Świński interes

Do tego dojdą ewentualne koszty leczenia w polskich szpitalach publicznych poszkodowanych bojówkarzy z Ukrainy, a także wpuszczenie na rynek pracy uchodźców zarobkowych podających się za ofiary represji „reżimu Janukowycza”. Obrazu strat niech dopełnią też dary z Polski, walające się po kijowskim Chreszczatiku, przebierane przez miejscowych bezdomnych. Szczerze proponuję, by te rachunki przekazać do opłacania Polsce Razem, Prawu i Sprawiedliwości, niezaleznej.pl itp. towarzystwu.

Wzięli nas na żywca

Że Rosja zawsze znajdzie jakąś atrakcyjną chorobę blokującą wwóz produktów rolnych z państw prowadzących wobec niej wrogą politykę – wiadomo nie od dzisiaj. Politycy III RP nie mogą więc zasłaniać się nieświadomością czy nieznajomością konsekwencji podejmowanych przez siebie działań. Niestety, Paweł Kowal, Jarosław Kaczyński, Agnieszka Romaszewska-Guzy i inni znakomicie zdają sobie sprawę, że ich aktywność na gruncie ukraińskim ściągnie na polskich producentów i eksporterów rosyjskie retorsje – a mimo to kontynuują swą pro-zapadnicką działalność na rzecz kijowskich rozrabiaków. Uznają widać ponoszone przez Polskę koszty za usprawiedliwione wyższą racją – czyli „walką z Rosją”, a ponadto – jak można zakładać – dostrzegają w sankcjach wymierną korzyść. Wszak w polskim myśleniu politycznym od wieków szwankuje przyczynowość, a nawet zwykłe następstwo zdarzeń. Nie rozumiemy co jest skutkiem, a co przyczyną, dlatego istnieje spora szansa, że rosyjskie embargo Polaków oburzy, nie pobudzając jednocześnie do refleksji, że przecież rzetelnie na nie zapracowaliśmy.

UE eksportuje do Rosji rocznie ok. 700 tys. ton mięsa o wartości ok. 1,4 mld euro. Wartość polskiego eksportu mięsa wieprzowego na rosyjski rynek w 2012 r. wyniosła 43,5 mln euro, a w ciągu 11 miesięcy 2013 r. 90,9 mln euro. Sęk w tym, że dla produkcji wieprzowiny w Polsce i na Litwie embargo to prawdziwa katastrofa, podczas gdy dla reszty Unii – raczej drobna niedogodność. Na obszar Federacji trafia jedna czwarta unijnego eksportu wieprzowiny, lecz stanowi to jedynie ok. 3 proc. produkcji tego mięsa w UE. Tylko 12 proc. unijnej produkcji wieprzowiny jest przeznaczone na eksport. Pomimo tej ograniczonej skali, w ubiegłym tygodniu ceny wieprzowiny w UE spadły o 3 proc. Moskwa wybrała więc metodę dotkliwą dla państw szczególnie zaangażowanych w nieudane wciąganie Kijowa w orbitę wpływów Brukseli, jednocześnie nie drażniąc nadmiernie pozostałych partnerów, zwłaszcza ze „starej UE”. Litwa na rynki Unii Celnej eksportuje 40 proc. swojej produkcji wieprzowiny, Polska jest trzecim co do wartości eksporterem do Rosji (po Danii i Niemczech – które to jednak państwa mają większe możliwości dywersyfikacji eksportu, lub też wchłonięcia go przez rynek wewnętrzny). Co typowe więc – chociaż Wspólna Polityka Handlowa i Wspólna Polityka Rolna pozwalają w takich sytuacjach na zastosowanie nadzwyczajnych mechanizmów wsparcia i uruchomienie funduszy przeznaczonych na pokrycie strat – Komisja Europejska bagatelizuje problem i wcale nie spieszy się do wypłacania odszkodowań dla polskich i litewskich producentów. Do odpowiedzialności nie poczuwa się także państwo polskie, nie mówiąc oczywiście o niefrasobliwej opozycji i rozemocjonowanych mediach raczących Polaków kłamliwymi obrazkami nt. martyrologii Majdanu.

Nadchodzą „uchodźcy”?

Ukraińska władza i opozycja miały ciekawość naprać się po pyskach, ich prawo, tylko czemu ma za to płacić polski podatnik i obywatel? Chodzi nie tylko o nieco egzotyczną dla masowego odbiorcy grupę producentów rolnych, ale i zwykłego płatnika składek na ubezpieczenie zdrowotne. Pierwsza czwórka „poszkodowanych przez Berkut”, która trafiła do Szpitala MSW w Warszawie ma być przecież tylko zwiastunem szerszego otwarcia polskich SP ZOZ-ów na pacjentów z Ukrainy. Sęk w tym, że nikt z grających na polskim współczuciu i sentymentach nie dodaje, że Polska i Ukraina nie mają podpisanej bilateralnej umowy o komplementarności ubezpieczeń zdrowotnych, a więc leczenie obywateli Ukrainy może odbywać się wyłącznie za pełną odpłatnością. Są to fakty oczywiste dla placówek z województw przygranicznych, które często stają z sytuacją hospitalizowania chorych ze Wschodu, którym rachunki można potem wysyłać na Berdyczów, co powiększa tylko stratę publicznej służby zdrowia. Słaba jest też w Polsce świadomość faktycznych kosztów poszczególnych świadczeń, a mowa jest często nie o dziesiątkach, ale nawet o setkach tysięcy złotych. Mówiąc brutalnie: kto ma za to płacić – zadłużone publiczne szpitale, czy może budżet państwa, a jeśli tak, to jak się to ma do obowiązującego prawa i na ile jest gospodarne? Jasne, wątpliwości prawno-finansowo, nieśmiało podnoszone choćby przez Narodowy Fundusz Zdrowia, można zakrzyczeć, że „o wolność!”, że „za naszą i waszą” – ale i tak fakty są takie, że przede wszystkim za nasze. Pieniądze.

Z kolei Urzędy Wojewódzkie otrzymały już dyrektywy maksymalnej liberalizacji procedur wobec Ukraińców starających się o pobyt w Polsce lub jego przedłużenie, a także o zezwolenia na pracę. O ile więc przeciętnego Ukraińca średnio interesowały zamieszki na Euromajdanie, o tyle możliwość wyjazdu do UE zainteresowanie wzbudzi z pewnością większe. Nie wciągnęliśmy Ukrainy do Unii – no to wciągniemy do niej rzesze Ukraińców, zaburzając i tak borykający się z kryzysem unijny rynek pracy. To też koszt i też ponoszony w dużej mierze przez obywateli III RP!

Szalik dla bojówkarza

Jak w soczewce kosztochłonność i bezsens ekonomiczny polskiego zaangażowania po stronie Euromajdanu widać na przykładzie losów ton darów od Polaków przerzucanych do Kijowa m.in. przez Caritas na wniosek Cerkwi uniackiej. Mieszkańcy Torunia, Warszawy czy Lublina przekazywali na rzecz poszkodowanych w zajściach ubrania, środki czystości i higieny osobistej i żywność trwałą. Sęk w tym, że jak widzieliśmy w Kijowie na własne oczy – przynajmniej część zebranych materiałów służy nie tyle pomocy dla ofiar (cokolwiek byśmy pod tym pojęciem nie rozumieli), co przyjemnościom sprawców burd ulicznych na Ukrainie.

Dary z Polski miały znaleźć się pod kontrolą kijowskiej patriarchalnej parafii uniackiej pw. Zmartwychwstania Pańskiego – a w rzeczywistości walają się po Euromajdanie, rozdzielane w pierwszej kolejności w ilościach handlowych ochronie manifestacji, w tym czynnym bojówkarzom, a potem reszcie czynnych uczestników zajść. W dalszej kolejności – zwłaszcza do budek z ubraniami dopuszczani są m.in. miejscowi bezdomni, którzy przebierają w przysłanych z Polski szalikach. Tymczasem jeszcze w styczniu organizator zbiórki, lubelski proboszcz uniacki ks. Stefan Batruch zapewniał, że chodzi o „pomoc dla niewinnie poszkodowanych, przypadkowo tylko przechodzących przez teren walk politycznych toczonych na kamienie i koktajle Mołotowa”. – Ogromna większość ofiar znalazła się tam zupełnie niechcący i ucierpiała bez własnego zaangażowania i to im należy się przede wszystkim pomoc – tłumaczył ks. Batruch. – Tam [czyli za barykadą] wszystko musisz kupować, a nam tu dają za darmo, także od was, Polaków! – opowiadał tymczasem z dumą młody chłopak w paramilitarnym mundurze w jednym z namiotów Euromajdanu. Przekazujący dary, porywani wszechobecną propagandą i porywami serc nie zdają sobie czasem do końca sprawy, że Kijów, do którego popłynęły dary liczy więcej mieszkańców niż przeciętne polskie województwo, ma też średni dochód na głowę mieszkańca blisko dwukrotnie większy niż ukraińska średnia. Obszar dotknięty zamieszkami to niespełna 1,5 km dwóch ulic, a nawet na ich obszarze życie – w tym handel, pomoc medyczna i społeczna, transport itp. toczą się normalnie. Nieopodal Euromajdanu bez przestojów działała i działa Besarabka, największy w okolicy targ spożywczy. Ludzie żyją normalnie. Są zaś niestety ulice i slumsy w Polsce, w których warunki są znacznie gorsze, a potrzeby – z pewnością nie mniejsze…

Dla osiągania celów politycznych nie ma co cofać się przed kosztami. W przypadku zaangażowania w Euromajdan wymiernym stratom nie towarzyszą jednak żadne polityczne zyski. Przeciwnie – pogarszamy swoją sytuację międzynarodową angażując w konfrontację z legalnymi władzami w Kijowie a pośrednio również Moskwą – i jeszcze do tego dopłacamy. Zaprawdę, jesteśmy zbyt biednym krajem, żeby mieć tak głupich i szkodliwych polityków!

Konrad Rękas

Zapraszam też na Geopolityka.org

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Świński interes”

  1. Ten tekst oddaje sedno poplątania. Po co podnosić argument z rosyjskiego bata eksportowego, skoro bat unijny jest szesnastokrotnie dłuższy? No chyba, że oni w przypadku naszej reorientacji dadzą nam cukierki na drogę? Czy tak Pan uważa? Po drugie, zjednywanie opinii publicznej dla Rosji w Polsce (a przecież to stara się Pan czynić) poprzez zupełnie jasne podnoszenie argumentu, że oni nas szantażują, jest bardzo osobliwe. Szczególnie w Polsce. Pana ktoś kiedyś zjednał szantażem? Jeśli tak, to mam nadzieję, że nie Rosja… Szantaż godzi w dumę i rodzi naturalny opór. Po trzecie, jeśli Rosja koniecznie chce nas szantażować, to powinna wymyślić szantaż na tyle silny, żeby był skuteczny. Ponosić koszty szantażu (utrwalanie nastrojów antyrosyjskich) w sprawie tak marnej, o której wiadomo, że nas do niczego nie zmusi? W tym pomyśle czuć wpływ tamtejszej wódki. W taki sposób Rosja traci tzw. soft power, czyli wpływ własnej atrakcyjności. Po tych świniach każdy hipotetyczny prorosyjski rząd w Polsce miałby nie tyle majdan, co powstanie narodowe lub zamach stanu. Gdyby władcy Kremla byli katechonami i mieli dar mądrości od Ducha Świętego, to czym prędzej wykorzystaliby sytuację kolejek w polskiej służbie zdrowia w reakcji na polską szpitalną pomoc banderowcom. Powinni z wielką pompą charytatywnie wziąć polskich chorych onkologicznych, których nasze państwo spisało na śmierć, na leczenie w najlepszym Moskiewskim szpitalu i widowiskowo ich tam wykurować. Potem podkreślić, że rosyjska onkologia ma wyższą skuteczność niż polska (co przy minimalnej różnicy jest prawdą). Tylko do takiej polityki potrzeba rozumu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *