprowadził niesławną dekomunizację ulic, wyrzucając z przestrzeni publicznej m.in. Batalion Platerówek, Leona Kruczkowskiego, Maksyma Gorkiego, czy Plac Zwycięstwa, jednocześnie ulegając protestowi „Gazety Wyborczej” i odwołując decyzję o nadaniu ulicy imienia prezesa Stronnictwa Narodowego, zamordowanego przez Niemców w 1942 r. Kazimierza Kowalskiego. Potem groził odwołaniem ze stanowiska prezydenta Łodzi Hanny Zdanowskiej, której to groźby nie spełnił. W końcu został ministrem spraw zagranicznych i przez dłuższy czas w ogóle nie było nic słychać o jego działaniach.

W ostatnim czasie jednak częściej słychać o p. ministrze, a szerszej publiczności dał się poznać przy okazji hucpy antybiałoruskiej, deklaracji o de-okupacji Krymu, o czym niżej, i wspomnianego wywiadu dla „Rzeczpospolitej”. Wspomniany wywiad dla „Rz” jest smutnym potwierdzeniem dramatycznego braku rozumienia polityki zagranicznej i jej metod. Zakładanie, że świat przyjmie polską interpretację stanu stosunków w naszym regionie jako „sierpnia 1939” i zagrożenia ze strony Rosji, na której inwazję oczekuje się niemal z dnia na dzień, to doprawdy rzecz niebywała, żeby nie powiedzieć ostrzej. A kiedy ten świat, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, na które ta sama Polska stawia, jak na jedną jedyną kartę, nie podziela naszych fobii, to artykułuje się pretensję do tego jedynego obrońcy i zbawcy! Z perspektywą, że wobec takiej jednostronności, za chwilę i tak będzie się wisiało u jego klamki. Utyskiwanie na Nord Stream 2, który powstaje, jako konsekwencja ślepego uporu Polski przy niedoszłym Jamalu II i przy Nord Stream I, wygląda na celowe wprowadzanie w błąd Polaków i własnego elektoratu nawet. W wizji ministra wszystko, co robi Rosja jest li tylko agresją i wciąganiem w zasadzkę Zachodu. Co dalej, chciałoby się zapytać? Rosja dokona inwazji na Europę i będzie ją okupować? Rau powtarza też słynne ostrzeżenia Lecha Kaczyńskiego z okresu, kiedy przestał być on już  w jakimkolwiek stopniu politykiem racjonalnym (rozkaz zmiany kursu samolotu prezydenckiego, groteska z Saakaszwilim i strzelaniem z broni rosyjskiej podczas nocnego wypadu w Gruzji), o Gruzji, Ukrainie, państwach bałtyckich i Polsce, jako celu agresji Rosji. Czy wybitny znawca doktryn politycznych nie zauważył, że Rosja ani nawet ZSRR nie zaatakowała nigdy kraju NATO, zaś Kijów to dla Rosjan kolebka państwowości i wiary oraz obszar strategiczny w najwyższym stopniu i nie można go traktować na równi z Wenezuelą, czy Syrią? Wreszcie gesty USA wobec Niemiec, to też nie jest żadna nowość. RFN jest głównym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w Europie od lat 50-tych, od remilitaryzacji i zbudowania niemieckiej potęgi gospodarczej. Sojusznikiem przy tym wygodnym, bo utrzymywanym w niepełnej suwerenności (i to jest wartość dodana obiektywnie, także dla nas), w rezultacie II wojny światowej, jednakże wystarczająco silnym i samodzielnym, aby traktować go poważnie, w przeciwieństwie do słabej Polski, stanowiącej, nawet w słowach premiera Morawieckiego rezerwuar (wykształconej?) siły roboczej dla Niemiec. Także słowa o Rzeczpospolitej Polaków, Litwinów i Rusinów, rzekomo istniejącej już w 1505 r., to najpewniej celowe naginanie historii do bieżących celów politycznych. Trudno, aby p. minister nie wiedział, jaką ewolucję I RP przechodziła, i że w postanowieniach Konstytucji 3 maja była już praktycznie przedsionkiem państwa narodowego Polaków. Ale doklejanie do nas na siłę Litwinów (których?) i Rusinów, to też dowód słabości.

Wreszcie jeden z najbardziej jaskrawych dowodów na błądzenie polskiej antypolityki zagranicznej w obłokach. Oto, 18 maja 2021 r. minister Zbigniew Rau podpisał wspólnie z ministrami Litwy i Ukrainy oświadczenie w związku z 77 rocznicą deportacji Tatarów Krymskich. Przypomnijmy, że wówczas, po odzyskaniu Krymu przez Armię Czerwoną, władze ZSRR zastosowały odpowiedzialność zbiorową wobec społeczności tatarskiej za winy kolaborantów III Rzeszy i deportowały ją głównie do Uzbekistanu, Kazachstanu i Tadżykistanu (sprawa owej kolaboracji jest sama w sobie b. ciekawa, ale nie miejsce tu na jej omówienie). Na skutek deportacji zmarło od 34 do 110 tysięcy osób, w zależności od źródeł. Większość wróciła na Krym w drugiej połowie lat 80-tych w czasie pierestrojki.

Oświadczenie głosi m.in. : „W tym smutnym dniu, w imieniu Ukrainy, Republiki Litewskiej oraz Rzeczpospolitej Polskiej, składamy nasze najgłębsze kondolencje Tatarom Krymskim. Łączymy się z Wami w bólu i czcimy pamięć niewinnych ofiar ludobójstwa popełnionego w 1944 r. (…) Niestety, w siedemdziesiąt lat od tej przerażającej zbrodni, nasze pokolenie jest świadkiem powtarzających się wydarzeń z przeszłości. Tymczasowa okupacja Krymu przez Rosję doprowadziła do nowych represji skierowanych przeciwko Tatarom Krymskim, którzy raz jeszcze stają w obliczu naruszeń praw człowieka, prześladowania ze względu na ich poglądy, wyznanie, niezgodę z okupacją ukraińskiego Krymu (…) Najskuteczniejszą odpowiedzią będzie de-okupacja półwyspu Krymskiego. Rządy naszych państw, wraz z partnerami, będą kontynuowały pracę prowadzącą do przywrócenia szacunku dla prawa międzynarodowego oraz suwerennej kontroli Ukrainy nad Krymem. (…) Z niecierpliwością oczekujemy wypracowania jasnego planu działania społeczności światowej w celu przybliżenia de-okupacji ukraińskiego Krymu oraz przywrócenia praw Tatarów Krymskich. Jesteśmy pewni, że nasze wspólne wysiłki i solidarność międzynarodowa przyczynią się do wyzwolenia Krymu spod rosyjskiej okupacji, jak również do przywrócenia praw i wolności Tatarom Krymskim na ukraińskim Krymie”.

Trudno doprawdy o dokument bardziej oderwany od rzeczywistości. Podkreślanie ukraińskości Krymu jest rzeczą śmieszną. Ukraina, jako państwo poradzieckie odziedziczyła granice republiki, które w sposób dowolny kształtowane były przez władze ZSRR. Taką wewnętrzną decyzją było podarowanie Krymu Ukrainie w 1954 r. Nie sposób nie zauważyć również, że ta sama Ukraina, tak antysowiecka i antyrosyjska jest, właśnie jako państwo poradzieckie, beneficjentem zdobyczy terytorialnych ZSRR. W tej sprawie trudno jednak oczekiwać na refleksję. Stałe powoływanie się zaś na gwarancję granic z Memorandum Budapesztańskiego jest o tyle dyskusyjne, że dokonując zamachu stanu na legalnego prezydenta Janukowycza, Ukraińcy wyszli poza warunki tego memorandum.

Co do tzw. prześladowań Tatarów po przyłączeniu Krymu do Rosji, jest rzeczą zupełnie naturalną, że ci, którzy sprzeciwiają się temu i stanowią forpocztę Ukrainy, stanowią też przedmiot zainteresowania służb rosyjskich, tak jak naturalna była nieufność II RP do Ukraińców, którzy pragnęli oderwania Lwowa i Małopolski Wschodniej od Polski. Z kolei używanie terminu „ludobójstwo” w kontekście i historycznym i teraźniejszym, bawi. Ma mieć wydźwięk antyrosyjski. Tak, Ukraina po przewrocie uznała deportacje za ludobójstwo. W 2015 r. Tymczasem jeszcze w ZSRR w 1989 r. Rada Najwyższa uznała deportacje za nielegalne i przestępcze, zaś ustawa Rosyjskiej FSRR nr 1107-1 z 26 kwietnia 1991 r. „O rehabilitacji narodów represjonowanych” uznała deportacje przeprowadzone w ZSRR za ludobójstwo właśnie. Wreszcie prezydent Władymir Putin po włączeniu Krymu w skład Rosji w 2014 r. wydał dekret O rehabilitacji Tatarów Krymskich i innych narodów dotkniętych represjami stalinowskimi (nr 268 z 21 kwietnia 2014 r.). Zatem Ukraina uchwaliła swoją ustawę dopiero po przewrocie, bez najmniejszych wątpliwości z powodów politycznych. Wcześniej problemu nie dostrzegano. Można do tego dodać, że obchody deportacji odbywają się i na Krymie rosyjskim. W 2021 r. wziął w nich udział Siergiej Aksjonow, głowa Republiki Krymskiej.

Natomiast tylko jako mrzonki można ocenić postulaty tzw. de-okupacji zamieszkanego w co najmniej 70% przez Rosjan Krymu. Jest to w istocie wezwanie do wojny przeciwko Rosji, gdyż w żaden inny sposób de-okupacji przeprowadzić się nie da. Czy wspólnota międzynarodowa będzie umierać za Krym podarowany Ukraińskiej SRR przez Chruszczowa? Wolne żarty!

Antypolityka zagraniczna Polski jest nie tylko tragicznie beznadziejna w swej warstwie merytorycznej, ale także w wyrazie. Podpisując oświadczenia z pionkami polityki międzynarodowej, sama ustawia Polskę w pozycji pionka. I karleje.

Adam Śmiech

Facebook

1 thought on “Śmiech: Antypolityka przynosi „efekty””

  1. Kolejny wybitny tekst autora w charakterystycznym dla niego stylu merytorycznie wyważonym, tekst zdecydowanie naukowy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *