Soska: Plac Taksim jak Plac Tahrir?

Od ponad dwóch tygodni już trwają w Turcji walki demonstrantów z policją, a tak naprawdę z premierem Erdoganem i jego Partią Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Protesty, które zaczęły się jako sprzeciw wobec przekształceniu centralnego placu Stambułu z starym parkiem w kolejne centrum handlowe, szybko przekształciły się w wielotysięczne manifestacje, antyrządowe protesty i walki uliczne na tle politycznym.

Im dłużej trwają jednak starcia, im bardziej bunt rozlewa się na kolejne miasta, im więcej środowisk i ruchów się do niego przyłącza – tym trudniej tak naprawdę odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: O co w tym wszystkim chodzi?

Wszystko zaczęło się od protestów na tle ekologicznym czy architektonicznym, choć już tu motywy protestujących nie są do końca zrozumiałe. Stambuł jest 15-milionową metropolią, pełną tłoku, hałasu, ludzi, budynków i samochodów. Władza zaplanowała na centralnym placu Taksim (będącym tradycyjnym miejscem rozpoczęcia strajków i manifestacji) dość radykalne zmiany, choć niekoniecznie aż tak „antyekologiczne”. Plan przewidywał zamknięcie placu dla ruchu samochodowego i przeniesienie tego ostatniego pod ziemię, przekształcenie placu w strefę dla pieszych, znajdujący się nieopodal 200-letni park Gezi oraz stare koszary z czasów osmańskich miały zostać odrestaurowane. Na terenie koszar miało powstać centrum handlowe, wpisane w architekturę i charakter tego miejsca – coś na kształt „Manufaktury” w Łodzi czy „City Parku” w Poznaniu. Stambulscy urbaniści z jakichś względów tego planu nie zaakceptowali – a władza, jak to władza, postanowiła go realizować nie zważając na głosy sprzeciwu. Wtedy właśnie protesty się zaczęły.

Protesty, na które policja zareagowała gazem łzawiącym, armatkami wodnymi i pałkami szturmowymi. I to stało się impulsem, przysłowiową iskrą, która zmobilizowała już nie tylko „ekologów”, ale wszystkich, którzy z jakiegoś tam względu z czegoś byli niezadowoleni: studentów, anarchistów, intelektualistów, lewaków, pracujących za marne grosze w dużych firmach, bojówkarzy i zadymiarzy. Poleciały kamienie, posypały się tłuczone szyby i witryny. I choć Turcja to kraj świecki w formie, a zarazem muzułmański w treści, to nie brakowało też takich, którzy skorzystali z okazji do obalenia nie tylko premiera, ale i kilku flaszek. Policja zatrzymała prawie 2 tysiące osób, większości z nich jednak nie zwolniła po zbadaniu sprawy i spisaniu personaliów. W międzyczasie w trybie pilnym sad podjął decyzję o anulowaniu planu modernizacji koszar i parku. Z tym, że nikomu już o te drzewa w tym wszystkim nie chodziło.

Sprawa parku nagle stała się sprawą polityczną. Walką z władzą wedle standardowego schematu: bo władza jest autorytarna, bo ma zapędy reżimowe, bo trzeba bronić „praw człowieka”, bo Turcji grozi Szariat, bo zagrożone są demokracja i prawa człowieka… Protesty rozlały się nie tylko na inne dzielnice, ale na inne miasta w Turcji. Do 3 czerwca w 67 miastach demonstracji było 235; rannych zostało 60 cywilów i 115 policjantów (co w sumie też mówi trochę o charakterze „protestów”). Jedna osoba zginęła… potrącona przez taksówkę. Budowano uliczne barykady, demolując przy okazji coraz więcej sklepów, samochodów, przystanków komunikacji miejskiej. Doszło do kilku podpaleń biur rządzącej partii AKP, gdzieś poleciały koktajle Mołotowa. W proteście przeciwko władzy ci mniej agresywni i radykalni wychodzą wieczorami na balkony i… walą w garnki. Walą w garnki przeciwko władzy, w imię „wolności”…

Jednocześnie na świecie zaczęły się pojawiać nagłówki, krzyczące o „tureckiej wiośnie” i „tureckiej rewolucji”, nawiązując do szeroko pojętej „arabskiej wiosny ludów”. „Spontanicznie” w Europie, USA, także w Polsce zorganizowano pikiety i marsze poparcia dla protestujących. Tradycyjnie, gołe cycki „w obronie łamanych praw człowieka i wolnej Turcji” zdążył pokazać FEMEN. „Amnesty International” potępiła „stosowanie nadmiernej siły wobec pokojowych demonstrantów”. Internetowe portale „Gazety Polskiej” proklamują „ogólnonarodowe powstanie”. Powszechne wyrazy poparcia i współczucia w „postępowym świecie”. Już poszła w świat plotka, że w Turcji blokowany jest internet, że nie działają popularne portale społecznościowe, facebook czy twitter – co było totalną bzdurą, pomijając może chwilowe problemy związane z przeciążeniem serwerów, gdy tysiące czy dziesiątki tysięcy osób jednocześnie próbowało na własne oczy się przekonać, czy faktycznie władza „zablokowała” internet. Krótko więc mówiąc – schemat reakcji i komentarzy znany dobrze na świecie już od jakiegoś czasu, widzimy i tym razem na przykładzie Turcji. Bardzo charakterystyczna jest też reakcja USA i Rosji: Stany wyrażają obawę przed „nadmiarem użycia siły” przez turecką policję, a Moskwa stoi na stanowisku nieingerowania w wewnętrzne sprawy Turcji.

Ale jak to w końcu jest z tą władzą – „autorytarną” i „z zapędami reżimowymi”? Premier Erdogan to człowiek religijny, konserwatywny, zdecydowany i charyzmatyczny. Budzi kontrowersje, lubi prowokować, posiada ostry, niewyparzony język. Sam, w przeszłości, był dość radykalny: w laickiej Turcji, ściśle opartej o młodoturecką zasadę rozdziału państwa od religii, został (w 1998 r.) nawet skazany przez sąd bezpieczeństwa państwowego z powodu zachęcania do wrogości na podstawie klasowej, rasowej, religijnej itp. na 10 miesięcy więzienia i dożywotny zakaz uprawiania polityki – powodem było zacytowanie (!) religijnego wiersza Z. Gökalp: „Demokracja jest tylko pociągiem, na który wsiadamy, dopóki nie będziemy u celu. Meczety są naszymi koszarami, minarety – bagnetami, kopuły naszymi hełmami, a wierni naszymi żołnierzami”. Potem jednak, gdy – podobnie, jak jej poprzedniczka, Partia Dobrobytu – islamska Partia Cnoty, do której należał Erdogan, została zdelegalizowana i nie mogła startować w wyborach, przyszły premier założył własne ugrupowanie, skupiające dość egzotyczną mieszaninę konserwatystów i demokratycznych reformatorów.

Samemu Erdoganowi można więc zarzucać w przeszłości radykalizm. Ale jego obecna partia – AKP – jest umiarkowanie konserwatywna, z naciskiem na „umiarkowanie”, a nie na „konserwatywna”. I można ją śmiało porównywać do europejskiej chadecji. Popiera gospodarkę wolnorynkową i tureckie członkostwo w UE – zresztą w Parlamencie Europejskim (jako obserwator) należy także do chadecko-centrowej Europejskiej Partii Ludowej. Państwo tureckie jest laickie i demokratyczne! Od 2002 roku AKP trzy razy z rzędu zwyciężyła w wolnych, demokratycznych wyborach, i to zdobywając za każdym razem większą ilość głosów. Ostatnim razem, w 2011 roku, było poparcie wynosiło prawie 50 %. Gospodarczo Turcja ma się całkiem nieźle, zwłaszcza na tle pogrążonej od długiego już czasu w kryzysie Europy. Krajowa gospodarka jest silna, PKB wzrasta, bezrobocie spada regularnie, w porywach błyskawicznie.

Co do zarzutów o „pełzającą islamizację”: fakt, na ulicach więcej kobiet nosi chusty – ale dlatego, że wcześniej były one zakazane! Wprowadzony ostatnio zakaz sprzedaży alkoholu… dotyczy tylko sklepów, i obowiązuje tylko w godzinach 22 do 6 rano. W barze, restauracji czy hotelu pić można śmiało całą noc. Inne „radykalne” posunięcia władzy, łamiące wszelakie „prawa człowieka” i „wolności obywatelskie”: zakaz malowania paznokci na czerwono przez stewardessy narodowego przewoźnika lotniczego, zwracanie przez głośniki uwagi, by „przyzwoicie” zachowywać się w ankarskim metrze… Cóż, doprawdy nie wiadomo, jak ta biedna uciskana młodzież wytrzymywała w takiej fundamentalistyczno-islamskiej dyktaturze…

A opozycja? Tureckie społeczeństwo jest różnorodne, podzielone. Tak samo, jak scena polityczna młodej tureckiej demokracji. Wśród protestujących teraz przeciwko władzy są zarówno laiccy spadkobiercy Atatürka – nacjonalistyczna partia CHP (CHP i AKP to główni aktorzy tureckiej sceny politycznej, zwalczający się w sposób wcale nie mniej wybredny, niż obydwie główne siły polityczne w Polsce), wiecznie niezadowolona i zbuntowana przeciwko jakiejkolwiek władzy młodzież, jak i – i to może być niebezpieczne na dłuższą metę – prawdziwi islamscy fundamentaliści, dla których władza premiera Erdogana jest zbyt świecka i prozachodnia. Nastroje w Turcji są bardzo podzielone – jedni premiera popierają bezgranicznie, drudzy go nienawidzą. A wśród tych drugich są tacy, dla których jest on „pieskiem Ameryki i Unii Europejskiej”, jak i tacy, dla których jest „islamskim fundamentalistą, po cichu wprowadzającym religijne prawo Szariatu”.

Protesty – najpierw w obronie drzew i krzaków – przerodziły się w uliczne burdy, walki z policją, walkę z rządem i premierem oraz „pokojowe walenie w garnki”. Krótko mówiąc: w Turcji panuje bałagan, o którym my, Europejczycy, nie mamy zbytniego pojęcia, a mimo to rościmy sobie prawo do przyznawania moralnej racji jednej ze stron, a media już za nas – albo raczej za samych Turków – zadecydowały, że mamy kolejną odsłonę „arabskiej wiosny ludów”. Że Plac Taksim to nowy Plac Tahrir. W imię „demokracji” i „praw człowieka”. Przeciwko „autorytaryzmowi” i „totalitaryzmowi”. Amen.

Michał Soska

myslpolska.pl

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *