Ukraina między Uniami

Ultimatum UE

Najbliższe dni i tygodnie przyniosą wzrost zaangażowania tak rządu, jak i prezydenta w politykę zagraniczną. Już w swoim wystąpieniu przekazanym nowej Radzie Najwyższej – Janukowycz zapewnił o wadze, jaką przykłada zwłaszcza do sfinalizowania rozmów z Unią Europejską o stowarzyszeniu. Jeszcze niedawno Komisja Europejska odkładała podpisanie układu w tej sprawie na okres co najmniej kilku-kilkunastu miesięcy, a de facto na święty nigdy, bowiem w dodatku uzależniano je od spełnienia szeregu warunków wstępnych, tyleż mało realnych, co ogólnych i ideologicznych. Chodzić ma o zapewnienie zgodności wyborów z międzynarodowymi standardami, odejście od zjawiska określonego jako „selektywna sprawiedliwość”, wdrożenie reform systemowych prawa wyborczego, sądownictwa szeregu kwestii ustrojowych, wreszcie aktywniejsza walka z korupcją oraz „reforma finansów publicznych”, czyli zapewne większe dostosowanie się do związanej ze stowarzyszeniem ekspansji ekonomicznej Unii. Jak łatwo zauważyć – takie sformułowanie warunków to nie tylko ultimatum Brukseli wobec Kijowa, ale także doskonały pretekst, by w nieskończoność trzymać Ukrainę w przedpokoju negocjacyjnym, choć przecież dotychczasowe doświadczenia z układami stowarzyszeniowymi (np. z Polską) wskazują, iż ustanawiają one relacje jednostronnie korzystne dla Wspólnoty, czyniąc z zainteresowanego kraju łatwy rynek zbytu. Nie jest też tajemnicą, że właśnie w tej roli Komisja Europejska widzi też Ukrainę. Stawiając wymogi trudne do spełnienia (bo jak np. zmieniać standardy wyborcze, skoro elekcja już się odbyła a do najbliższej, prezydenckiej, pozostały jeszcze prawie 3 lata?) Unia stawia Ukrainę na pozycji petenta, co pozwoli na dalsze piętrzenie trudności i zmiękczanie ukraińskich negocjatorów, dla których „europejski wybór” dyplomatyczny wciąż oznacza przede wszystkim deklarację ideologiczną.

Nagle jednak w kontaktach Brukseli z Kijowem coś drgnęło. Najpierw w ubiegłym tygodniu prezydent Janukowycz na spotkaniu z przedstawicielami dyplomatycznymi zadeklarował przyspieszenie w rozmowach z Unią. Następnie zaś służba prasowa prezydenta poinformowała o jego telefonicznej rozmowie z Jose Manuelem Barroso, zapowiadając zarazem szczyt Ukraina-UE już na 25 lutego 2013 r. Janukowycz niedwuznacznie zasugerował, że już podczas niego może dojść do sfinalizowania rozmów na temat stowarzyszenia.

Karta rosyjska

Oczywiście jednak nie w deklaracjach sprawa – ale w umiejętnym lawirowaniu przez administrację Janukowycza. Prezydentowi zależało bowiem na czytelnym sygnale prozachodnim w sytuacji, gdy 18 grudnia miał udać się do Moskwy na rozmowy z Władymirem Putinem w sprawie zacieśnienia współpracy Ukrainy z Unią Celną Białorusi, Kazachstanu i Rosji oraz dostosowania naddnieprzańskiej gospodarki do standardów UC. Oficjalnie dążenie do UE i UC są ze sobą w sprzeczności, jednak Ukraina nie bardzo ma wyjście – Janukowycz zapewne będzie też rozmawiać o obniżce cen gazu z Rosji. To konieczność, bo gospodarka ukraińska odnotowuje pogłębiający się deficyt i kryzys systemu emerytalnego. Prezydent Janukowycz stara się więc czynić wrażenie, że można naraz patrzeć i na Wschód, i na Zachód, a Moskwą wręcz szachować Brukselę – i odwrotnie. Gdy strona rosyjska zbyt wyraźnie ucieszyła się z „wpadnięcia Ukrainy” w jej ramiona – szczwany przywódca w ostatniej chwili wstrzymał swój wyjazd.

W podobne tony uderza też jednak nowy/stary premier Mykoła Azarow, który swą ponownie powierzoną misję rozpoczął od deklaracji: „nasz kraj jest pomiędzy tymi dwoma podmiotami [UE i UC] i musimy znaleźć możliwości współpracy zarówno z jednym jak i z drugim”. W slangu politycznym nad Dnieprem taki balans dyplomatyczny nazywa się „pragmatyczną, ukrainocentryczną polityką zagraniczną”. W praktyce ma to jednak sprowadzać się przede wszystkim do zacieśniania więzi z gospodarką postsowiecką, nie tylko ze względu na dostawy energii, ale także fakt, że rynki rosyjski, białoruski i kazachski pozostają jedynym możliwym kierunkiem eksportu ukraińskiego rolnictwa i produkcji przemysłowej. Co więcej, doświadczenia krajów środkowoeuropejskich pokazują, że efektywniejsza jest także współpraca technologiczna, naukowa i innowacyjna organizmów podobnych, opartych o kompatybilne know-how, a nie jednostronne otwarcie na drenaż intelektualny z ośrodków zupełnie obcych i konkurencyjnych.

Bruksela się kończy

Co ważne, politykę Janukowycza w tym zakresie popierają w pewnym zakresie nawet ośrodki sceptyczne wobec raczej zachowawczej dotąd międzynarodowo linii władz w Kijowie. Jak podkreślił choćby lider „Ukraińskiego Wyboru” (skupiającego twardych zwolenników federalizacji), a niegdyś jeden z przywódców „klanu kijowskiego”, Wiktor Medwedczuk – rola struktur unijnych będzie powoli malała, a rosnąć – pozycja „tradycyjnych” centrów gospodarczych Europy, jak Paryż, czy Berlin. Kijów winien więc dalej lawirować, ale i budować własną pozycję w oparciu o coraz bliższe kontakty ze Wschodem.

Ze stawki w grze o Ukrainę zdają sobie sprawę także eurokraci, na co wskazuje rezolucja Parlamentu Europejskiego, przyjęta na wniosek Europejskiej Partii Ludowej wzywająca do szybkiej finalizacji umowy stowarzyszeniowej. Charakterystyczne jednak, że chadeccy deputowani z Polski (z PO i PSL, na czele z Pawłem Zalewskim, uchodzącym z bliżej nieznanych przyczyn za eksperta w sprawach ukraińskich), którzy wspólnie z CDU przeforsowali deklarację – jednocześnie wstrzymali się od głosu przy poprawce potępiającej szowinistyczne ekscesy neo-banderowskiej SWOBODY. Jak rozbrajająco przyznał poseł PO – wprawdzie działania dziarskich chłopców Tiahyboka trzeba monitorować, ale przecież właśnie SWOBODA ma w swym programie zdecydowane żądanie wcielenia Ukrainy do UE…

Na szczęście jednak oprócz takich fałszywych przyjaciół – Ukraina ma w Polsce także środowiska autentycznie życzliwe, których nie może nie cieszyć pro-wschodni manewr prezydenta Janukowycza nawet, jeśli jest on tylko zwrotem taktycznym (jak widać z przełożenia wizyty – wciąż zresztą niepełnym i niekonsekwentnym). Kurs pro-unijny (podobnie jak i zarzucony na razie flirt z atlantyzmem) oznaczałby wzmocnienie neo-banderowców, choć z drugiej strony mógłby przyspieszyć dekompozycję państwowości ukraińskiej. Oczywiście zresztą – wiecznie na dwóch stołkach siedzieć nie można, a ewentualne zawarcie w końcu układu stowarzyszeniowego – może mieć dla ukraińskiej gospodarki skutki równie tragiczne, jak niegdyś dla polskiej. Jak jednak trafnie zauważa szereg ukraińskich analityków (jak choćby Konstanty Bondarenko, czy Aleksander Suszko) – sytuacja UE jest dynamiczna, los Unii niepewny, a ustalenia i kontakty wypracowane między Kijowem i Moskwą – powinny okazać się znacznie trwalsze.

We właściwy sobie sposób rozmowy Janukowycz – Putin skomentował już jeden z liderów rosyjskiej zapadnickiej opozycji, Borys Niemcow, oskarżając prezydenta Ukrainy, że… upodabnia się do swego rosyjskiego odpowiednika. Trzeba przyznać, że dla Ukrainy to zupełnie optymistyczna perspektywa…

Istotniejsza jednak jest lekcja, jaka z sytuacji Ukrainy wynika dla Polski. Oto bowiem kijowska dyplomacja, bynajmniej nie uchodząca dotąd za szczególnie sprawną i oryginalną – rozgrywa podstawowy wist, jaki w swoim czasie powinien był być udziałem i naszego MSZ. To Kijów, a nie Warszawa prezentuje się jako stolica w pół drogi między Wschodem i Zachodem, przy czym na ten drugi patrzy już w dużej mierze w kategoriach post-unijnych, a więc takich, jakie zapewne będą dominować w kolejnych dekadach. Tymczasem znajdując się przed 21 laty w analogicznej sytuacji władze Polski wyparły się wszelkich związków z rynkami wschodnimi, oddając się jednostronnie w pacht Wspólnotom Europejskim, które w przeciągu kilku lat zamienił nas w kraj pół-kolonialny1. Również nad Dnieprem, gdzie od ponad dekady obowiązuje unijna nowomowa – ślepy pęd do UE wydawał się do niedawna niepowstrzymany. Tymczasem tak dzisiejsza wizyta moskiewska Janukowycza, jak i cały proces reorientacji dyplomatycznej i gospodarczej Ukrainy może odbywać się bardziej elastycznie i ze zrównoważeniem warunków współpracy wielostronnej z różnymi strategicznymi partnerami. Nawet więc ci, którzy do dziś nie rozumieją wagi stosunków Polski z państwami Unii Celnej – winni uczyć się od Ukraińców.

Konrad Rękas

1Tak później żenująco swój udział w zawarciu tzw. Układu Europejskiego z 16 grudnia 1991 r. opisywał ówczesny premier, Jan Olszewski: „Dwukrotnie w tej debacie przywołano moje nazwisko. Za tę pamięć o moich zasługach na polskiej drodze do Unii jestem niezmiernie wdzięczny, ale byłoby nieprzyzwoitością z mojej strony, gdybym dopuścił do tego, aby przez wyolbrzymienie mojej roli pomniejszono albo zatarto zasługi rzeczywistych autorów i negocjatorów układu stowarzyszeniowego. Muszę zatem przypomnieć, w jakich warunkach w okresie, kiedy byłem premierem, ten układ został podpisany. Nastąpiło to nieomal nazajutrz po powierzeniu mi przez Sejm misji tworzenia rządu. Sprawami kraju kierował wtedy jeszcze gabinet premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, w poprzednim składzie, kierowany przez ówczesnego wicepremiera, zresztą dzisiejszego również, pana Leszka Balcerowicza, który ten układ z EWG negocjował i podpisał. Mój udział polegał na tym, że się temu nie sprzeciwiłem i podpisanie układu aprobowałem. A uczyniłem tak dlatego, iż nie mając możliwości dokładnego zapoznania się z tekstem układu przyjąłem z najlepszą wiarą zapewnienia, iż jest to układ nie tyle symetryczny, jak twierdził pan poseł Jaskiernia, lecz asymetryczny, na naszą korzyść, pozwalający w krótkim czasie zmniejszyć różnice poziomów ekonomicznego rozwoju między nami a krajami wówczas jeszcze Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej”. – źródło: http://orka2.sejm.gov.pl/Debata3.nsf/main/773E21D4

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.