Tydzień Putina

Ubiegły tydzień można śmiało określić jako „tydzień Putina”. Nie dość, że rosyjski prezydent zdołał powstrzymać amerykańską machinę wojennę przed intwerwencją w Syrii, to jeszcze w rocznicę 9/11 przypomniał Amerykanom na łamach „New York Times” o niechlubnych konsekwencjach poprzednich amerykańskich eskapad wojskowych, opartych w dużej mierze na metapolitycznej argumentacji wywodzącej się z lansowanej powszechnie koncepcji „amerykańskiej wyjątkowości” i ostrzegł przed dalszą kontynuacją takiej polityki.

Reakcje na tekst Putina pojawiły się natychmiast. Republikański spiker Izby Reprezentantów, popierający politykę syryjską Obamy, John Boehner, poczuł się „obrażony”, z kolei przewodniczący senackiej komisji spraw zagranicznych, Robert Menendez, powiedział, że po przeczytaniu artykułu miał ochotę „wymiotować”. Rzecznik Białego Domu, Tim Carney, wyraził zdziwienie, że prezydent Rosji odwołując się w swoim tekście do Bożego błogosławieństwa nie uwzględnił sytuacji „gejów i lesbijek w Rosji”.

Pomijając te przesadzone, wynikające z politycznego pozerstwa oraz pozbawione jakiejkolwiek merytoryczności słowa waszyngtońskich notabli, warto przyjrzeć się bliżej argumentacji Putina, gdyż zawiera ona wiele cennych rad i wskazówek, które, nota bene, okazują się być trafną diagnozą założeń na podstawie których Waszyngton formułuje swoją doktrynę międzynarodową i których nie powstydziłby się zapewne sam George Kennan.

Putin wskazuje na koszty, jakie mogą ponieść Stany Zjednoczone, przeprowadzając kolejną unilateralną operację wojskową, bez międzynarodowego mandatu i znaczącej koalicji; odwołuje się do klasycznych reguł prawa międzynarodowego odnośnie samoobrony i inicjacji działań wojennych; zauważa, że przy arbitralnym stanowisku Waszyngtonu, coraz więcej państw będzie sięgać po broń masowego rażenia jako ostateczny instrument odstraszania i osłony; zwraca uwagę na możliwość dalszej eskalacji wojny w Syrii w wyniku amerykańskiej „operacji punitywnej” skierowanej przeciwko rządom Baszara al-Assada i wspieraniu sunnickich rebeliantów. Również, wymienia Irak, Libię i Afganistan jako konkretne przykłady strategicznych klęsk Ameryki, gdzie zakładane początkowo cele, tj. demokratyczno-liberalna inżynieria społeczna i sprawne rządy, okazały się tragiczną farsą.

Biorąc pod uwagę, że większość Amerykanów, wg wszystkich dotychczasowych sondaży, zdecydowanie sprzeciwia się interwencji wojskowej w Syrii oraz fakt niespotykanego od dawna wzrostu anty-wojennych nastrojów w Kongresie, (na szczególną uwagę zasługują tutaj senator Rand Paul i kongresmen Justin Amash) powyższe uwagi prezydenta Rosji wydają się bardziej zgodne z nastrojami amerykańskiej opinii publicznej niż impertynenckie stanowisko Białego Domu.

W drugiej części tekstu, Putin neguje zasadność operowania pojęciem „amerykańskiej wyjątkowości” w kontekście rozważnego konstruowania strategii międzynarodowej. To, co swego czasu Henry Kissinger określił jako „granice uniwersalizmu”, czyli ograniczenia wynikające z nadawania amerykańskiej polityce zagranicznej nadzwyczajnych znamion możliwościowych, zostało jednoznacznie przez Putina odrzucone.

Ujmując rzecz krótko, ów paradygmat zakłada, że demokracja,wolność, moralny wymiar polityki – oto kategorie, wg których, Ameryka winna prowadzić swoją politykę zagraniczną, jako jedyny „uniwersalny naród” na świecie, wobec którego nie mają zastosowanie reguły klasycznej dyplomacji. Oczywiście, sprowadzenie całego spektrum zagadnień związanych ze skuteczną polityką zagraniczną do abstrakcyjnych haseł jest infantylnym uproszczeniem. Realistyczna polityka zagraniczna, w przeciwieństwie do „demokratycznego mesjanizmu”, wymaga percepcji świata takim jakim on jest, ze wszystkimi jego subtelnymi powiązaniami i skomplikowanymi procesami i nie łudzenia się, że wszystkie problemy mogą i muszą być rozwiązane za pośrednictwem asertywnego zaangażowania w świecie ze strony Waszyngtonu. Jak pisze Justin Raimondo „Mistyczna doktryna ‘amerykańskiej wyjątkowości’ od dawna juz dominuje nad konsensusem odnoszącym się do polityki zagranicznej w Waszyngtonie. Ma swoje ‘prawicowe’ i ‘lewicowe’ wersje. (…) Zaiste, upadek Związku Radzieckiego rozzuchwalił amerykańską klasę polityczną do uaktualnienia tejże ‘wyjątkowości’, która rzekomo daje nam boskie przyzwolenie bycia globalnym policjantem post-zimnowojennego świata w Bośni, Kosowie, Afganistanie, Iraku – i teraz w Syrii. Gdyby inny naród rościł sobie podobne uprawnienia, słusznie nazwano by to imperializmem. Ale ponoć właśnie o to chodzi: my jesteśmy ‘wyjątkiem’ od tej reguły.”

Zwracając uwagę na mankamenty zawarte w praktycznych próbach zastosowania tej ideologii, Putin odniósł sie w ten sposób do słów Obamy z ubiegłotygodniowego przemówienia do narodu w sprawie Syrii. Obama powiedział, że Ameryka ma moralny mandat podjęcia działań wojennych w Syrii, gdyż „ Ameryka jest inna. To jest to co sprawia, że jesteśmy wyjątkowi”. Putin napisał, że stręczycielskie odwoływanie się do „amerykańskiej wyjątkowości” jest niebezpieczne i może prowadzić do groźnych konsekwencji, topiąc zdrowy rozsądek i chłodną kalkulację w ideologicznym zacietrzewieniu. System międzynarodowy, niezależnie od róznych naturalnych animozji, nie może poprawnie funkcjonować, gdy polityka zagraniczna danego supermocarstwa jest swoistą mieszanką ideologicznych zachcianek i brutalnej gry o interesy – w tym wypadku niekoniecznie nawet chodzi o amerykańskie interesy, lecz pewnego dwuznacznego interesanta sasiadującego z Syrią. W przekazie Putina obecny jest duch nestora szkoły realizmu, Hansa Morgenthau’a, który pisał, że „Żadne partykularne wartości lub jednostkowy interes narodowy nie mogą pretendować do miana uniwersalnych.” Putin chce zwyczajnie ową regułę przekuć w czyn.

Apel Putina przychodzi w jak najbardziej odpowiednim czasie. Po politycznej farsie, jakim były zeznania Johna Kerry’iego przed senacką komisją spraw zagranicznych, w czasie których Kerry, aby udowodnić swoją komiczną tezę o świeckim charakterze syryjskich rebeliantów, odwoływał się do analiz niejakiej Elizabeth O’Bagy, 26-letniej pani „doktor”, której tytuł naukowy szybko okazał się fikcją i której afiliacje z lobbującą na rzecz syryjskich rebeliantów „Syrian Emergency Task Force” zostały równie szybko ujawnione[i]; po licznych głosach, pochodzących szczególnie z kręgów neokonserwatystów i naczelnej organizacji lobby izraelskiego, AIPAC, nawołujących do natychmiastowych bombardowań Syrii oraz które w swojej desperacji były w stanie nadać tytuł „eksperta” od Bliskiego Wschodu takim „mędrcom” jak Karl Rove; wreszcie, po wyraźnej klęsce politycznej pro-wojennej propagandy w Kongresie, okazuje się, że ostatnie zdanie, zamykające ten wstępny rozdział zmagań o Syrię, ma Władimir Putin.

Nie dziwi więc to, że np. b. doradczyni Reagana i Kissingera, Kathleen McFarland, nawołuje Obamę do przekazania Pokojowej Nagrody Nobla Putinowi, a amerykańska prasa od lewa do prawa przeżywa okres nowego, umiarkowanie pozytywnego zainteresowania prezydentem Rosji.

Oczywiście, pojawiły się też zarzuty, że Putin był w stanie w sposób cyniczny odwołać się do równości wobec Boga w końcowej części swojego artykułu i że jest to koronny dowód na moralną hipokryzję prezydenta Rosji. W zasadzie, Putin nie napisał nic co można byłoby uznać za dowód jego hipokryzji, lecz jest to raczej cenny wgląd w jego percepcję świata – świata dużych i małych narodów, biednych i bogatych państw, które dążą ku konceptualizacji odpowednich strategii zabezpieczających własne interesy, wpływy i bezpieczeństwo przy użyciu sprawdzwonych instrumentów i reguł gry dyplomatycznej.

Putin czynem i piórem zaprosił Amerykanów do swojego politycznego prosektorium i dokonał dwóch operacji za jednym cięciem – politycznie wmanewrował Amerykanów w konsekwentną realizację własnych, chwiejnych obietnic o rozbrojeniu Syrii, publicystycznie zaś odczarował ducha „amerykańskiej wyjątkości” jako marny substytut poważnej refleksji nad polityką międzynarodową.

Jakkolwiek by gra o Syrię się nie skończyła, na obecnym etapie, cytując pewnego publicystę, „Putin: 146 – Obama: 0”

-Michał Krupa

——————————————————————————–

[i] W grudniu 2012 r. O’Bagy sprzeciwiała sie desygnowaniu islamistycznej Dżabhat al-Nusry, walczącej przeciwko siłom Assada, przez Departament Stanu jako organizacji terrorystycznej. W kwietniu 2013 r. organizacja ogłosiła oficjalną deklarację lojalności wobec Al-Kaidy.

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *