W obronie mniejszości narodowych

Wybrany w maju br. prezydentem Andrzej Duda rozpoczął swoją kadencję bardzo kontrowersyjną decyzją o zawetowaniu nowelizacji z 25 września br. Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym.

Nowela wprowadzała możliwość użycia języka mniejszościowego na prawach języka pomocniczego w organach samorządu terytorialnego II stopnia (powiatowych), podczas gdy w dotychczasowym brzmieniu stwarza taką możliwość jedynie wobec organów samorządu terytorialnego I stopnia (gminnych). Dzięki noweli członkowie mniejszości mieliby prawo zwracania się do organów samorządu powiatowego w swoich rodzimych językach pisemnie lub ustnie i do otrzymywania w tych językach odpowiedzi i zaświadczeń pisemnie lub ustnie. Jak zauważył w swoim wpisie na Facebooku z 27. października Łukasz Kobeszko, dotyczyłoby to dwóch powiatów na Kaszubach oraz jednego powiatu gdzie rangę języka pomocniczego zyskałby język litewski i jednego, gdzie taki status otrzymałby język białoruski.

Powtarzany zatem w internetowych dyskusjach przez zwolenników decyzji prezydenta argument że weto miałoby jakoby przeciwdziałać „odradzaniu się żywiołu niemieckiego na Opolszczyźnie” ma się nijak do rzeczywistości i jest wyrazem fobii i resentymentów popularnych w społeczeństwie polskim. Dość przykre ale i znaczące jest natomiast, że sprawą nie zainteresowało się żadne w zasadzie środowisko polityczne poza samymi mniejszościami narodowymi, przez facebookowe profile których przetoczyło się na ten temat kilka dyskusji. Milczała popularna ostatnio partia lewicy liberalnej („starbucksowej”), chociaż wcześniej przetłumaczyła nawet swoje odezwy wyborcze na ukraiński i białoruski. Milczała też mniej znana partia lewicy antyliberalnej, która zdolna jest chyba tylko do obrony sowieckich pomników i rosyjskich motocyklistów, nie potrafi jednak ustosunkować się do innych niż gospodarcze wewnętrznych problemów swojej własnej wspólnoty politycznej. Milczały wreszcie środowiska „konserwatywno-liberalne”, znane skądinąd z zaangażowania w śląski ruch autonomistyczny.

Ja sam miałem napisać niniejszy komentarz już dużo wcześniej, będąc jednak w kilkudniowej podróży rowerowej między innymi przez tereny zasiedlone przez mniejszości wschodniosłowiańskie, nie znalazłem na to czasu. By jednak na jakiś temat napisać, trzeba go najpierw przynajmniej pobieżnie poznać – ot, wspomnijmy warty dziś ponownego przeczytania zbiór „kresowych” reportaży Józefa Mackiewicza „Bunt Rojstów”. Kwestia weta prezydenckiego zasługuje zatem na odniesienie się do niego choćby w kilku akapitach, ponieważ dotyka zagadnienia tożsamości i modelu państwa, które zawsze istotne były dla środowisk konserwatywnych.

Przypomnijmy bowiem w tym miejscu, że państwo organiczne było kompozycją wyodrębnionych historycznie regionów i ponadetniczną wspólnotą polityczną spajaną przez ideę uosabianą w panującej dynastii monarszej. Dynastia mobilizowała poparcie ziem i rozmaitych korporacji gwarantując im prawa i przywileje. Nawet zatem w przypadku dezintegracji centrum politycznego, regiony i etnosy peryferyjne, broniąc swych praw i przywilejów, pozostawały bazą dla kontrrewolucji. I tak karlizm był nawarryjski, kontrrewolucja w Peru i w Nowej Granadzie miała za podstawę społeczną peryferyjne etnosy indiańskie i murzyńskie, legitymizm burboński w Italii był neapolitański, jakobityzm operował ze Szkocji, szuanie i wandejczycy wzniecali swe powstania w Bretanii i na terenach nadmorskich.

W wyłonionym w wyniku rewolucji nowoczesnym państwie narodowym depozytariuszem idei spajającej wspólnotę polityczną i zarazem kolektywnym suwerenem stał się naród. By zatem nowoczesne państwo narodowe było decyzyjne i spójne, ów kolektywny podmiot władzy powinien mówić jednym głosem, wyrażając wspólną wszystkim jego członkom jedną myśl. Dopóki podmiotem władzy jest jeden człowiek w osobie monarchy, problem wychowania ludu do bycia narodem nie istnieje. Gdy podmiotowość zostaje przeniesiona na lud mianowany narodem, trzeba ów lud ujednolicić. Głos narodowego suwerena nie może bowiem być (niekiedy wielojęzyczną) kakofonią mających przecież często rozbieżne interesy ziem i wspólnot.

PiS, z którego wywodzi się prezydent Duda, jest partią wyrastającą z nowoczesnej tradycji politycznej zapoczątkowanej rewolucją 1789 r. Mówili o tym wielokrotnie obydwaj bracia Kaczyńscy i tak też zapewne myśli prezydent Duda. Środowisko to jest zatem podatne na nacjonalistyczny populizm wyrażający się w dążeniu do stłamszenia i zagłuszenia rozmaitych osobliwości regionalnych i żyjących w granicach dzisiejszej Polski mniejszości etnicznych narodową „wolą powszechną” odzwierciedlającą dominujący nurt polskiej kultury i tradycji narodowej.

Na niepokojące precedensy w praktyce politycznej PiS zwrócił uwagę białoruski publicysta Jan Maksymiuk. Jego zdaniem białoruski ruch na Podlasiu w latach 2004-2006 został uziemiony przez działaczy związanych z tą partią, co zaowocowało jego późniejszą anemicznością i spadkiem liczby osób deklarujących narodowość białoruską w spisie powszechnym w 2011 r. Z oskarżenia prokuratora Andrzeja Ostapy z Biura Lustracyjnego białostockiego IPN na ławie oskarżonych pod zarzutem korupcji w tygodniku „Niwa” zasiadło wówczas dziesięciu czołowych działaczy białoruskich. Po upływie dwóch lat oskarżenia wobec nich oddalono, sygnał polityczny białoruscy aktywiście jednak zapamiętali. W 2006 r. ówczesny minister spraw wewnętrznych w rządzie PiS Ludwik Dorn wycofał dofinansowanie dla Białoruskiego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego i dla „Przeglądu Prawosławnego” – w tym ostatnim przypadku jako powód wskazując… wyznaniowy, nie narodowy charakter czasopisma (sic!).

Mamy zatem w polityce mniejszościowej PiS wyraźne dążenie do zredukowania fenomenu mniejszości do odświętnych festynów ludowych i amatorskich festiwali piosenki, czemu służyć ma manipulowanie dotacjami MSW na działalność mniejszościową, używanie także w innych obszarach w latach 2005-2007 prokuratury i służb specjalnych dla celów politycznych, wreszcie polityka historyczna nie zawsze licząca się z wrażliwością mniejszości i eksponująca postaci historyczne kontrowersyjne z ich punktu widzenia, podobnie jak z naszego punktu widzenia kontrowersyjne jest np. UPA.

Język tymczasem żywy jest dopóty, dopóki ma zastosowanie w życiu codziennym. Gdy pojawia się tylko w sferze prywatnej, w przestrzeni publicznej zaś jedynie na okoliczność folklorystycznych festynów – wówczas zanika środowisko, w którym mógłby się rozwijać. Cóż bowiem z tego, że pewien procent danej populacji będzie umiał nazwać w jej rodzimym języku dawno wyszłe z użycia narzędzia rolnicze lub od lat niepraktykowane czynności i zwyczaje? Język nie jest odświętną dekoracją, tylko systemem określającym strukturę myślenia, ważne jest zatem, czy jego użytkownicy mogą w nim opisać swoją codzienność.

Tworzeniem cepeliady politykę regionalną i mniejszościową symulowano w PRL. Jak wiadomo, to właśnie w okresie istnienia PRL tradycyjną jeszcze w znacznej mierze kulturę ludową (ale też np. tradycyjną kulturę szlachecką, tradycyjną kulturę mieszczańską) i osobliwości regionalne zniszczono, zastępując ją częściowo nawiązującą do kultury ludowej kulturą masową, czym przygotowano grunt pod dzisiejszą skomercjalizowaną globalistyczną popkulturę. Również w okresie PRL społeczeństwo zachowujące jeszcze cechy tradycyjne i zróżnicowanie regionalne i profesjonalne zniszczono, zastępując je zuniformizowaną narodową masą. W tym sensie rzeczywiście PZPR był programowym spadkobiercą endecji.

Andrzej Duda, jeszcze jako prezydent-elekt, wykonał przyjazny gest wobec społeczności prawosławnych chrześcijan w Polsce i odwiedził sanktuarium na Górze Grabarce w święto Przemienienia Pańskiego. Wydawało się wówczas, że może stać się ośrodkiem przewartościowania politycznego w środowisku PiS, które jako aspirujące do roli partii konserwatywnej, zaplecza politycznego powinno szukać w regionach i starać się pozyskać dla siebie etnosy peryferyjne.

Wobec pastiszowego charakteru liberalnej modernizacji, w polskiej polityce nabrać bowiem znaczenia powinien jeden z „klasycznych” podziałów socjopolitycznych na linii „centrum-peryferie”.

Forum Obywatelskiego Rozwoju uważane za zaplecze koncepcyjne PO wskazuje w swoich raportach, że kołem zamachowym modernizacji w Polsce powinno być pięć największych miast i zamieszkująca je „klasa średnia”. PO przyjęła zatem klasyczną liberalną koncepcję modernizacji centralistycznej i tak też ta modernizacja za jej rządów przebiegała – państwo „zwijało się” z prowincji, regiony zaś zamierały. W tej sytuacji, partia tożsamościowa powinna stać się rzecznikiem rozwoju zrównoważonego i interesów regionów. PiS taką partią jednak się najprawdopodobniej nie stanie, prezydenta Dudę zaś taka perspektywa chyba najzwyczajniej intelektualnie przerasta.

Wetując nowelę Ustawy o mniejszościach, prezydent uzasadniał swoją decyzję względami finansowymi. Jeśliby argumentacja ta była prawdziwa, jego kancelaria powinna przygotować nowy projekt noweli ustawy, który zmniejszałby koszty, gwarantował jednak mniejszościom prawo do posługiwania się swoimi językami na prawach języka pomocniczego w organach powiatowych. Jeśli podobna inicjatywa ze strony prezydenta nie wyjdzie, będzie to mocną przesłanką dla stwierdzenia, że za jego wetem nie stały żadne względy finansowe, lecz zwyczajna „jakobińska” nieufność wobec wewnętrznego zróżnicowania kraju i wspólnoty politycznej.

Środowiska konserwatywne stawia to w pozycji nieco podobnej do karlistów po zwycięstwie Franco w Hiszpanii; w obronie „fueros” będących wszak niezbywalnym elementem prawowitej władzy i porządku tradycyjnego, powinny krytykować rządzącą ekipę za jej nacjonalistyczne zapędy. Krytyka ta nie powinna nas prowadzić w kierunku doktrynerstwa i jałowego krytykowania dla samego krytykowania, nasze stanowisko powinno być jednak klarowne, wyraziste i stanowcze.

Państwo Polskie powinno dążyć do pozyskania dla siebie mniejszości etnicznych. Państwo Polskie musi być wspólnotą polityczną obejmującą wszystkie rodzime i zakorzenione na jego terytorium wspólnoty etniczne, regionalne, wyznaniowe i historyczne. Państwo Polskie musi być państwem wszystkich tych, dla których Polska jest ich ojczyzną.

Państwo Polskie powinno być państwem tożsamościowym na równi zabezpieczającym możliwości pielęgnowania swoich tożsamości przez polską większość etniczną i rodzime dla naszego kraju niepolskie mniejszości etniczne. Państwo Polskie powinno zatem stwarzać dogodne warunki dla pielęgnowania przez wszystkie rodzime dla niego wspólnoty etniczne, regionalne, wyznaniowe i historyczne ich tożsamości narodowościowych, językowych, kulturowych, regionalnych i historycznych. Tożsamości te są cechami przyrodzonymi ludzi, których określają, są więc wartością same w sobie.

Państwo Polskie powinno być państwem zregionalizowanym i samorządnym, uznającym prawo regionów i korporacji nieterytorialnych do decydowania o ich własnych kwestiach dla ich własnego dobra, w sposób niesprzeczny z nadrzędnym wobec nich dobrem całej polskiej wspólnoty politycznej i racją stanu Państwa Polskiego. Regiony mogłyby decydować o kwestiach takich jak kultura, oświata, język, środki masowego przekazu, prawo do osiedlania się, zagospodarowanie przestrzeni i kwestie gospodarki regionalnej etc. Polska musi być krajem zakorzenienia i małych ojczyzn.

Państwo Polskie powinno przeciwdziałać szerzonej wśród polskiego społeczeństwa przez rodzime i zagraniczne ośrodki neokonserwatywne germanofobii, rusofobii i islamofobii. Cierpią na tym nie tylko stosunki zewnętrzne Państwa Polskiego i jego pozycja oraz prestiż w Europie, ale również współzamieszkujące z nami w Polsce mniejszości etniczne, dla których Polska jest przecież taką samą ojczyzną jak dla nas – Polaków. Wystarczy wspomnieć na pomazanie tatarskiego meczetu w Kruszynianach w czerwcu 2014 r. czy odżywające niekiedy sugestie, jakoby mniejszość kaszubska miała być „V kolumną Berlina”, a mniejszość białoruska „V kolumną Moskwy”.

Państwo Polskie powinno również w ramach paradygmatu tożsamościowego energicznie zabiegać o dobro polskich społeczności zamieszkujących granice dzisiejszych Litwy, Białorusi i Ukrainy. Nie powinno jednak stosować przy tym zasady wzajemności i „mścić się” za ewentualne złe traktowanie społeczności polskich w tych państwach, źle traktując zamieszkujące w naszych granicach mniejszości narodów tytularnych owych państw. Odmawianie praw własnym obywatelom w odwecie za nieprzyjazną politykę państwa trzeciego wydaje się cokolwiek nielogiczne i sugeruje niemoc wobec rzeczonego państwa trzeciego, mianowicie niezdolność projektowania swej woli politycznej poza własne granice.

Wobec zaistniałej sytuacji konserwatyści powinni zatem stanąć po stronie „fueros” negowanych przez „jakobińskie” środowisko PiS. Konserwatyści zdać sobie muszą sprawę, że naturalnym celem ich dążeń jest państwo organiczne będące kompozycją regionów i korporacji. Środowiska, w interesie których leży ewolucja Państwa Polskiego od nowoczesnego państwa narodowego do państwa organicznego są zatem w sposób naturalny potencjalnym oparciem dla sił konserwatywnych. Etnosy peryferyjne i społeczności regionalne powinny natomiast uświadomić sobie, że siłą polityczną na poziomie centralnym zdolną zabezpieczyć im prawo do bycia sobą i do decydowania o własnych sprawach nie jest walcząca z religią, promująca aborcję i seksualnych dewiantów lewica, lecz mogłyby nią być środowiska konserwatywne.

Ronald Lasecki

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *