Ubeckie akta o NSZ jednak niewiarygodne?

Zwolennicy lustracji wywodzący się z kręgu IPN przekonują nas od lat, że aktom UB/SB trzeba wierzyć, bo przecież sami siebie by nie oszukiwali. Takie opinie słyszymy bardzo często, kiedy tylko poszkodowani zgłaszają protesty wobec IPN-owskich wyroków, kwestionując wiarygodność wielu dokumentów znajdujących się obecnie pod kontrolą IPN.

Jest tak prawie zawsze, kiedy wybucha jakaś burza medialna. Tak było m.in. w przypadku abpa Stanisław Wielgusa, który – przypomnijmy to jeszcze raz – był „lustrowany” całkowicie bezprawnie (lustracji duchownych nie przewidują żadne przepisy) i w dodatku z udziałem państwowych instytucji (IPN, Kancelaria Prezydenta RP)!

Ale, jak się okazuje, ci sami historycy mogą mieć zupełnie inne zdanie, zadanie o 180 stopni inne niż głoszą na co dzień. Oto mamy przypadek kliniczny. Mirosław Piotrowski, historyk KUL, eurodeputowany, pisze książkę „Narodowe Siły Zbrojne na Lubelszczyźnie 1944-1947”. Temat typowo „IPN-owski”. I nagle staje się obiektem ataku ze strony innych historyków, zarzucających mu nierzetelność i braki w metodologii. Pierwsza bardzo krytyczna recenzja najpierw krąży w gronie zainteresowanych, a Piotrowski grozi autorowi sądem.

W efekcie autor recenzji nie publikuje, ale sprawę ma założoną. Wybucha skandal – większość świata naukowego jest oburzona postępowaniem Piotrowskiego. Na pewno słusznie, no bo do czego to dochodzi, żeby sądy musiały rozstrzygać, kto ma rację w sporze czysto historycznym. Pan profesor Piotrowski, sam lustrator i zwolennik czarno-białej wizji historii, pogromca „komuny” i PRL-u, wszędzie widzący agentów SB – nagle staje się obiektem ataku ze strony swoich kolegów z tej samej szkoły.

O co w tym wszystkim chodzi? Zarzuty pod adresem Piotrowskiego formułuje ostatnio dr Marcin Zaborski z Katedry Historii Państwa i Prawa KUL, zajmujący się Polskim Państwem Podziemnym oraz prawem i ustrojem Polski w latach 1944-1989 ze szczególnym uwzględnieniem wymiaru sprawiedliwości.

Recenzja książki Mirosława Piotrowskiego ukazała się w ostatnim numerze kwartalnika „Studia Historyczne KUL”. Publikację te omawia „Gazeta Wyborcza”. Cytuję: „Zaborski, również autor prac naukowych dotyczących podziemia niepodległościowego, zarzuca Piotrowskiemu „poważne i liczne błędy rzeczowe” i wymienia je.

Zwraca też uwagę, że eurodeputowany opisał szereg akcji zbrojnych, w których udział „podobno” miały brać oddziały NSZ „na podstawie niemal wyłącznie akt UB”, co niesie poważne ryzyko błędu. Stwierdza: „Podejście autora do owych „akt byłej bezpieki” jest w istocie bezkrytyczne. Mirosław Piotrowski nie poddaje tych akt weryfikacji ani w oparciu o dostępne opracowania naukowe, ani w oparciu o relacje osób, których owe akta dotyczą, ani w oparciu o dokumenty wytworzone w NSZ ani nawet w oparciu o inne dokumenty byłej bezpieki”.

No i proszę, zawracam uwagę na zdanie: „Podejście autora do owych „akt byłej bezpieki” jest w istocie bezkrytyczne”. A jakie powinno być? Oczywiście krytyczne, weryfikowane przez inne źródła i relacje zainteresowanych. Tak jest, można się z tym zgodzić, tylko stawiam jedno pytanie – dlaczego w innych przypadkach, dotyczących ludzi lustrowanych oraz opisywania najnowszych dziejów Polski, nie odnoszących się do podziemia zbrojnego – tej zasady panowie z IPN nie stosują?

I dlaczego akurat w tym przypadku, po wydaniu książki o NSZ na Lubelszczyźnie – nagle okazało się, że trzeba stosować surowe rygory metodologiczne. Odpowiedź jest prosta – książka Piotrowskiego rysuje obraz NSZ po 1945 w niezbyt jasnych barwach.

Autor dla przykładu odrzuca popularny w niektórych kręgach historyków pogląd, że wystrzelanie ukraińskiej wsi Wierzchowiny (lato 1945 r.) nie było dziełem NSZ, tylko tzw. oddziałów pozorowanych (przebranych żołnierzy KBW). Piotrowski stwierdza, że w świetle dostępnych źródeł teza ta jest wymysłem. Ale to nie wszystko – z jego książki wyłania się obraz raczej smutny i przygnębiający, obraz postępującej demoralizacji i braku hamulców, czego namacalnym dowodem było zachowanie oddziałów, które dokonały rzezi wsi Wierzchowiny.

Z tak krytykowanego słownika biograficznego możemy się dowiedzieć, że ogromna część członków NSZ skorzystała z amnestii i ujawniła się. Także zamieszczone zestawienie akcji dokonywanych przez NSZ wskazuje, że połowa to były ataki o charakterze rabunkowym (na banki, spółdzielnie, sklepy, mleczarnie, czy na osoby prywatne).

Wydaje mi się, że to jest właśnie przyczyna ataku na tę książkę.
Na pewno zarzuty stawiane autorowi są w większości słuszne, jednak pytanie brzmi – czy to uzasadnia postawienie tezy, że cała książka jest niewiarygodna? Bardzo wątpię, nie wątpię jednak, że taki jest cel atakujących, którzy uznali, że książka zawiera niebezpieczne tezy. Trzeba książkę zdyskredytować uderzając w słaby punkt – w wiarygodność materiałów UB.

Na koniec uwaga – nie jestem fanem Piotrowskiego, jego filozofia widzenia historii Polski po 1945 roku jest mi obca. Jednak praca o NSZ na Lubelszczyźnie wydaje mi się warta odnotowania, bo jest jednak pewnym wyjątkiem w całym morzu agitek. Nie wiem jaka jest tego przyczyna, ale to nie jest ważne. Nie możemy się też kierować w tym przypadku taką zasadą – nie można pisać źle o naszych. To drogą donikąd, na co jest wiele przykładów.

Obóz narodowy, reprezentowany w tym czasie (1945-1947) przez Stronnictwo Narodowe nie akceptował i nie zezwalał na te formy działalności przeciwko nowej władzy, jaką stosowały oddziały NSZ i NZW. Nad oddziałami tymi praktycznie nikt nie miał kontroli, a ich działalność szła na konto obozu narodowego, co skrzętnie wykorzystywali komuniści, którym ta działalność była na rękę. Prawda trudna do przyjęcia? Może, ale ileż to razy ci sami autorzy powtarzają – tylko prawda jest najciekawsza?

Jan Engelgard

[aw]
Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.