Tradycję powstańczą należy zwalczać

Wydawać się mogło, że w poprzednich latach powiedziano na temat Powstania Warszawskiego wszystko – za i przeciw. Przy okazji kolejnej rocznicy dyskusja rozgorzała na nowo, pobudzając mózgi do czerwoności.

Czasem zdarzały się głosy takiego rodzaju: po co w kółko temat „walcować”, skoro wszyscy już wystrzelali się ze wszystkich argumentów, a samo wydarzenie miało miejsce 68 lat temu i spór jest historyczny? Pogląd ten uważam za niesłuszny. Oczywiście, są pewne tematy historyczne, które nie mają żadnego odniesienia do rzeczywistości. Są jednak i takie, gdzie historyczne miejsca i osoby stanowią wyłącznie pretekst do rozważań jak najbardziej bieżących. Dzieje się tak wtedy, gdy pewne idee i zachowania polityczne powtarzają się na przestrzeni dziejów, występując pod innymi nazwami i z udziałem innych osób. To przypadek Powstania Warszawskiego, które wpisuje się w długą tradycję myślenia o polityce.

Źródła tej tradycji można już znaleźć w Konfederacji Barskiej, ale w całej pełni ujawniła się w XIX stuleciu. To wtedy, wraz z romantyzmem, ugruntowała się koncepcja patriotyzmu opierająca się na bezmyślnym i irracjonalnym parciu do walki zbrojnej, do wywoływania powstania, gdzie się da, jak się da, bez oglądania się na tak „błahe szczegóły” jak układ sił międzynarodowych czy stosunek sił własnych do zaborców. Powstanie Listopadowe (1830) i Styczniowe (1863) to przejawy tej tradycji, acz najbardziej skrajny jej wyraz to Powstanie Krakowskie (1846), gdy zbuntowane miasto – dysponujące mniej niż tysiącem uzbrojonych powstańców – wypowiedziało równocześnie wojnę Rosji, Austrii i Prusom. Potem kontynuacją była Rewolucja 1905 roku, gdy romantyczna metapolityka zmieszała się z czystej krwi socjalizmem. Dalej z tradycji tej wyrosło Powstanie Warszawskie. Czyli Powstanie Warszawskie wpisuje się w pewien ciąg: romantyczni insurekcjoniści – piłsudczycy – sanacja – powstańcy. Na samym końcu tej tradycji znajdują się Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz. I za każdym razem pojawia się też ten specyficzny ton moralnego terroru: nie chcesz wziąć udziału w naszej rewolucji niepodległościowej? A więc nie jesteś prawdziwym patriotą, a więc jesteś kolaborantem, zdrajcą, narodowym zaprzańcem. I prawie za każdym razem ogół dał się sterroryzować tego typu szantażem.

I dlatego właśnie, zamiast dać irracjonalnemu wybuchowi zdechnąć, kierownictwo Powstania Listopadowego uchwyciły elity Kongresówki, Powstania Styczniowego obóz „białych”, a do Powstania Warszawskiego poszły tysiące statecznych mieszczan, podświadomie przekonanych, że bój ten nie ma najmniejszego sensu. Na tym właśnie polega wielkość Romana Dmowskiego. To był geniusz polityczny, któremu udało się dwukrotnie zatrzymać naród idący na rzeź: w 1905 i w 1914 roku, gdy Józef Piłsudski zamierzał wywołać dwa powstania, przechodzące w rewolucje. Zdaje się, że do podobnej rzezi Polaków prowadziło w 1981 roku kierownictwo „Solidarności” i uratował nas przed masakrą – broniący komunistycznego państwa – gen. Jaruzelski.

Każdy sukces romantyczno-insurekcyjnej polityki był katastrofą. Powstanie Listopadowe położyło kres niepodległości Królestwa Polskiego, które zostało włączone do Rosji; Powstanie Styczniowe położyło kres marzeniu Aleksandra Wielopolskiego o autonomii; Powstanie Warszawskie unicestwiło stolicę naszego państwa. Co ciekawe, Polacy normalnieją politycznie dopiero wtedy, gdy dostaną straszliwe razy, gdy nie mogą mieć wątpliwości, że klęska była totalna. Po drakońskich represjach po roku 1863 przyszedł pozytywizm i zaczęły się złote czasy polskiego kapitalizmu. To wtedy nastąpiło uprzemysłowienie ziem polskich, a Polacy skierowali swoją energię z kolejnych spisków i insurekcji ku czemuś pożytecznemu. Po hekatombie Powstania Warszawskiego przez kilkadziesiąt lat znów był spokój, acz komunistyczny system uniemożliwiał twórcze wykorzystanie energii w kierunku rozwoju gospodarczego. I za każdym razem gdy odejdzie pokolenie, które oberwało po tylnej części ciała, pojawia się następne – rewolucyjne i radykalne – które koniecznie musi wywołać jakąś bezmyślną rebelię przeciwko istniejącemu porządkowi rzeczy.

Nie twierdzę, rzecz jasna, że nie należy czasem próbować zmienić świata, ale trzeba to robić z głową i po racjonalnym namyśle. To jest coś, co dla polskich romantyków jest nie do zaakceptowania. Liczy się „czyn”, a nie refleksja nad jego aplikacją. Jak wspomniałem, dziś ta tradycja insurekcyjno-romantyczno-powstańcza ucieleśnia się w PiS. To jest właśnie ten Testament Lecha Kaczyńskiego, który usiłuje negować Jan Filip Libicki. Niestety, ten Testament istnieje, choć Zmarły Prezydent nie jest jego rzeczywistym autorem. Copyrighty przysługują Adamowi Mickiewiczowi i Juliuszowi Słowackiemu. To w ich patriotycznej poezji została sformułowana wizja bezkompromisowej i bezmyślnej walki do końca, do ostatniego człowieka, bez oglądania się na szanse i okoliczności.

Dzisiejsi apologeci Powstania Warszawskiego, świadomie czy nieświadomie, wpisują się w narrację świata głoszoną przez Jarosława Kaczyńskiego. Pamiętacie Państwo słynny wyjazd Lecha Kaczyńskiego do Tbilisi? Całe to „niepodległościowe” wymachiwanie szabelką i lancą zakończoną orzełkiem przed frontem rosyjskich czołgów? To jest właśnie najczystszy romantyzm polityczny. Ci nasi „niepodległościowcy” dalej wierzą, że „Polska jest Chrystusem narodów”, że trzeba „walczyć za wolność naszą i waszą”. Insurekcjoniści nie uczą się na swoich błędach, bowiem czczą klęski. Gloria victis – oto istota rzeczy. Tu nie chodzi o to, aby wygrać, ale aby zginąć w walce. Chodzi o to, aby przegrać i budować martyrologię. Mówiąc wprost: w Polsce aby zostać bohaterem, trzeba zginąć, najlepiej bezsensownie i głupio. Nie czci się tu zwycięzców, lecz wiecznie przegranych.

Mało kto pamięta o Powstaniu Wielkopolskim. Dlaczego? Bo było zwycięskie. Właśnie dlatego tradycję powstańczą należy zwalczać, gdyż „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”.

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas! i na nczas.com

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Tradycję powstańczą należy zwalczać”

  1. Tak na marginesie: „powstańcze” zapędy Solidarności rozumnie tamował Episkopat i (dopóki żył) kardynał Wyszyński (wspominał nawet o pokojowej rewolucji Salazara jako wzorze postępowania).

  2. @Inquisitor : Oczywiście, przecież ta tzw. prawica to masoni lub masonów wielbiciele. A najlepszym kwiatkiem „prawdziwych patriotów” jest „Pamiec i tożsamość” duetu Wojtyła/Życiński. Warto toto z uwagą przeczytać, zwłaszcza zachwyty nad Oświeceniem (sic!) oraz powstaniami. Infekcja jest poważniejsza i głębsza, niz moznaby optymistycznie zakładać. I ten gniot, i mysli „prawdziwej prawicy” to klasyczne talmudyczne „dwójmyslenie”: np. zachwyt nad oswieceniem i , na potrzeby maluczkich, prześliźnięcie się nad antyklerykalizmem, iluminatyzmem, zbrodniami jakobinów – tak, jakby te sprawy mozna było rozdzielić. Podobnie, w opisach walko „o waszą i naszą wolność” nie ma słowa o antyklerykalizmie i lewactwie insurgentów, o ich walce z samym papieżem, o potepieniach papieskich dla tegoż lewactwa. Jednym słowem, iscie Goebbelsowskie manipulacje. Moim zdaniem, demitologizacja postaci Wojtyły i unieszkodliwienie z nim związanych szantaży moralnych to jedna z kluczowych spraw dla przyszłości Kościoła, Polski i cywilizacji łacińskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.