„Stop orkiestra…!”

Problem jest stary, jak nowożytność. Rzekoma podmiotowość obywateli sprowadza się bowiem do systematycznego zwiększania zakresu władzy rządu nad jednostką Pytanie bowiem, czy dwóch dorosłych mężczyzn może sobie wedle życzenia uczynić krzywdę (nieważne – szpadą, pistoletem, czy sztachetą z płotu), bez wtrącania się ze strony aparatu przymusu – nurtowało już kardynała Richelieu, który zresztą udzielił na nie zdecydowanej odpowiedzi, znanej wszystkim czytelnikom „Trzech muszkieterów”. Stopniowe odchodzenie od zasady suwerenności jednostki, na rzecz omnipotencji państwa przyspieszyło znacznie po rewolucji francuskiej, deklaratywne ukoronowanie odnalazło w faszyzmie i komunizmie – ale faktycznie stało się faktem dopiero współcześnie, w realiach demoliberalizmu, władzy biurokracji, nadprodukcji prawa i permanentnej inwigilacji społeczeństw.

Ostatnie pozostałości dzikości, trybalizmu – ostały się m.in. w sporcie, a w każdym razie wśród kibiców, co budzić musi coraz bardziej zajadłą nienawiść statolatrów. Owocuje ona bezwzględną walką o przejęcie kontroli nad wszelkiej maści związkami sportowymi (co symbolizował bój o PZPN), a ostatnio także marginalizacja i docelowo finansowe wyeliminowanie wojewódzkich federacji sportu, których zadania bezpośrednio przejmie ministerstwo sportu i samorządy województw. Jasne, że działacze sportowi budzą nie mniejszą odrazę od biurokratów państwowo-samorządowych, nie mniej jednak stanowią jakąś oazę niezależności od wszechwładzy tych drugich, a więc – podobnie jak i władze ostatnich korporacji zawodowych – winni przyciągać naszą życzliwą uwagę. W końcu gdy już się ich pozbędą – jednostki zostaną same wobec Lewiatana…

Drugą stroną tego samego medalu są kibice. Emocjonalni, nieracjonalni, dla wielu (w tym i piszącego te słowa) raczej ucieszni i niezrozumiali w swych kultach i zachowaniach. Otóż marzeniem każdej władzy byłoby poddanie takiej masy ludzi albo zarządzaniu a’la ministra Mucha („kto wybrał te drużyny”), albo prostemu wykorzystywaniu w akcjach wyborczych a’la PiS. Jednocześnie jednak dla obu tych establishmentowych formacji kibole pozostają ciałem obcym, jako czynnik nie poddający się władzy administracji i kierujący się własnymi, wewnętrzgrupowymi kodeksami. To przecież PiS rządząc chciał ostrych regulacji „antychuligańskich” – uzasadnianych właśnie wystąpieniami kibiców, aż do ponownego liczenia długości ostrzy noży i nieomal ścigania wędkarzy za noszenie scyzoryków. Platforma wzywająca PiS do wspólnego wystąpienia po bójce w Gdyni – uderza więc w czułą stronę partii Jarosława Kaczyńskiego. Ta bowiem uważa za zupełnie uzasadnione kolebanie tuskobusem i okrzyki „Donald matole…”, ale sama przecież czegoś takiego na stadionach czy pod nimi nie zniosłaby pod własnym adresem.

Tu dochodzimy zatem do kwestii fundamentalnej, a więc tradycyjnego sportu – czy ważne jest co się robi, czy w jakiej intencji i z jakich pobudek. Weźmy bowiem choćby wystawiony przez fanów Kolejorza transparent o litewskim chamie. Spodobał się on m.in. tym samym kręgom, które skrzywiły się na wypomnienie w podobnej formie NOP-owi flirtu z banderowską „Swobodą”. Równie ciekawa jest sytuacja z zajściem w Gdyni. Akurat kibice Ruchu zawsze byli w forpoczcie stadionowego „antyfaszymu”, a mimo to są bronieni na nacjonalistycznych portalach, bowiem nagonka na nich za „honorową” bójkę z Meksykanami za bardzo się w tych kręgach skojarzyła z manią przepraszania ostatnio wszystkich za wszystkie rzekome winy polskie.

O dziwo więc – osoby, siły i środowiska, które zapytane wprost z oburzeniem zaprzeczyłyby, że wyznają bezwzględnie prawidłową zasadę, że jak Kali... – w istocie oczywiście są jej zwolennikami. Dziwić to nie może, bo ta sienkiewiczowska definicja dobra stara jest jak ludzkość, walczyć z nią nie sposób – a i nie ma w sumie większej potrzeby (oczywiście poza formą wygodną dla samego przetrwania danej wspólnoty). To trochę jak ze słusznie wytkniętą przez internautów hipokryzją „Gazety Wyborczej” a’propos nagich sesji zdjęciowych na cmentarzach, zgodnie z którą golizna u Orląt Lwowskich jest OK, a na kirkucie jest bezwzględnie naganna. Otóż podobne zjawisko obserwujemy w sprawach kibicowskich – gdyby transparent godził w prawowierność smoleńską, wyłaby tzw. „prasa niezależna”, a TVN z GW broniłyby stadionowej wolności wypowiedzi.

Poważniejsza sprawa jest natomiast z gdyńską bójką. Również na prawicy (?) pojawiła się początkowo dezorientacja, głównie związana z faktem, że już nie wiadomo – to wolno się prać, czy nie wolno? Ponadto grupa tradycyjnie wyglądających i zachowujących się kibiców klubowych jakoś z reguły nie budzi większego ogólnospołecznego zachwytu, niezależnie od tego czy smuci się wynikiem danego meczu, cieszy się z niego, czy też omawia arbitraż podczas spotkania z jakimiś innymi zainteresowanymi. Stosunkowo jednak szybko postronni obserwatorzy, zapoznając się ze szczegółami zajść w Gdyni dali wyraz ludowemu poczuciu sprawiedliwości uznając, że jeśli chodzi o obronę kobiety oraz czegoś takiego jak honor – obicie dzioba cudzoziemcowi jest jak najbardziej na miejscu. Co ciekawe, na poziomie indywidualnym z argumentacją taką zgodzić by się mogli nawet niektórzy przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania, powołując się na działanie w afekcie i tym podobne okoliczności. W przypadku Gdyni zaważyła więc raczej kwestia skali, zgodnie z którym to podejściem w pewnym momencie faktyczna przyczyna zamieszek schodzi na plan dalszy, a państwo interweniuje rąbiąc wszystkich równo – bo w końcu do tego jest powołane. Problem w Polsce jest jednak taki, że nikt nie wierzy, że państwo rąbie równo, konsekwentnie i sprawiedliwie. Ba, brak konsekwencji – jak opowiedziano wyżej – jest wpisany w samą anty-logikę naszego myślenia społecznego i państwowego, podobnie zresztą jak permanentne poczucie niesprawiedliwości i dyskryminacji czynionych przez państwo. Nieprzypadkowo więc co jakiś czas szczególnie zdesperowane grupy – także kibicowskie – odnajdują się po stronie przedsięwzięć uważanych przez nie (przeważnie błędnie) za anty-establishmentowe (jak Ruch Narodowy).

Świadczy to rzecz jasna o ogromnym kryzysie państwa i społeczeństwa polskiego. Postawa „stop orkiestra, szwagra biją! – grać orkiestra, szwagier bije!” jest z natury antywspólnotowa i dojrzewa w sytuacji, gdy jednostka odczuwa coraz większą potrzebę brania spraw w swoje ręce. Z drugiej strony – także wobec znanych i opisywanych antyrewolucyjnych tendencji współczesnych Polaków – podobne zdarzenia faktycznie dają jedynie asumpt do ograniczenia tego wąskiego i w sumie marnie wykorzystywanego zakresu wolności pochowanego a to w sporcie, a to w stosunku do kobiet, a to w męskich wyzwaniach „no to teraz ty i ja, jeden na jednego!”. W tym sensie „postęp postępu”… zachodzi zgodnie z tendencją znaną dla całej nowożytności i proces ten będzie trwał na naszych oczach. O ile ktoś naprawdę i skutecznie nie zawoła „stop orkiestra…!”

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *