Święta Ruś to też eschatologiczna idea

Kraje Europy środkowej, pozostające po II wojnie światowej pod dominacją Związku Radzieckiego, po jego rozpadzie w 1991 roku układały nową politykę wobec Rosji.

–  Marzeniem tych krajów, pozostających w Układzie Warszawskim, stało się pokazanie sobie i światu, że zostały zerwane dawne więzi z Rosją i nie ma możliwości nowego zbliżenia. A u nas w Rosji zapanował wtedy taki chaos, że nie w głowie nam było proponowanie jakichkolwiek nowych związków.

Jak postrzegaliście wtedy polską postawę wobec Rosji?

–  Rewanż. I nic więcej. Węgierska była podobna. Węgrzy tworzyli jakieś dunajskie projekty, jakby tęskniąc za powrotem do habsburskiej monarchii. Polacy i Węgrzy sformułowali cały pakiet krzywd, wyrządzonych im przez Rosję. Z zapałem przystąpiono w tych krajach do utwierdzania nowych politycznych konfiguracji. Wtedy Rosjanie, zajęci wewnętrznymi problemami, nie tracili intelektualnej energii na rozmowy z elitami krajów Europy środkowej.

Ale minął czas.

–  I zaczęła się bardziej pragmatyczna polityka. Zauważono, że integracja europejska nie przynosi samych pozytywów. Że UE przeżywa kłopoty, nie wybawiła od niedoskonałości i społecznych problemów. Że lepiej wiedzie się tym, jak Polsce i Węgrom, które obroniły swój system finansowy i ocaliły narodową walutę. Oczywiście ta obrona powodowała w ramach UE konflikty. Węgrów gotowa była Bruksela zetrzeć na proszek. Węgry jednak zmieniają się. W 2009 roku zostałam zaproszona na otwarcie nowego centrum rusycystyki w Nyiregyhazie. Byłam zachwycona, jak przepięknym literackim językiem rosyjskim mówili ludzie, skupieni wokół tego centrum. Oni chcą poznawać rosyjską literaturę, uczyć się języka. Dają sygnał, że potrzebują kontaktów z Rosją.

Teraz i Rosja jest inna.

–  Tak. Przezwyciężyła już swój chaos wewnętrzny i chaos świadomości. Teraz jest silniejsza.

Jest potrzebna Europie?

–  Kiedy rośnie siła Chin, kiedy świat islamski – co byśmy z nim nie robili – będzie rósł, bo tam są skupione ogromne finanse, Europa zachodnia bez współpracy z Rosją nie rozwiąże swoich najpoważniejszych problemów. Jestem o tym głęboko przekonana. Do połowy XXI wieku będzie następowała w świecie ogromna restrukturyzacja. Pojawi się nowe centrum władzy. Uważam, że im gorsze będą stosunki Europy z Rosją, im bardziej będzie się ona odwracać do nas plecami, tym mniej będzie znaczyła w światowej polityce, również w relacjach z USA. Zawsze podaję tu przykład Niemiec – ukończyłam także germanistkę. Do czasów Willy’ego Brandta Niemcy prowadziły rewizjonistyczną politykę. Wtedy, choć ekonomicznie już stanęły na nogi, były politycznie karłem, nawet wewnątrz zachodniego bloku. Dopiero gdy Willy Brandt przestawił niemiecką politykę na tory pojednania, głos Niemiec stał się ważny.

Uważa Pani, że weszliśmy w okres budowania dobrych relacji między Wschodem i Zachodem Europy?
–  Tak. Relacji bez gniewu, spokojnych. Należy wspólnie myśleć, jak dalej żyć. Trzeba nawiązywać wzajemnie korzystne kontakty kulturalne i naukowe, ale nie w ten sposób, by dawać podstawę do myślenia –  Ruscy znów chcą kogoś „zbawiać”.

Od wielu lat obraca się Pani w zachodnich kręgach intelektualnych. Jak postrzega Pani tamtejszych myślicieli?

–  Mogę mówić o myśli społecznej. Ta po rozpadzie Związku Radzieckiego, tak jakby samo jego istnienie było wyzwaniem – zupełnie się zdegradowała. Niezwykle upadła klasa polityczna, jakby chciała potwierdzić tytułową tezę słynnej książki Francisca Fukuyamy „Koniec historii”. Jeśli porównamy współczesnych nam liderów politycznych z XIX – wiecznymi, musimy stwierdzić, że zeszli oni do poziomu namiotów, rozstawianych w centrach miast, skąd w najbardziej wulgarny sposób prowadzono polityczny dyskurs. Zaproszono mnie niedawno do Hiszpanii na piąty kongres kultury. Jego organizatorem był instytut Opus Dei. Wzięli w nim udział przedstawiciele 45 europejskich uniwersytetów. Boże mój, jakież przeżyłam rozczarowanie! Tylko szef zgromadzenia miał naprawdę coś do powiedzenia. W jego wystąpieniu czuło się panoramiczne spojrzenie. A poziom pozostałych? Jakby czytali wypracowania ze szkolnego zeszytu. Przypominało mi to chruszczowowskie czasy zwycięstwa komunizmu. Przedtem podobnie przykre uczucie towarzyszyło mi w latach 80. Pracowałam przez siedem i pół roku w sekretariacie ONZ w Nowym Jorku. Gdy wysiadłam na lotnisku Johna Kennedy’ego, czułam, że w tym kraju mogę zamknąć w archiwum dziewięć dziesiątych swego ja. Że jedna dziesiąta zupełnie mi wystarcza, by normalnie wykonywać obowiązki. Nie potrzebowałam tu niczego, co bije od Dostojewskiego, Kierkegaarda, czy św. Augustyna. Nawet w Sowieckim Sojuzie było potrzebne wielowymiarowe wewnętrzne życie. Ono, mimo zewnętrznej propagandy, było pielęgnowane w rodzinie. A tu nic… Podobne rozczarowanie przeżyłam, gdy pracowałam jako deputowana Rosyjskiej Dumy w Zgromadzeniu Rady Europy. Kontaktowałam się z niemieckimi parlamentarzystami. Z nimi nie dało się rozważać ani na temat literatury, ani filozofii. W tym kręgu jedynie ja znałam na pamięć utwory Goethego i Schillera. W mojej sowieckiej szkole przygotowywano wieczory, podczas których czytano w oryginale utwory niemieckich klasyków. Intelektualiści powinni bić na alarm. Bo w zachodniej Europie ciągle lewica występuje przeciw, jej zdaniem, zbyt skomplikowanym programom. To bardzo niebezpieczny proces. Przedtem wykształcenie dawało nie tylko wiedzę profesjonalną, ale i było drogą przekazywania dziedzictwa kulturowego i narodowego. Teraz szkoły przygotowują ludzi do tego, żeby mogli wybrać, gdzie im korzystniej pracować – w Bolonii, Oslo, Warszawie, Palermo, a może w Reykjaviku? Szkoły stały się rozsadnikiem globalizacji. Czy można z tym się zgodzić? Przecież to jest niszczenie narodów.

A w krajach Europy wschodniej i środkowej?

–  Zauważam pewną regułę – kiedy kraj jest zajęty wyłącznie sprawami ekonomicznymi, nie ma w nim już pożywki do intelektualnych rozważań i kontaktów z innymi. Kraje wspomnianego przez panią regionu, ekonomicznie i socjalnie słabsze, wciąż lepiej niż Zachód troszczą się o poziom intelektualnej dysputy, zwłaszcza jeśli nie zostały przyczesane hegemonią liberalnej idei. Od razu po wspomnianym kongresie w Hiszpanii pojechałam do Czarnogóry. Kraj malutki. Mężczyźni, niczym u nas mieszkańcy Kaukazu, chodzą jak pawie i rozkazują swoim kobietom, na uniwersytecie jakieś pudła niesprzątnięte, kran się nie zakręca, a ich studenci filozofii na pamięć znają Franciszka z Asyżu czy Władimira Sołowjowa, żonglują całym filozoficznym dziedzictwem Wschodu i Zachodu, myślą wartościami ogólnoludzkimi. A jak słuchają! Boże mój! Na społecznym poziomie to kraj niemal archaiczny, a taka filozoficzna myśl od nich bije. Podobnie widzę Polskę. Oczywiście Polska w sensie ekonomicznego rozwoju to nie Czarnogóra. To duży kraj z mocno ukształtowaną ideą narodową. Dlatego z dużą nadzieją patrzę na kraje Europy wschodniej i centralnej, bo one są zdolne zatrzymać intelektualną degradację. One pielęgnują swoją narodową myśl. Dlatego życzę Polakom, by wykorzystali swoje członkostwo w Unii Europejskiej nie po to, by gryźć w niej Rosję, tylko by uczyć kraje zachodniej Europy doceniania rozwoju intelektualnego, wykształcenia, ale także dobrego smaku i elegancji. Kiedyś to my uczyliśmy się od Francuzów czy Anglików dobrego smaku. Teraz oni to utracili.

Doszło do paradoksu. Europa zachodnia, poczynając od Odrodzenia, ceniła przede wszystkim intelekt.

–  I zagnała siebie w ślepy zaułek. Bo wyrzekła się Boga. A człowiek bez Boga jest niczym. W świadomości człowieka odrzucającego Boga przestaje odbijać się wielowymiarowość i piękno świata, stworzonego przez Boga. Wie pani co rodzi taki człowiek? „Czarny kwadrat” Kazimierza Malewicza. Ta słynna praca plastyczna to przecież filozoficzny manifest współczesnej sztuki. Oto wszystko zostało powiedziane. Koniec. Takie jest jego przesłanie.

Ale dążenie do jedności, choćby europejskiej, nie jest przecież naganne.

–  Ono jest dobre. Europa ojczyzn, spojonych w jakiejś strukturze, to piękna idea. Ale w Europie koduje się, przy pomocy liberalnej siły, trockistowską zasadę unifikacji. Unifikacja rzuca wyzwanie nie tylko Rosji, ale i wielkiej europejskiej kulturze, która w swej istocie jest chrześcijańska.

Boi się Pani unifikacji?

–  Tak. Na szczęście w Rosji nie udała się produkcja jednowymiarowego człowieka. Nóż urawniłowki, którym cięto Rosję, stępił się. Teraz przeniesiono go do Europy zachodniej, tyle że w niej naciska się na inne klawisze. W krajach słowiańskich egalitaryzm okazał się możliwy tylko w sferze materialnej. Ale w świecie wartości zawsze panowała u nas hierarchia. Na Zachodzie na odwrót. Tam ludzie mogą oddać życie, ale nie oddadzą swojej własności. Za to z sukcesem wprowadza się tam egalitaryzm wartości. To straszna rzecz. Ona niweluje wszelką świętość. Produkuje „przeciętnego człowieka”. Jest „przeciętny Niemiec”, pojawił się i „przeciętny Francuz”, który o wiele bardziej chodzi w rzędzie niż Rosjanin czasów sowieckich. Toczy się teraz walka o stworzenie przeciętnego obywatela świata. Jesteśmy tylko cząstką ogólnoświatowych projektów. Trzeba śledzić, dokąd płynie ta rzeka życia.

Możemy się bronić przed tym trendem?

–  Przez siedemdziesiąt lat doświadczaliśmy w moim kraju dzikiego ateizmu. Ale nie zniszczył on dążenia ludzi do chrześcijańskiej odpowiedzi na podstawowe problemy świata. We Francji, którą obserwuję od kilku lat, kraju bardzo zateizowanym, zniszczył. Ten proces rozszerza się na inne kraje. Uważam, że największą tragedią zachodniej Europy jest to, że wyrzeka się swoich chrześcijańskich korzeni. Dlatego nawiązałam kontakty z konserwatystami Włoch, Czech, Austrii, Niemiec, by wzmacniać nasz głos, byśmy mogli w swoich krajach powiedzieć: nie jesteśmy samotni. I najważniejsze, byśmy mogli podejmować dyskusję na tematy, które na Zachodzie poruszane są niechętnie, czyli eutanazji czy jednopłciowych małżeństw. Nie możemy pozostawać, jako konserwatyści, na marginesie. Nasz głos powinien być słyszalny. Bo wszystko co się zapędza do podziemia, zaczyna wydzielać przykry zapach. Trzeba pamiętać, że libertyńska doktryna nie zostawia intelektualistom pola do spokojnego rozważania problemów. Dlatego naszym zadaniem jest stopniowe i ostrożne dążenie do tego, by zwrócić narodom pełną wolność sumienia i wyznania, żeby Europejczycy mieli prawo i do chrześcijańskiej interpretacji nowych zjawisk w życiu. Bo świat bez moralnych podstaw to koniec historii. Polacy mogą włączyć się do tego procesu, ponieważ mają poczucie narodowej idei, własnej wartości, znają historię. Cenię to w Polakach.

Rosja żywi się ideami takimi jak Trzeci Rzym, Święta Ruś czy Russkij Mir. Tak to widzimy poza jej granicami.

–  Interpretacja tych idei z zewnątrz była często sztuczna i kłamliwa. Wzmagała nieraz strach przed Imperium Rosyjskim czy imperialnym Sowieckim Sojuzem. Kiedy przeczytacie XVI – wiecznie posłanie pskowskiego mnicha Filoteusza do Wasyla III o Trzecim Rzymie, zdziwicie się, że nie tylko nie wzywa ono Rosji do terytorialnej ekspansji, ale na odwrót, przestrzega wielkiego kniazia przed lokowaniem wszelkiej nadziei w złocie i bogactwie, gromadzonym tu na ziemi, ponieważ na ziemi zebrane, na ziemi pozostanie. Wzywa do obrony prawdziwej wiary. A ponieważ Drugi Rzym (w zasadzie Nowy Rzym – przyp. AR) upadł, bo sprzeniewierzył się zasadzie obrony prawdziwej wiary, a nie ma innych jego naśladowców, ponieważ całe Bałkany znalazły się pod władzą Turków, obrońcami tej zasady pozostali tylko ruscy ludzie. Oni będą przed Bogiem odpowiadać za powierzoną im misję. Filoteusz stwierdza, że czwartego Rzymu już nie będzie. Tekst ulokowałabym na eschatologicznym poziomie. I do dziś nie ma on żadnego związku z realnym życiem Rosji. Nie ma żadnego dowodu na to, że carowie znali to posłanie. Leżało w monasterze. Wykorzystała je Cerkiew przy okazji wizyty patriarchy Konstantynopola Jeremiasza w Moskwie w 1589 roku, kiedy nadano autokefalię ruskiej Cerkwi. Dopiero w 1840 roku zostało opublikowane w prawosławnym żurnale „Sobiesiednik”. W tym czasie intelektualna elita Rosji pływała w polemice między słowianofilami i zapadnikami.

Święta Ruś to też eschatologiczna idea. Stawia ona przed nami ideał, którego nigdy nie osiągnęliśmy w realnym życiu. To powoduje silne napięcie między naszym grzesznym życiem a ideałem. Tak silnego kontrastu inne narody nie znają. Zmusza on nas do ciągłego pokajania, przyglądania się żywotom świętych, choćby Serafima Sarowskiego, który nawoływał do zdobywania Ducha Świętego. To dobrze. Bo choć jesteśmy grzeszni, mamy ideał – nie chcemy się go wyrzec – który nie pozwala ot tak płasko przeżyć życia.

Russkiemu miru przypisuje się imperialny zamach. Ale Rosja naśladuje tu jedynie państwa zachodnie, które mają rozsiane po całym świecie swoje instytuty promowania kultury i języka, jak niemiecki instytut Goethego, hiszpański Cervantesa, angielski British Council. Chińczycy mają swoje instytuty Konfucjusza na każdym paryskim uniwersytecie, po całym świecie je rozsiewają, proponując chińskie filmy, wystawy, poezję przekładaną na miejscowe języki. My stworzyliśmy fundację Russkij mir. Jestem członkiem jej rady nadzorczej, pracuję w komisji, która rozdziela granty. Nie widzę nic złego w tym, że jakaś pozarządowa organizacja, bo z takimi współpracujemy, chce wydać w Kirgizji dzieła Puszkina i prosi nas o grant, albo emitować po rosyjsku radiową audycję.

Ma Pani typowo rosyjskie korzenie?

–  Teraz mojego ojca, Narocznickiego, akademika, historyka, określono by jako małoruskiego, czyli ukraińskiego, inteligenta, ponieważ urodził się w Czernihowie. Jego ojciec, również w Czernihowie, był dyrektorem szkoły, a dziadek był duchownym w cerkwi Archanioła Michała w czernihowskiej guberni. Mama taty była dworianką. Mam jej świadectwo z 1882 roku jako uczennicy gimnazjum. Nazywała się Maria Zakrzewska. Mogła mieć polskie korzenie, choć była prawosławna.

Mam wrażenie, że kiedyś szła Pani bardziej na zderzenie, ogień Pani walki był ostrzejszy.

–  Zgadzam się. Oczywiście nadal o coś walczę. Ale nie ma we mnie złości nawet wobec politycznego przeciwnika. Przeszłam bardziej na pole filozoficznej dyskusji niż politycznej walki. Szukam tego co nas jednoczy, a nie tego co dzieli. Pól pojednania szukam głównie na bazie kultury.

Dziękuję za rozmowę.

Za: „Przegląd Prawosławny”, nr 1/2016 i za: Myśl Polska, nr 13– 14 (27.03.– 3.04.2016).

Prof. Natalia Narocznicka przebywała w Polsce z okazji konferencji „Słowianie i problemy geokultury”, która odbyła się w Krakowie.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *