Tylko piramidy są niezmienne

I nie chodzi o wywiezienie setki osób na osiem dni do pięciogwiazdkowego hotelu nad Morzem Czerwonym, ale o fakt, że skutkiem tej studyjnej wyprawy już stało się kilkanaście, a wkrótce zapewne kilkadziesiąt bardzo różnorodnych form dziennikarskich, dokumentujących sytuację nie tylko branży turystycznej, ale sytuacji społeczno-gospodarczej Egiptu pod koniec 2013 r.

Opatrzona twarz Mubaraka

Dwie fale tzw. rewolucji – jak lubią kolejne wystąpienia na placu Tahir nazywać sami Egipcjanie – dowodzą, że faktycznie wiele się musi zmienić, żeby niemal wszystko zostało po staremu. Pewnie, że do epoki Mubaraka wprost nie ma powrotu, co symbolizuje spalony i utrzymywany w stanie trwałej ruiny gmach władz byłej Partii Narodowo-Demokratycznej, straszący tuż przy Muzeum Kairskim. To memento, że stare nie wróci, a dokładniej – że dawne elity zrozumiały popełnione błędy, w tym zwłaszcza nadmierną alienację i zamknięcie na aspiracje bogacących się od dwóch dekad (a w każdym razie od ostatniego poważnego kryzysu w 1997 r.) grup społecznych. Wzrost siły ekonomicznej, któremu nie towarzyszy zwiększenie wpływów politycznych – jest od wieków czynnikiem na rzecz zmiany układu władzy, który w połączeniu z odpowiednio wyczutymi, inspirowanymi oraz wykorzystywanymi nastrojami masowego niezadowolenia, przy korzystnej atmosferze międzynarodowej – doprowadza do wymiany elit. Nadmiernie zużyta twarz Husniego Mubaraka sprawującego władzę nad Nilem od lat 80-tych przeszkadzała więc jego amerykańskim opiekunom, jak zwykle – klasie niższej średniej i biedocie ulegającym hasłom islamskim, a także samym współpracownikom słusznie uznającym, że nowe rozdanie pozwoli cały proces zachować pod kontrolą i zmaksymalizować zyski poszczególnych grup zainteresowanych wymianą.

Nowa trójca

Dzieje „pierwszej rewolucji” z 2011 są zresztą dobrze znane i opisane, także na naszych łamach, podobnie jak i czas rządów Muhammada Mursiego. Patrząc z egipskiej perspektywy, poznanej z szeregu rozmów podczas grudniowego wyjazdu – tak najnowsze wydarzenia, jak i ostatnie półwiecze historii Egiptu układają się w logiczny ciąg, w którym przeciętny mieszkaniec dostrzega i odczuwa przede wszystkim:

  • okres rozbudowanych programów socjalnych – w czasach Nasera

  • stopniowe odchodzenie od polityki pro-inwestycyjnej w czasach Sadata, przy jednoczesnych względnych ułatwieniach prowadzenia działalności własnej działalności gospodarczej, rozwój przedsiębiorczości egipskiej

  • postępujący neo-liberalizm Mubaraka, skutkujący dalszym zawężaniem i zamykaniem grupy czerpiącej korzyści z władzy i narastającym rozwarstwieniem dochodów społeczeństwa,

  • nadzieje związane z egalitarnym programem „islamdecji” z Partii Wolności i Solidarności,

  • zawód związany ze skupieniem się Bractwa Muzułmańskiego na kwestiach religijno-obyczajowych i zabezpieczaniu osobistej władzy prezydenta Mursiego, nie zaś na niwelowaniu nierówności społecznych,

  • ulgę związana z odsunięciem od władzy islamistów i opanowaniem sytuacji w kraju przez generała as-Sisiego.

Nieprzypadkowo jednej z najbardziej popularnych plakatów polityczych widoczny na ścianach egipskich domów, w restauracjach, a nawet na łodziach nilowych – to trójca łącząca nowe ze starym: Naser-Sadat-Sisi. Ze strony obecny władz to odwołanie się do heroicznych czasów panarabskiego, ale i egipskiego nacjonalizmu i ideologii państwowej, o jasnym profilu socjalnym. To rodzaj obietnicy, którą władze – w przyszłym roku stojące przed podwójnym egzaminem wyborczym, prezydenckim i parlamentarnym – muszą spełnić. Będzie to zaś tym trudniejsze, że i tak absurdalnie wysokie w stosunku do oficjalnych dochodów koszty życia w Egipcie mają w najbliższych miesiącach jeszcze wzrosnąć, przede wszystkim w związku ze skokowymi podwyżkami cen paliw (choć w Polsce zapowiadany wzrost ceny za litr benzyny z ok 50 gr do 1,5 zł zapewne nie odda należycie dramaturgii całej sytuacji).

Krokodyl egipskiej gospodarki – do roboty łapki krótkie, po profity taka paszcza

Z ok. 2-procentowym wzrostem gospodarczym, przeregulowaną gospodarką i niezmniejszającymi się dysproporcjami dochodowymi ludności Egipt nie jest w stanie zająć pozycji politycznej, do której predestynuje go potencjał demograficzny i położenie geograficzne. Jazda wybrzeżem Morza Czerwonego i widok przeładowanych promów wiozących tanią siłę roboczą do Arabii Saudyjskiej jasno pokazuje, że Egipt pozostajechorym człowiekiem” regionu i to w dużej mierze z własnej winy, nie wykorzystując swego unikalnego potencjału i możliwości. Rzucona pół żartem uwaga polskiego dziennikarza, że gdyby milion spośród czterech, które straciły zatrudnienie po załamaniu się ruchu turystycznego w roku 2011 skierować do robót publicznych, na początek choćby polegających na utylizacji odpadów, to w ciągu roku Egipt może dogoniłby Albanię, a za lat kilka – może nawet zbliżyłby się do mocno tu nielubianej i budzącej zazdrość Turcji.

Roczny ubytek dochodów z turystyki na poziomie ok. 1 miliarda dolarów jest dostrzegalny nie tylko w gospodarce jako całości, ale odnotowały go przede wszystkim gospodarstwa domowe Egipcjan, o czym mieliśmy okazję przekonać się osobiście. W tej sytuacji wzrosła rola transferów bezpośrednich ze strony emigracji zarobkowej Egipcjan, zwłaszcza w rejon Zatoki Perskiej. Nie można nie doceniać roli politycznej tego zjawiska, a rząd nie chcąc, by z petrodolarami docierała nad Nil ideologia wahabicka – tym usilniej musi zabiegać o ożywienie gospodarcze. Jak widać na przykładzie naszego wyjazdu studyjnego – na razie ima się metod najprostszych, serwując za pośrednictwem dziennikarzy prostą propagandę „jest jak dawniej – wracajcie”. Tymczasem nawet sami Egipcjanie zaangażowani w obsługę ruchu turystycznego rozumieją, że tak samo jak dawniej – już być nie może, bo w lukę powstałą wskutek ucieczki ze zrewoltowanego Egiptu już skutecznie weszły inne rynki, jak wcześniej spacyfikowana Tunezja, Maroko, ale zwłaszcza Daleki Wschód, uchodzący zwłaszcza w zachodniej Europie za bezpieczniejszy (niekoniecznie zresztą zgodnie z prawdą). Jest to zresztą mechanizm znany – chodzi nie tylko o zużywanie się atrakcyjności krajów „zbyt popularnych” turystycznie, ale także o przesuwanie się stref – turyści z Zachodu odruchowo odsuwają się od napływających na ich miejsce Polaków, ci od Rosjan i tak ruch po globusie trwa.

Turystyka jako pochodna polityki

Wg danych przedstawionych na spotkaniu z ministrem turystyki Mohammedem Hiszam Abbasem (swoją drogą jak to brzmi w Egipcie – minister turystyki! Ważniejszy jest chyba tylko minister zasobów wodnych! A kto w Polsce pamięta, że turystykę doklejono jako nieistotny szczegół do nieszczęsnego resortu sportu…) w 2013 nad Nil i Morze Czerwone przybyło ok. 2 mln Rosjan, 1 mln Brytyjczyków, 800 tys. Włochów, 600 tys. Niemców i zaledwie 250 tys. Polaków. Zaledwie – bo przed rewolucją było nas w Egipcie 600 tysięcy z tendencją rosnącą, stąd opowieści o wczasach dla bogaczy, jakie serwował wyborcom Jarosław Kaczyński budziły szczere rozbawienie. Rosjan jest więc w Hurghadzie, Szarm el-Szejk, a zwłaszcza w Makadi i Marsa Alam coraz więcej, co nie wynika bynajmniej z większej odporności naszych słowiańskich pobratymców na przekazy medialne o grozie rewolucji i terroryzmu. Rosjanie dotarli nad Nil także kierując się wskazówkami politycznymi, a więc zielonym światłem w stosunkach egipsko-rosyjskich zapalonym w wyniku uzgodnień Sisi-Putin. Dosłownie tuż przed naszym wyjazdem do Egiptu, w połowie listopada 2013 r. w Kairze gościł minister obrony Federacji Siergiej Szojgu zapowiadając szerszą kooperację obu państw na gruncie obronności i zbrojeń. Rosjanie czują więc, że jadą do kraju zaprzyjaźnionego, a zatem opierają się o odczucie, które Zachód utracił podczas krótkich rządów islamistów. Nieprzypadkowo też poza swoimi głównymi ośrodkami – nie są oni przez Egipcjan wspominani najlepiej tym bardziej, że z kolei w kręgach bardziej radykalnych szkół religijnych wspieranych hojnie z terytorium Saudów – Mursi i jego PWiS to mięczacy i kolaboranci, którzy własną uległością wobec Zachodu i poprzedniej ekipy zasłużyli na swoją klęskę.

Rosyjski (a także ukraiński oraz – co Polaków wciąż nie wiedzieć czemu dziwi białoruski) turysta to jednak w Egipcie klient nie nadzwyczajnie lubiany, mający bowiem wszystkie cechy przypisywane dotąd naszym rodakom zagranicą. O ile bowiem Polak jednak po prostu musi mieć sweet-focię z całuskiem na czole sfinksa, kawałek „papirusa” z bananowca i alabaster z chińskiego plastiku, dzięki którym cały ten przemysł jakoś się kręci a kręcący się koło turystów Egipcjanie mają swój bakszysz – o tyle Rosjanin nie po to płaci za all inclusive, że by się ruszać zza baru na hotelowej plaży. Egipcjanie wołają więc Polaków, Niemców, Amerykanów – których w międzyczasie przyciągnęły Wietnam i Kambodża, a także Azjatów i mieszkańców innych krajów arabskich – do których trafił np. ściśle ukierunkowany marketing turystyczny Malezji.

Piramidy są niezmienne, ale…

Co światlejsi jednak rozumieją, że po pierwsze – tandetą długo się nie pociągnie, a bez ucywilizowania rynku, np. urealnienia gwiazdek hotelowych, nie da się osiągnąć przywrócenia, a zwłaszcza utrzymania poziomu przychodów z turystyki. Od lat wakacyjne fora pełne są informacji które pięć gwiazdek jest prawdziwe, a które nie, czy autentyczny lux poznaje się po darmowych ciemnych orzeszkach do piwa i jaki wpływ na komfort pobytu ma precyzja położenia fug (przez miejscowych, czy zagranicznych fachowców). I nie chodzi nawet o powstrzymanie nienasycenia przypominających Cyganów beduinów, ani ukrócenie gipsowo-plastikowego kiczu, bo i na te zjawiska byli i są z pewnością amatorzy. Uporządkowaniu musi natomiast ulec sam system obsługi turystów, który wciąż miast sugerowanej uroczej dezynwoltury – bliższy jest chorobliwemu chaosowi i amatorszczyźnie. W Dolinie Królów nie muszą jeździć schody ruchome, ale wystarczy, jeśli hotelowe bankomaty nie będą miały okradających turystów skanerów.

Oczywiście jest to też wyzwanie nie tylko dla Egipcjan, ale i dla polskiej branży turystycznej. Ta wciąż obarczana jest grzechami, które wytykają nam… Egipcjanie – czyli schematem „założyć firmę – polatać – zbudować siatkę – przeinwestować – zwinąć się – wziąć odszkodowanie – zacząć od nowa”. Wobec zachodnich gigantów nasze firmy są za słabe, na klientach masowych wciąż więc oszczędzają, wracają zaś na rynki dla Zachodu ryzykowne nie z odwagi, ale z konieczności. W przypadku Egiptu – to decyzja jak najbardziej słuszna, ryzyko jest bowiem praktycznie zerowe – oczywiście jeśli mówimy o tym związanym z bezpieczeństwem. To biznesowe zależy natomiast od poważnego traktowania klientów i tworzenia zaplecza finansowego branży, choćby przez maksymalną dywersyfikację ofert. Z kolei w przypadku polskich oddziałów zagranicznych potentatów, to wystarczy wybrać się choćby do Tunezji, czy przed paru laty właśnie do Egiptu, żeby zauważyć, że w porównaniu z Niemcem w takim Neckermannie na takim samym wyjeździe Polak pozostaje klientem drugiej kategorii. I z tego również warto wyciągać wnioski – również planując urlopy.

Nie przeszkadzać turystom!

Wracając jednak do kluczowej dla idei całego wyjazdu kwestii „czy jest bezpiecznie?” – to rzecz jasna, że jest. I nie chodzi nawet o to, że przy takich ilościach wojska i policji, nie tylko turystycznej trudno, żeby nie było. Po obaleniu Mubaraka nieco zbyt demonstracyjnie zabezpieczano kurorty turystyczne nie rozumiejąc, że widok uzbrojonych patroli i ciężkiego sprzętu raczej wywoła wrażenie, że „coś się dzieje”, niż uspokoi turystów. Dość wspomnieć, że kiedy w 2011 r. polskie media już szalały z obrazkami z Tahir, a MSZ zachowywał godną podziwu wstrzemięźliwość – nasi znajomi i bliscy wypoczywający w Szarm-el w ogóle nie wiedzieli czemu tyle osób wydzwania do nich z jakimiś alarmami. Wyciągnąwszy wnioski z tej lekcji – obecne władze kurortami opiekują się dyskretniej, acz dokładnie. Paradoksalnie zresztą – bezpieczeństwo turystów będzie w Egipcie rosło wraz z ich coraz bardziej masowymi przyjazdami, działa tu bowiem prawo rynku – jeśli przybyszów jest mało, bardziej opłacalne okazuje się maksymalizowanie zysku z jednostki np. drogą porwania i wysokiego okupu. Gdy przyjezdnych liczy się milionami – jest się czym dzielić w skali całego społeczeństwa i okup można rozłożyć na raty krzycząc „one dollar!” na targowiskach…

W przypadku wyjazdów do Kairu jednak te same władze egipskie popadają w zabawną niekonsekwencję, z jednej strony bowiem zapewniano nas o spokoju w stolicy, z drugiej zaś z całych sił odwodzono od pomysłu odwiedzenia jej, a wręcz nawet utrudniano wyjazd. To, że kilkanaście osób (w tym i niżej podpisany) uznało, że pisanie o „bezpiecznym Kairze” z plaży w Hurghadzie jest kompletnie bez sensu i niepoważne – dało ten pozytywny efekt, iż faktycznie pacyfikację Kairu sprawdziliśmy na własnej skórze, włącznie z pozyskaniem od dumnych z swej innowacyjności Egipcjan informacji, że manifestacje opozycji odbywają się, a jakże, na placu Tahir, ale po 14, żeby nie przeszkadzać wcześniej turystom. A że przy okazji wizyty w stolicy Egiptu udało się odbyć i inne, potencjalnie ważne i ciekawe dla sympatyków ECAG rozmowy – być może z ich efektami będzie można czytelników Geopolityka.org i Konserwatyzm.pl zapoznać już w przyszłym roku.

Egipt od tysiącleci zmienia się, żeby pozostać niezmiennym. Wydarzenia ostatnich dwóch lat wydają się wkomponowywać w ten sam proces. A jednak – Egipt musi się zmienić. Musi wejść na drogę reform społeczno-gospodarczych i to w kierunku przeciwnym, niż ten zafundowany pod koniec rządów Mubaraka pod dyktando szkoły IMF. Musi odnaleźć swoje miejsce geopolityczne w świecie, bowiem anachroniczne trzymanie się realiów Camp David, cechujące ostatnie trzy dekady nad Nilem nie ma już żadnego sensu, a pomysł islamski nie jest w istocie żadnym wyborem. Egipt musi wreszcie odnaleźć własną politykę surowcową – od ropy po wodę, rolno-przemysłową oraz właśnie usługowo-turystyczną. Branża będąca dotąd przechowalnią ukrytego bezrobocia – może rzeczywiście dawać dochody milionom i napędzać gospodarkę narodową. Ale musi się zmienić, być może także pośrednio rękoma polskich turystów, którzy już szykują się do powrotu nad Nil i Morze Czerwone.

Konrad Rękas

Zapraszam też na Geopolityka.org

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *