„Starszy Pan z Chrobrza” czy „szorstki i odpychający”? Spory o Aleksandra Wielopolskiego w setną i sto dwudziestą rocznicę powstania styczniowego.

Po pierwsze – prof. Adam M. Skałkowski wydał swoją fundamentalną, trzytomową biografię Margrabiegoi, do dziś nie pobitą jeśli chodzi o pogłębiony. zakres badań nad jego życiorysem. Po drugie – Ksawery Pruszyński opublikował swoją „biografię romansową”ii (jak ten styl literacki zgrabnie nazywał Stanisław Cat-Mackiewicz) Pana na Chrobrzu, stanowiącą jasny manifest polityczny, czyniący z Wielopolskiego patrona ugody, jaką część konserwatywnej, narodowej, katolickiej inteligencji chciała zawrzeć z państwem komunistycznym. I wreszcie Aleksander Bocheński opublikował pierwszą wersję swych wiekopomnych „Dziejów głupoty w Polsce”iii, jeszcze pozbawioną rozdziału o Margrabim (pierwotnie zresztą zaplanowanym tak jak reszta pracy jako polemika historiograficzna – w tym przypadku w oparciu o poglądy Stanisław Koźmiana).

A jednak… Wielopolski nie stał się ani patronem grupy „Dziś i Jutro”, ani po takim zagajeniu – nie zaczęła się na temat jego działalności jakaś szersza debata historyczna. Nie palili się do niej ani spadkobiercy „szkoły warszawskiej”, ani adepci nauki marksistowskiej. Postać Margrabiego została więc odłożona na półkę z innymi „reakcyjnymi politykami”, a sytuacja ta tylko w niewielkim stopniu uległa zmianie po 1956 r. – przede wszystkim w związku z dwoma zjawiskami nieodmiennie rządzącymi polskimi badaniami historycznymi. Otóż jak wiadomo – w polskich środowiskach naukowych poszczególne wycinki wiedzy otrzymuje się w dziedziczną własność poszczególnych autorytetów i ich uczniów. Wraz z objawieniem się talentu prof. Stefana Kieniewicza – kwestia powstania styczniowego i jego wątków towarzyszących została poddana nieodpartemu wpływowi szkoły tego autora. Drugi zaś problem – to fakt, że w Polsce mówi się dziejopisarstwo, ale przeważnie ma się na myśli beletrystykę. Stąd np. na długie lata w PRL decydujący wpływ na wyobrażenie sytuacji na ziemiach polskich w latach 60-tych XIX wieku miał np. cykl powieściowy Władysława Terleckiegoiv, niekoniecznie zaś ustalenia badaczy. Te zresztą nie grzeszyły szczególną oryginalnością ani głębią, dlatego ożywienie przyniosły przede wszystkim spory publicystów, a nie samych historyków.

W okresie PRL – można odnotować zwłaszcza dwie fale zwiększonego zainteresowania powstaniem styczniowym, a także okresem poprzedzającym zryw, co zaś za tym idzie – także głównymi autorami dramatu, w tym margrabią Wielopolskim. 100. i 120. rocznica branki i wybuchu walk – stały się okazjami do wymiany poglądów nie tylko o sytuacji naszych rodaków w latach 1861-64, ale przede wszystkim o sprawach fundamentalnych: ugodzie lub insurekcji jako metodach politycznych, a także odniesieniu polityki Wielopolskiego zarówno do wymogów marksistowskiej dialektyki historycznej, jak i bieżących potrzeb Polski i Polakach w latach 60-tych czy 80-tych XX wieku. Znaczna część tej wymiany poglądów – pozostaje aktualna do dziś dnia.

Detale, sympatie i animozje, czyli podejście naukowe

Naukową stronę debaty wyznaczył Stefan Kieniewicz, przede wszystkim publikując swą głośną pracę „Między ugodą a rewolucją (Andrzej Zamoyski w latach 1861-62)”v. W ówczesnych realiach wydawała się ona objawieniem, częściowym choćby oderwaniem nieustannego zajmowania się dolą chłopa, na rzecz stawiania pytań o polskie racje polityczne. Jednocześnie jednak problem polegał na tym, że w recepcji pracy Kieniewicza ulegano magii stawianych przezeń pytań, nie skupiając się dostatecznie na udzielanych odpowiedziach. Wbrew zresztą temu, co czytelnikom (a z czasem i samemu autorowi) wydawało się, że w książce tej się to znajduje – nie był to wbrew pozorom jakiś szczególny manifest odnowionego po stu latach stronnictwa „Białych”, a przeciwnie, prof. Kieniewicz w swym dziele zawarł szereg przenikliwie krytycznych uwag dla słabości tej grupy politycznej i jej historycznego przywódcy.

Faktycznie, prof. Kieniewicz przyznawał Zamoyskiemu wyższość na Wielopolskim głównie od strony charakterologicznym, np. z upodobaniem opisując, że Margrabia nie wstąpił do Towarzystwa Rolniczego głównie obraziwszy się za niedopuszczenie swego syna Zygmunta do władz tej organizacjivi. Z drugiej strony jednak z równym smakiem przypominał opinię Henryka Lisickiego, że „Zamoyski nie znosił Wielopolskiego „jak niektóre osoby nie znoszą kotów””vii. Bez wątpienia jednak prof. Kieniewicz jasno zarysowywał granice w jakich mogły i powinny odbywać się rozmowy z władzami carskimi i podkreślał, że to „Pan Andrzej” w granicach tych się mieścił, podczas gdy Margrabia bezpowrotnie pogrążał się w programie ugody – rozróżnianym przez autora od pozytywów, jakie osiągnąć chciał Zamoyski. Kieniewicz nie uchylał się od przyznawania, że to własne słabości, także intelektualne stanęły na przeszkodzie realizacji tych planów hrabiego – nadal jednak uważał je za wartość samą w sobie. Za cytowaną bowiem Augustową Potockąviii – równie badacz uznawał linię Zamoyskiego za drogę środka między „margrabią a ulicą”, co w realiach lat 1861-63 zdaniem Kieniewicza było bodaj jedynym korzystnym dla sprawy polskiej rozwiązaniem, oczywiście przy zastrzeżeniu, że sam historyk nijak nie zamierza kredytować też reprezentowanych przez Zamoyskiego, a słusznie przegranych reakcyjnych interesów polskiego ziemiaństwa, tj. obozu kontrrewolucjiix.

Pomimo rocznicowej okazji – ilość publikacji stricte naukowych na tematy związane z genezą powstania i okresem poprzedzającym zryw na łamach specjalistycznych czasopism naukowych w okresie 1962-66 bynajmniej nie oszałamia. Istotną wartość mają nieliczne, jak np. opracowanie Zbigniewa Stankiewicza odnośnie problemu serwitutów w programie włościańskim Margrabiegox. Autor wskazywał w nim, że pomimo utartego już wówczas przekonania środowiska – nie tylko nie można jednoznacznie uznać wyższość postawy i lepsze przygotowanie Towarzystwa Rolniczego wobec wzrostu roszczeń i oczekiwań zwolenników reform – ale wręcz to Wielopolski okazał się efektywniejszym i elastyczniejszym (zwłaszcza pod względem twórczego podejścia do legalizmu) „obrońcą interesów klasy posiadającej”xi.

Okres przygotowań naukowych do setnej rocznicy – w dużej mierze sprowadzających się do zajmowania stanowiska wobec zajmowania stanowisk wobec wspomnianej pracy Kieniewicza oraz drugiej już „kanonicznej”, choć świeżo wydanej książki dotyczącej epoki, pióra Ireny Koberdowejxii – podsumowywał sam prof. Kieniewiczxiii. Niewiele jednak wskazywało, by przy nadchodzącej okazji – to osoba Margrabiego i jego oceny wysunęła się na plan pierwszy w badaniach i dyskusjach specjalistycznych. Tylko nieliczni, jak Krzysztof Groniowskixiv przypominali, że przecież patrząc na politykę polską doby przedpowstaniowej i początku zrywu – Wielopolski jako osobowość przesłania nawet księcia namiestnika (który na bazie opracowania doc. Koberdowej zainteresował wówczas badaczy), nie mówiąc o innych postaciach tamtej doby. Co ciekawe, z poglądem tym akcydentalnie zgadzali się nawet tacy krytycy Margrabiego, jak Henryk Wereszyckixv, choć bardziej irytowało go pomniejszanie roli i znaczenia stronnictwa „Białych”, wywiedzione wprost z historiografii lat 50-tych. Z tych dwóch linii sporu: wyznaczonej przez ortodoksów, do jednego worka wrzucających „reakcję” wszelkiej maści oraz rosnącej w siłę tendencji czyniącej ze sporu „Biali”/Zamoyski – vs. Wielopolski główną oś konfliktu – obie ostatecznie wywarły decydujący wpływ na medialne spory w 100-lecie powstania.

Z kurzem krwi bratniej”, czyli Wielopolski jako patron „Znaku”?

Dyskusję stricte branżową determinowały więc początkowo czynniki ideologiczne. W tym sensie dla sporu o Wielopolskiego ważny był np. głos doc dr Ireny Koberdowej, która na łamach „Współczesności”xvi (o czym wspomnimy dalej) autorytatywnie pouczała, że „jeżeli chodzi o stosunki polsko-rosyjskie, to koncepcja współpracy jaką reprezentował Wielopolski jest zgodnie potępiana przez nas, jak i przez radzieckich historyków. Natomiast podkreślana i pozytywnie oceniana jest współpraca czerwonych z demokratami rosyjskimi, a więc siłami anty-carskimi, które organizowały się w całej Rosjixvii”. Doc. Koberdowa, przez długie lata prawdziwa dyktatorka polskiej historiografii, zaznaczała więc wyraźnie, że nie może być mowy o chwaleniu innej niż marksistowska form współpracy Polaków z Rosjanami, żadnej więc ugody niepostępowej społecznie być nie mogło, nie może i nie potrzeba. Nie zrażony takimi ostrzeżeniami, Stanisław Stomma zdecydował się opublikować tekstxviii, który do dziś pozostaje jednym z najważniejszych głosów niezależnego osądu polityki powstaniowej, a w realiach 1963 r. został odebrany jako manifest ugody i historyczno-politycznej pochwały Wielopolskiego.

Najważniejszy dla debat o powstaniu toczonych w okresie PRL-u tekst Stanisława Stommy, dziś nie wydający się bynajmniej tak przełomowy (przynajmniej w kręgach choć trochę oswojonych z tradycja realizmu politycznego) – w tamtej rzeczywistości wydawał się jednak całkowicie z innej epoki. Zamiast rozważań na temat stopnia rewolucyjnego zaangażowania obozu „czerwonych”, czy też granic ugody słusznie wytyczonych przez „Białych” – Stomma wracał do pytania o sens powstania, o jego zakładaną i możliwą efektywność, wreszcie o międzynarodowe uwarunkowania zrywu szersze, niż tylko standardowe pytanie „dlaczego Zachód nam nie pomógł”.

Z drugiej strony rozpoczynając swe mocno nonkonformistyczne rozważania – Stomma stawiał się na pozycji chłodnego obserwatora, spokojnie oceniając kontekst historyczny i geopolityczny reform Aleksandra II. Tym większym szokiem dla czytelnika mógł stać się podrozdział eseju, zatytułowany konfrontacyjnie „W niewoli demonologii”, w którym Stomma porywa się na niekwestionowanego dotąd „właściciela tematu” powstania, czyli prof. Stefana Kieniewicza i jego wspomnianą już tu, modną i nabierającą kanoniczności pracę o Andrzeju Zamoyskim.

Stomma atakował więc: „Przeczytałem niedawno książkę prof. Kieniewicza o Andrzeju Zamoyskim ,,Między ugodą i rewolucją”. Żadna w życiu książka nie zirytowała mnie tak jak ta. To dogmatyka stosowana, a nawet gorzej – to demonologia.

Prof. Kieniewicz ma dogmatyczne osądy a priori, które mu wyznaczają dwie szufladki. Fakty wrzuca do szufladek bez wnikania w ich sens konkretny. Są u Kieniewicza słowa magiczne i demoniczne. Jedno – to ,,lud” lub ,,wola ludu”, drugie – to potworne słowo ,,ugoda”.

Wszystko, co się działo na ulicach Warszawy od roku 1861 do 1863, prof. Kieniewicz uważa za ,,wolę ludu” i nawet nie analizuje wypadków, bo w założeniu ,,wola ludu” jest uznana za kwintesencję mądrości, za mądrość nieomylną. Prof. Kieniewicz nie dopuszcza myśli, że przecież na ulicę wychodzić mogą różne elementy. Że rozruchy mogą być wywołane przez ludzi nieobliczalnych, elementy anarchiczne itd. Nie liczy się z tym, że przez lata 1861-1863 przypadkowi ludzie powodowali ruchawki i zajścia, że w dużym stopniu ślepa spontaniczność decydowała o losach narodu. Nie, prof. Kieniewicz apoteozuje wszystko, co było na ulicy, co było rozruchem, uznaje to wszystko zawsze za przejaw nieomylnej ,,woli ludu”xix”. Stomma kwestionował więc samą dychotomię, na jakiej zasadza się praca Kieniewicza, utrwalająca na lata dobrą opinię o przywódcy Towarzystwa Rolniczego zwłaszcza w kręgach niechętnych wizji rewolucji, a zatem chętnie przyjmujących obóz „Białych” za jej antytezę. Stomma przekreślał takie rozróżnienie, wysuwając w tym miejscu na plan pierwszy osobę Wielopolskiego i punktując adwersarza za niesprawiedliwe potraktowanie linii politycznej Margrabiego.

„Odwrotnie zaś, każda reforma, każda zmiana wiążąca się z nazwiskiem Wielopolskiego, a mająca zgodę rządu, uznana zostaje za przejaw ,,ugody” i przez samo podciągnięcie pod tą piekielną etykietkę potępiona bezapelacyjnie.

Schemat taki nabiera cech demonologii. Schemat nie do przyjęcia. Bezspornie, Margrabia Wielopolski był konserwatystą, był nim z usposobienia i z tradycji. Ale inklinacje osobiste Wielopolskiego to, pomimo wszystko, problem o znaczeniu wtórnym. Chodzi o instytucje wprowadzane w drodze reform, o nowy status Królestwa Polskiego. Wprowadzane reformy miały swój sens obiektywny i to jest decydujące. Jaki był ten sens? Czy wprowadzane instytucje były z pożytkiem dla narodu? Oto pytanie istotne. Nim się zajmiemy.

Oceniając je, trzeba stanąć w obliczu konkretu, a wyjść z kręgu frazesu. Dylemat ,,lud” czy ,,ugoda” to doktrynerska abstrakcja, to dwa fetyszexx” – konkludował swą krytykę Stomma. W jego przekonaniu prawdziwa antynomia, przed jaką stała Polska w 1863 r. – to odpowiedź na pytanie „Piemont czy zgliszcza”, w którym oczywiście opcję pierwszą uosabia Margrabia, a drugą wszystkie siły zaangażowane w powstanie.

„Stawiam pytanie proste i konkretne: dlaczego ,,Piemont polski” w Kongresówce miałby być wtedy nie do przyjęcia? Na to pytanie trudno dać odpowiedź przekonywającą. Na ogół biorąc, argumentacja obrońców powstania idzie w dwóch kierunkach. Raz, że rozwiązanie częściowe i bardzo niedostateczne, dwa, że reformy Wielopolskiego przychodziły w konserwatywnym uwikłaniu społecznym. Oba twierdzenia prawdziwe, ale nie uzasadniające odrzucenia rozwiązania częściowegoxxi” – uważał Stomma wskazują, że „Piemont” to z definicji cząstkowość, początek. Co zaś się tyczy niedostatecznej postępowości – to w istocie Wielopolskiego i jego reform broni w pewnym zakresie marksistowskie założenie o koniecznych w rozwoju społeczeństw etapach historycznych, a więc w tym przypadku – o faktycznej niemożności przeskoczenia ze struktury post-feudalnej wprost w rozwiązania rewolucyjne co do treści. W ten sposób autor z góry odrzucał wszelkie zastrzeżenia tych badaczy, którzy (jak Irena Koberdowa) zachowawczością Wielopolskiego uzasadniali potępienie, czy przynajmniej brak potrzeby zajmowania się tą postacią.

Stomma stawiał też znak równości między reformami Wielopolskiego, a autonomią Galicji, cieszącą się w środowisku naukowym Polski Ludowej pewnym uznaniem (choćby z powodów środowiskowych). „Prof. Kieniewicz rzuca słowo ,,ugoda”. To słowo zabarwione negatywnie wszystko rozstrzyga. Nie wolno było iść na ,,ugodę”. Pytam: czy rozwój życia polskiego w strukturze Galicji to też ,,ugoda”? Czy i na tę próbę ,,ugody” trzeba było odpowiedzieć gestem samobójczym? A jeżeli nie, to dlaczego? Jeżeli zaś nie potępiamy ,,ugody” w zaborze austriackim, dlaczego potępiamy jej próbę w Królestwie? Skąd ta różnica w ocenie? Dlaczego inna miarka jest przykładana?xxii” – pytał Stomma i wskazywał przyczynę – „kompleks silniejszy niż życie, kompleks antyrosyjskixxiii”.

Celem Stommy było po pierwsze uczynienia z Wielopolskiego patrona politycznej ugody, jaką w PRL z władzami zawarły środowiska katolickie. Po drugie zaś wskazanie, że także obóz nierewolucyjny ma na swym koncie działania na rzecz współpracy z Rosją. Zwłaszcza ten drugi pogląd nie był w tamtym okresie ani szczególnie popularny, ani dobrze widziany przez władze (co odczuwał na swej politycznej skórze choćby Bolesław Piasecki). Aleksander Bocheński wielokrotnie wspominał, że w latach 60-tych i 70-tych cenzura zdejmowała mu teksty potępiające odruchy antyrosyjskiego – bo raz, że w ogóle nie chciano się przyznawać to ich występowania, a dwa władze krępowały szczere wyrazy zadowolenia z sojuszu ze Związkiem Sowieckim. Postawa ówczesnych partyjnych kręgów rządzących przypominała nieco sytuację z owego starego kawału, w którym mąż przyłapując przyjaciela ze swą żoną w sytuacji niedwuznacznej woła „stary, ja muszę, ale ty…?!”.

Artykuł Stommy, jak wiadomo, wzbudził szczere oburzenie prymasa Stefana Wyszyńskiego, trafnie został też odczytany jako manifest ideowy jeśli nie całego środowiska „Tygodnika Powszechnego”, to na pewno samego autora. Nie wzbudził jednak wbrew pozorom zbyt szerokiego odzewu medialnego, pomimo początkowych prób podtrzymywania tematu na łamach „TP”. Pozostałe gazety kontynuowały raczej spór wokół „Siedmiu grzechów głównych”, uznając go za istotniejszy dla całokształtu oglądu polskiej historii i charakteru narodowego. Ponieważ zaś kwestii powstania styczniowego praca Załuskiego dotykała w mniejszym zakresie, niż innych momentów dziejowych (ograniczając się praktycznie do uznania jego wybuchu za konieczny) – to i casus Wielopolski znajdował się automatycznie na planie dalszym.

„Tygodnik Powszechny” kontynuował jednak tematykę powstania, zamieszczając w kolejnym numerze – 4 (731), 27 stycznia 1963 r. rozważania płk.Jana Ciałowicza „Strategia powstania styczniowego”xxiv, z konkluzją: „Bilans polityczny, materialny i kulturalny powstania był straszny. Sprawa polska znikła z historii politycznej Europy na równe lat pięćdziesiąt. Bilans wojskowy mimo ofiar, mimo że w powstaniu zabłysły talenty wojskowe Traugutta, Hauke-Bosaka (…) i wielu innych – był ujemny: na ponad 1200 stoczonych walk i potyczek nie było ani jednej zwycięskiej bitwy o decydującym znaczeniu. Była to wina zupełnie niedostatecznych przygotowań i wadliwej od początku strategii, która nie widziała przed sobą dalszych konkretnych celów wojskowychxxv” – konkludował przedwojenny dyplomowany wojskowy, a jednocześnie jeden z najpopularniejszych publicystów krakowskiego czasopisma.

W tak umacnianym klimacie krytyki powstania – do rozważań Stommy nawiązał w kolejnym numerze Jacek Woźniakowski w tekście „Inni Szatani byli tam czynni”xxvi. Odpowiadając na postawiony przez redakcyjnego kolegę dylemat: „Piemont czy zgliszcza” autor pisał jasno „Należało oczywiście wybrać Piemont. W działaniu politycznym liczy się cierpliwa, stopniowa, kompromisowa ewolucja, a nie szaleńcze wybuchy i nieodpowiedzialny, wyzbyty poczucia rzeczywistości maksymalizm. Zgadzam się z większością tez Stanisława Stommy. Lecz widzę w nich luki – a może tylko rozłożenie akcentów – takie, ze wycieka przez nie niezrozumienie przyczyn powstania i zamazują się wnioski ogólniejszej natury, jakie powstanie nasuwaxxvii” – zastrzegał jednak Woźniakowski.

Niezgoda dotyczyła m.in. oceny polityki Wielopolskiego. Woźniakowski pisał: „Ze swej strony Wielopolski miał trafne rozeznania polityczne, ale zarazem był mamutem okazowym, upartym i brutalnym. Nie dostrzegał w ogóle problemów społecznych, zwłaszcza najważniejszej wówczas sprawy chłopskiej. Stanisław Stomma też nie docenia jej roli w postaniu. Oczynszowanie chłopów niczego wówczas nie załatwiało: wedle Michała Bobrzyńskiego wszak „sam Aleksander zwrócił uwagę Wielopolskiego na to, że projekt te nie jest korzystny dla włościan, ten jednak się zaciąłxxviii” – punktował polemista. Nie jedyny raz surowe oceny Bobrzyńskiego służyły do punktowania Margrabiego, z pominięciem pewnej kapitalnej różnicy, dzielącej chrobrzańskiego i krakowskiego konserwatystę, o której jednak napiszemy dalej. Przede wszystkim jednak – przedstawiciel lewicy katolickiej ganił Wielopolskiego właśnie za niedostatek postępowości i antylewicowość poglądów i praktyki politycznej szefa rządu cywilnego. Woźniakowski zarzucał mianowicie ślepotę na jątrzące się problemy społeczne: „Lecz margrabia widział wrzód zgoła gdzie indziej: w narastaniu sił lewicy. „Wrzód zebrał i rozciąć go należy” oznajmił, i w tym celu wymyślił brankę. Ale jeszcze przed tą morderczą inicjatywą, Wielopolski – przeprowadzając doskonałe reformy szkolnictwa i administracji – bardzo skutecznie dławił inicjatywę społeczną; wystarczy przypomnieć rozwiązanie mieszczańskiej „delegacji”, rozwiązanie obywatelskiej „straży konstablów”, rozwiązanie Towarzystwa Rolniczego. Towarzystwo Rolnicze – ostoję Białych – margrabia rozwiązał bo i ono ośmieliło się przebąkiwać niejasno o uwłaszczeniu chłopówxxix” – oburzał się Woźniakowski.

Zwróćmy uwagę, tak dalece idące (zwłaszcza w realiach historiografii marksistowskiej) stawiał Wielopolskiemu publicysta i badacz bynajmniej nie marksistowski, a jednak sprowadzający kwestię oceny Margrabiego do kwestii chłopskiej. Ba, nie tylko oceny – skoro to ta niedoceniana rzekomo przez Wielopolskiego (jednego z pierwszych polskich ziemian uznających wagę reform na wsi, na przeszło dekadę zanim stało się to modne na warszawskich salonach!) sprawa włościańska, miała zarazem być głównym motorem jego destrukcyjnego działania, zwłaszcza wymierzonego w bardziej postępowych „Białych”! Wielopolski to więc okrutny mamut, pędzony wrogością do lewicy, a nieuwzględnienie tej jego jednoznacznie negatywnej roli w opinii Woźniakowskiego osłabiało generalnie poprawną w swym antypowstaniowym duchu wymowę tekstu Stommy.

W tej sytuacji głos ponownie zdecydował się zabrać płk Ciałowiczxxx. W n-rze 10 (737) „Tygodnika Powszechnego”, 10 marca 2013 r. str. 1 opublikowany został jego tekst pt. „Wielopolski na tle swojej epoki”. Publicysta i historyk zastrzegał w nim swe uznanie dla wyjątkowych talentów Margrabiego: „Żadna z naszych historycznych postaci politycznych nie stała się przedmiotem tak kontrowersyjnych sądów i opinii, celem gwałtownych, fantastycznych ataków i nie mniej namiętnej obrony, jak Aleksander Wielopolski. Od zejścia ze sceny politycznej w 1863 r. skupia Margrabia na sobie uwagę historyków i publicystów przez całe stulecie aż do dni naszych. Wielki mąż stanu, nie zrozumiany przez ogół, czy tylko zły polityk bez najmniejszego daru przekonywania? Drugi Cavour, któremu naród nie dał spełnić jego misji, czy też sprzedawca nieszczęścia narodowego, którego imię przeklinało pokolenie 63 roku? Są to pytania, na które mimo coraz bardziej zawodna – daje ona bowiem ocenę według przyjętego punktu widzenia, a postaci historyczne wymagają przede wszystkim miary swojej epokixxxi” – rozwodził się Ciałowicz.

Co ciekawe, w dalszej części swych rozważań stosował metodę podobną, jak krytycy Wielopolskiego, tyle że skierowaną przeciwnie. Dla podniesienia znaczenia Margrabiego posłużył się bowiem opiniami ideowych przeciwników jego polityki. „Szymon Askenazy stawiał Margrabiego w jednym szeregu z takimi imionami jak: Małachowski i Potocki, Kościuszko i Kołłątaj, Dąbrowski i Poniatowski, Czartoryski. Na Wielopolskim kończyły się – pisał to Askenazy w 1916 r. – wielkie imiona w Polsce od czasów rozbiorów. Piłsudski wśród pokolenia 63 roku widział tylko jedno imię – Margrabiegoxxxii” – wyliczał Ciałowicz, dodając jednak dla porządku, że „Limanowski, tak bliski owym czasom – nie miał dość słów potępienia dla Wielopolskiego, a uczestnicy powstania, nawet po kilkudziesięciu latach nie szczędzili mu najostrzejszych i najboleśniejszych zarzutów. Gdzie więc leży prawda?xxxiii” – pytał autor pozornie retorycznie, w dalszej części wywodu jednak samemu przyłączając się do oskarżania Margrafa o „niezręczność polityczną i brak zdolności przewidywania w postępowaniu z własnym społeczeństwem” oraz „brak wyobraźni”. W przeciwieństwie do Stommy – Ciałowicz pozornie uznawał kieniewiczowską dychotomię ugody i rewolucji, chwaląc racje znajdującego się jakoby pomiędzy tymi dwiema skrajnościami Zamoyskiego.

W oczach autora branka była więc „nieludzka i barbarzyńska” – przy czym równie surowo są oceniane działania Komitetu Narodowego. Ciałowicz wskazywał więc na dwie – w swej ocenie – występujące skrajności: prących do powstania „czerwonych” i próbującego mu przeciwskutecznie zapobiec Wielopolskiego. Przy czym – co ważne, w sporze tym za znacznie poważniejszą autor uważa winę i odpowiedzialność Margrabiego, jako zdolniejszego i posiadającego niepowtarzalną szansę trwałego odmienienia losu narodowego. Okazało się bowiem, że żołnierz i historyk – krytykował szefa rządu cywilnego nie za ugodę, ale za ugodę nieskuteczną i niedokończoną!

„Wielopolski, od czasów chyba Jana Zamoyskiego, pierwszy przedstawiciel rządów silnej ręki, stał się jedną z najtragiczniejszych postaci naszej historii – o wiele więcej, na miarę antyczną, niż Stanisław August. Genialny organizator i administrator, wielki strateg tworzący plany o ograniczonych celach a równocześnie najgorszy taktyk, jakiego można sobie wyobrazić. Zdumienie i podziw ogarnia, kiedy się widzi, czego ten człowiek w ciągu swojej 2 i 1/2-letniej kariery politycznej dokonał. Reformy prawno-polityczne, organizacja szkolnictwa, sprawa żydowska to fundamenty, które położył pod swój pomnik, a równocześnie współtwórca nieszczęścia narodowego, które mu tego pomnika odmawiaxxxiv” – rozkładał akcenty Ciałowicz już jasno opowiadając się za taką właśnie, tragiczną z gruntu wizją Margrabiego – polityka wielkiego, a jednocześnie pokonanego przez własne słabości.

„Wielopolski nie był ani drugim Bismarckiem, ani drugim Cavourem. Zresztą porównanie, o którym się często pisało, jest nie na miejscu. Bismarckowi i Cavourovi przyszło działać w zupełnie innych i znacznie lepszych warunkach. Tamci swój naród rozumieli i umieli grać na jego instynktach. Wielopolski, który w 1824 r. uzyskał w Getyndze doktorat na podstawie pracy: „De idea aeternitatix” zapomniał później, że idee są głównym motorem historiixxxv” – pisał Ciałowicz, przy czym stwierdzając klęskę Margrabiego – zarzucał mu dodatkowo, że przez niego zawalił się sam plan polityczny ugody.

„W dniu 22 stycznia bankrutowały jego „programmata” i „systema” i powinien był się zorientować, że trzeba odejść. Może by i obrót powstania byłby wówczas inny. Są pewne wskazówki dla takiej możliwości. Na przedwiośniu 1863 r. para wielkoksiążęca powzięła myśl wyjścia z rozpaczliwego położenia przez zastąpienie Wielopolskiego Kazimierzem Krzywickim, dyrektorem głównym Komisji Wyznań i Oświecenia Publicznego. W. Książę obiecywał Krzywickiemu wielkie ulgi, uwolnienia wszystkich więźniów i miał powiedzieć: „ Z tych powstańców ogłosiłbym, że utworzę wojsko polskie, ułanów polskich, jak niegdyś mój stryj Konstanty i wszyscy ucichną i pójdą za mną”. Krzywicki, ze względu na osobistą lojalność w stosunku do Wielopolskiego odmówił objęcia tego stanowiskaxxxvi” – ubolewał Ciałowicz, powołując się przy tym (jak często w swym artykule) na tezę Skałkowskiego. Jest to kapitalne rozróżnienie, istotnie jednak różniące autora z prof. Kieniewiczem i innymi afirmatorami postawy Zamoyskiego i „Białych”! Ciałowicz oto przyłączał się do krytyki osobowości Wielopolskiego – by bronić jednak strategii politycznej Margrabiego. Część badaczy formułowała już taki pogląd – ale w stosunku do wydarzeń poprzedzających powstanie, takich jak wybitnie nieudana rozmowa Zamoyskiego z wielkim księciem, czy też propozycje „ugody bez Wielopolskiego” składane przez Węgleńskiego, Kurza i Kronenberga w imieniu„Białych”.

Z kolei Ciałowicz – choć przecież słusznie podnosiŁ, że kontynuować ugodę mogli jedynie ci, którzy faktycznie ją zawierali, co powinno dyskwalifikować z kolei tych, którzy poszukiwali „złotego środka” między ugodą a rewolucją, to jednak upieraŁ się, że to Zamoyski lepiej odnajdywał się w tej złożonej układance politycznej i z pewnością lepiej od Margrabiego umiałby wykorzystać powstanie: „Andrzej Zamoyski – jak trafnie stwierdza prof. Wereszycki – rozumiał, czym był argument powstania w grze z rządem i to go stawia jako męża stanu wyżej od Wielopolskiego, który nie dostrzegał, że jego pozycja wynikała z obawy rządu carskiego przed polskim powstaniem. Za pomocą branki Margrabia chciał ten element z gry wyeliminować i przegrał. A miał niejednokrotnie szansę, by albo zbliżyć się do społeczeństwa, albo groźbą powstania wymuszać dalsze koncesje od rządu carskiego i samo powstanie odsuwać dalej w przyszłość. Tego nie zrobił; był wodzem bez wojska i dopiero w Dreźnie zrozumiał dlaczego przegrał. Romanowi Załuskiemu, który przybył do niego, aby rzeźbić jego popiersie czy posąg, Margrabia odpowiedział: „Wódz, który przegrał kampanię, utracił prawo do tego, by przekazywać swoje rysy potomności”xxxvii”.

Koncept ten ignorował wszakże fakt, że już sam pomysł wykorzystania początkowej ruchawki i zrealizowanej w jej efekcie branki – nie przyniósł Wielopolskiemu oczekiwanych pozytywnych rezultatów. Ba, w ogóle wizja wykorzystywania powstań jako środka nacisku na Petersburg była z gruntu błędna, o czym przekonali się przywódcy narodowi doby powstania listopadowego, szczerze mu przeciwni, ale podzielający złudzenia, że bunt uelastyczni, a nie usztywni postawę administracji cesarskiej. Założenie, że Zamoyski poradziłby sobie w tej sytuacji lepiej nie tylko niż Wielopolski, ale także sprytniej niż Drucki-Lubecki, Czartoryski i Chłopicki razem wzięci – grzeszy już jednak nadmierną naiwnością. W końcu jeśli nawet zarzucimy Wielopolskiemu wyalienowanie się od emocji i oczekiwań narodowych – to „Pan Andrzej” nie mniej bynajmniej odrywał się, ale od rzeczywistości i faktycznych granic i możliwości ugody akceptowalnych przez Rosjan. Jego program był więc skrajnie nierealistyczny i nie mógł stanowić realnej alternatywy dla koncepcji Margrabiego. (Skądinąd czy zastąpienie Wielopolskiego Krzywickim, bez wątpienia najwybitniejszym realistycznym umysłem do czasu pojawienia się na scenie politycznej Dmowskiego, przerastającym wizją i horyzontami choćby znacznie bardziej zapoznanego Włodzimierza Spasowicza – było istotnie realne, czy chociaż poważnie rozważane – to oczywiście sprawa inna. Z pewnością jednak część obozu konserwatywnego doby popowstaniowe czepiała się tej myśli, choćby po to właśnie, by pokryć swoje, czy swych poprzedników zaangażowanie w nietrafione inicjatywy „Białych”).

Jak już wspomniano – tak znaczący z dzisiejszej perspektywy artykuł Stanisława Stommy nie wydawał się tak ważny, gdy szalała dyskusja o polskich grzechach głównych. Zdarzały się jednak polemiki z jego treścią także spoza środowiska „Tygodnika Powszechnego”. I tak np. w n-rze 574 „Życia Literackiego”, podejmując już w tytule alternatywę „Piemont czy zgliszcza”, Konstanty Grzybowskixxxviii wracał do problemu oceny polityki Wielopolskiego przez pryzmat jego stosunku do reform społecznych – ale także sam zakres osiągniętych swobód politycznych.

„Okres Wielopolskiego w Królestwie dał ograniczony samorząd terytorialny i polski uniwersytet, dał spolszczenie administracji ogólnej w Królestwie. W istocie tylko tylexxxix” – triumfalnie konstatował Grzybowski nie zdając sobie zresztą sprawy, że tym zwartym wywodem antycypuje w istocie dokonania brytyjskiej grupy komicznej Monty Python z jej pamiętnym skeczem „Co właściwie dali nam ci Rzymianie?!” pochodzącym z filmu „Żywot Briana”… Profesor Grzybowski – skądinąd wybitny – acz teoretyczny – znawca makiawelizmu politycznego, znany krytyk konserwatystów – zestawiając z reformami Wielopolskiego rezultaty ugody w Galicji, tym razem zdobył się wręcz na pochwałę jej stańczykowskiego kształtu. „Nie należy potępiać pryncypialnie każdej ugody – należy ją oceniać z punktu widzenia co ona daje i co się za nią daje. Ta w Królestwie dała mniej niż dał – na papierze statutu organicznego z 1832 r. – Mikołaj I. Dawała kraj pod absolutną władzą cara, bez organów przedstawicielskich, ze słabiutkimi organami samorządu, z polską z pochodzenia, ale podporządkowaną władzy rosyjskiej biurokracją. I – co chyba najważniejsze – dawała kraj o niezmienionej strukturze społecznej, o trwającej zależności masy chłopskiej od obszarnika – bo przecież oczynszowanie utwierdzało obszarniczy faktyczny monopol własności ziemixl” – pisał Grzybowski łatwo przechodząc do porządku nad polskością wspominanej administracji i ignorując jeszcze jedną, a wydawałoby się oczywistą płaszczyznę oceny ugody – nie tylko co daje i za co – ale co jest możliwe?

Piętnując Wielopolskiego za obszarnictwo – Grzybowski dezawuował samą możliwość ugody w zaborze rosyjskim podnosząc, że przecież przedstawicielem tego nurtu był i Henryk Rzewuski, którego poglądy tak w realiach 1963 r., a nawet i dziś traktowane bywają jako zło absolutne. Nie wdając się w analizę słuszności takie traktowania autora „Pamiątek Soplicy” – należy zauważyć, że przecież i Stomma nie odnosił się do idei „koterii petersburskiej”. Dla Grzybowskiego jednak istotny był właśnie ten kontekst „demonologii ugody”, uzasadniający jej jednoznaczne potępienie. Przede wszystkim jednak autor „Życia Literackiego” zarzuca Stommie widzenie powstania w oderwaniu od „perspektywy stulecia”, którą z kolei zakreślać miał silnie broniony w omawianym tekście prof. Kieniewicz. Idąc jednak jeszcze dalej – prof. Grzybowski analizując tytułową dychotomię – opowiadał się jednak za „zgliszczami”, przyznając rację radykalnemu odłamowi „Czerwonych”: „(…) Stefan Bobrowski miał rację, jeśli widział w postaniu środek mający przekreślić możliwość tej ewolucji, która przez ugodę prowadzić mogła do upatrywania w Polakach tylko jednego plemion narodu rosyjskiego, czy do lojalności wobec zaborczego rządu w każdej sprawie i przeciw każdemu, także przeciw własnemu narodowi. Nie brak było dowodów, że tak droga odchodzenia od narodu wyglądała w latach 1831-1863. A potem tych faktów niemal nie ma, takich programów jak Henryka Rzewuskiego nie ma. Granica między lojalnością wobec własnego narodu, a renegactwem stała się jasna i stanowczaxli” – triumfował Grzybowski, przechodząc do porządku nad faktami, że przecież jeszcze radykalniejszy projekt ugody, pióra Kazimierza Krzywickiego, zawarty w głośnej broszurze „Polska i Rossya w 1872 r.”xlii był przecież nie tylko od powstania późniejszy – ale właśnie był skutkiem jego klęski i konieczności poszukiwania ostatnich dróg ratunku narodowego. Również sama narodowa reakcja na klęskę powstania, zwrot w stronę pracy u podstaw, pozytywizmu i faktycznego wyrzeczenia się aspiracji politycznych – był czymś zgoła odmiennym od wniosków profesora. Ten jednak niezrażony podkreślał, że „Piemont” i efektywna ugoda były tylko utopią. „Ich alternatywą zaś nie były zgliszcza, lecz takie przekształcenie narodu, by ostatnie już przestał być szlacheckim i by wobec zaborcy był jednością” – kończył swój tekst prof. Grzybowski nie precyzując jednakże który to moment dziejowy ma na myśli i w jakim związku przyczynowym pozostawał on z powstaniem.

Stanisław Stomma zirytował więc zarówno zwolenników „Białych”, jak i „Czerwonych”, radykalnych przeciwników ugody, jak i tych, których zdaniem Wielopolski zawierał ją w sposób niekompetentny. Przede wszystkim jednak „Z kurzem krwi bratniej” wzbudziło irytację jednego człowieka – ks. prymasa Stefana kardynała Wyszyńskiego. Krytyka powstania stała się przyczyną jednego z najpoważniejszych kryzysów w stosunkach między „Tygodnikiem Powszechnym” i poselskim kołem „Znak” a Prymasem Tysiąclecia. Sam autor kontrowersyjnego artykułu po latach wspominał to spokojnie, zaznaczając, że „winy sobie nie przypisujexliii”: „Po raz pierwszy naraziłem się w styczniu 1963 z okazji rocznicy powstania styczniowego. Napisałem artykuł bardzo negatywnie oceniający powstanie, który, wbrew moim obawom, Turowicz zaaprobował i zamieścił na pierwszej stronie „Tygodnika”. Jak można było przewidzieć, powstał huk niemały i protesty. Ksiądz Prymas był wielce niezadowolony i, przemawiając w kościele św. Krzyża na rocznicę powstania, polemizował z tezami mojego artykułu, jednak nie wymieniając autora. O co chodzi, wiedzieli tylko ci słuchacze, którzy artykuł czytali. Pisząc ten tekst, zdawałem sobie sprawę, że Ksiądz Prymas nie będzie zadowolony. Była to okoliczność ujemna, która powodowała pewną rozterkę. Wahania te jednak przezwyciężyłem. Była to sprawa mojej suwerenności autorskiejxliv” – pisał Stomma w 1998 r. jasno odwołując się do tradycji historiografii reprezentowanej w tym zakresie przez Pawła Popiela, Waleriana Kalinkę, Michała Bobrzyńskiego i Romana Dmowskiego. Jednocześnie Stomma uznawał, że „gdyby mój artykuł antypowstaniowy ukazał się nie w roku 1963, ale powiedzmy – w 1975, byłby uzyskał o wiele przychylniejszą ocenę naszego Prymasaxlv” . Tylko w tak dyskretny sposób autor pozwolił sobie zaznaczyć, że również nastawienie, czy wręcz wiedza historyczna ks. prymasa Wyszyńskiego ulegały ewolucji i pogłębieniu, także w wyniku debat toczonych na łamach PRL-owskiej prasy.

Wielopolski reakcjonista, czy pragmatyk – czyli ciężar sprawy chłopskiej

Niezależnie od sporów wokół Stommy/Wielopolskiego – rocznicowa dyskusja o powstaniu przebijała się jednak także na łamach innych tytułów, nie zawsze ograniczając się do ram wskazanych przez „Trybunę Ludu”xlvi, czynniki oficjalne i towarzyszy radzieckich, choć oczywiście „sprawa agrarna” wciąż wiodła prym wśród zagadnień poruszanych przez kolejnych autorów, niezależnie od faktycznie ich interesującej tematyki wokołopowstańczej.

„Niezmiennie konserwatywną postawę w sprawie agrarnej” zarzucał więc Wielopolskiemu m.in. Wojciech Janicki w PAX-owskich „Kierunkach”xlvii, wypominając Margrabiemu, że „już w 1831 r. głosował przeciw uwłaszczeniuxlviii”. Zaraz jednak przechodził do rozważań ideowych podkreślając, iż „W wszystkich powstaniach naród bronił swojej godności. Płacił za nią krwawo, ale dzięki temu żył dalej. Program Wielkopolskiego dawał Polsce wiele, ale nie chronił Polaków przed moralnymi następstwami znoszenia gwałtów. Sam Wielopolski im więcej mógł dać, tym ostrzej bił. Strzelanie do manifestantów, zamykanie popularnych instytucji, jak Towarzystwo Rolnicze, imienna branka do wojska, mająca objąć najwartościowszą młodzież…xlix” – wyliczał Janicki winy Margrafa wobec tej podstawowej wartości, jaką posługiwali się wszyscy pozapolityczni krytycy Wielopolskiego – „godności narodowej”. Zjawiska tyleż wydawałoby się oczywistego, co umykającego zdefiniowaniu – tak w realiach 18- jak 1963 r. Opisując realia przedpowstańcze Janicki ubolewał: „Wszystko co było najwartościowsze w narodzie nie wytrzymywało dłużej spychania w błoto. A Wielopolski prowokowałl”. Dalej autor konstatował – skądinąd słusznie, że „nasze nieszczęście polega na tym, że ludzie wybitni mijają się w Polsce z epokąli” (ba, można by za Catem-Mackiewiczem dopowiedzieć, że z kolei kiedy indziej mamy ich aż za dużo – bo np. dwóch, jak od początków XX wieku po okres międzywojenny, gdy same osobowości uniemożliwiły współpracę Dmowskiego i Piłsudskiego…). Dla autora jednak takimi przykładami nieodnalezienia się w czasie byli raczej Bobrowski, który mógł wszak z Dąbrowskim planować zdobycie Cytadeli w 1862 r., czy książę Józef dożywający do powstania listopadowego by zastąpić Skrzyneckiego… Czy Wielopolski wg Janickiego też był przykładem takiej „anomalii czasowej”, czy znalazł się w złym miejscu o złym czasie?

Nie, bo zdaniem przyszłego chadeckiego posła „Nie ma geniuszy odtrąconych… Osobny rozrachunek należy się Wielopolskiemu, w którym niektórzy chcą widzieć wielkiego polityka, odtrąconego przez głupotę i anarchię narodu. Jeżeli gen. de Gaulle przypomina Wielopolskiego – a słyszałem niedawno takie porównanie – to najbardziej chyba swoją niepopularnością w narodzie. Z tą różnicą, że gen. de Gaulle lubi się do swego narodu zwracać z patriotycznymi apelami i w aktualnej sytuacji Francji jest przezeń uznawany za zło konieczne, a Wielopolski się nigdy do tego nie zniżył i społeczeństwo nie trawiło go pod żadnymi pozorami. No, ale de Gaulle jest typowym politykiem XIX-wiecznym, a Wielopolski pasowałby najlepiej do wieku XVIII: światły absolutyzm. Obaj się spóźnili. Ambitny margrabia należał do polityków z typu dyktatorów od administracji. (…) Tu się zaczynało administrowanie – nie rządzenie. I tu się kończyły sukcesy Wielopolskiego. Społeczeństwo, które na pewno w subiektywnym przekonaniu chciał uszczęśliwić, było przeciw niemu. W jego reformach brakowało też zasadniczo programu uwłaszczenia. Ale nawet gdyby ten punkt znalazł się programie uwłaszczenia – Polacy byliby przeciw niemulii” – uważał Janicki. Mimowolnie w tym miejscu dotykał on zresztą kwestii istotnej – że tak często podnoszona kwestia agrarna nie miała wbrew pozorom większego znaczenia bieżącego w realiach 1863 r. – a więc jej podniesienie ani by reform Wielopolskiego nie uratowało, ani nie pogrążyło. Powstanie bowiem wybuchło z innych powodów – tych wskazanych prawidłowo przez Stommę za Bobrowskim, niezależnie od tego czy pochodzący od wodza „Czerwonych” cytat o „rzece krwi” był dosłownym przytoczeniem jego słów, czy tylko oddaniem ducha i intencji. Przyjmując postawę krytyków Margrabiego – sprawa chłopska nie miała znaczenia, bo i tak wszelkie jego inicjatywy zasługiwały wyłącznie na potępienie. Tak uważali historyczni wrogowie szefa rządu cywilnego – i mniej lub bardziej ten punkt widzenia przejęli i historycy i publicyści analizujący sytuację okołopowstaniową sto lat później.

Za co więc krytykować Wielopolskiego, skoro nie za oklepaną sprawę włościan? „Nie można gardzić ludźmi, których chce się prowadzić. Tym bardziej, jeżeli się ma pełne przekonanie, że droga, którą się obrało jest słuszna. Nie wystarcza mieć racjęliii” – wołał Janicki. I dodawał: „Jeżeli na 40 uczniów w klasie czterdziestu ma dwóje z łaciny, to zgodnie ze zdrowym rozsądkiem przyjmuje się, że nie klasa, a nauczyciel łaciny jest do kitu. Jeżeli całe społeczeństwo nie chce słusznych reform proponowanych przez ich autora – to znaczy, że społeczeństwo musi być bandą durniów?” – pytał w swoim przekonaniu retorycznie autor i można się obawiać, że nie podobałaby mu się twierdząca na nie odpowiedź. Zwłaszcza, że program Wielopolskiego cieszył się jednak poparciem, tyle, że faktycznie ograniczonym i nieeksponowanym. Innymi słowy – część społeczeństwa aprobował stan jaki Margrabia uzyskał, nie spieszyła się jednak z okazywaniem tego faktu publicznie. Zresztą również po klęsce powstaniowej dopiero po ustaniu form żałoby akceptowalne stały się westchnienia tęskniące za „wielkim Margrabią, który nie trafił w swoje czasy” – wbrew temu, co w tym zakresie uważał Janicki. Posługując się jego retoryką – co najmniej część klasy znała łacinę lepiej niż na dwójkę, oblała jednak, gdy klasowe łobuziaki również i za nich oddali pobazgrane sprawdziany…

„”Kraj choruje na politykę, a margrabia go leczy na administracje” – mówiło się w Warszawie w roku 1861. Było to leczenie drakońskimi metodami. Metoda Wielopolskiego w uproszczeniu wyglądała tak: przyjeżdża z Petersburgu, ma reformy autonomiczne w kieszeni, potrząsa nimi, potem kto nie ma dostatecznie rozjaśnionej miny: buch go w gębę, potem wysuwa łapę do pocałowania, daje reformy i znów w gębęliv” – pisał całkiem dowcipnie Janicki, jednak podobnie jak inni krytycy metod Margrabiego – nie podawał jaki inny sposób postępowania był właściwy i na czym opierają to swoje przekonanie.

Czego więc zabrakło Wielopolskiemu zdaniem Janickiego? Otóż przede wszystkim miłości i harmonii. „…Charaktery podobne muszą czerpać siłę swą w miłości kraju, w związku z pragnieniami i potrzebami narodu; muszą się opierać na opinii i zachowując swą niezależność w środkach, cel mieć jeden z ogółem – muszą więcej budować, niż obalać, muszą się oprzeć na zdrowych i potężnych narodowości żywiołach… Jeśli znamieniem siły jest stanowczość działania, oznaką wielkości jest harmonia z krajem. Przeciwko niemu iść, jest to zapoznawać nieomylną trafność jego instynktów, której dowodzą dzieje…lv” – cytował autor z upodobaniem „Gazetę Polską” z 9 kwietnia 1861 r. „I w tych słowach mieści się odpowiedź na legendę Wielopolskiegolvi” – komentował tę poezję autor „Kierunków”. I jest konsekwentny, skoro ostatecznie uznaje, że w przypadku powstania „zyski wydają się w sumie większe”. Tym samym główny przeciwnik zrywu – musiał być oceniony negatywnie.

Drobnej części tej krytyki wystarczyłoby, by poruszyć głównego obrońcę Margrabiego. W kolejnym numerzelvii Janickiemu odpowiedział sam Aleksander Bocheński. Jak zaznaczył – wykorzystał w tym przypadku swe prawo do głosu odrębnego, przysługujące mu na łamach PAX-owskiego organu w ramach autorskiej rubryki „Komentarze i wycinki”, stanowiącej rodzaj przeglądu prasy. „Swoboda, z jaką korzystam w tym miejscu dla wyrażania moich sądów, pozwoli mi na parę zdań krytyki artykułu Janickiego. Nie tyle ile bym chciał – bo rzec mogę, iż każdy prawie sąd przezeń wyrażony doprasza się analizy i konkluzji wręcz sprzecznej z jego zdaniem. Zadowolić się muszę prostowaniem tego, co mi się wydaje błędem największym. Z braku miejsca? Nie tylko. Namiętności jeszcze za mocne, chwyty osobiste nadto są w modzie. Wszystko, co moim zdaniem, Polak powinien wiedzieć o powstaniach narodowych, napisałem w grubej książce pt. „Dzieje głupoty w Polsce”, wydanej w 1947 roku. Tom kończy się przed powstaniem styczniowym, ale ostatni rozdział pt. „Stanisław Koźmian” mam gotowy w teczce od lat 16 i może kiedyś go publikujęlviii” – zaczynał Bocheński, a my, bogatsi od czytelników z roku 1963 o dwa wydania jego fundamentalnej pracy wiemy już, że swą obietnicę spełnił autor z naddatkiem, dodając rozdział wprost o Margrabim.

Podważając rozważania Janickiego – Bocheński rozprawił się przede wszystkim z ich aksjologiczną podstawą, czyli „nieomylnym instynktem narodowym”. Autorów „Dziejów głupoty…” bynajmniej nie twierdził, że zjawisko takie nie występuje. „Wystarczy nie tylko zajrzeć w historię, lecz rozejrzeć się wkoło, aby stwierdzić, że istnieje w duszach ludzkich motor, dość potężny, w każdym razie mocniejszy od wielu innych skłonności, i kierujący człowieka do walki z zespołem obcym, pragnącym narzucić swą wolę zespołowi własnemu. Racjonalna analiza dziejów, od Tamerlana, i przedtem, aż do Hitlera, pozwala także stwierdzić, że naturalny i przemożny odruch człowieka do obrony swego zbiorowiska narodowego, nie jest pozbawiony bardzo głębokiego, rzec można prawie „nieomylnego” uzasadnienia. Tyle, ale tylko tyle prawdy w owym zdaniu: że dążenie do niepodległości jest trafnym wyrazem instynktu narodowego (i rozumu narodowego także). Natomiast znacznie trudniej przyjąć tezę, jakoby ów rzekomo nieomylny instynkt miał, albo mógł dyktować jakiekolwiek bieżące decyzje polityczne, jak na przykład wybór sojusznika, lub bliżej czy dalej idąca współzależność z innymi narodami, moment decyzji wspólnej walki itp. Nim postaram się to uzasadnić, podkreślić muszę to, co powiedziałem o „bliżej lub dalej idącej współzależności” od sojuszników. W ciągu stuletniej doby porozbiorowej Polacy pomieszali pojęcia „niepodległości” i „niezależności”. W rzeczywistości naród może i powinien dążyć do zdobycia tylko i wyłącznie niepodległości. Niezależność kompletna jest absurdem, i największe nawet mocarstwa są zależne od sojuszy, jakie zawierają, co dopiero kraj o średnich siłach, jakim była Polska XIX wieku i o tej sytuacji geograficznej, jaką mieliśmy. W tych warunkach owo hasło „niezależności”, w myśl którego Polacy poparli sprzysiężenie podchorążych 1830 roku, a potem powstanie styczniowe, nie można nazwać przejawem „nieomylnego instynktu narodowego”, lecz poddać trzeba gruntownej analizie historycznej i politycznejlix” – zauważał Bocheński, eufemistycznie nazywając kolejne rozdziały „Dziejów głupoty w Polsce”, zapisane niestety w historii naszego narodu.

Bocheński jasno przeniósł więc dyskusję w realia znane czytelnikowi XX-wiecznemu, który z własnego doświadczenia winien rozróżniać „niepodległość” od „niezależności”. Jak jednak pokazały kolejne dwie i pół dekady po napisaniu powyższej polemiki – ówcześni Polacy również mieli z tym jednak problem. Znakomicie zdając sobie sprawę z tej cyklicznie powtarzającej się dezorientacji rodaków – Bocheński wskazywał jak sobie z nią radzono historycznie. „Powiedziałem, że z instynktu narodowego pozostaje, bo to fakt niewątpliwy, historyczny i socjologiczny, patriotyzm, czyli naturalna skłonność do obrony kraju ojczystego, nawet kosztem własnego życia. We wszystkich innych zagadnieniach obywatel winien kierować się nie propagandą tych czy innych frazesów, ale dyscypliną wobec decyzji tych Polaków, którzy bez żadnej nieomylności mają jednak najwięcej danych na to, aby rozwojem narodowym kierować. Za czasów Chrobrego takim Polakiem był Chrobry, za czasów Jagiełły – Jagiełło. Że dzisiaj nie jest nim gen. Anders i jego przyjaciele, o tym każdy Polak, i w kraju i na emigracji wie doskonalelx” – nieco sarkastycznie zauważał Bocheński. Dodawał przy tym swoje credo jako państwowca-pragmatyka: „Formy prawne i konstytucyjne pomagają zazwyczaj obywatelowi w poczuciu dyscypliny wobec tych, którzy dysponują materiałem informacji nierównie bogatszym, dla pobranych decyzji, od tego czym dysponuje zwykły obywatel, bezbronny wobec takiej czy innej propagandy obcych ośrodków prasowych czy radialxi”.

Punkty odniesienia były więc czytelne, jak to się jednak miało do czasów okołopowstaniowych? Bocheński stawiał to samo pytanie: „Dobra. Ale co mieli robić Polacy sto lat temu, kiedy form konstytucyjnych nie było i powstały aż trzy ośrodki wyznaczające trzy kierunki polityki narodowej:

  1. Wielkopolskiego – związania się z Rosją carską w ramach szerokiej autonomii.

  2. Czerwonych” – odzyskania niepodległości drogą zbrojnego powstania i uwłaszczenia chłopów.

  3. Białych” – pod wodzą Zamoyskiego, nie posiadających w gruncie rzeczy żadnej wyraźnej koncepcji, stawiających Rosji żądania zupełnie nierealne, a potem zabiegających o równie nierealną pomoc Francji dla powstania.

Który z tych trzech kierunków był najkorzystniejszy dla rozwoju narodowego i społecznego, oto, co powinno być przedmiotem dyskusji bardziej bezstronnej, i mniej uprzedzonej niż toczy się w tej chwilę na łamach prasy, z „Kierunkami” włącznie. Już nie wiem kto, chyba Russel powiedział, że czytając Summę św. Tomasza podziwiać należy niezwykłą sumienność, z jaką „doktor anielski” formuje i rozwija wszelkie możliwe argumenty przeciwne swoim tezom. Ale co z tego – dodaje Bertrand Russel, kiedy każdy czytelnik wie, że ostateczna konkluzja autora będzie zawsze „za”, i nigdy „przeciw”. Bodaj to święty Tomasz z Akwinu! Na razie nie udało mi się nigdzie znaleźć nawet porządnie uszykowanych, a co dopiero przedyskutowanych koncepcji Wielopolskiego. Dlatego to napisałem na wstępie, że nie czas jeszcze na gruntowną analizę decyzji powstańczejlxii” – zastrzegał Bocheński, tym tylko składając ukłon hamletyzującym wahaniom współczesnej sobie prasy.

Polemistę ostatecznie dobił jednak prostą konkluzją: „Przestrzegam tylko Janickiego przed owym kultem „nieomylnego instynktu”. I na zakończenie proszę o jedno: niech sumiennie zanalizuje i opatrzy cyframi i faktami to, co pisze o „prześladowaniach”, „uderzeniach”, „policzkowaniach” narodu przez Wielkopolskiego czy rząd rosyjski w latach przed 1860. Ma rację Janicki, gdy mówi, że poczucie godności narodowej jest rzeczą cenną i lekceważyć jej nie można. Polityk jednak – jak słusznie pisał Mierosławski – nie może postępować jak zakochany ułan, zapominać o stosunki sił własnych do obcych, i decyzje podejmować li tylko dla zadowolenia opacznie pojętego i wydętego ponad miarę poczucia godnościlxiii”.

Niestety, jak widać było tak po ówczesnych, jak i późniejszych debatach (nie mówiąc o czasach współczesnych) – liczba kandydatów na ułanów tylko z czasem rosła, zaś rozdęte poczucie opacznie pojmowanej godności narodowej stawała się znakiem rozpoznawczym nie tylko dyskusji o powstaniu…

A może powstanie jednak wygrało?, czyli łączność marksistowsko-insurekcyjna

W prasie roku 1963 odbyły się takowe zwłaszcza dwie o szczególnym znaczeniu – na łamach „Współczesności” oraz „Wrocławskiego Tygodnika Katolików”. W pierwszejlxiv uczestniczyli: prof. dr hab. Stefan Kieniewicz, cytowana już tu doc. dr Irena Koberdowa – niezłomna strażniczka ideologicznej poprawności sądów historycznych, prof. Ilja Miller (z moskiewskiej Akademii Nauk), znany pisarz i popularyzator historii, zwłaszcza najnowszej Stanisław Strumph-Wojtkiewicz, Janusz Maciejewski – badacz literatury i wybitny wolnomularz, Bohdan Drozdowski – reprezentujący redakcję czasopisma – gospodarza dyskusji oraz Władysław Terlecki, którego cykl powieściowy o powstaniu bił wtedy rekordy czytelniczego zainteresowania. Ta wymiana poglądów nie wniosła wiele do interesującego nas tematu – jednak warto zwrócić na nią uwagę z innego względu. Otóż dyskutantów skupiających się na odnoszeniu problematyki powstańczej do zasad materializmu dialektycznego i historycznego łączyło generalne przekonania o historycznym sukcesie zrywu styczniowego (w dużej mierze w oparciu o interpretację prof. Kieniewicza). W istocie zaś, gdyby opuścić odniesienia do Marksa – poglądy te można by i dziś swobodnie zaprezentować na łamach dowolnego „niezależnego tygodnika opinii” domagającego się instytucjonalizacji kultu powstania i potępienia jego krytyków. Zapewne mniej by było o walce o wyzwolenie społeczne, trochę (nie dużo bynajmniej) więcej o niepodległości – ale ogólny ton wywodów mógłby swobodnie zostać zachowany.

Uczestnik tej marksistowsko-insurekcyjnej wymiany poglądów, Władysław Terlecki skorzystał jednak z łamów „Współczesności”lxv także by dobitnie wyrazić swój sprzeciw wobec zjawiska określanego przez siebie jako „historyczny rewizjonizm”, czyli przeciwstawianie powstaniu wizji ugody, czy choćby zwykłej pracy organicznej. „Wychodzi się w takim wypadku z założenia, że powstanie to nie spełniło swoich celów (czego nie można traktować serio, bowiem wiadomo, że cele te w mniejszym lub większym stopniu spełnione zostały), że z dwóch możliwych do wyboru koncepcji politycznych – ta, która przekreślała konieczność działań powstańczych była koncepcją o skutkach praktyczniejszych, prowadzącą do tych samych celów drogą o wiele rozsądniejszą, nie zakładającą rozwiązań zbyt ryzykownych. Przyjmując taką możliwość popada się, rzecz prosta, w szczególnego rodzaju mistycyzmlxvi” – konkludował autor „Spisku” dobrze oddając stan nastrojów i nastawienie ówczesnych elit intelektualnych, skażonych romantycznym odczuwaniem, dla niepoznaki tylko udrapowanym na pozór historycznego determinizmu – jak widać nader płytkiego. Ugoda to mistycyzm – powstania to realizm osiągający wyznaczone cele tłumaczył Terlecki. I czyż nie przypomina w tym współczesnych tam pisarzy, publicystów i polityków przekonujących, że takim sukcesem zakończyło się choćby powstanie warszawskie?

Ta łączność romantyków i marksistowskich rewolucjonistów widoczna jest także np. w wystąpieniu płk. dra hab. Emanuela Halicza, który w „Przeglądzie Kulturalnym”lxvii również podkreślał sukces powstania, wskazując z kolei, że „sprawa wyzwolenia Polski skupiła we wspólnym obozie postępową Europę (…)lxviii”, tudzież podnosił wpływ zrywu na powstanie Pierwszej Międzynarodówki. Co mogli takim osiągnięciom przeciwstawić przeciwnicy? „Nie mają więc racji ci historycy i powieściopisarze, którzy apoteozując Wielopolskiego, a tym samy aprobując linię współpracy polskiego obszarnictwa z caratem, dowodzą, że nie trzeba było chwytać za broń i „porywać się z motyką na słońce”, a należało zadowolić się reformami, jaki wprowadzał carat w 1862 roku. Nie mają racji i ci, którzy solidaryzując się z czynem powstańczym, dostrzegają w nim wyłącznie ujemne i tragiczne skutki, często z tego powodu, że nie mogą pogodzić się z tym, że klasa obszarnicza, ich zdaniem ostoja polskości, utraciła swe wpływy i znaczenielxix” – grzmiał pułkownik dr Halicz, historyk reprezentujący szkołę partyjnej frakcji „puławian”, dezawuując za jednym zamachem tak ugodowców, jak i umiarkowanych „Białych”. Zabawną pointą do jego wystąpienia może być fakt, że pułkownik dr Halicz, który w 1971 r. wybrał z rodziną wolność w Danii – został w kolejnym roku zdegradowany decyzją ówczesnego ministra obrony narodowej PRL, generała armii Wojciecha Jaruzelskiego (ukrytego bohatera kolejnej fali dyskusji o powstaniu i Margrabim toczonych przy okazji 120 rocznicy powstania, o czym jednak napiszemy dalej). Nb. pułkownikiem WP dr Halicz został ponownie w 1994 r., kiedy teza o sukcesie powstania znowu obowiązywała, choć może z innym uzasadnieniem.

Pozostając w roku 1963 – obracamy się wokół powtarzających się treści i haseł, niekiedy zresztą przysparzających swym wyznawcom nie małych problemów z zakresu… dialektyki. I tak np. na łamach „Polityki” prof. Marian Żychowskilxx, historyk ruchu socjalistycznego opisując spory historyków na temat powstania – zmuszony był przyznawać z bólem m.in., iż „antyrosyjskie nastawienie zaciążyło nawet na poglądach ludzi związanych z lewicąlxxi”. Oczywiście rozkładu racji to jednak nie zmieniało. Historycy tacy jak Stanisław Koźmian w oczach prof. Żychowskiego godni byli jedynie potępienia, skoro w wyniku ich ustaleń „rzecznikiem mądrości politycznej i wzorem postępowania stawał się margrabia Aleksander Wielopolskilxxii”! Nie koniec zresztą na tym. „Ta linia tradycji będzie przewijała się aż do pierwszych dni Polski Ludowej, czego wyrazem może być np. praca Skałkowskiego (1947) apologizująca postać Wielopolskiego. Do tych wątków sięgają również jeszcze poniektórzy i dziś usiłując przedstawić manifestacje patriotyczne jaki wyraz mistyczny i wykładnik siły religijnych przekonań. Dziś jeszcze przedstawia się np. hart i wolę walki Romualda Traugutta jako wynik głębokiej wiary religijnej, a Wielopolskiego jako męża stanu, który bronił polskiej racji narodowej. Spotkać można głosy, że gdyby zamiast Wielkopolskiego, te same reformy wprowadzał inny Polak to do powstania przypuszczalnie by nie doszłolxxiii” – obruszał się prof. Żychowski. I tak oto w oczach historyka socjalistycznego zabiegi miłośników „Białych”, zmierzające do „ochrzczenia insurekcji”, czy też oswojenia ugody przy poświęceniu Wielopolskiego – nie dają rezultatów, są bowiem równie złe jak pochwała ugody i Margrabiego wyrażone wprost. Żadna z tych postaw nie była bowiem do pogodzenia z jednostronną apologią walki zbrojnej o niepodległość i wyzwolenie społeczne zarazem.

Kiedy więc przypominano Wielopolskiego w duchu innych niż krytyczny – to najczęściej w formie mocno zawoalowanej i pośredniej. Złożoną postawę wobec powstania prezentowało np. „Za i Przeciw” Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Społecznego – z jednej strony piórami Andrzeja Szomańskiegolxxiv i Melchiora Wańkowiczalxxv sławiąca zryw, z drugiej jednak publikująca wyrazy uznania za sukcesy polityki Wielopolskiegolxxvi. Ba, zresztą nawet red. Szomański zdobywał się na łamach stołecznego tygodnika na zrozumienia dla zwolenników Margrafa: „Możemy dziś zrozumieć Ksawerego Pruszyńskiego, gdy w latach drugiej wojny światowej pisał z właściwym sobie talentem jakże tendencyjną książkę o margrabim Wielkopolskim. To była ostra, gwałtowna reakcja wobec zjawisk, które zdaniem autora „Karabeli z Meshedu” ułatwiły pogrążenie Polski w bezdennej, zdawać się mogło otchłani”lxxvii. Co ciekawe, głos ten padł na marginesie debaty o Załuskim – jako przykład jednego z nielicznych pozytywnie ocenionych głosów krytykujących polskie wady narodowe i błędy z przeszłości. Być może też w „Za i Przeciw”, stanowiącym w jakiejś mierze formę wypowiedzi dawnych neo-konserwatystów w dziwnej symbiozie z przyszłym (a wg innych świadectw już ówczesnym, tylko głębokim zakonspirowanym) nurtem niepodległościowym – na plan pierwszy wysuwała się pochwała silnej władzy jako takiej, każąca nawet na Wielopolskiego spojrzeć cieplejszym okiem?

Podobnie wieloznaczna była postawa „Stolicy”, pisma uchodzącego za zbliżone do partyjnej frakcji „Partyzantów”. Z jednej strony jednoznacznie pozytywnie o powstaniulxxviii, jego szansach militarnychlxxix , a także o samej rocznicy, ze szczególnym uwzględnieniem jej celebrowania przez najwyższe władze partyjne i państwowelxxx pisał w stołecznym tygodniku Leszek Moczulski. Z drugiej – zamieszone zostały nostalgiczne refleksje na temat Margrabiego, zawarte we… wspomnieniu o wspomnieniachlxxxi. Warszawski literat, Adam Galis zanotował mianowicie swoje wrażenia ze spotkania z poczytnym przed laty pisarza, Piotrem Choynowskim, w grudniu 1932 r. Mówiąc o swojej powieści „Kuźnia”, poświęconej czasom powstaniowym – pisarz nazywał powstanie „irracjonalnym absurdem”. O Wielopolskim zaś dodawał: „Człowieka przeszłości można rozpoznać intuicyjnie przez spojrzenie na jego oblicze. Wielopolski w „Kuźni” – Wielopolski ze znanego portretu. W tej głowie jest zawarte wszystko, cały człowiek, tajemnica jego charakteru, ogromnej mądrości i niemniejszej pychy, wreszcie – jego los. Wielopolski przerastał o głowę ludzi tej epoki. Nie można go kochać, ale należy go sprawiedliwie oceniaćlxxxii”. Bodaj, czy nie był to najcieplejszy głos o Margrabim, jaki pojawił się przy okazji 100-tnej rocznicy powstania, nic więc dziwnego, że ukryty w podwójnym cytacie, dominowały bowiem – jak już wskazaliśmy, raczej słowa potępienia, tak klasowego, jak i patriotycznego.

Ostateczne starcie, czyli Kieniewicz kontra Bocheński

Na tle mocno jednostronnych wycieczek – ciekawszą konfrontację poglądów zaproponował czytelnikom PAX-owski „Wrocławski Tygodnik Katolików”lxxxiii, na którego łamach starli się historycy: prof. dr Stefan Kieniewicz, dr Eligiusz Kozłowski – znany badacz powstań, ks. prof. dr Mieczysław Żywczyński, pisarze: Jan Dobraczyński, Władysław Jan Grabski, Stanisław Łukasiewicz, Stanisław Strumph-Wojtkiewicz oraz publicyści: Aleksander Bocheński, Zygmunt Bielecki, mjr dypl. Wincenty Iwanowski, Wojciech Janicki, Zenon Komender, Mieczysław Kurzyna (jako prowadzący) i Janusz Stefanowicz. Jak relacjonowała redakcja „WTK” – dyskusja trwała cztery godziny, padło w niej 21 głosów, a jej zapis zajmował 100 stron maszynopisu, zatem siłą rzeczy czytelnikom przedstawiono jedynie pewien skrót i wybór z całości.

O ile początek debaty przebiegał spokojnie, skupiając się na zagadnieniu czy powstania można było uniknąć (w ogóle lub chociaż w tamtym fatalnym momencie), który to problem wysunął Jan Dobraczyński, o tyle wiadomo było, że główną linię sporu wytyczą Kieniewicz z Bocheńskim.

„Pan profesor Kieniewicz zaczął od tego, ze historyk nie może odpowiedzieć na pytania takie, czy powstanie mogło wygrać, czy w ogóle nie mogło, czy można było uniknąć powstania, czy też nie można było. Rzeczywiście tej odpowiedzi wprost nie czytałem w żadnej książce Pana Profesora. Natomiast jeśli Pan Profesor czy inni historycy uważają przeciwników powstania za zdrajców, jeżeli ktoś stanowczo potępia jako antynarodowy i szkodliwy dla powstania ruch przeciwko niemu, to tym samym w jaki sposób daje odpowiedź na pytanie, czy powstanie było szaleństwem, czy nie. Wprost nie odpowiadając na to wszystko historycy swój sąd o tym wyrażająlxxxiv” – punktował Bocheński wskazując na podstawowy fałsz jawnych i ukrytych apologetów powstania. Używana przez nich frazeologia zawierała bowiem podstawową sprzeczność – z jednej strony uczniowie Kieniewicza uchylali się od odpowiedzi na pytanie czy do powstania „musiało dojść”, wg starej zasady, że „widocznie musiało, skoro doszło”. Z drugiej zaś – kwestionowali ugodę i jej skutki jako niepewne na przyszłość. Mrzonka powstania liczyła się więc jako twardy fakt – a fakt polonizacji Królestwa w wyniku ugody był w zasadzie tylko nieistotnym detalem.

„Były dwa wyjścia: albo powstanie wywołać, albo go nie wywoływać. Przymusu, jak to mówił p. prof. Kieniewicz ja nie widzę. Przecież ci wszyscy, którzy decydowali o wybuchu powstania, mogli równie dobrze zdecydować, iż tego powstania nie będzie. Byłyby konsekwencje bolesne, byłaby branka, ale najgorsze nawet konsekwencje nie byłyby tak straszne, jak te, które pociągnęło za sobą powstanie. Dlaczego? Dlatego, że jeżeli idzie o przyszłość narodu, która polegała wtedy na oświeceniu olbrzymiej masy ludowej, to mając do wyboru powstanie o dużym ryzyku nieudania z jednej strony, a z drugiej strony rozwój oświaty, literatury i samorządu – już nie tylko z szansą istnienia, ale już wprowadzonego w życie na wszystkich stopniach, aż do szkolnictwa wyższego – to jest rzecz jasna i niemożliwa do zaprzeczenia, że ta oświata i literatura byłaby więcej dała dla uświadomienia szerokich mas narodu, aniżeli powstanie. Mnie się wydaje, iż to jest problem czołowy, nad którym warto się zastanowić.

Czy zahamowanie całej oświaty, zniszczenie całego dorobku Wielopolskiego, zostało okupione tymi rzekomo uświadamiającymi momentami, jakie dało Powstanie Styczniowe? Dlaczego mówię „rzekomo”? Czy to bohaterstwo niewątpliwe i wspaniałe tych żołnierzy nie mobilizuje? Owszem, mobilizuje, ale wystarczająco zmobilizował rok 1831, albo wojny napoleońskie, albo setki innych; nas nawet piastowskie wojny mobilizują, nie mówiąc już o tym jak Sienkiewicz nas mobilizował. I za to takiej ceny, jaką zapłacono powstaniem, nie trzeba było absolutnie płacićlxxxv” – atakował Bocheński.

Bocheński swoim zwyczajem podnosi kilka kwestii kapitalnych. Po pierwsze – jak doszło do wybuchu powstania. Z jednej strony bowiem jego obrońcy bronią decyzji o wszczęciu walki, z drugiej zaś uznają ją za konieczność, historyczny fatalizm, także dobrze znany nam z debat o Warszawie ’44. Tymczasem – właśnie w kontekście działalności Wielkopolskiego – można i trzeba powtarzać: nie branka wywołała powstanie, tylko powstanie, plan jego organizacji – wywołało brankę! Skoro kwestionuje się brankę właśnie gdybając – co by się stało, gdyby jej nie było, czy „Czerwoni” przystąpiliby do walki lepiej przygotowani, czy też Duch Święty by ich oświecił – i zrywu by nie było – to przecież oczywistym wydaje się też postawienie pytania czy powstanie bez branki, silniejsze materiałem ludzkim i rozpoczęte wiosna – mogłoby wygrać? Nie ma chyba badacza, który udzieliłby odpowiedzi twierdzącej. Po drugie – jakie były realne następstwa powstania – a jakie programu ugody. Powstanie były oparte na chciejstwie i maksymalizmie – ugoda dawała zaś efekty bieżące i perspektywiczne. Po trzecie – czy heroizm, indywidualne bohaterstwo, albo inaczej i mówiąc wprost – estetyczność zrywu i klęski do której doprowadził muszą zamykać usta jego krytykom. Po czwarte – czy tych samych efektów, które chyba każdy Polak zna z lekcji historii w szkole podstawowej na temat „co nam przyniosły powstania” – nie można było osiągnąć bez nich, a więc czy na pewno nie bylibyśmy Polakami nie podrywając się co kilkadziesiąt lat do beznadziejnej walki?

Do odniesienia się do tych problemów poczuł się zobligowany prof. Kieniewicz. „Przedstawiona tu alternatywa: albo powstanie, które prawie na pewno upadnie, albo program Wielkopolskiego, który przynosi określone korzyści – ta alternatywa stale jest stosowana przez rzeczników margrabiego, przez całą szkołę konserwatywną z końca XIX wieku, aż do lat międzywojennych. Mnie się zdaje, iż ona zapomina o jednej przesłance: skąd się wziął Wielopolski. Przecież nie przyszedł on do władzy sam, nie zdobył jej sam, nie rząd carski z dobroci swojej pozwolił Wielopolskiemu ten program realizować. Wielopolski jest dzieckiem rewolucji lutowej warszawskiej. To ulica warszawska wywalczyła to, że rząd carski do dania tych szczupłych koncesji, do powołania Wielkopolskiego do władzy został zmuszony i że te reformy, częściowo podjęte, wynikły z tych samych wydarzeń, które równocześnie doprowadziły do rozwoju spisku, do wyłonienia się spiskulxxxvi” – wywodził prof. Kieniewicz nie dodając jednak nijak co to u licha ma do rzeczy.

„Zapewne można by było twierdzić: należało rozegrać partię tak, aby wykorzystać ruch „czerwonych” w ten sposób, ażeby zmusić carat do dopuszczenia klas posiadających do władzy, a potem ten ruch „czerwonych” opanować. To jest schemat gry Cavoura we Włoszech. Tego Wielkopolski nigdy nie był w stanie zrozumieć. On uważał „czerwonych” jako zło absolutnelxxxvii” – skądinąd trafnie punktował Kieniewicz. Tylko czemu radykałowie również nigdy przez moment nie uważali realizacji programu ugodowców za krok w dobrym kierunku? Ich radykalizm i eskalacja żądań miały przecież na celu m.in. przewrócenie programu ugody.

Zdaniem prof. Kieniewicza jednak głównym błędem Wielopolskiego był fakt, że „(…) próbując dusić spisek – sam podcinał korzenie swego systemulxxxviii”. Pomyłka ta nie była jednak przypadkowa, bo „biorąc pod uwagę już tylko jego własną koncepcję i własne interesy klasy, którą reprezentował, popełniał polityczny błąd z natury. Słowem przeciwnicy powstania nie zdołali mu zapobiec, a doczekawszy się jego wybuchu, robili co mogli, świadomie czy nieświadomie, aby to powstanie zwichnąć” – oburzał się prof. Kieniewicz nie tłumacząc jednak czemu przeciwnicy powstania, uważający je za krok fatalny i tragiczny w skutkach – mieliby nagle zacząć je wspierać. O dziwo zresztą właśnie w tej dyskusji – autor, wydający się dotąd głównym interesów linii politycznej „Białych”, a personalnie Andrzeja Zamoyskiego – tym razem wyraźnie się od nich odciął „(…) mnie się wydaje, że jeżeli mowa o odpowiedzialności za klęskę, to i przeciwny powstania – myślę w tej chwili głównie o „białych” – razem z „czerwonymi” inicjatorami ponoszą współodpowiedzialność za klęskę i za konsekwencje klęski, nie konsekwencje samego faktu powstania, tylko konsekwencje tego, że się ono nie udałolxxxix” – wprowadzał rozróżnienie prof. Kieniewicz, choć zastrzegał, że nie zgadza się z „tradycją legionową” głoszącą, że „powstania same w sobie były dobre”, zarzucając tej tezie prymitywizm.

Pogodzić spierających się interlokutorów próbował ks. prof. Żywczyński. Zgadzał się z prof. Kieniewiczem, że „nie byłoby Wielopolskiegoxc” i „nie udawałoby się Wielopolskiemu nic gdyby nie „czerwoni”xci” oraz „tylko dzięki „czerwonym” Wielopolski otrzymał możność działaniaxcii”. Jak widzimy, pogląd ten traktowany był jako oczywistość, nie tylko zresztą w czasie tamtych debat, jednak przeczą temu ustalenia nauki rosyjskiej wskazujące, że chęć zreformowania kraju, w tym uregulowania kwestii polskiej i przeprowadzenia na gruncie Królestwa eksperymentu quasi-konstytucyjnego i uwłaszczeniowego były dla Aleksandra II niezależne od marginalnych w swym znaczeniu zabiegów „Czerwonych”.

Ksiądz profesor jednak odcinał się od uproszczeń i łatwych osądów zaznaczając, że warto byłoby porównać choćby powstanie listopadowe i styczniowe, zwłaszcza jeśli chodzi o przyczyny wybuchu, a także odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: „Czy inne narody dochodziły do jakiejś samowiedzy, to znaczy stawały się narodem jak to powiedział Pan Redaktor [Bocheński] właśnie dzięki powstaniu czy nie? Czy rzeczywiście Powstanie Styczniowe taką rolę odegrało? Ja mam co do tego poważne wątpliwościxciii” – zaznaczał ks. prof. Żywczyński. Zgadzając się z Bocheńskim – historyk przyznawał też, że przerodzenie się Polaków w nowoczesny naród mogło przebiec znacznie szybciej i skuteczniej nie na drodze walki zbrojnej – ale właśnie w wyniku reform i planowej modernizacji, zapoczątkowanej przez Margrabiego.

Z pozytywnymi ocenami polityki Wielopolskiego jednak, a także z tezą o obiektywnie korzystnym dla Polski nastawieniu caratu – nie zgadzał się sam gospodarz spotkania, red. Mieczysław Kurzyna. „Chciałby polemizować z rzecznikami polityki ugodowości wobec caratu, polityki Wielopolskiego. Wydaje mi się, że jest tu jakieś nieporozumienie. Chyba jest tu niedostrzeganie sprawy, iż nasze postępowanie najbardziej nawet ugodowe w stosunku do caratu wpływało na carat w sposób stosunkowo mały, że polityka rosyjska w stosunku do Polski była wyznaczana przemianami wewnętrznymi w Rosji. Na przykład fala nacjonalizmu, jaka się zrodziła w Rosji na przełomie XIX i XX wieku nie była wywołana powstaniem 1863 r. Mnie się wydaje, że przypisywanie wybuchu nacjonalizmu w Rosji skutkom powstania 1863 r. jest chyba dowolnością historycznąxciv” – przekonywał red. Kurzyna. Skądinąd jego stanowisko pozostawało w interesującej sprzeczności z poglądami przekonanych o bezpośrednim przekładaniu się sytuacji polskiej – na całą politykę Imperium. Skoro bowiem car bez względu na to, co czynili Wielkopolski, „Biali” i „Czerwoni” chciał dawać Polakom pewne koncesje – to tym bardziej można było z nich korzystać. Z drugiej zaś strony – jeśli rzeczywiście mogliśmy robić co chcieli – to czemu powstania rzeczywiście położyło kres reformom firmowanym przez cesarza i szefa rządu cywilnego?

Zdaniem Kurzyny, nieadekwatny był również często przywoływany przykład Finlandii, bowiem również i ten kraj przeżył falę rusyfikacji. Trudno jednak te argumenty traktować poważnie, skoro zaostrzenie petersburskiej polityki dotknęło Finów blisko pół wielu po upadku naszego powstania styczniowego i sprowadzało się do tak straszliwych represji, jak zmuszanie miejscowych rekrutów do służby w wojskach na terenie całego Imperium, a nie tylko we własnych siłach zbrojnych Wielkiego Księstwa. Trudno nie zauważyć, że o takim natężeniu rusyfikacji – Polacy mogli tylko pomarzyć, właśnie – m.in. w wyniku zrywu 1863 r….

Red. Kurzyna widział jednak wyłącznie zagrożenia. „Wydaje mi się, że polityka Wielopolskiego, mimo istnienia szkół, mimo istnienia pewnych swobód, prowadziła w pierwszej kolejności do zatraty odrębności narodowej. Wydaje mi się, że to niebezpieczeństwo było bardzo wyraźne – niebezpieczeństwo, iż w późniejszym czasie roztopilibyśmy się w rosyjskim imperium. Ale faktem jest, że ta polityka przekreślała niepodległość, była rezygnacją z niepodległości, była też odsunięciem spraw społecznych, jakimś reakcyjnym cofnięciem w tym zakresie. Natomiast praktyczne jej powodzenie na dalszą metę prowadziło do utraty niepodległości już na bardzo długi czasuxcv” – ubolewał publicysta. Jest to zresztą bardzo charakterystyczne, że piewcy powstań tak nisko cenią swych rodaków, że są przekonani, iż bez „rzeki krwi” Polacy zostaliby Rosjanami.

W dalszej części dyskusji „WTK” starano się przede wszystkim umieścić powstanie w kontekście historycznym. „Jednym z dramatów powstania 1863 roku było, że właściwie ten zryw życia narodowego, jaki zapoczątkowało powstanie kościuszkowskie, poprzez wojny napoleońskie, który gdzie tam pobrzmi jeszcze w 1831 roku, w r. 1863 trafił na duże osłabienie życia narodowego. Właściwie powstanie 1863 r, ma wiele pięknych postaci, ale nie ma wielkich indywidualności wyskakują więc na olbrzymów Wielopolski z jednej strony, Mierosławski z drugiej, obie postacie wybitnie antyspołeczne. To są właściwie mali dyktatorzy, którzy próbują narzucić po swojemu swoją doktrynęxcvi” – krytykował Dobraczyński.

Krytykę ze strony prof. Kieniewicza starał się też osłabić ks. prof. Żywczyński: „Pan Profesor zwrócił uwagę na to, że przecież przed powstanie władza carska przy pomocy rąk polskich, polskiej administracji, polskich dziedziców wysyłała rekruta do wojska, ludzi na Sybir itd. To prawda. Ale to było najprzód następstwo jednak powstania 1831 r. Poza tym było to jednak zjawisko bądź co bądź przejściowe, bo to był tylko okres Paskiewicza, potem od wojny krymskiej nastąpiła pewna ewolucja, a za czasów Wielkopolskiego zostało to przerwanexcvii” – przekonywał ksiądz profesor. I faktem też jest, że myśl o brance i konieczność wyprowadzenia z Królestwa najbardziej niebezpiecznego elementu nie były wszak następstwami polityki Margrabiego – ale skutkiem aktywności jego przeciwników, „Czerwonych”.

Problem Wielopolskiego nurtował tez kolejnego publicystę, red. Wojciecha Janickiego. „Wielopolski przybywszy z pokaźnym plikiem reform autonomicznych do Królestwa Polskie, stosował swoistą metodę, to znaczy najpierw bił, potem wyciągał rękę do pocałowania, a potem częstował reformamixcviii” – opisowo tłumaczył Janicki. „Wydaje mi się, że gdyby do powstania nie doszło, to niewątpliwie Wielkopolski, który był genialnym politykiem gabinetowym, zatracał się tylko wtedy, kiedy miał wyjść ze swoją polityką do społeczeństwa, potrafił przeforsować swoją koncepcję oczynszowania, które zresztą miało się przeciągnąć w myśl tego projektu na lat kilkadziesiąt . Już zresztą w rozmowie z Aleksandrem II, który sugerował mu, że może by jednak lepiej było jakoś ostrożnie uwłaszczyć tych włościan w Królestwie, Wielopolski potrafił powiedzieć „nie” i został przy swoim projekciexcix” – wywodził redaktor jednocześnie zapewniając, ze w jego opinii „powstanie obroniło nas w jakiś sposób przed moralnym spodleniem”.

Wielość zaprezentowanych postaw, a zwłaszcza dopuszczenie do równoprawnego głosu także krytyków powstania, z Bocheńskim na czele – korzystnie wyróżniło debatę na łamach „WTK” na tle z rzadka tylko poruszającej kwestie rocznicowe poza nieśmiertelną „sprawą chłopską” polskie media. W istocie jednak na poważny powrót do zagadnienia 1863 roku i lekcji wynikających z niego dla współczesnej Polski – czekać przyszło aż 20 lat, kiedy to wydarzenia bieżące, a nawet zewnętrzny, estetyczny sztafaż nagle przypomniały wszystkim o tamtym Styczniu.

Fakt, że dyskusje publicystyczne były dużo żywsze od sporów samych historyków – nie był oczywiście niczym nietypowym. Dla porządku warto więc jedynie zaznaczyć, że nawet w podsumowaniu obchodów rocznicyc, czy też sprawozdaniu z IX Zjazdu Historyków Polskichci – interesujące nas wątki nie zasłużyły na odrębne potraktowanie. Musiał więc przyjść rok 1983.

Generale, nie bądź jak Margrabia!, czyli o Wielopolskim w stanie wojennym

120-lecie powstania świętowano w zupełnie innych realiach – historycznych, publicystycznych i politycznych. Kontekst okresu „Solidarności”, stanu wojennego oraz kierunku przemian, nad którymi władza zastanawiała się już od 1983 r. – narzucał ton całej debacie. Niewiele tylko uproszczając – spór o powstanie stawał się poniekąd sądem nad okresem między Sierpniem’80 a Grudniem’81, różnice zdań między „Czerwonymi” a „Białymi” przenoszono na różnice zdań między solidarnościowymi radykałami, a pragmatykami. W takiej konfiguracji – rola Wielopolskiego stawała się faktycznie pierwszoplanowa, Margrabia stawał się bowiem archetypem polskiego przywódcy narodowego, a z jego losu – starano się wyciągnąć lekcję, którą raczono czytelników w nadziei, że wśród nich znajduje się też ten, którego nauczyć starano się najwięcej i na własną modłę – czyli generał Wojciech Jaruzelski.

Jaruzelski to Margrabia, któremu udała się branka – ta teza, choć wyartykułowana o wiele później, już w okresie stanu wojennego musiała nasuwać się publicystom. Nie tyle więc z czasem obawiano się o trwałość władzy Generała, o to, czy nie zostanie zastąpiony nowym moskiewskim – ale o to, czy upojony łatwym triumfem nad słabo tylko opierającymi się zwolennikami „Solidarności” nie wykaże cech przypisywanych Wielkopolskiemu: arogancji, ignorowania narodowych kompleksów i emocji, przełamywania opozycji, zamiast budowania zaplecza. Tymczasem środowiska katolików świeckich, następcy narodowców i konserwatystów – chcieli po 1981 r. stać się partnerami władzy. Jaruzelski powtarzając bezrefleksyjnie drogę Margrafa – potrzebował zaś jedynie karabinów. Autorzy „Ładu”, „Tygodnika Polskiego”, czy „Za i Przeciw” woleli zaś, żeby potrzebował ich intelektualnego wsparcia, spieszyli więc ze swymi niekoniecznie oczekiwanymi radami.

Jeszcze przed samą rocznicą, ale wkrótce po ogłoszeniu przez władze PRL postępów normalizacji, ostrzeżenia przed powielaniem błędów Wielopolskiego sformułowało chadecko-narodowe środowisko tygodnika „Ład”, związanego z Polskim Związkiem Katolicko-Społecznym.

„Otóż zwłaszcza w dziejach niebezpiecznie usytuowanego narodu, jak nasz, o chwile dramatyczne nietrudno. Toteż naśladowanie zachodniego czy nie zachodniego realizmu, będzie właśnie brakiem realizmu, ponieważ nie weźmie pod uwagę narodowych tradycji, skłonności do rozpaczliwych gestów i efektownej desperacji.

Najlepszym przykładem tego paradoksu był przykład z Wielopolskim, który tu już bywał przytaczany. Nie licząc się z uwarunkowaniem psychicznym narodu zastosował końską kurację przeciw przewidzianemu powstaniu: zarządził brankę, by je uniemożliwić lub zgasić w zarodku. W ten sposób powstanie przyspieszył, a naród stoczył się w nieuniknioną klęskę, bo przywódcy działali w gniewie lub w rozpaczy.

Tak w Polsce nie wolno. Tak, Boże broń, nie wolno. Obok chłodnej, realistycznej kalkulacji, ciągnącej zawsze ku ziemi, musi trwać uskrzydlona wyobraźnia i wrażliwość na poczucie honoru oraz umiłowanie wolności. W ostateczności zawsze to oznacza podporządkowanie małych i ubogich środków wielkim celom w imię wiary w swoiste przeznaczenie narodu. Taki jest polski prawidłowy sposób myślenia politycznego. Nie należy próbować nawet zastąpić go jednostronnym realizmem – powiedzmy – zachodnim. Tak jak też trzeba strzec naród polski przed wybujałym, lekkomyślnym i nieodpowiedzialnym – a nawet wręcz bezmyślnym traktowaniem losu narodu wedle recepty: „Dziś twój tryumf, albo zgon”. (…) sam realizm nie jest tu absolutnie lekarstwem, choćbyśmy sobie wszystkie pióra i taśmy do maszyn wypisali. Charakteru narodowego nie zmienia się ani kazaniami, ani moralizatorską publicystyką. Polski realizm musi być uskrzydlony romantyzmem, albo go w ogóle nie będzie. Czyli – wciąż nam będą groziły katastrofy. Dlatego też zamiast zachodniego winniśmy głosić polskie, odpowiedzialne myśleniecii” – pisał w felietonie wstępnym wiosną 1982 r. naczelny „Ładu”, Witold Olszewski.

Inni autorzy jednak, w tym stosunkowo często wówczas wypowiadający się na łamach krajowej pracy badacz nowożytnej myśli politycznej (zwłaszcza endeckiej i konserwatywnej), prof. Adam Bromke, wskazywali, że z ostrzeżeniami nie ma co przesadzać – bo to właśnie tradycja m.in. Margrabiego stanowi perspektywę na przyszłość dla Polski. „(…) należy na każdym etapie zmierzać do syntezy pomiędzy realizmem a idealizmem odpowiadającej danym warunkom, prowadzącej do optimum wolności dostępnej na danym etapie i jednocześnie chroniącej naród przed ciągłymi stratami. Żeby wypełnić treścią tę formułę trzeba już dobrych polityków. Polacy potrafili taką syntezę dokonywać, żeby wspomnieć Czartoryskiego, Wielopolskiego, Dmowskiegociii” – pisał prof. Bromke.

Takie różnice zdań dzieliły wówczas niejedną redakcję. Nowy organ ChSS, „Tygodnik Polski” zaprezentował dwugłos w sprawie Wielopolskiego. Sygnujący inicjałami tekst „Starszy pan z ChrobrzacivEdmund Moszyński, konserwatysta przedwojennej szkoły, również widział i podkreślał przede wszystkim ciągłość tradycji realizmu politycznego w Polsce. W kontekście nawiązywania i oddawania sprawiedliwości takim postaciom historycznym, jak Dmowski czy Stanisław August – Wielopolski jawił się autorowi jako pre-Dmowski z jego „Myślami nowoczesnego Polaka”: „Chcemy się natomiast upomnieć o inne, o nowe spojrzenie właśnie na Wielopolskiego. To jego pamięci należy się medal z napisem: człowiekowi, który ośmielił się być mądrym! Na czym polegała ta jego mądrość? Na tym, że stworzył koncepcję wytyczającą drogę dziejową narodowi polskiemu. Była to koncepcja rozwiązania sprawy polskiej nie drogą pozbawionych większych szans zrywów powstańczych, nie drogą inspirowanych emocjonalnymi pobudkami walk zbrojnych, ale drogą rozwiązań politycznychcv” – pisał Moszyński.

Jednak nie samo wyliczenie zasług Wielopolskiego stanowi o oryginalności spojrzenia dawnego publicysty „Czasu”, ale przywrócone świadomości społecznej i pamięci narodowej wskazanie na opór przed germanizacją jako jeden z podstawowych celów Margrabiego. Oczywiście, ten kierunek rozważań miał też cele utylitarne – umieszczał bowiem opisywanego bohatera w kontekście nasilonej w latach 80-tych propagandy skierowanej przeciw rewanżyzmowi niemieckiemu. Przede wszystkim jednak było absolutnie niezbędne dla pogłębienia refleksji na temat motywów Wielkopolskiego.

Z drugiej strony Moszyński zastrzegał, że widzi szeroko przyczyny ostatecznej porażki szefa rządu cywilnego: „Niestety, mozolnie i z wielkim trudem budowany przez Wielopolskiego gmach zawalił się. Przyczyniło się do tego Powstanie Styczniowe. Miały w tym swój udział także skrajnie konserwatywne i antypolskie koła w Rosji. Trudno nie stwierdzić, że przyczynił się do tego i sam Wielopolski, który przy swoim wielkim talencie, wyrażającym się umiejętnością politycznego myślenia i przewidywania, nie był jednak najlepszym taktykiem. Jego decyzję o przeprowadzeniu osławionej branki trudno uznać za szczęśliwą.

Nie ma też ludzi bez wad, bez słabszych stron. Ale wady i słabe strony Wielopolskiego nie mogą kwestionować przyznania mu poczesnego miejsca w dorobku polskiej myśli politycznej, w tworzeniu twórczych koncepcji ukazujących narodowi właściwe w jego warunkach drogi dziejowe. Myśli i wskazania Wielopolskiego wytrzymały próbę czasu i znalazły swe dziejowe potwierdzenie. Naturalnie, nie był to człowiek torujący drogę postępowi społecznemu. Wywodził się z określonej warstwy. Żył w określonych społecznych uwarunkowaniach. One ukształtowały jego klasową sylwetkę, ani nie przekreśliły zasługcvi” – powtarzał Moszyński.

O brance – pisano tu wcześniej. Ten stale powracający temat – zarzut stawiany Wielopolskiemu zamknąć można by postawieniem podstawowych pytań: czy gdyby branki nie było, powstanie by nie wybuchło? A może miałoby szanse zwycięstwa? Otóż bez wątpienia i bez względu na wszystko – wybuchłoby, przyznają nawet jego obrońcy. I wielu spośród nich przyznaje, że – nie, i tak, niezależnie od wszelkich mogących realnie pojawić się okoliczności – nie mogło wygrać. A zatem rytualne potępianie Margrabiego za tę decyzję nie ma sensu. Co zaś się tyczy tłumaczenia Wielopolskiego z klasowości w sporach doby PRL – to czy nie przypomina to dzisiejszego wyjaśniania ideowych wyborów generała Jaruzelskiego w tejże Polsce Ludowej?

Moszyński konkludował: „Wielopolski przegrał. Nie przegrała jednak jego koncepcja. Margrabia rysuje się nam dziś z perspektywy historii jako mąż stanu dużego formatu, którego osobista przegrana stała się jednocześnie ważnym doświadczeniem narodu, którego myśli zasługują w pełni na tegoż narodu pamięć. Miał rację Pruszyński, starego pana z Chrobrza warto i trzeba współczesnemu pokoleniu Polaków przypomniećcvii”. Co ciekawe, akurat tym razem zgadzali się na to nawet krytycy Wielopolskiego, tyle,że widząc w nim przede wszystkim przykład negatywny.

Kontrując rozważania Moszyńskiego w tym samym numerzecviii W.[ojciech] K.[ętrzyński] przyznawał, że prac na temat Wielopolskiego jest bardzo mało, sam jednocześnie w swej krytyce posłużył się Michała Bobrzyńskiego trzecim tomem „Dziejów Polski w zarysie”. To zabieg sprytny, sugerujący bowiem, że Wielopolski był poddany krytyce nawet przez bliski sobie obóz polityczny. Sęk w tym jednak, że taki tok rozumowania wiąże się z pewną manipulacja, bowiem „Stańczyków” od Margrabiego dzieliła jednak sprawa zasadnicza – a mianowicie kierunek ugody. Zbyt łatwo historycy i publicyści ulegają wizji trójlojalizmu, jako bezwzględnej w obowiązywaniu doktryny, nieomal organizującej działania realistów wszystkich zaborów. W rzeczywistości ugoda miała wszak być narzędziem służącym z czasem odzyskaniu przez Polaków niepodległości, a co za tym idzie nie było bez znaczenia, czy zwycięska – prawdziwie realna okaże się opcja wiążąca przyszłość z Austrią, czy też z Rosją. Sprzeczność ta stała się aż nadto wyraźna w okresie próby, podczas Wielkiej Wojny, kiedy obozy pasywistów i aktywistów ukształtowały właśnie racje geopolityczne, a nie np. stosunek do sprawy chłopskiej. W tym sensie dopiero krytykowanie przez „Stańczyków” Wielopolskiego staje się tak samo zrozumiałe, jak krytykowanie konserwatystów krakowskich przez Dmowskiego.

„Byłoby oczywistą niesprawiedliwością nie dostrzegać podjętego przez Wielopolskiego dzieła na korzyść narodu. Uzyskał status administracyjny, który, choć poddany obowiązującym w imperium zasadom absolutnej władzy cara, pozwalał na obsadzanie nawet odpowiedzialnych stanowisk przez Polaków. Zaczął wprowadzać szeroko zakreśloną reformę oświaty, uwieńczoną powołanie do życia Szkoły Głównej w Warszawie – faktycznie uniwersytetu.

Gdyby Aleksander Wielopolski okazał się politykiem jednakowo energicznym i wytrwałym w realizowaniu swych zamierzeń, jak taktownym i rozumiejącym naród, z którego się wywodził – zasługiwałby na pochwały. Czy jednak jego postępowanie można uznać za mądre? Nie sądzęcix” – kontynuował Kętrzyński.

Teza, że „no dobrze, coś nam tam Ruscy dali, ale przecież niechętnie i na pewno chcieliby odebrać”, więc nie należało brać, a przynajmniej nie było się z czego cieszyć – jest dzieckiem tego samego „rozumowania”, co popularny w Polsce pogląd, że skoro politycy nie dotrzymują słowa danego w kampanii – to i tak nie ma co chodzić na wybory. Przede wszystkim jednak powtórzyć należy, że na tej i pozostałych dyskusjach o Wielopolskim (czyli Jaruzelskim…) toczonych w latach 80-tych, ciążył cień ówczesnej bieżączki taktycznej. Tak jak w latach 60-tych kluczowe było powiązanie tradycji niepodległościowej z nurtem ideowym lewicy rewolucyjnej, a więc państwotwórczość i pro-rosyjskość Margrabiego musiały zejść na plan dalszy – tak 20 lat później los Margrafa miał dla Generała stanowić memento, że przegra, jeśli nie znajdzie właściwego kontaktu ze społeczeństwem, że tak jak tamten w takim przypadku straci też oparcie u wschodnich opiekunów. W domyśle zaś oznaczało to ofertę – my (tj. zwłaszcza „katolicy świeccy”) taką transmisję do potrzeb, emocji i instynktów narodu zorganizujemy, tylko nie bądź taki „szorstki i odpychający”.

Poza aspiracjami narodowymi, czyli rządzić dla Polaków, czy wbrew Polakom?

Takie psychologizowanie – daje się dostrzec także w innych głosach na temat Wielopolskiego w roku 1983. Ambicję przedstawienia całokształtu życiorysu Margrabiego miał Jerzy Skowronek w swym eseju „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka, tragedia narodu”cx. Jako jeden z nielicznych autor widział w Margafie nie tylko ambitnego singla, ale lidera obozu politycznego. „Najbardziej skrystalizowany i konsekwentny był od początku obóz Aleksandra Wielopolskiego. Może dlatego, że był nieliczny w decydujących momentach ograniczony do niewielkiego kręgu ludzi związanych z dumnym, niekiedy brutalnym margrabią. Mimo popularności „pana Andrzeja” wielką alternatywę, przed jaką stał wówczas naród Polski, wyznaczały anonimowe, kolektywne i naprawdę ofiarne kierownictwo nurtu niepodległościowego z jednej i Wielopolski z drugiej stronycxi”.

Odnosząc się do pamiętnego „Listu szlachcica polskiego do księcia Metternicha z powodu rzezi galicyjskiej 1846 roku… ” Skowronek zwracał z kolei uwagę: „Autor nie ujawnił swego nazwiska. Rzecz interesująca – podejrzewano, że „List” wyszedł spod pióra Andrzeja Zamoyskiego, jego późniejszego zwycięskiego rywala w walce o „rząd dusz” warstw wyższych! Można z tego wnosić, że wedle potocznego mniemania różnice między przyszłymi antagonistami były niewielkie i obaj mogli głosić zawarte w „Liście” poglądy. Ale broszura niejako zapoczątkowała to rozróżnienie. Napisał i opublikował ją tylko jeden z nich. Stopniowo sprawa autorstwa została rozwiązana. Nie przysporzyła ona margrabiemu entuzjastów. Raczej mocniej, ostrzej, sformułowano odtąd opinie o bezwarunkowej ugodzie Wielopolskiego wobec Rosji. Z konieczności pozostał więc nadal poza wielką sceną polityczną”. Faktem jest, że Margrabiego od „Pana Andrzeja” dzieliło wiele – zwłaszcza, jeśli chodzi o poziom politycznej inteligencji. Wbrew temu jednak, co lubili (i lubią) podnosić spóźnieni zwolennicy Zamoyskiego – różnice nie były aż tak duże, jeśli chodzi o ideowe podstawy ich politycznej drogi. Mówiąc prościej – ani Wielopolski nie był tak pro-rosyjski (czyli: renegacki), ani Zamoyski tak anty-rosyjski (w domyśle: patriotyczny), jak im w ahistorycznych „analizach” przypisywano.

Skowronek pisał o tym dokładniej, wskazując m.in. na działalność Wielopolskiego w Poznańskiem w 1847 r.: „Wbrew rozpowszechnionym opiniom nie był więc gorliwym, procarskim panslawistą, ani bezwarunkowym kapitulantem. Wzmiankowane inicjatywy czyniły z niego polityka rzeczywiście realistycznego. Właśnie to kierowanie się niemal wyłącznie uwarunkowaniami decydującymi w danym momencie powodowało, że programy i cele działania, jakie formułował, były zawsze minimalistyczne. Zapatrzony w jedyną słuszność swego realizmu – minimalizmu nie mógł absolutnie zrozumieć nawet najmniej zmiany w opracowanych przezeń „scenariuszach politycznychcxii” – dodawał jednak krytycznie autor. Podkreślmy jednak raz jeszcze – Wielopolski po pierwsze budował program realistyczny, narodowy – dostosowywany do potrzeb i ograniczeń danego zaboru i skierowany każdorazowo do tego partnera, który na danym terenie był dostępny. Tym w istocie różnił się Wielopolski od swych siłą rzeczy jednostronnych wielkich poprzedników, takich jak Czartoryski (przed 1815 r.) i Drucki-Lubecki, czy następców jak Gołuchowski – mających komfort orientowania się na jeden tylko dwór zaborczy. Jeśli więc do kogoś Margrabiego porównywać – to raczej do Stanisława Augusta, podobnie nierozumianego przez naród (choć niekiedy budzącego cieplejsze uczucia), ale jednak starającego się dokonywać geopolityczne zwroty w ramach nader ograniczonych, dostępnych możliwości.

Swej elastyczności, tak do dziś niedostrzeganej, Margrabia dowodził także kontynuując działalność w Galicji, gdzie uczestniczył w „formułowaniu postulatów i żądań w adresie cesarza austriackiegocxiii” – opisywał dalej Skowronek. Właśnie zresztą w tym doświadczeniu upatrywał się autor ukształtowania przyszłego nastawienia Wielopolskiego do jego politycznego otoczenia już w Królestwie: „Dystans, a raczej nastroje niechęci, z jakimi spotkał się margrabia ze strony rodaków, a zwłaszcza ludzi z jego sfery we wszystkich inicjatywach w ciągu kilkunastu lat poprzedzających powstanie styczniowe, mocno oddziaływały na jego postawę. Sceptyczny, przeciętny polityk starałby się w tej sytuacji przede wszystkim o zyskanie zaufania czy poparcia rodaków, bądź zrezygnował z działania. Ambicja osobista i słuszne niekiedy rozczarowanie, podsunęło mu inny wniosek: „przeświadczenie, że z prądem idąc nic trwałego się nie zbuduje”. Jeszcze pod wpływem doświadczeń z Wiosny Ludów stwierdzał w jednym ze swych listów do przyjaciela: „stosunki z różnymi ludźmi uleczyły mnie od wszelkich na przyszłość podobnych dążeń.

Później sformułował to w lapidarnym, aforyzmowym stwierdzeniu, że wspólnie z Polakami nie można robić nic sensownego. Z brutalną szczerością wyłożył to najstarszy syn i najbliższy współpracownik margrabiego, Zygmunt: „Opinia nie ma żadnego znaczenia ani dla mnie, ani dla ojca: owszem mój ojciec jest tego usposobienia, że gotów umyślnie postępować inaczej aniżeli chce opinia”. Był to najtragiczniejszy błąd margrabiego. Niezrozumienie, że nadchodzą czasy, gdy wskutek aktywizacji społeczeństwa polskiego i destabilizacji dotychczasowego reżimu również caratowi być może potrzebny partner dysponujący wpływami wśród rodaków, gdy trzeba będzie nimi rządzić bez stanu wojennego i nie tylko przy pomocy carskich generałówcxiv” – wyliczał Skowronek.

Odnosząc się jednak do samych osiągnięć Margrafa na pełnionych stanowiskach oddawał mu co jego: „(…) w swym resorcie porządkował wiele spraw zgodnie z interesem społeczeństwa polskiego. Usuwał bezwartościowych karierowiczów, urzędników nie znających języka polskiego i wrogich polskościcxv”. Jednocześnie jednak publicysta chrześcijańskiego pisma – zgłaszał zastrzeżenie do nadmiernego i zbyt demonstracyjnego wychładzania przez Wielopolskiego stosunków z Kościołem i hierarchią katolicką, mogącą wszak stanowić jego naturalne zaplecze. Trudno w tym poglądzie nie dostrzec kolejnej czytelnej aluzji do sytuacji raczej roku 1983, niż lata 1861-62.

Zastrzeżenia autora, jak to przeważnie w tekstach o Wielopolskim – odnosiły się do jego trudnego charakteru. „Wielopolski dążąc niecierpliwie do zaserwowania rodakom jednoznacznej alternatywy „za lub przeciw” ugodzie najwyraźniej nie docenił wieloznaczności sytuacji. Przecenił własny autorytet i atrakcyjność warunków wątpliwej ugodycxvi”. Z drugiej jednak strony Margrabia jawi się Skowronkowi jako postać tragiczna – odnosząca niekwestionowany i nie mający sobie od lat równych sukces polityczny, a z drugiej będąca świadkiem jego zniweczenia. „(…) Wielopolski odniósł sukces, jakiego osobiście nie miał żaden polityk polski od kilku dziesięcioleciu: dwie osobiste audiencje u Aleksandra II, w czasie których przedstawiał władcy program trwałego spacyfikowania nastrojów w Królestwie Polskim (…) Tragedia Wielopolskiego jako polityka była pod wieloma względami tożsama lub analogiczna do tragedii narodu, ale występowały też między nimi istotne różnice. Analogia najważniejsza tkwiła chyba w braku jasnego, konsekwentnego programu kompromisu wysuniętego, a przynajmniej zaaprobowanego przez carat u progu tego kilkuletniego okresu, który zakończył się wybuchem walki zbrojnej. Taka postawa, a raczej świadoma i konsekwentna polityka caratu sprawiła, że Wielopolski stawał się jedynym partnerem dla Petersburga – niezależnie od posiadania czy braku walorów polityka wielkiego formatu. Jako skrajny realista z ambicjami powodzenia łatwiej godził się z fundamentalnymi koniecznościami, ale swój bardzo ograniczony program lansował społeczeństwu jako politykę najlepszą, a nie – jako jedynie konieczną. Brak zrozumienia tej jakościowej różnicy czynił Wielopolskiego brutalnym optymistą, natychmiast okazał się tragedią dla kraju. (…) Polityka caratu sprawiała, że działalność Wielopolskiego i ruch narodowy były sprzęgnięte dialektyką sprzecznych tendencji. Podstawą sukcesów margrabiego w walce o zwycięstwo jego programu i ambicji rządzenia był wzmagający się ruch narodowy. Jemu zawdzięczał wyniesienie na szczyt cywilnej administracji Królestwa Polskiego. Ale znalazł się – jak stwierdza Skałkowski – „u władzy wbrew społeczeństwu”. W żadnym wypadku nie był człowiekiem ówczesnego ruchu narodowego. (…) Nie miał cech absolutnie koniecznych dla polityka poszukującego kompromisu: umiejętności wysłuchania opinii partnerów i ogromnej cierpliwości w oczekiwaniu na ich pozyskanie” – smutno punktował Skowronek i była to jednocześnie jego możliwie w najmniej ukryty sposób sformułowana rada dla przywódców narodowych A.D. 1983.

Przeciw Warszawie, ale czy z Petersburgiem, czyli Wielopolski w kontekście polsko-rosyjskim

Czy i jak może funkcjonować polityk polski w państwie pozostającym w zależności od Rosji – nie mając jednoznacznego poparcia w Petersburgu czy Moskwie? Kwestia ta wydawała się równie aktualna w 1863, jak i w 1983 roku. Między innymi z tym tematem zmierzyli się w redakcyjnej dyskusji na łamach „Za i Przeciw” Wojciech Kętrzyński i Aleksander Bocheńskicxvii.

„Za czasów Mikołaja i Rosjanie nie chcieli w ogóle przyjmować do wiadomości, iż terytorium Królestwa rządzi się innymi prawami, zaś próby reform podjęte za Aleksandra II były już tylko reakcją na bardzo zaostrzone stosunki panujące w kraju. Poczynania Wielopolskiego uznać trzeba za próbę opanowania czy uspokojenia opinii publicznejcxviii” – przyznawał Kętrzyński uznając jednak, że z zadania tego Margrabia się nie wywiązał w sposób zaspokajający potrzeby narodowe – i w tym zakresie ponosił większą odpowiedzialność, niż powstańczy radykałowie. „Nie sądzę, by całą winą za ów stan nastrojów obarczać można „gorące polskie głowy”, czy propagandę emigracyjną. Gdybyśmy wówczas w osobie Wielopolskiego mieli męża stanu, który łączyłby w sobie dalekowzroczność, mądrość i odważny program – z większym poczuciem rzeczywistości, ze zrozumieniem w jaki sposób należy go wprowadzać w życie nie prowokując społeczeństwa, być może potrafiłby rozładować ówczesne nastroje. Niestety Wielopolskiemu zabrakło tej ważnej cechy, która politykowi podpowiada, jak danym społeczeństwem w trudnych chwilach należy rządzić. Nie on jeden jest przykładem polityka, którego rozumienie sytuacji w chwilach kryzysowych mija się z odczuciami własnego narodu. I to jest to fatum prowadzące nas od powstania do powstania, które to zrywy – logicznie rzecz biorąc – nie dają się obronić patrząc nań przez pryzmat obiektywnego w danym momencie interesu narodowegocxix” – dodawał Kętrzyński podkreślając, że występuje jaki krytyk i insurekcjonizmu, i błędów Wielopolskiego jednocześnie.

Zdaniem Bocheńskiego jednak – obciążeń tych w żaden sposób nie można traktować jako równoważne. „(…) gwałtowny proces polonizacji urzędów, samorządów czy szkolnictwa rozpoczęty przez Wielopolskiego został zupełnie przekreślony przez Powstanie Styczniowe. Po nim dopiero przyszła gwałtowna rusyfikacja. Dlatego moim zdaniem sprawiedliwsze jest stwierdzenie, że nie powstania były efektem rusyfikacji, lecz rusyfikacja stała się odpowiedzią na powstania” – podkreślał Bocheński fakt oczywisty dla każdego posługującego się elementarną logiką – a jednocześnie jakoś niezrozumiały dla wielu analityków historycznych w Polsce. To jest kwestia fundamentalna, choć wydawałoby się tak łatwa do ogarnięcia. Przyczyna – i skutek. Zdaniem zwolenników powstań mechanizm ten zachodził w polskiej historii tylko w jedną stronę: Rosjanie byli w Warszawie, więc z nimi walczono. Dostrzeżenie w represjach, czy regresie sprawy narodowej prostych następstw tych zrywów – do dziś nie jest bynajmniej oczywiste. „Ruscy tu byli – więc z nimi walczyliśmy” – i kropka. Nic więcej ani tłumaczyć, ani dostrzegać nie trzeba. Znaczna część publicystki Bocheńskiego poświęcona była przełamywaniu tej blokady myślenia rodaków.

Kolejne pytanie, stawiane przez redakcję „Za i Przeciw” to „na czym polega polityczna małość czy wielkość Wielopolskiego?cxx” Bocheński odpowiadał znowuż nawiązując do programu przeorientowania polityki polskiej na Zachód przez Margrabiego. „(…) W rozumowaniu Wielopolskiego mniej ważna była przyszłość Kresów Wschodnich, znacznie ważniejsza przyszłość Poznańskiego i Galicji oraz połączenie tych terytoriów z Królestwem w jedną całość. Wielopolski chciał pociągnąć Rosję przeciwko Prusom i Austrii w celu przyłączenia do Królestwa wymienionych poprzednio ziemcxxi”.

Red. Kętrzyński powtarzał jednak inny częsty koncept krytyków Wielopolskiego – a więc, że miał on tylko szczęście, co ignorowało jednak tę okoliczność, że korzystną sytuację – czyli owo „szczęście” umiał wykorzystać. To zaś jest miarą prawdziwej wybitności polityka. „Bo choć w Petersburgu krzyżowały się rozmaite koterie, istniały rozmaite koterie, istniały rozmaite skrzydła, tak konserwatywne, jak i liberalne, to pierwsze z nich było wówczas w wyraźnej defensywie, drugie zaś zyskiwało na sile. Dzięki temu projekty Wielopolskiego znajdowały akcept na dworze carskim, choć nie znalazłyby go parę lat wcześniej. Słowem korzystaliśmy wówczas z koniunktury. Czy jednak „flirt” Petersburga, Londynu i Paryża mógł zniszczyć porządek panujący w Europie po Kongresie Wiedeńskim, tego nie wiemcxxii” – zastrzegał Kętrzyński. Może tak, może – podnosił Bocheński, w końcu zadaniem polityka jest stawianie politycznych celów i umiejętne rewidowanie ich w zmiennej sytuacji, także międzynarodowej.

„Czy jednak Petersburg szukał jakiegokolwiek aliansu w Wielopolskim? Czy margrabia mógł w ówczesnej sytuacji być partnerem Aleksandra II czy tylko wykonywać jego polecenia?cxxiii” – dociskali moderujący dyskusję redaktorzy Jan Chmielewski i Józef Kliś. „Gdyby Wielopolski był jedynie wykonawcą poleceń Petersburga, to takich poleceń moglibyśmy sobie tylko życzyć. Przecież w ciągu dwóch lat odbudował szkolnictwo podstawowe i samorząd. Rozpoczął polonizację urzędów. Ruszył, choć niezbyt szczęśliwie, sprawy uwłaszczeniowe. Sądzę więc, że na najbliższą metę odbudowałby autonomię Królestwa do stanu sprzed roku 1830, zaś w dalszej perspektywie doprowadziłby do wspólnej walki z Rosją przeciwko Prusom i Austrii o ziemie polskie. Można rzecz jasna powiedzieć, że w Europie obowiązywał porządek ustalony na Kongresie Wiedeńskim w roku 1815. Tylko, że nic nie jest wieczne. Pewien historyk rumuński obliczył, że przeciętne trwanie traktatu wieczystego wynosiło rok, trzy miesiące i dwadzieścia jeden dnicxxiv” – odpowiadał Bocheński. Przyznawał to zresztą i Kętrzyński, choć z zastrzeżeniem: „Koncepcja Wielopolskiego została rozwinięta później przez Romana Dmowskiego, lecz również zawaliła się na skutek okoliczności historycznych (…)cxxv”- zaznaczał.

Jakie to okoliczności – a ściślej jaki był ten polsko-rosyjski kontekst, a wręcz klincz, w jakim znalazła się polityka Margrabiego? Prześledźmy tę wymianę zdań: „WK: Spójrzmy na Wielopolskiego od innej strony. Margrabia miał za przeciwników na terenie Królestwa Polskiego nie tylko zwolenników powstania, ale i rosyjskie kręgi wojskowe.

AB: W Petersburgu też miał wrogów.

WK: Owszem, ale ci bezpośrednio wpływali na politykę dworu. Natomiast tu w Królestwie droga represji, jaką dość szybko obrał Wielopolski, oficerom rosyjskim nie odpowiadała. Po prostu nie mieli oni ochoty być wykonawcami poleceń gubernatora czy margrabiego Wielopolskiego woląc sami przyspieszyć i rozprawić się z powstaniem, by potem korzystać ze wszystkich beneficjów i cesarskich łask, które, jak kalkulowali, przyjdą im stosunkowo łatwo.

AB: Wielkość Wielopolskiego i ogrom jego zdolności politycznych dość łatwo dostrzec, gdy zważymy, iż wbrew potężnym siłom antypolskim – zarówno w Warszawie jak i w Petersburgu – potrafił pozyskać cara i uzyskać odeń pełnomocnictwa dla daleko sięgającej autonomii i polonizacji Królestwa. Natomiast wzrastające wrzenie powodowane usilną propagandą i agitacją spiskowców, dawało atuty kamaryli antypolskiej na dworze Petersburgu.

WK: Michał Bobrzyński uważa, że podstawowym błędem polityki Wielopolskiego był jego stosunek do uwłaszczenia chłopów. Nie potrafił się bowiem margrabia zdobyć na to, by przezwyciężyć swoje tak się wówczas mówiło – uprzedzenia stanowe. Dość powiedzieć, iż projekty Wielopolskiego krytykowano na dworze jako zbyt nieśmiałe. Bobrzyński twierdził nawet, iż radykalne rozwiązanie kwestii chłopskiej mogło na tyle zmienić nastroje społeczne, że obeszłoby się bez powstania. I tu tkwi podstawowy błąd jego polityki wewnętrznej. Nie umniejsza to w niczym zasług margrabiego na innych polach, choćby oświatowym, których ukoronowaniem było stworzenie Szkoły Głównej.

AB: Bardzo możliwe. Tylko dlaczego o Wielopolskim tak chętnie mówimy w kategoriach zasług czy win, zaś w ocenie Towarzystwa Rolniczego składającego się z ludzi tak samo mniej więcej wykształconych nie czynimy tego samego.

WK: Bo dokąd ziemianie funkcjonowali jako organizacja, czuli się zobowiązani moralnie do zajęcia określonego stanowiska, czym zresztą zdobyli sobie sporą popularność. Rozwiązanie Towarzystwa nie było więc sukcesem Wielopolskiego, bo ziemiaństwo działając pojedynczo zmieniło radykalnie swe stanowisko, co opóźniło znacznie proces uwłaszczenia. (…)cxxvi

Polityk realny – to zdaniem wielu krytyków polityk przede wszystkim, a może wyłącznie skuteczny. Często miesza się w tym zakresie dwie płaszczyzny – że politycy stawiają wprawdzie cele i istotne jest, czy możliwe do osiągnięcia, jednak polityka jako zjawisko – sama celu nie posiada, a jej zasadą jest jedynie samo trwanie, a więc trywializując nieco „uczestnictwo w grze”. Kwestie te interesowały też dyskutantów „Za i Przeciw”: „Red. Miarą wielkości polityka jest skuteczność wielkości jego działań. Spojrzeliśmy na katalog zasług i win Wielopolskiego i efekty powstańczych działań. Czyżby – jak to wynika z dyskusji – sprowadzały się one do zera?

WK: Myślę, że można tę dyskusję zamknąć stwierdzeniem, iż sprawa odzyskania przez Polskę niepodległości nie zależała wyłącznie od tego jakich mieć będziemy przywódców czy jakie będą u społeczne nastroje. Zależała natomiast w dużej mierze od tego jakie stosunki panować będą wewnątrz Rosji i do jakiego stopnia przemiany następujące w tym kraju otworzą drogę do przemian w Polsce.

AB: Nie odzyskaliśmy niepodległości, lecz mogliśmy poprawić nasz byt narodowy”cxxvii.

Na łamach realistycznego „Za i Przeciw” – dyskutowali niekwestionowani realiści. Postawienie kropki nad „i” należało zaś do Bocheńskiego, powtarzającego już wówczas od dobrych czterech dekad, że o ile reformy Wielopolskiego dawały i z większą jeszcze intensywnością w przyszłości dawały realne skutki dla interesu narodowego Polaków – o tyle kolejne powstania nie tylko działały przeciw temu interesowi, ale też innych niż negatywne następstw w żaden sposób dać nie mogły.

A jednak dyskusje toczyły się swoim rytmem. Sprawa powstania – w tym także rola Wielopolskiego, były na tyle nurtujące dla środowisk katolików społecznych, że wracano do niej w kolejnych publikacjach związanych z rocznicą. Podstawowy dylemat stojący przed autorami związany był z dokonaniem jednoczesnego potępienia samego zrywu i jego negatywnych skutków, z utrzymaniem krytycznego osądu polityki Margrabiego, jako współodpowiedzialnego za ten przebieg wypadków. W tym przeniesieniu Wielopolski stawał się więc nie tylko niedoskonałą prefiguracją, czy antytezą Jaruzelskiego, ale także Wałęsą prowokującym radykałów zamiast ich zarazem opanowywać i ułagadzać. Z drugiej zaś strony – Margrabia miał być także ostrzeżeniem dla rodaków, że – zwłaszcza z łaski rosyjskiej – może nimi rządzić ktoś gorszy niż swojski Generał, jakaś wprost kremlowska stupajka (jak wówczas straszono Grabskim, czy Olszewskim).

W n-rze 5 (74), 30 I 1983 r. „Ładu”, str. 1 redaktor naczelny i znany krytyk Wielopolskiego z pozycji neo-realistycznych, Witold Olszewski jednoznacznie odcinał się od apologii „Czerwonych”, wyliczając ogrom strat i zniszczeń w substancji narodowej spowodowanych wywołaniem i klęską powstaniacxxviii. Jednocześnie jednak w opinii tego autora, poza bezpośrednimi sprawcami porażki – Margrabia pozostawał jej co najmniej tak samo winnym. „Daleki jestem od przypisywania pełnej odpowiedzialności za straceńczą decyzję o wywołaniu powstania młodym zapaleńcom z kierownictwa obozu Czerwonych. Gdyby nie polityk odpowiedzialny za ówczesną politykę Królestwa Polskiego, ich spiski doprowadziłyby może do lokalnych rozruchów lub do krótkotrwałej ruchawki. O tym, że wybuchło autentyczne powstanie narodowe, a więc że zgromadził się tak rozległy materiał wybuchowy – zdecydował wielkorządca rosyjski – margrabia Aleksander Wielopolski. Prowokował on świadomie polski obóz rewolucyjny, by go zdusić siłą i kontynuować potem bez przeszkód swą politykę. Według słynnego powiedzenia – chciał jak satrapa zrobić coś dla Polaków wbrew Polakom. Były próby rehabilitacji tego polityka. Myślę, że historia odrzuci jej bezapelacyjnie. Gdzie on się nauczył tak rządzić Polakami? Odegrał w dziejach naszego kraju rolę bardziej złowróżbną aniżeli w trzydziestych latach wielki książę Konstanty. Ten bowiem przynajmniej był cudzoziemcem. Obaj zaś mieli wspólne to, że nie rozumieli i nie szanowali godności tego wielkiego ongiś narodu. Choć godność nie jest pojęciem politycznym, jednak właśnie w polityce musi być brana wciąż pod uwagę, bo jest źródłem niewymiernej energii i desperacji. W sto dwudziestą rocznicę wybuchu powstania styczniowego wspominamy z czcią i miłością wszystkich jego znanych i nieznanych bohaterów z świetlaną postacią Romualda Traugutta, kandydata na ołtarze Pańskie i ostatniego jego wodza. To znaczy, że pamiętając o ciężkim brzemieniu katastrofy oddajemy hołd ludzkiemu bohaterstwu i męczeństwu”.

Środowiska katolickie zaangażowane we wspieranie obozu władzy znajdowały się w roku 1983 między młotem a kowadłem nie tylko w polityce bieżącej, ale także w kontekście historycznym. Kult powstania, symbolizowany zwłaszcza przez powszechne w kręgach opozycyjnych posługiwanie się biżuterią patriotyczną wzorowaną na tej z lat 60-tych XIX – był faktem w realiach stanu wojennego. Autorzy „Ładu” czy „Tygodnika Polskiego” szukali więc znowu złotego środka – jak nie zrażając społeczeństwa nie narażać się, a najlepiej jakoś okazać się użytecznym władzy. Stąd słabo zawoalowane pouczanie rządzących negatywnym przykładem Wielopolskiego, przy jednoczesnym szukaniu łączącego Polaków symbolu. Wybrany Traugutt (rychło uhonorowany znalezieniem się na banknocie 20-złotowym) wydawał się kandydatem idealnym – mieścił się bowiem w panteonie Polski Ludowej, cechował go łatwy do wyeksponowania katolicyzm, a z racji patriotycznych i martyrologicznych – podobał się i opozycji oraz części społeczeństwa pozostającej pod jej wpływem. Jak w przypadku innych akcji tego typu prowadzonych pod egidą, czy w każdym razie z otoczenia obozu rządzącego (patrz próba wylansowania kultu gen. Sikorskiego w kontrze dla „opozycyjnego” Piłsudskiego) – było to działanie skazane na niepowodzenie. Opozycja bowiem mogła operować dużo prostszymi kalkami pojęć, jak „zdrada” – „niezłomność”, „kompromis” – „zwycięstwo”, nie wdając się w dzielenie włosa na czworo, cechujące koncesjonowanych katolików.

Ci jednak, podobnie jak i inni zwolennicy kontrolowanych zmian status quo także na polu polityki historycznej znajdowali się w sytuacji bez wyjścia. Od październikowej odwilży, przez lata 60-te i później trwało inkorporowanie polskich tradycji insurekcyjnych do instrumentarium patriotyczno-propagandowego władz PRL. W tej sytuacji odwołanie się do dziedzictwa ugody, aktywności państwotwórczej czy pracy u podstaw napotykało opory wśród samych nastawionych szczerze pro-narodowo przedstawicieli aparatu. Jak to po latach opisywał prof. Bronisław Łagowski w tekście o znamiennym tytule „Jaruzelski: Wielopolski, który osiągnął cel”, „Przegląd”, nr 27/2013: „Zapytałem wybitnego polityka, który Jaruzelskiego blisko poznał podczas wspólnego zasiadania w Biurze Politycznym, z jakiej tradycji ideowej, z jakiego prądu politycznego jego zdaniem on się wywodzi. Odpowiedział mi bez wahania: z Czerwonych z powstania styczniowego. To źle – pomyślałem, bo potrzebny jest nam Wielopolskicxxix”. Również w rozumieniu prof. Łagowskiego więc „branka to stan wojenny, który nie wyszedł”, co niżej podpisany stwierdził m.in. pisząc tekst pt. „Branka na durniów. Notatki na marginesie „Margrabiego Wielopolskiego” Ksawerego Pruszyńskiego”cxxx. Tym większa jest więc zasługa generała Jaruzelskiego, że „Chociaż margrabia Wielopolski nie był jego bohaterem, okoliczności obiektywne sprawiły, że musiał wejść w jego rolę i okazał się Wielopolskim, który osiągnął cel. Operacja policyjna na dużą skalę, zwana przesadnie stanem wojennym, była „branką”, która się powiodła i zapobiegła katastrofie. Wśród zagranicznych znawców takich rzeczy wywołała podziw tak ze względu na skuteczność, jak też relatywnie nikłą liczbę ofiar. Branka 13 grudnia była tylko wyjaśnieniem zafałszowanej sytuacji, w wyniku czego każdy znalazł się w takim miejscu, jakie mu jego moc lub niemoc wyznaczyła” – jak znowu słusznie zauważał prof. Łagowski.

Co ciekawe też – ostateczny przebieg zdarzeń po stanie wojennym dowiódł, że niezależnie czy wysłuchawszy ostrzeżeń przed losem Wielopolskiego, czy kierując się własną logiką – generał Jaruzelski faktycznie wsłuchał się w nastroje narodowe i zdecydował się oddać honor „godności Polaków” pozwalając ich części odnieść symboliczne „zwycięstwo nad komuną”, które następnie stało się mitem założycielskim III RP. Można jednak z dużym prawdopodobieństwem założyć, że akurat pouczających Generała przedstawicieli środowisk katolickich i konserwatywnych kierunek ten nieszczególnie musiał zachwycić. Dla równowagi zaś – czy III (a zwłaszcza IV) RP, ich elity i środowiska opiniotwórcze czują się dobrze będąc w istocie dziećmi ugody, a nie powstania? To już jednak temat na kolejne rozważania opisujące współczesne spory o Margrabiego. Wielopolski zyskał w nich w końcu nieco szerszy i zorganizowany krąg obrońców i zwolenników, a w każdym razie osób zainteresowanych poszerzeniem wiedzy na temat działalności jednego z nielicznych prawdziwie nowożytnych polityków polskichcxxxi. Plonem tego zjawiska jest zaś i niniejsza praca.

Konrad Rękas

Inne artykuły autora na temat Margrabiego znaleźć można w wydanej właśnie pracy „Aleksander Wielopolski. Próba ustrojowej rekonstrukcji Królestwa Polskiego w latach 1861-1862”, pod. red. prof. dr. hab. Lecha Mażewskiego, Radzymin 2014, Wyd. II – rozszerzone i zmienione.

Książka dostępna m.in. tu: http://www.ksiegarnia.vb.com.pl/sklep/monografia/192-aleksander-wielopolski-proba-ustrojowej-rekonstrukcji-krolestwa

i A.M. Skałkowski, „Aleksander Wielopolski w świetle archiwów rodzinnych (1805-1877)”, Poznań 1947

iiKsawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, Londyn 1944

iiiAleksander Bocheński, „Dzieje głupoty w Polsce. Pamflety dziejopisarskie”, Warszawa 1947

ivWładysław Terlecki, „Spisek” – 1966, „Dwie głowy ptaka” – 1970, „Powrót z carskiego sioła” – 1973, „Rośnie las” – 1977, „Lament” – 1984.

vStefan Kieniewicz, „Między ugodą a rewolucją (Andrzej Zamoyski w latach 1861-62)”, Warszawa 1962 r.

viop. cit. „Między ugodą a rewolucją…”, str. 79

viiop. cit. „Między ugodą a rewolucją…”, str. 80

viiiop. cit. „Między ugodą a rewolucją…” str. 233

ix op. cit. „ Między ugodą a rewolucją…”, str. 304

x Zbigniew Stankiewicz, „Sprawa serwitutów w reformach Wielopolskiego”, „Kwartalnik Historyczny”, Rocznik LXIX – 1962, nr 4, str. 819-834

xiDla porządku można odnotować, że prof. Stankiewicz następnie znacznie poszerzył zakres swej refleksji nad działalnością Margrabiego publikując ważny przyczynek do jego biografii, pracę „Dzieje wielkości i upadku Aleksandra Wielopolskiego”, Warszawa 1967 r.

xiiIrena Koberdowa, „Wielki Książę Konstanty w Warszawie 1862-1863, Warszawa 1962

xiii Stefan Kieniewicz, „W przededniu 100 rocznicy powstania styczniowego”, „Kwartalnik Historyczny”, Rocznik LXIX – 1962, nr 4, str.799-818

xiv Krzysztof Groniowski, recenzja „Irena Koberdowa, Wielki Książę Konstanty w Warszawie 1862-1863, 1962, PWN, ss. 305” w: „Kwartalnik Historyczny”, Rocznik LXIX – 1962, nr 4, str. 963-965

xv Henryk Wereszycki, recenzja „Irena Koberdowa, Wielki Książę Konstanty w Warszawie, 1862-1863, Warszawa 1962, s. 308”, w: „Przegląd Historyczny”, Tom LIV zeszyt 2, 1963 r., str. 350-353

xvi „Setny styczeń”, „Współczesność” nr 2(130), 16-31 stycznia 1963 r., str. 8

xvii op. cit. „Setny styczeń”

xviii Stanisław Stomma, „Z kurzem krwi bratniej”, „Tygodnik Powszechny”, nr 3 (730), 20 stycznia 1963 r. , str. 1-3

xix op. cit. „Z kurzem krwi bratniej”, str. 2

xx op. cit. „Z kurzem krwi bratniej”, str. 2

xxi op. cit. „Z kurzem krwi bratniej”, str. 2

xxiiop. cit. „Z kurzem krwi bratniej”, str. 2

xxiiiop. cit. „Z kurzem krwi bratniej”, str. 2

xxivJan Ciałowicz,„Strategia powstania styczniowego”, ‘Tygodnik Powszechny”, nr 4 (731), 27 stycznia 1963 r., str. 1, 4

xxv op. cit. „Strategia powstania styczniowego”, str. 4

xxviJacek Woźniakowski, „Inni Szatani byli tam czynni”, „Tygodnik Powszechny”, nr 5 (732), 3 lutego 1963 r., str. 3

xxvii op. cit. „Inni Szatani byli tam czynni”, str. 3

xxviii op. cit. „Inni Szatani byli tam czynni”, str. 3

xxix op. cit. „Inni Szatani byli tam czynni”, str. 3

xxx Jan Ciałowicz, „Wielopolski na tle swojej epoki”, „Tygodnik Powszechny”, nr 10 (737) , 10 marca 2013 r. str. 1, 3

xxxi op. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 1

xxxii op. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 1

xxxiiiop. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 1

xxxiv op. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 3

xxxv op. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 3

xxxvi op. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 3

xxxvii op. cit. „Wielopolski na tle swojej epoki”, str. 3

xxxviii Konstanty Grzybowski, „Piemont czy zgliszcza”, „Życie Literackie”, nr 4 (574), 27 stycznia 1963 r., str. 2

xxxix op. cit. „Piemont czy zgliszcza”, str.2

xl op. cit. „Piemont czy zgliszcza”, str.2

xli op. cit. „Piemont czy zgliszcza”, str.2

xlii[Kazimierze Krzywicki], „Polska i Rossya w 1872 r. przez b. członka Rady Stanu Królestwa Polskiego”, Dresden, 1872

xliii Stanisław Stomma, „Trudne lekcje historii”, Kraków 1998, str. 133

xliv op. cit. „Trudne lekcje historii”, str. 134

xlv op. cit. „Trudne lekcje historii”, str. 135

xlvi Stefan Kieniewicz, „Noc styczniowa”, „Trybuna Ludu”, nr 21 (5050), 23 stycznia 1963 r., str. 3

xlvii Wojciech Janicki, „Trzy strony medalu”, „Kierunki”, , nr 3 (344), 20 stycznia 1963 r., str. 1,6

xlviii op. cit. „Trzy strony medalu”, str. 1

xlix op. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

l op. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

li op. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

lii op. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

liiiop. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

livop. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

lvop. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

lviop. cit. „Trzy strony medalu”, str. 6

lvii Aleksander Bocheński, „Komentarze i wycinki”, „Kierunki”, n-r 4 (345), 27 stycznia 1963 r., str. 2

lviiiop. cit. „Komentarze i wycinki”

lixop. cit. „Komentarze i wycinki”

lx op. cit. „Komentarze i wycinki”

lxi op. cit. „Komentarze i wycinki”

lxiiop. cit. „Komentarze i wycinki”

lxiiiop. cit. „Komentarze i wycinki”

lxiv „Setny styczeń”, „Współczesność” nr 2 (130), 16-31 stycznia 1963 r., str. 1,8-10

lxv Władysław Terlecki, „Jeszcze wokół 1863”, „Współczesność”, nr 4 (132), 16-28 II 1963 r., str. 11

lxvi op. cit. „Jeszcze wokół 1863”

lxviiEmanuel Halicz, „Minęło sto lat”, „Przegląd Kulturalny”, nr 4 (543), 23 I 19z63 r., str. 1,4

lxviii op. cit. „Minęło sto lat”, str. 4

lxix op. cit. „Minęło sto lat”, str. 4

lxx Marian Żychowski, „Po stu latach”, „Polityka”, nr 3 (307), 19 I 1963 r., str. 1,11

lxxi op. cit. „Po stu latach”, str. 11

lxxii op. cit. „Po stu latach”, str. 11

lxxiii op. cit. ”Po stu latach”, str. 11

lxxiv A.[ndrzej] Szom.[ański] „Powstanie styczniowe w perspektywie stulecia”, „Za i Przeciw” nr 4 (305), 27 stycznia 1963 r., str. 4

lxxv Melchior Wańkowicz, „Powstanie 63”, „Za i Przeciw” nr 7 (308), 17 lutego 1963 r, str. 13

lxxviTadeusz Brzostowski, „Dyplomacja zachodnia a powstanie styczniowe”, „Za i Przeciw” nr 7 (308), 17 lutego 1963 r, str. 10

lxxvii Andrzej Szomański, „Porachunki nie tylko historyczne”, „Za i Przeciw” nr 4/305, 27 stycznia 1963 r., str, 11,14

lxxviii L.[eszek] M.[oczulski]„Sens powstania. Rozmowa z prof. dr Stefanem Kieniewiczem”, „Stolica” nr 4 (790), 27 stycznia 1963 r., str. 5

lxxix Leszek Moczulski, „Oszczędne powstanie”,„Stolica” nr 4 (790), 27 stycznia 1963 r., str. 14

lxxx Leszek Moczulski, „Wybiło sto lat… Hołd powstaniu”, „Stolica” nr 5 (791), 3 luty 1963 r., str. 12-13

lxxxi Adam Galis, „Piotr Choynowski o powstaniu styczniowym”, „Stolica”, nr 40 (826), 6 października 1963, str. 14

lxxxii op. cit. „Piotr Choynowski o powstaniu styczniowym”

lxxxiii „Wrocławski Tygodnik Katolików”, „Powstanie styczniowe po stu latach”, nr 4/489, 27 I 1963 r., str. 1,5-7

lxxxiv op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 5

lxxxv op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 5

lxxxvi op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 5

lxxxvii op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 5

lxxxviii op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 5

lxxxix op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 5

xc op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 6

xci op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 6

xcii op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 6

xciiiop. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 6

xcivop. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 7

xcv op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 7

xcvi op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 7

xcvii op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 7

xcviii op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 7

xcix op. cit. „Powstanie styczniowe po stu latach”, str. 7

c v. Stefan Kieniewicz, „Pokłosie rocznicy powstania styczniowego”, „Przegląd Historyczny”, Tom LV, z.1, 1964 r., str. 46-61.

ci Zagadnieniu temu poświęcony był blok materiałów w: „Kwartalnik Historyczny”, R. LXX, Z. 2, 1963 r.

cii Witold Olszewski, „Polskie myślenie”, „Ład”, nr 12 (43) 27 VI 1982 r., str. 1

ciii Adam Bromke, „Potrzeba nowej syntezy”, „Ład”, nr 13 (44) 4 VII 1982 r., str. 1,6

civ E.[dmund] M.[oszyński], „Starszy pan z Chrobrza”, „Tygodnik Polski” nr 5 (12) 30 stycznia 1983 r., str. 13

cvop. cit. „Starszy pan z Chrobrza”

cvi op. cit. „Starszy pan z Chrobrza”

cvii op. cit. „Starszy pan z Chrobrza”

cviiiW.[ojciech] K.[ętrzyński], „Szorstki i odpychający”,„Tygodnik Polski” nr 5 (12) 30 stycznia 1983 r., str. 13

cix op. cit. „Szorstki i odpychający”

cx Jerzy Skowronek „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka, tragedia narodu”, „Kierunki”, nr 7 (1375), 13 II 1983 r.. str. 3-11

cxi op. cit. „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka…”, str. 5

cxii op. cit. „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka…”, str. 6

cxiiiop. cit. „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka…”, str. 6

cxivop. cit. „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka…”, str. 6

cxvop. cit. „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka…”, str. 7

cxvi op. cit. „Aleksander Wielopolski. Tragedia Polityka…”, str. 7

cxvii„Bić się czy nie bić? Dyskusja redakcyjna wokół Powstania Styczniowego”„Za i Przeciw”, nr 4 (1342), 23 stycznia 1983 r., str. 3-4

cxviii op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 3

cxix op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 3

cxx op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxi op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxiiop. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxiiiop. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxivop. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxv op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxvi op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxvii op. cit. „Bić się czy nie bić?”, str. 4

cxxviii Witold Olszewski, „Powstanie”, „Ład”, nr 5 (74), 30 I 1983 r., str. 1

cxxix Bronisław Łagowski, „Jaruzelski: Wielopolski, który osiągnął cel”, „Przegląd”, nr 27/2013

cxxx Konserwatyzm.pl 16 stycznia 2012 r., v.: https://www.konserwatyzm.pl/artykul/8113/branka-na-durniow-notatki-na-marginesie-margrabiego-wielopol

cxxxi Co przewidział niegdyś Aleksander Bocheński, zapowiadając pojawienie się w końcu ruchu intelektualnego, który „przewróci panująca opinię polityczną Polski – do góry nogami” (Z listu Aleksandra Bocheńskiego do autora, 21 listopada 1996 r., w zbiorach autora).

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *