Stanisław Cat-Mackiewicz: Prasa niemiecka, a nasza

Jak już o tym informowaliśmy nasz portal został jednym z patronów medialnych serii wydawniczej „Pism Wybranych Stanisława Cata-Mackiewicza” wydawnictwa Universitas: https://konserwatyzm.pl/artykul/4174/portal-konserwatyzmpl-jednym-z-patronow-medialnych-pism-wybr

Poniżej publikujemy fragment I tomu, który niebawem trafi do księgarń w całej Polsce.

W chwilach jednak naszej z p. Voldemarasem rozprawy przed stołem Ligi Narodów prasa nasza nie przyznawała się do tego, że nasze tendencje nie wygrywały, lecz rozpisywała się o tym, jak Voldemaras śmiesznie w Lidze Narodów wygląda i jak go wszyscy lekceważąco traktują. Było to prawdziwe, lecz nieistotne.

Po Madrycie prasa niemiecka podniosła niesłychane larum, płakała i krzyczała w niebogłosy, że niedołęga Stresemann poniósł straszną klęskę, a Zaleski odniósł wielkie zwycięstwo. Głos ten tym bardziej był przekonywujący, że prasa polska, mało zresztą zajmując się sprawą Madrytu, pisała, że „atak niemiecki został całkowicie odparty”.

Naszym zdaniem, opinia prasy niemieckiej i naszej nie tłumaczy się tym, aby istotnie Niemcy byli zwyciężeni, my – zwycięzcami, lecz przede wszystkim i wyłącznie zupełnie innym stosunkiem ministra spraw zagranicznych niemieckiego do prasy niemieckiej, a naszego ministerstwa do prasy naszej.

Stresemann co chwila mówi: „nie mogę się na to zgodzić, bo moja opinia w kraju tego nie zniesie”. Na to mu się odpowiada: „Panie Stresemannie, przecież pan sam zamawia te ataki przeciw swojej polityce”. Ale pomimo tego, że wszyscy wiedzą, iż Stresemann sam dokłada starań, żeby krytyka jego polityki była najostrzejsza, a zwłaszcza żeby nabierała owego charakteru rewolty przeciw niemu, Stresemannowi, i całemu jego Locarno – systemowi, to jednak owa opozycyjna taktyka prasy niemieckiej robi swoje i oddaje ogromne usługi Stresemannowi. Usługi te są różnorodne, ale bardzo wielkie.

Usługa pierwsza, którą nazwiemy: „maskowaniem, przykryciem, dekunkiem marszu”. Taktyka Stresemanna polega na robieniu powolnych kroków ku obaleniu traktatu wersalskiego. Do tego celu Stresemann nie idzie przebojem, nie, on się skrada! Stresemann zrobi mały kroczek w tym kierunku cicho i ostrożnie, a prasa niemiecka wyje: „nowa klęska Stresemanna”. No i oczywiście różni panowie w różnych antyniemieckich redakcjach świata są zadowoleni: „ha, ha, ha, Stresemannowi znowu się nie udało”.

Usługa druga polega na tym, że opierając się na hałas swojej prasy, Stresemann zawsze wobec partnerów występuje jako strona pokrzywdzona, domagająca się, zawsze jako powód, jako ten, dla którego „przecież jakiś kompromis zrobić trzeba”.

Usługa trzecia i najważniejsza. Prasa niemiecka nie tylko krytykuje system polityki, Stresemanna, lecz robi na życzenie tegoż Stresemanna coś jeszcze daleko pożyteczniejszego dla swej ojczyzny. Prócz krytyki systemu politycznego głosi tezę innego systemu politycznego. Nie pisze tylko: Stresemann źle robi, ale pisze także Stresemann źle robi, bo robi Locarno, a trzeba robić co innego. Być może, że to „co innego” – co wysuwa opozycyjna prasa niemiecka, jest najgłupsze; być może, że nigdy nie mogłoby być zrealizowane, być może, że właśnie ich państwu zaszkodziłoby najbardziej. Ale mimo tego, to wysuwanie przez opozycję innych tez choćby najgłupszych jest dla polityki oficjalnej niemieckiej niesłychanie korzystne. Bo zmiana polityki może być bardzo niekorzystna dla państwa, które tę politykę zmienia, będąc jednocześnie niekorzystną dla jego partnerów – przeciwników. Mówiąc przykładowo: zmiana lokarneńskiej polityki Niemiec na politykę filobolszewicką może by była dla Niemiec zmianą niekorzystną, lecz to wcale jeszcze nie znaczy, aby Anglia i Francja zmiany takiej życzyły sobie i aby jej widmem nie można byłoby tych mocarstw szantażować. Gdyby Stresemann miał za sobą tylko jednolitą prasę, która by żabim chórem, powtarzała: „nie można innej polityki robić, jak polityki Locarna”, toby Stresemann czuł się w Radzie Ligi jak człowiek niemający odwrotu, jak człowiek przyciśnięty do muru, jak wódz otoczony kołem i bez wyjścia, czyli jako wódz armii, który, idąc za klasycznymi przykładami Kann czy też Sedanu, stoi na czele wojska, które bój już przegrało.

Prasa opozycyjna potrzebna jest ministrowi spraw zagranicznych zawsze, prasa rządowa tylko i wyłącznie dla racji wewnętrznych, to jest gabinetowych, względnie personalnych. Przed własnym parlamentem i komisjami parlamentu prasa rządowa powinna swego ministra osłaniać. Ale to są racje polityki wewnętrznej. Natomiast w polityce zagranicznej prasa rządowa, prasa popierająca nie jest ministrowi spraw zagranicznych absolutnie potrzebna. Powiem więcej, jest ona szkodliwa. Bo tłumacząc swego ministra i jego plany, odgadując kierunek jego polityki łatwo wpada w niedyskrecję.

Prasa polska.

Można z czystym sercem stwierdzić, że żaden z dziennikarzy polskich nigdy z ministerstwa nie usłyszał żadnej prośby o opozycyjność. Broń Boże! Natomiast w genewskich, lugańskich, madryckich korytarzach ciągle się słyszy wzajemne pomiędzy dziennikarzami lansowanie tak głębokich politycznie uwag, jak te: „prawda, jaki ten Voldemaras jest znowu śmieszny”, albo „zauważcie, jak Stresemann jest odosobniony”. I wiadomości o ośmieszeniu ponownym Voldemarasa i o ponurym odosobnieniu Stresemanna lecą po drutach, aby w Warszawie zamienić się w melodie srebrne surm braciom grane na otuchę.

Jak miałem cztery lata, to miałem Babunię, damę dostojną, mądrą i patriotyczną, imię i nazwisko której nie tylko jej wnuczęta w Polsce pamiętają. I z rąk tej damy niewątpliwie mądrej dostałem groszową książeczkę o Naczelniku Kościuszce, napisaną przez czcigodnego kapucyna krakowskiego. Nie wiem, jak ta książeczka przebrnęła przez Szczakowę–Granicę[1], zapewne za jakimś gorsetem patriotycznej panny i słusznie, gdyż książeczka taka powinna była być blisko polskiego serca. Książeczka była groszowa i pamiętam jeszcze dziś jeden jej frazes, który dziecinną moją wyobraźnię zafrapował. „Kiedy diabli” – pisał kapucyn, „zabrali wreszcie swoją własność, carycę Katarzynę”. Nie zastanawiałem się wówczas nad tym, czy dużo jest obiektywizmu historycznego w takim stosunku do Imperatrycy, która powiększyła swoje terytorium państwowe o tyle setek kilometrów i pobiła wszystkich swoich sąsiadów po kolei. I dziś jeszcze twierdzę, że wówczas przy tamtych niewolniczych warunkach było ładnie i moralnie ze strony mojej dobrej Babuni dać mi taką książeczkę, grzeszącą ostrymi wyrazami przeciw dobremu wychowaniu i było ładnie i dobrze ze strony kapucyna, że do Carycy tak wielkie czuł obrzydzenie. Przeciwnie byłoby naprawdę źle, bardzo źle i niepatriotycznie i niemoralnie, gdyby moja Babunia zaczynała kształcenie swych wnucząt od tłumaczenia, że Caryca Katarzyna była lepszą Carową niż Stanisław August królem, a byłoby naprawdę zbrodnią, gdyby kto wówczas dziecinną główkę splamił podłym twierdzeniem, że Suworow był zdolniejszym strategikiem od Kościuszki.

Ale to były czasy sprzed 1905 roku. Czasy niewoli. Czyżby dzisiaj prasa polska nie miała innej metody, jak tylko głoszenie, że Voldemaras jest śmieszny, a Stresemann uparty?

Niestety, nie dla chwały korporacji, której jestem członkiem, wspomnieć muszę, że jedyną opozycją wobec naszej polityki, były czasy, kiedy część naszej prasy denuncjowało nasze Ministerstwo, że nie prowadzi dostatecznie frankofilskiej polityki, że ten okres był jedynym okresem w przebiegu lat 1919-1920 kiedy prasa polska znaczyła coś zagranicą.

Używam przykrego wyrazu „denuncjacja”, lecz, niestety, mogę go zmienić chyba tylko na wyraz „potwarz”. Bo oskarżenia naszego ministerstwa o zbyt mało francuską politykę były kłamliwe i nonsensowne i w założeniu swoim niepatriotyczne. Polityka ministerstwa może być tylko polską polityką. Dziś prasa polska w polityce zagranicznej nie ma żadnego znaczenia. Minister Zaleski może się z nią zupełnie nie liczyć. Nie mamy bowiem tezy, którą byśmy mogli przeciwstawiać jego polityce i tym mu na terenie międzynarodowym dopomóc.


[1] Stacje kolejowe w pobliżu zbiegu granic trzech mocarstw rozbiorowych w 2. poł XIX i początkach XX wieku. Dla podróżnika na trasie Wiedeń-Warszawa Szaczakowa była ostatnią stacją zaboru austriackiego, Granica (dzis. Maczki) – pierwszą w Królestwie Polskim. Dziś obie miejscowości stanowią dzielnice Jaworzna.

a.me.

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.