Szara codzienność egalitaryzmu

W epoce wszędobylskiej demokracji i praw człowieka przyjęło się, że społeczeństwo funkcjonujące właściwie to takie, które stosuje zasadę równości. Pozwala nam ona rozwijać się, a ludziom żyje się dostatniej. Żaden demokrata nie potrafi jednak uzasadnić faktu, że te wszystkie egalitarne twory, w których „rządzi lud” nie są zdolne do czegokolwiek. Monarchie, republiki i dyktatury rządzą światem, podczas gdy demokracje wegetują, najczęściej niszcząc dorobek poprzednich, niedemokratycznych pokoleń. Czy nie jest to wystarczający powód, by cały ten „wspaniały dorobek rewolucji” uznać za stek bzdur, który należy jak najszybciej zmieść z powierzchni ziemi? Jak widać demokratom to nie wystarcza, bo liczą się różnorakie „swobody”, które ten wspaniały wynalazek gwarantuje. Mamy więc wątpliwą przyjemność oglądania kolejnych parad „ludzi, którzy są tacy sami jak my i wcale się od nas nie różnią”, kolejnych popisów religijnej wolności jaką daje nam ateizm, będący w zasadzie doktryną światopoglądową dzisiejszych „elit”, które najwyraźniej wychodzą z założenia, że gwarantuje on świeckość państwa i neutralność w stosunku do wszelkich religii. Z drugiej strony w imię tej samej wolności podkopuje się fundamenty cywilizacji, które jeszcze do niedawna były przez wszystkich akceptowane, niszczy się Kościół, który przecież również według tego systemu powinien mieć prawo wygłaszać swoje tezy. Wciąż aktualne wydają się słowa jednego z regentów i prymasa Królestwa Polskiego, x. abp Aleksandra kard. Kakowskiego: Na osłabionym przez niewolę organizmie Polski usadowiły się pasożyty religijne, społeczne i narodowe, które ją bez litości gryzą i nękają. Coraz bardziej klaruje się w demoliberalnym społeczeństwie podział na ateistyczną, oświeconą elitę oraz fundamentalistyczny, klerofaszystowski motłoch. To wszystko zdecydowanie powinno być dowodem na fałsz rewolucyjnych koncepcji, jednakże nie poprzestając na tym, warto się przyjrzeć jak ta wspaniała równość oddziałuje na nasze codzienne życie, z dala od sfery wielkich idei.

Z zaszczepianiem lewicowych koncepcji spotykamy się od najmłodszych lat, rozpoczynając edukację w szkołach (oczywiście obowiązkowych, aby nikomu nie przyszło do głowy odstawać od reszty). To tam do jednej klasy upycha się wszystkich, nie zważając na żadne kryteria. Już kilka miesięcy później okazuje się, że nie wszyscy są w stanie nadążyć z materiałem i zaczynają się problemy. Przecież nie może być lepszych i gorszych, a już broń Boże segregować uczniów według tej kategorii. Tak więc zamiast iść do przodu, rozwijać się, zostajemy pociągnięci w dół, ponieważ kilka osób z 30 nie jest w stanie zrozumieć pełni materiału. Naturą rozwoju jest to, że w pewnym momencie każdy znajdzie się na etapie, którego nie jest w stanie przekroczyć, bo nie pozwalają na to jego możliwości. Każdy do tego momentu podąża też własną drogą, dlaczego więc nie możemy pozwolić tym słabszym iść własnym tempem, w otoczeniu im podobnych, tym średnim razem ze średnimi, a najlepszym z najlepszymi? Czy równość wymaga aż takich ofiar, by zamiast pozwolić każdemu osiągnąć swój poziom możliwości ściągnąć w dół każdego, kto zechce się wychylić? Jaki los czeka nasze państwo, skoro w ten sposób kształcimy przyszłe pokolenia? Jeśli każdy przejaw odmienności (w pozytywnym znaczeniu) będziemy tłumili w zarodku, to kto będzie zdolny stać się tą wybitną jednostką, która weźmie na barki ciężar odpowiedzialności za państwo?

Kolejnym etapem rozwoju, który również dalece odbiegł od normalności, są studia. Według dostępnych w internecie danych[1] ok. 15% Polaków posiada wykształcenie wyższe i jak z dumą się podkreśla – coraz więcej osób decyduje się na zdobycie dyplomu. W zasadzie nie ma się co dziwić, matura nie przedstawia już żadnej wartości, o czym nieco ponad pół roku temu sam miałem okazję się przekonać – by uzyskać dobry wynik nie włożyłem niemal żadnego wysiłku, a na pewno nie w porównaniu z tym, jak strasznym i wyczerpującym testem miał być egzamin dojrzałości w zapowiedziach nauczycieli. Zatem mając świadectwo maturalne możemy jedynie liczyć na własną przedsiębiorczość, bo inaczej bez dalszego, nieustannego dokształcania się (co akurat nie jest wcale takie złe) daleko nie zajdziemy. Chcąc nie chcąc praktycznie każdy, kto planuje zapewnić sobie życie w dobrych warunkach zmuszony jest stracić kolejne 5 lat życia na nauce, gdy w normalnym systemie wiele osób z pewnością wolałoby podjąć pracę i założyć rodzinę. Zamiast wykształconych elit mamy coraz więcej ludzi przeciętnych, wymachujących dyplomem magistra na wszystkie strony. A poziom inteligencji pozostał taki sam, jak był. Zarówno publiczne jak również prywatne uczelnie oferują nam kolejne „przyszłościowe” kierunki w rodzaju europeistyki, zarządzania i zarządzania zarządzającymi. Oczywiście, chyba każdy z nich daje wykształcenie umożliwiające podjęcie pracy w zawodzie, niemniej nie potrzebujemy kilkudziesięciu nowych europeistów rocznie w jednym mieście. Z racji kształcenia dla samego kształcenia, jak i umasowienia warstwy zwanej niegdyś inteligencją mamy do czynienia ze zjawiskiem rosnącego bezrobocia wśród osób z wyższym wykształceniem i krzykiem zdziwienia i oburzenia, że nie ma pracy dla absolwentów szkół wyższych. W tym samym czasie, nadal tłocząc do głów ludzi hasła o darmowej edukacji wprowadza się opłaty za drugi kierunek, co blokuje wielu tych, którzy chcą się wybić ponad tą szarość i nędzę polskiego systemu oświaty. Widocznie lewica bardzo pilnuje, by nikt się nie wychylił. W końcu jeszcze mogłoby mu się spodobać i przyszłoby takiemu inteligentowi do głowy, że przewodzić społecznościom powinni ludzie odznaczający się na tle szarości tłumu. Ostatecznie studia kończą corocznie tysiące młodych ludzi, a tylko część jest w stanie wykorzystać zdobytą wiedzę w praktyce.

Kiedy już człowiek przebrnie przez wszystkie etapy produkcji homo europaeus rozpoczyna swoją karierę zawodową, gdzie w dalszym ciągu kontynuuje się wdrażanie demokratycznych antywartości. Lewica napotyka tu jednak na opór w postaci rozsądku prywatnych przedsiębiorców, którym ani się śni podporządkowywać bezwzględnym zasadom i szukają sposobów na obejście biurokracji i krępujących przepisów. O ile samo blokowanie gospodarki wynika z socjalistycznej mentalności przeciętnego demokraty, to na każdym kroku zasypuje się nas propagandą mającą zapewne na celu poruszyć nasze sumienia. Oglądałem nie tak dawno reklamę, w której ubiegającego się o pracę mężczyznę zasypuje się pytaniami o plany na przyszłość, czy planuje założyć rodzinę i zajść w ciążę itp. Jako konkluzję tego absurdu słyszymy słowa lektora, iż pewne pytania nie powinny padać, niezależnie od tego, czy zadawane są kobiecie, czy mężczyźnie. Ciekawi mnie tylko, dlaczego pracodawca nie może wiedzieć, czy w najbliższym czasie nowo zatrudniony pracownik pójdzie na zwolnienie, podczas którego chronić go będzie prawo? W interesie pracodawcy leży dobranie sobie takich podwładnych, którzy będą wykonywać swoje obowiązki możliwie najefektywniej, a państwu z kolei powinno zależeć na tym, by każdy przedsiębiorca uzyskiwał najlepsze wyniki. Wydaje się prawdopodobne, że stworzenie systemu podatkowego, wymagającego podjęcia pracy przez większość kobiet, podobnie jak te „antydyskryminacyjne” przepisy i hasła, jest częścią jakiejś większej strategii zniszczenia instytucji rodziny, w końcu to właśnie w tej podstawowej jednostce naszego społeczeństwa odżywają i pielęgnowane są niemal zapomniane już wartości.

Patrząc na to wszystko z innej strony mamy do czynienia również z drugim aspektem tej sprawy. Załóżmy, że udaje się wprowadzić pełną równość w zakładach pracy. Mamy więc dwóch pracowników, obaj pracują po 8h, ale jeden wykonuje swoją pracę dwa razy efektywniej, kiedy drugi, wiedząc, że i tak prawo zagwarantuje mu taką samą pensję nie podejmuje niemal żadnego wysiłku. Chyba łatwo przewidzieć, że ten lepszy pracownik szybko straci zapał do pracy widząc, że i tak nie ma z tego żadnych korzyści. Straci na tym zarówno właściciel firmy, które będzie musiał zatrudnić większą liczbę ludzi (chociaż tutaj trzeba się zgodzić, nowe miejsca pracy będą bez wątpienia) by uzyskać zamierzony efekt, straci również państwo, ponieważ taki przedsiębiorca sam zarobi mniej i mniej będzie mógł oddać dla państwa. W zasadzie każdy, kto nie jest zaćmiony ideą budowy socjalistycznego raju bez zastanowienia dostrzeże absurdalność wdrażanych w życie rozwiązań. Tyle mówi się o wyzysku pracowników przez (najczęściej obrzydliwie bogatych i wrednych) kapitalistów, a ja zastanawiam się kiedy w końcu zacznie się publicznie mówić o wyzysku kapitalistów przez ich podwładnych, chronionych przez prawo. Już dawno w tej, jak najbardziej słusznej i pełnej dobrej intencji, walce o godne życie pracujących zapędzono się za daleko i prawo zamiast zachowywać pewną równowagę ewidentnie działa na korzyść pracowników, którzy zgodnie z powszechną opinią zawsze są oszukiwani przez swoich szefów.

Kiedy już to wszystko przeanalizujemy nadchodzi czas na zmierzenie się z najgorszą prawdą. Ci wszyscy ludzie, którzy od dziecka byli powstrzymywani w rozwijaniu swoich umiejętności, otrzymywali nędzną namiastkę potrzebnej im edukacji i rozpoczynają pracę, która najczęściej nie daje im szans prawdziwego rozwoju, muszą teraz podejmować polityczne decyzje, które mogą zaważyć na przyszłości całego państwa i zamieszkujących go ludzi. Warto jeszcze dodać, że karmi się to biedne społeczeństwo kolejnymi porcjami informacji za pomocą mediów, które dawno zapomniały co to obiektywizm i etyka dziennikarska, a ludzie, jeśli tylko zrozumieją przekazywaną im treść, traktują każdą dostarczoną wiadomość jako aksjomat, któremu zaprzeczanie równa się niemal twierdzeniu, że Ziemia jest płaska. Mamy więc wyborców, którzy co cztery lata zapewniani o swojej ponadprzeciętnej inteligencji dokonują wyboru władz, nie potrafiąc nawet samodzielnie ocenić kandydata pod kątem jego dotychczasowych działań i proponowanych pomysłów. Gdyby nie chodziło o losy państwa, na którym nam zależy, chyba wszyscy wybuchnęlibyśmy śmiechem oglądając polityczne dyskusje wśród zwolenników demoliberalizmu. Odnieść można wrażenie, że istotą konfliktu jest to, że jedni politycy to złodzieje, a drudzy nie (ewentualnie kradną mniej, więc można dać im szansę) lub w wersji alternatywnej – wyborcy jednej partii są umysłowo upośledzeni, a drudzy wybierają światłą przyszłość i nowoczesność. W gruncie rzeczy jedyne co się zmienia to partia i ludzie, pod adres których kieruje się te inwektywy i zależy od tego, kogo się o to zapyta. Krytyka tego spojrzenia najczęściej kończy się oskarżeniem o sprzyjanie wrogiemu obozowi. Biorąc pod uwagę, że chyba tylko przez grzeczność i czyjeś osobliwe poczucie humoru mówimy o partiach politycznych, a nie zwyczajnym cyrku, argumenty te brzmią nad wyraz dziecinnie. W końcu przekrzykiwanie się, kto głupszy, a kto mądrzejszy jest domeną przedszkolaków, a przynajmniej ja pamiętam takie zachowania z dzieciństwa. Demokratyczne idee i wychowane na nich społeczeństwa najwyraźniej zatrzymały się na tym etapie.

Ponadto należy zaznaczyć, że sami politycy nie są jakąś odizolowaną kastą, która przeszła gruntowne przygotowanie do rządzenia. Mają za sobą tę samą drogę co każdy inny obywatel, z tym, że wielu z nich wyzbyło się dodatkowo wszelkich wartości w imię bogactwa i kariery. Tam, gdzie nie ma władzy monarszej, wpływ na kształtowanie polityki powinna mieć arystokracja – ludzie, których można postawić za wzór (albo przynajmniej nie przedstawiać jako przeciwieństwa godnego naśladowania ideału, co już by było pewnym krokiem naprzód). Skoro monarchii nie mamy, tą arystokracją powinni być ludzie, którzy górują moralnie i umysłowo nad tłumem. Inaczej nieuchronna jest degeneracja, ale nie samej władzy, lecz całego społeczeństwa, ponieważ jak powszechnie wiadomo, ryba psuje się od głowy. Gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, pozostaje polecić monitorowanie naszej sceny politycznej.

O sile państwa nie decyduje to, ilu ludzi idzie na wybory, ale ilu ludzi przy władzy posiada do niej przygotowanie i niezbędną wiedzę. Jeśli ktoś więc spyta jaka jest alternatywa dla egalitaryzmu odpowiedź jest prosta. Jest nią jego przeciwieństwo – elitaryzm. Co prawda pierwsza z tych idei obiecuje równość, a nawet gwarantuje jej ułudę w rzeczywistym świecie, którą tak łatwo zachwycają się poruszone tą wizją masy. Druga oferuje, demonizowane przez oficjalny kierunek współczesnej propagandy, hierarchiczne społeczeństwo, lecz z prawdziwą wolnością i prawdziwą przyszłością. Egalitaryzm żadnej przyszłości nie oferuje, przeciętny człowiek w demokracji prędko zapomina jakie jest znaczenie tego terminu.

Sebastian Bachmura
aw

[1] http://www.poland.gov.pl/struktura,wyksztalcenia,45.html

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

0 thoughts on “Szara codzienność egalitaryzmu”

  1. Celne uwagi, mizerię tzw. edukacji wyższej poznaję już od ‘drugiej strony’ i sytuacja wygląda z niej jeszcze bardziej żałośnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *