Trzeba pamiętać o „Powstaniu Warszawy”

Od paru tygodni rozważałem napisanie artykułu o „Powstaniu Warszawy”. Jednak z braku czasu oraz (będę szczery) złej organizacji postanowiłem przełożyć to na następny rok. Gdy jednak ujrzałem ogłoszenie na Konserwatyzmie o potrzebie przysyłania takich publikacji, poczułem pewną konieczność. Zasadniczo moja publikacja jest kompatybilna z oficjalnym stanowiskiem portalu. 

„Powstanie Warszawy” jest faktem historycznym i tego nie można zmienić. Walczyło w nim i ginęło wielu ludzi (w tym również z mojej rodziny). Sam zapewne też bym walczył, gdybym wtedy żył. Jego wpływ na nasze dzieje jest ogromny. Musimy więc o nim pamiętać. Nie przeszkadzają mi więc uroczystości, pomniki powstańców czy słynne muzeum. Słysząc syreny powstańcze, zatrzymałem się, a nawet zastanawiałem się, czy nie podciąć kolesia, który wówczas koło mnie przebiegał (karygodne zachowanie!). Niektórzy twierdzą, że lepiej mówić o zwycięstwach. To prawda, jednak nie znaczy to, iż klęskę należy całkowicie wymazać z pamięci. Jednak jest rzecz, która mi przeszkadza. Mianowicie kłamanie na temat powstania. Jak już pisałem, trzeba pamiętać, ale pamiętać to znaczy pamiętać, jak było, a nie tworzyć mitologię. Niestety w Polsce pod hasłem pamięci o powstaniu rozumie się jakieś koszałki-opałki.

Na początek o samej decyzji powstania. Nie jest prawdą, że była to decyzja o rozpoczęciu walki, gdyż ruch oporu działał już wcześniej. Była to jedynie decyzja o zmianie metod walki. Nie można więc mówić, że przeciwnicy powstania nie chcieli walczyć, oni jedynie mieli inną strategię walki. Teraz pojawia się pytanie: która strategia była lepsza? Jest ono niezwykle łatwe, jeśli skorzysta się z podstawowej wiedzy o ruchu oporu. A więc ruch oporu (który dzielimy na partyzantkę i placówkę) ma za zadanie tak utrudniać okupowanie terenu, ażeby przestało się to opłacać i wróg się wyniósł. Ruch oporu nie ma zaś próbować przejąć kontrolę terenu, gdyż wówczas musi przegrać. Dobrym przykładem jest tutaj Wietnam, gdzie nie było żadnego powstania, lecz tak bardzo przeszkadzano Amerykanom, że w końcu uciekli. Widzimy więc, że dowództwo AK wykazało się całkowitym brakiem elementarnej wiedzy. Jak już pisałem, nie chodziło o to, żeby nie walczyć. Ruch oporu ma walczyć do ostatniej kropli krwi. Nigdy nie wolno przestać. Słusznie więc zrobili ci, którzy po wojnie nadal kontynuowali walkę w WiN-ie. Absurdem jest zrównywanie WiN-u z „Powstaniem Warszawy” (co niestety miało miejsce na naszym portalu). Ale nie odbiegajmy od tematu. Ktoś może powiedzieć, że ruch oporu nie mógł wygrać samemu z Niemczami, lecz gdyby uzyskał pomoc Sowietów, to by wygrał. Wówczas byłoby tak jak z „Powstaniem Paryża”, które miało pomoc Amerykanów. Owszem, to prawda, lecz kto mógł się łudzić, iż bolszewiki nam pomogą? 

Skoro już ustaliliśmy, że powstanie było złym pomysłem, to przyjrzyjmy się jemu samemu. Czy było przynajmniej dobrze prowadzone? Oczywiście, że nie! Walczono przy pomocy butelek z benzyną (dobre na demonstrację), granatów domowej roboty (sic!), a nawet gołymi rękoma (naprawdę takie pomysły miały miejsce). Sam pomysł prowadzenia walki w mieście był zły. Spowodowało to śmierć wielu cywili. Ja zaś pod hasłem obrona ojczyzny rozumiem m.in. obronę jej obywateli. Już słyszę głosy: chyba jednak ci dzielni powstańcy wzbudzają u ciebie więcej sympatii niż te osoby, które wówczas sikały ze strachu. Owszem, sympatię wzbudzają ci pierwsi, ale nie mogę się przecież dać ponieść emocjom. 

Czy „Powstanie Warszawy” było klęską? To pytanie retoryczne, gdyż było klęską ewidentną i kto temu przeczy, ten tonie w morzu głupoty i hipokryzji. Gdyby po prostu nie udało się wyswobodzić Warszawy, byłaby to przegrana. Jednak tutaj nie udało się nawet osłabić Niemców. Gdy spojrzymy na proporcje – jeden nasz na jednego wroga, to wychodzi najgorszy bilans w historii drugiej wojny światowej na ziemiach polskich. Więc jeśli ktoś tutaj odniósł zwycięstwo, to właśnie Niemcy. Po upadku powstania ruch oporu był w Warszawie naprawdę kulejący. Tylko tutaj udało im się nas zdławić. Oto efekty tego zrywu. Gdzie indziej natomiast były sukcesy. Przykładowo w zupełnie nieznanej bitwie pod kolonią Zbędowice polscy partyzanci zabili 200 Niemców przy minimalnych stratach własnych, później w tej samej okolicy miejscowy dowódca WiN-u Bernaciak ps. Orlik zdławił oddział komunistycznych najeźdźców. Tutaj zaś same niepowodzenia. Nie mówiąc już o tym, że cała Warszawa została zburzona.
Oczywiście tematem tabu jest niechętny stosunek rządu londyńskiego do powstania. We Francji ruch oporu był lojalny wobec De Gaulle’a i swojego rządu londyńskiego i dlatego, chociaż nie był za duży, to był skuteczny. U nas zaś mieliśmy istną anarchię. Skoro gen. Anders powiedział, że powstania ma nie być, to nie można było tego zrobić. Koniec, kropka! 

Twierdzi się, że w powstaniu walczyła sama elita. To też uproszczenia. Walczyli tam różni ludzie. Był to najbardziej masowy zryw w dziejach Polski, a przecież masowy oznacza egalitarny. Nie kwestionuję, że większość walczyła o niepodległości Polski, ale nie wszyscy. Jakie mogły być inne powody? Oto one:

a) Poszukiwanie przygody;
b) chęć zemsty na Niemcach;
c) czysty zbieg okoliczności;
d) poszukiwanie łupów;
e) konformizm (skoro inni idą, to ja też);
f) chęć uratowania własnego życia;
g) próba wprowadzenia komunizmu w Polsce (wszak AL też walczyło w powstaniu).

Najlepszym dowodem jest to, że w szeregach powstańczych znaleźli się również dawni kolaboranci. Dobrym przykładem jest Alfred Szklarski (autor skądinąd fajnych książek o Tomku Wilmowskim), który najpierw pisał historyjki do prookupacyjnej prasy, a potem brał udział w powstaniu. Wałczyły tam elity, ale nie tylko. Tak zresztą jest zawsze. Nawet nacjonalistyczno-mitomańska trylogia Sienkiewiczowska tego nie neguje, że do walki za ojczyznę idą różni ludzie. 

Pan Terlikowski twierdzi, że gdyby nie powstanie, to armia radziecka doszłaby do Paryża. To zdanie rozpatrywać można jedynie w kategorii żartu. Dzięki powstaniu Sowieci zajęli opustoszałą, zniszczoną i (prawie) pozbawioną ruchu oporu stolicę. To powstanie było im na rękę. Mam pytanie do pana Terlikowskiego: Dlaczego bolszewicy podjudzali Polaków do powstania, skoro tak bardzo ono im utrudniło dalsze działania? Czyżby działali przeciwko samym sobie? 

Musimy pamiętać o powstaniu, ale pamiętać prawdę. Gimnazjalistki, które twierdzą, że powstanie to nudy na pudy i lepiej posłuchać sobie Lady Gagi, tchórzą przed własna historią. Lecz ci, którzy głoszą baśnie o powstaniu, są nie mniejszymi tchórzami! W Japonii ludzie pamiętają o Hirosimie (sam byłem w tym mieście i odczułem jego klimat), ale nikt nie twierdzi, że Hirosima była japońskim zwycięstwem! Nie bądźmy głupsi. Niech wyrazem pamięci o powstaniu będzie film „Kanał”. Niech takich filmów powstanie więcej (mam nawet pomysł na jeden scenariusz). Żadnych jednak głupot w stylu „Czas Honoru”, gdzie walka z okupantem przypomina nudy z „Klanu”. A przede wszystkim żadnych mitomańskich bajdurzeń różnych Terlikowskich i im podobnych mitomanów. Zawłaszcza że celem tych bredni jest naprawdę zbicie kapitału politycznego!

Marek Adam Grabowski
PS. Ten artykuł ma charakter poważny. Jak znajdę czas, to napiszę humorystyczny (chociaż nie w pełni) test o PiS-owskim pesymizmie. Mam nadzieję, że Was rozbawi.

[aw]
Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Trzeba pamiętać o „Powstaniu Warszawy””

  1. @Autor – „Oczywiście tematem tabu jest niechętny stosunek rządu londyńskiego do powstania.” – jest to absolutna nieprawda. Największy kretyn spośród polskich premierów w całej historii naszego kraju, S.Mikołajczyk, był zwolennikiem wybuchu Powstania, a jego zastępca z PPS, wicepremier Kwapiński wręcz entuzjastą. Celowo zresztą wstrzymali wysłanie do kraju depeszy Naczelnego Wodza, gen.Sosnkowskiego, odradzającej wybuch powstania (depesza dotarła do Warszawy już po 1.08)

  2. @Autor – ” Skoro gen. Anders powiedział, że powstania ma nie być, to nie można było tego zrobić. Koniec, kropka!” – chyba chodziło o gen. Sosnkowskiego, Naczelnego Wodza ? Co ma Anders do Powstania ?

  3. @Qba – owszem, ale mógł sobie nazywać jak chciał – nie miał w tej sprawie nic do gadania. W przeciwieństwie do Naczelnego Wodza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.