Tratwa Gowina

Tymczasem zastanawia, że to sprawa in vitro jest wprost wskazywana jako przyczyna światopoglądowego rozłamu w PO i to rozłamu wręcz prowokowanego, czy (jak kto woli) organizowanego dziwaczną dyskusją o dyscyplinie klubowej eliminującej projekt Gowina na rzecz projektu Kidawy-Błońskiej, a więc także uniemożliwiającej oczekiwane „uśrednienie” się debaty na którymś z projektów bardziej restrykcyjnych (czyli analogicznie do sprawy aborcji przed 20 laty).

Nie mieszajmy do tego polityki…!”

Mamy zatem do czynienia w polskiej polityce z paradoksem. Z jednej strony narzuca się deideologizację polityki. Wszelkie kwestie światopoglądowe są w powszechnej narracji odrzucane jako zastępcze w sytuacji, gdy „tyle jest w Polsce do zrobienia”. Przykładem takiej propagandy było np. zachowanie posłów KPN, którzy podczas debaty aborcyjnej w Sejmie w 1993 r. demonstracyjnie pojechali odwiedzać śląskie kopalnie. Z czasem mniej zaczęło chodzić o górników, bardziej zaś o upowszechnienie mitu pragmatyzmu zarządzania Polską. Oto bowiem przez cały okres III RP kształtowano w obywatelach przekonanie, że program rządzenia państwem może być w zasadzie jeden, a cały witz polega na jego bardziej lub mniej sprawnym wdrażaniu. Dowodziła tego rosnąca ilość zagadnień, „do których nie powinno się mieszać polityki” – jak oświata, służba zdrowia, budowa infrastruktury, a nawet polityka podatkowa i monetarna. Słowem – wszystkie kwestie, do których politykę niegdyś nader skutecznie wmieszano, a teraz czyni się jedynie wiele, by jej z nich nie „wymieszać”…

Z tej samej szuflady propagandowej pochodzi również consensus ekonomiczny, związany z powszechną akceptacją rozwiązań monetarystycznych, a ostatnio także opresyjności fiskalnej Brukseli, które są uznawane za pewien constans, poza który żaden rząd w Polsce się nie wychyli. Co ciekawe więc – nawet takie skrajne doktrynerstwo ma być dowodem „deideologizacji polityki”, w efekcie czego albo główne partie polityczne nie różnią się programami ekonomicznymi, albo jeśli nawet różnią – to faktycznie po dojściu do władzy i tak realizują jeden i ten sam projekt kompradorskiej, kartoflanej republiki nieprzyjaznej własnym obywatelom.

Idee zamiast masła?

Poniekąd  na tle tych podobieństw, w wyniku których Sejm RP wygląda niczym bankiet z ostatnich scen „Folwarku zwierzęcego” – ideologizacja jednak następuje. W jakiejś mierze obudziły ją pamiętne wydarzenia sprzed dwóch lat na Krakowskim Przedmieściu, przy czym atakujący wówczas krzyż stali się zarzewiem pomysłu na Ruch Palikota, a ci broniący „zastępczego pomnika” i atakujący biskupów – znaleźli się w szeregach Sekty Smoleńskiej. Słowem – tak narodziły się dwie formacje, które wychodząc z pozornie przeciwnych założeń, przyjęły nader zbliżoną formę – ruchów mających samą ideologię i hasła zamiast programów.

Istotnym novum pomiędzy tymi dwiema skrajnościami – pozornych pragmatyków i fałszywych ideologów – miałoby być powstanie partii Gowina. Cóż, zdaniem niektórych ma on wszelkie zadatki na tworzenie stronnictwa konserwatywnego, o ile bowiem nikt (bodaj nawet koleżanki z rządu) nie kwestionują jego 100-procentowej męskości, to jednak całym swym emploi dla powszechnego odbiorcy stanowiłby potwierdzenie poglądu, że „porządną partią konserwatywną w Polsce kierować może wyłącznie gej”. Generalnie neo-SKL z Gowinem na czele stanowiłby ucieleśnienie drobnomieszczańskich marzeń o konserwatyzmie fontazia, popołudniowej herbatki i zafrasowanej refleksji nad postępem w Kościele. Przede wszystkim jednak utworzenie nowej formacji wpisywałoby się w scenariusz, zgodnie z którym w państwie funkcjonalnie mono-partyjnym z czasem grę demokratyczną zastępuje gra frakcyjna. Skoro bowiem, pomimo rosnącego oddalenia – RP wciąż można uważać za część wielkiego pnia PO, o tyle podobną rolę pełniłoby wszak „stronnictwo Gowina”, o którym wszyscy mówią, choć nikt go jeszcze nawet nie próbuje zakładać.

Po co PO rozłam?

Tzn. jedyną osobą, która faktycznie ministrowi sprawiedliwości organizuje zaplecze polityczne i elektorat – jest Donald Tusk. Zaostrzanie we własnej partii sporu on in vitro wydawać by się mogło działaniem przeciwskutecznym – wszak prowadzić on może do rozłamu, utraty większości parlamentarnej, a docelowo również nowych wyborów. Z drugiej jednak strony wist z Gowinem może premierowi przynieść kilka określonych korzyści.

Po pierwsze – o tym nieszczęsnym rozłamie mówi się niemal od powołania filozofa na ministra. Gowin jest jak strzelba zawieszona w pierwszym akcie. W końcu musi wystrzelić – więc lepiej moment ten mieć pod kontrolą i być tym, który ciągnie za cyngiel (zanim uczyni to wewnętrzna opozycja). Po drugie – zgodnie z maoistowską zasadą „niech zakwitnie sto kwiatów”, dobrze jest raz na jakiś czas pobudzać „wewnątrzorganizacyjną demokrację” tak, by policzyć potencjalnych oponentów i (jeśli zajdzie taka potrzeba) – wypchnąć ich w porę poza struktury i to tak, żeby się jeszcze cieszyli zamiast marudzić. Po trzecie wreszcie – kontrolowany rozłam wcale nie musi osłabiać macierzystej formacji. Przeciwnie – może wręcz poszerzać bazę rządzenia o rozczarowanych dotychczasową polityką PO, a przy okazji pozwalać na utrzymanie przez tę partię pragmatycznego wizerunku i ideologicznego (a także koalicyjnego) pola manewru. Ewentualne odejście „konserwatystów” zwiększyłoby wbrew pozorom koalicyjną zdolność Platformy tak z jednej strony uspokajając PSL, jak i z drugiej otwierając szerzej drzwi Palikotowi. W obu tych przypadkach Gowin w rezerwie bardziej się nawet Tuskowi przyda, niż Gowin w rządzie.

Nie można też zapominać w względach wewnętrznych w PO, o narastaniu normalnych w dużej partii napięć frakcyjnych w terenie, w którym wszelkie możliwe funkcje zostały rozdane, a role obsadzone, a tymczasem polityka kadrowa wymaga wszak ciągłego karmienia. Również i w tym przypadku rozdzielenie zwaśnionych frakcji mogłoby dać efekt synergiczny i twórczy, w miejsce obecnej destrukcji.

Generalnie więc rozpad PO najwięcej korzyści przyniósłby… właśnie samej Platformie. Niezależnie więc czy mamy do czynienia jedynie z próbą rozpoznania bojem i sprawdzenia „czy ludzi to kupią”, czy faktycznie interludium przed jesiennym przegrupowaniem obozu demoliberalnego w Polsce – to jest to proces, którego z taktycznego punktu widzenia lekceważyć nie sposób.

Sen Halla

Byłby to zresztą ciekawy eksperyment, nawiązujący do co najmniej trzech prób tego typu dokonanych w III RP. Pierwszą – zupełnie niewychyniętą z powijaków – była idea powołania partii na bazie „Dziekanii” (czego koślawą formą okazało się Forum Prawicy Demokratycznej). Drugą – grupowanie się „centro-prawicy rządowej” w schyłkowym okresie gabinetu Suchockiej (najpierw w ramach klubu Konwencja Polska, a następnie KKW „Ojczyzna”). Trzecią – tym razem zakończoną czasowym powodzeniem – rebrandowanie zbliżonych do KP środowisk w Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe („ani konserwatywne, ani ludowe, ale bardzo stronnicze” – jak to się mawiało wówczas w AWS). Co ciekawe więc, choć wszyscy powtarzają, że w Polsce jest miejsce na tego typu ugrupowanie – to jak widać dotychczas nie utrwaliło się ono na naszej scenie politycznej. Ciekawe, czy tym razem będzie inaczej, czy też test da Tuskowi wynik negatywny i frakcje pozostaną w PO czekając na większy kryzys i poważniejsze załamanie wizerunku premiera i Platformy. Wtedy bowiem tratwa Gowina może okazać się jeszcze potrzebniejsza w myśl zasady, że szczególnie zasłużone dla demoliberalizmu i kanalizowania prawicy są partie zakładane przez byłych ministrów sprawiedliwości.

Konrad Rękas

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Tratwa Gowina”

  1. Niezwykle pobudzający poznawczo tekst. Zachodzi jednak wątpliwość, czy w obecnych warunkach stosowane przez ostatnie 20 lat metody walk partyjno-frakcyjnych zachowają swoją skuteczność (dotychczas zresztą umiarkowaną, bo i tak decydowały pieniądze i decyzje polityczne na duuuużo wyższym szczeblu).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.