Rewolucja jest teologicznym wyrazem Antychrysta, a władza rewolucję zwalczająca zawsze ma charakter katechoniczny

Czym jest dla Pana konserwatyzm? Postawą polityczną, ideologią, rzeczywistością transcendentną…?

Z wymienionych w Pańskim pytaniu możliwości zdecydowanie odrzucam rozumienie konserwatyzmu jako ideologii, a to dlatego, że dosłownie wszystkie ideologie powstawały od XVII po XX stulecie – czyli od Johna Locke’a po Włodzimierza Lenina – w opozycji do świata tradycyjnego, którego podstawą była religia i obyczaj. Każda ideologia ex definitione jest przeto projektem antyreligijnym, para-religią, religią zsekularyzowaną, surogatem religii, etc. (w zależności od tego, jak to zjawisko nazwiemy).

Każda ideologia przedstawia holistyczny (kompletny) obraz rzeczywistości i właśnie dlatego siłą rzeczy musi wejść w egzystencjalny spór z tradycyjną religią, ponieważ zawierając pogląd kompletny na rzeczywistość nosi w sobie także twierdzenia moralne i definiuje cele ludzkiej egzystencji w tym świecie. Religia czyni to samo. Z tego powodu, konserwatyzm może co najwyżej być, i jest, doktryną, czyli niepełną wizją świata. Niepełną, ponieważ np. pojęcia moralne nadaje tej doktrynie katolicyzm rzymski, rzadziej inne konfesje. Nie zawaham się powiedzieć, że konserwatyzm to uzupełnienie tradycyjnego katolicyzmu w kwestiach politycznych i społecznych, gdzie nauka Kościoła wizji takiej szczegółowej nie przedstawia, co najwyżej charakteryzując jej podstawy etyczne i rzucając hasłowo pewne idee.

Tak, konserwatyzm jest pewną rzeczywistością transcendentną, czyli doktryną opisującą naturalny porządek prosperującego społeczeństwa, a więc ład oparty na tradycji, obyczaju, autorytecie, hierarchii, własności, religii etc. Aby zrozumieć istotę transcendentnego charakteru konserwatyzmu trzeba czytać pierwszego wielkiego konserwatystę w dziejach, a mianowicie Platona. W 7 księdze „Państwa”, w znanym fragmencie o jaskini, znajduje się najgenialniejszy fragment w dziejach transcendentnie pojętego konserwatyzmu. Trzeba ten fragment czytać raz po raz. I nie wolno Platona odczytywać nazbyt literalnie, mieszając świat idei z empirią, w wyniku czego widzi się w nim jakiegoś komunistę (tradycja poczęta przez Arystotelesa, a uwieńczona przez Karla Poppera). Tutaj z kolei potrzebna jest lektura 7 listu Platona.

Wspominam list nr 7, poświęcony konieczności odróżnienia świata idei od świata empirycznego, ponieważ konserwatyzm jest także postawą polityczną, opartą na świadomości czym są idee, ale i na umiejętności odróżnienia doskonałej teorii od koniecznie niedoskonałej rzeczywistości empirycznej, gdzie implementacja idei w czystej formie jest niemożliwa z powodu ograniczeń, które Platon uważał za wynikłe z niedoskonałości materii, a które chrześcijanie definiują mianem skutków grzechu pierworodnego.

Dlatego uważam konserwatyzm za doktrynę czy też – osobiście wolę to słowo – za filozofię polityczną, o której wiadomo, że można się do jej ideału zbliżać, ale ze świadomością, że nigdy ideału nie zbudujemy, gdyż Królestwo Boże „nie jest z tego świata”. Dlatego konserwatyzm ma silny instynkt czepiania się tego, co empirycznie istnieje, nawet jeśli jest to dalekie od poglądów samych konserwatystów, szczególnie na polu aksjologicznym.

Konserwatysta, który nie rozumie listu Platona nr 7 jest konserwatywnym doktrynerem, konserwatywnym rewolucjonistą, konserwatywnym sekciarzem, rodzajem kontrrewolucyjnego mesjanisty-bolszewika. To kontestator w imię konserwatywnego świata idei. Ten zaś, kto poszedł wyłącznie za empirią i utracił widok, który Platon opisał po wyjściu z jaskini, ten jest zwykłym politycznym oportunistą, który siedzi w jaskini i komentuje cienie przesuwające się po ścianie, padające od ogniska będącego symbolem ludzkiej wiedzy.

Konserwatyzm jest gdzieś po środku i nie zawsze łatwo jest wytyczyć kontury tego, co musi się zmieścić pomiędzy światem transcendentnym, a empiryczną rzeczywistością, która od tejże idei tak bardzo odbiega, szczególnie w świecie współczesnym.

Stosunkowo często mówi się i pisze o konserwatyzmie; idea konserwatywna, myśli konserwatywna, partia konserwatywna… Ale czy publicyści, politycy lub najzwyczajniejsi obywatele rozumieją za czym się opowiadają?

Ludzie tak rozumieją terminy jak nauczono ich je rozumieć, ewentualnie w stanie chaosu informacyjnego rozumieją je zupełnie indywidualnie i dowolnie. Oto „echo” w jaskini pojawiające się, gdy ludzie komentują cienie przesuwające się od ogniska, echo o którym pisze Platon.

W Polsce mówi się o konserwatystach często wtedy, gdy mowa o obrońcach aktualnie istniejącego status quo. W tym rozumieniu Leszek Miller ma świętą rację nazwawszy się kiedyś „konserwatystą PRL” (wbrew temu, co myśli wiele osób, to nie jest moje określenie). Takim też konserwatystą byłby śp. gen. Wojciech Jaruzelski. Jest to konserwatyzm obrony status quo, bez wymiaru transcendentnego.

W Polsce często mówi się także o chrześcijanach, że to konserwatyści, a wiarę miesza się z prawicowością. To także budzi moje wątpliwości. Nie każdy chrześcijanin jest konserwatystą. Purytanie, posoborowe ruchy charyzmatyczne i oazowe – to ruchy rewolucyjne, ale posługujące się religijną narracją. Właśnie w opozycji do chiliazmu religijnego David Hume stworzył swoją wizję „konserwatyzmu bez Boga” (wyrażenie prof. Tomasza Tulejskiego), którą rozwijał potem Edmund Burke, stosując jego kategorie myślowe wobec Rewolucji Francuskiej.

Rewolucjonistą jest każdy, kto nastaje na rzeczywistość – czy to transcendentną czy to empiryczną – i panujące w niej prawa, a konserwatystą każdy, kto broni którejś z tychże rzeczywistości. Zamieszanie wynika stąd, że pojęcia „rzeczywistości” są rozmaite. Dla jednych to status quo, dla innych ta transcendentna, dla innych tradycyjna, a podniesiona do roli prawa naturalnego.

Żyjemy w epoce po rewolucji nominalistycznej, czyli w takiej, gdzie każdy nazywa rzeczy tak jak chce, a nie tak jak ponazywali je Adam i Ewa w czasie przechadzki z Bogiem po rajskim ogrodzie. Nominalistyczne gry językowe są jednym z elementów rewolucyjnej dezintegracji otaczającej nas rzeczywistości.

Czy narodowe różnice w tradycjach konserwatywnych są na tyle istotne, że nie ma czegoś takiego jak europejski konserwatyzm, albo ogólnoświatowy konserwatyzm? Czy możemy mówić o czymś takim, jak polskie tradycje konserwatywne?

Konserwatyzm europejski oczywiście istnieje i jego uniwersalny logiczny archetyp został opisany w „Teologii politycznej” Carla Schmitta, a jeszcze wcześniej w tomie II „Władzy politycznej i religijnej” Louisa de Bonalda. Archetypem myślenia konserwatywnego jego katolicka teologia polityczna oparta na analogii jeden Bóg na Niebie i jeden monarcha na ziemi. To istota konserwatyzmu europejskiego, którego fundament stanowi tradycyjny katolicyzm, a którego refleksem jest konserwatywna teoria władzy monarszej (niegdyś) i konserwatywne autorytaryzmy (w XX i XXI wieku).

Nie istnieje jednak coś takiego jak konserwatyzm światowy, ponieważ katolicyzm nigdy nie opanował całego świata. Tam, gdzie nie zapanował, tam konserwatyzm nie ma i nie może mieć charakteru transcendentnego (a przynajmniej katolicki konserwatysta nie ma prawa w fakt taki wierzyć, bo nie jest to przecież pogląd empirycznie weryfikowalny). Tam, gdzie katolicyzm nie dotarł, tam konserwatyści muszą odwoływać się do lokalnej tradycji, czyli do porządku, którego uprawomocnieniem jest czas i zadawnienie. Nie ma on charakteru transcendentnego. Mogliby też odwołać się do porządku natury, ale pojęcie to istnieje tylko tam, gdzie dotarła scholastyka, czyli znów tylko w świecie katolickim.

O myśli zbliżonej do konserwatywnej można mówić, w moim przekonaniu, także wtedy, gdy mamy do czynienia z systemem autorytarnym czy bliskim autorytaryzmowi, który odwołuje się do religii, realizując w ten sposób – acz bez katolicyzmu – katolicką wizję teologii politycznej i jej analogii jeden Bóg – jeden suweren. Taki system mamy obecnie w Putinowskiej Rosji. Dlatego jest paradoksem, że zniszczona przez bolszewizm i przymusowy ateizm prawosławna Rosja jest dziś bliższa katolickiej teologii politycznej niż kraje do niedawna katolickie, które kłaniają się przed – jak to mawia prof. Jacek Bartyzel – „bałwanem demokracji”. Zresztą sprawa z prawosławiem też jest wyjątkowa, gdyż jest to raczej schizma wyrosła na tle filozoficzno-kulturowym niż herezja dogmatyczna. To ułatwia akceptację prawosławia jako fundamentu dla konserwatyzmu.

Konserwatyzm polski, na tym tle, zawsze był specyficzny, ponieważ polska tradycja polityczna dawno zagubiła element monarchiczny, a więc i katolicką teologię polityczną. Nasza tradycja próbowała przeto pogodzić monarchiczną religię katolicką z republikanizmem. I udawało się to tylko dzięki temu, że niedouczona szlachta nie czytała i nie rozumiała Katechizmu. Nie jest przypadkiem, że szlachta wykształcona hołdowała w Rzeczypospolitej kalwinizmowi czy arianizmowi, czyli republikańskiej i demokratycznej teologii politycznej, będącej politycznym odpowiednikiem organizacji protestanckiego zboru. Z tego też powodu polski konserwatyzm mógł odwoływać się tylko do zastanej tradycji i obyczaju politycznego, nie mogąc wypracować tego, co nazwał Pan mianem „konserwatyzmu transcendentnego”. Nie można być poddanym Boga i obywatelem w państwie, gdyż porządek autorytarny i republikański do siebie nie przystają.

Nie jest przypadkiem, że nigdy nie zajmowałem się polskim konserwatyzmem i prawie nic na jego temat nie opublikowałem. Polski konserwatyzm nigdy nie był filozofią polityczną, ale tylko umiejętnością powolnego zmieniania świata, czyli umiejętnością praktykowania powolnej zmiany. Po rewolucji jaką była demokratyzacja, komunizm i raz jeszcze demokratyzacja III RP, polska tradycja konserwatywna nie istnieje, gdyż brak jej tego transcendentnego źródła, a porządek tradycyjny już od dawna jest wspomnieniem. To wyschnięte źródło w porównaniu z wiecznie płodnymi intelektualnie Louisem de Bonaldem, Josephem de Maistrem, Juanem Donoso-Cortésem czy Charlesem Maurrasem, których myśl ma charakter meta-historyczny dla konserwatyzmu.

A co ze stosunkiem teorii do praktyki? Z oddziaływaniem konserwatyzmu w sferze praxis?

Raz jeszcze powtórzę: wszystko jest w liście nr 7 Platona. Trzeba odróżniać sferę teorii od praktyki. W teorii mamy teologię polityczną z jej analogią jeden Bóg – jeden suweren. W praktyce, niestety, ponieśliśmy porażkę w starciu z innymi światami ideowymi, wynikłymi z niekatolickich teologii politycznych.

Nie wiem dlaczego Bóg rzucił nas w świat tu i teraz. Ale wiem, że nie rzucił nas po to, abyśmy dziś siedzieli i płakali, czego skutkiem jest albo apatia (będąca wyrazem depresji), albo świadome wycofanie się do metafizycznego i meta-politycznego bunkra. Nie, przyszło nam żyć i działać w takim świecie, jakim on jest, nawet jeśli wydaje się nam, że Bóg cofnął swoją rękę i Jego łaska nie opromienia już świata stworzonego. Życie nie jest nam dane, lecz zostało nam zadane i musimy żyć i działać w takim świecie, jakim on empirycznie jest.

Dlatego sfera praxis jest nie mniej ważna, niż świat idei. W tym ostatnim winniśmy być platonikami, którzy mają przed oczami Wielką Ideę Porządku. Ale żyjemy także (niestety) w rzeczywistości empirycznej, gdzie spory nie toczą się pomiędzy zwolennikami cesarza a papieża czy też zwolennikami tej czy innej dynastii. Tamte spory nie są już dla nas istotne, chyba, że jesteśmy historykami.

Czy się to nam podoba czy też nie (mnie nie), nastała nowa rzeczywistość empiryczna, gdzie musimy wybierać pomiędzy kulawym autorytarnym porządkiem gen. Jaruzelskiego, a anarchiczną „Solidarnością” zdominowaną przez trockistów i działaczy KOR-u. To rzeczywistość, gdzie musimy wybierać pomiędzy sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi i ich „demokratycznymi i prawo-człowieczymi wartościami”, a autorytarną Rosją Putina. Przykłady takich wyborów możemy mnożyć i zawsze musimy wybierać przysłowiowe „mniejsze zło”, gdy tylko rozumiemy list nr 7 Platona i będziemy rozumieli, że świat idei nigdy nie ziści się na ziemi. Dlatego musimy zawsze wybrać to, co jest bliższe konserwatywnej wizji katolickiej teologii politycznej opartej na analogii jeden Bóg – jeden suweren nad to, co wynika z protestanckich teologii politycznych, gdzie deistycznemu obrazowi Boga odpowiada brak zasady porządku i autorytetu.

W wielu moich tekstach nauczam raz po raz: rewolucja jest teologicznym wyrazem Antychrysta, a władza rewolucję zwalczająca zawsze ma charakter katechoniczny. Carl Schmitt w swoim „Glossarium” ma rację twierdząc, że istotą problemu jest prawidłowe zidentyfikowanie, kto jest Katechonem, czyli tym, który powstrzymuje rewolucję. Nie zawsze jest to proste i nie zawsze to, co aksjologicznie wydaje się nam bliższe ma katechoniczne cele. Nie każdy jest Katechonem, kto mówi o Bogu, ale nie realizuje nic z Boskiej wizji świata. Czasem były komunista może okazać się Katechonem powstrzymującym falę permisywizmu i liberalizmu płynącego z „wolnego świata”.

Czy można stworzyć coś w rodzaju konserwatywnego międzynarodowego porozumienia ponad granicami? Czy też raczej podstawą powinno być silniejsze zaangażowanie w Kościele, nawet jeśli jest to kościół posoborowy?

Z Kościołem katolickim mamy poważny problem, ponieważ po Soborze Watykańskim II przeszedł na stronę rewolucji. Kontrrewolucja epoki Benedykta XVI nie udała się, ponieważ sam Suwerenny Kapłan nie jest zdolny przeprowadzić kontrrewolucji, gdy nie ma wsparcia ani pośród większości biskupów, ani pośród posoborowego kleru, który już nawet nie zna dzieł nauki tradycyjnej. Wierni są albo zlaicyzowani i z Kościołem utrzymują więzi wyłącznie formalne, albo zostali poddani liberalnemu praniu mózgów i ulegają modernizmowi (racjonalizm), albo wreszcie rozmaite ruchy charyzmatyczne i oazowe oduczyły ich myśleć poprzez tresurę fideistyczną i literalne odczytywanie Biblii. Żadna z tych grup nie mogła być wsparciem dla Benedykta XVI. Papież Franciszek jest prostym i logicznym uwieńczeniem soborowej i posoborowej destrukcji.

Mimo to w Kościele posoborowym trwamy i trwać będziemy, często i gęsto go krytykując, a to dlatego, że żaden pojedynczy wierny, ani grupa wiernych nie ma przywileju obiektywnego osądzenia czy Kościół i jego Suwerenny Kapłan popadli w herezję czy też nie. Trzeba szanować świat empirycznie zastany i działać w takim, w jaki rzucił nas Bóg, nawet jeśli podejrzewamy, że Stwórca nie oświetla już świata stworzonego Swoją łaską. Uwaga ta dotyczy także Kościoła. Mając przed oczami świat idei, działajmy pragmatycznie w świecie empirycznym.

Konserwatywna międzynarodówka? Nie mam nic przeciwko. Najpierw jestem Europejczykiem, potem dopiero Polakiem.

Podstawą Christianitas był uniwersalizm. Uniwersalizm ten z jednej strony wynikał z podstawowych zasad religii katolickiej, z drugiej zaś z metafizycznej koncepcji logosu i prawdy. Idee te zostały zanegowane w nowożytności, i to zarówno na płaszczyźnie religijnej (przede wszystkim przez Reformację), jak i filozoficznej i naukowej. Punktem dojścia nowożytnych prądów było powstanie ideologii nacjonalistycznych, natomiast Unia Europejska jest projektem, za pomocą którego próbuje się przywrócić jedność rozbitej Europie. Jaki powinien być stosunek konserwatystów zarówno do tej konkretnej próby budowania europejskiej jedności jak również ideologii nacjonalistycznych?

Nie jestem nacjonalistą i powtarzałem to wielokrotnie, ponieważ nacjonalizm jest świadomością rewolucyjną u podstaw której tkwi pra-błąd w postaci idei suwerenności ludu. Tyle tylko, że wedle nacjonalistów lud ma mieć charakter jednolity etnicznie i językowo. Nacjonalizm głosi, że naród winien stać ponad wspólnotą katolicką, która konstytuuje moje pra-pierwotne poczucie, że jestem Europejczykiem. W XIX wieku nacjonalizm był wehikułem rewolucji, demokratyzacji, sekularyzacji i antyklerykalizmu. Był bezbożnym dzieckiem Rewolucji Francuskiej. Wyznaniem laickiej wiary ludu, który wyparł się Boga.

Jednakże nacjonalistyczna destrukcja świata tradycyjnego miała swoje granice, głównie dzięki podkreślaniu narodowych partykularyzmów i niechęci do mechanicznego małpowania cudzych idei i rozwiązań. Nacjonalizm, będąc wizją rewolucyjną, zawsze pozostawał w granicach narodowej wspólnoty. Dzięki temu mógł w pewnym momencie okazać się narzędziem dla konserwatywnej obrony świata zastanego przed ideologiami i nurtami rewolucyjnymi, które przychodzą z zagranicy i które są bardziej rewolucyjne, niż rodzime.

Taka też jest funkcja idei narodowych w Unii Europejskiej, w sytuacji gdy główny ośrodek prądów rewolucyjnych znajduje się w instytucjach europejskich, które rodzą się pośród wykorzenionych ze wspólnoty narodowej intelektualistów, a które propagowane są przez internacjonalistyczne koncerny medialne.

Nie jestem nacjonalistą, choć kiedyś nim byłem (dopóki nie napisałem książki o nacjonalizmie francuskim, co pozwoliło mi zrozumieć jego istotę). Jestem jednak gotowy posługiwać się umiarkowaną frazeologią narodową, aby powiedzieć NIE idei europeizacji Polski, czyli wyrugowania jej katolickiego dziedzictwa na korzyść rządów międzynarodowych korporacji i ich politycznych ekspozytur w naszym kraju. Z takiego rozumienia idei narodowej wynika jej całkowite podporządkowanie konserwatywnej wizji porządku. Narodowcami możemy bywać instrumentalnie i koniunkturalnie. Gdyby z Brukseli i Berlina przychodziły do nas idee i postulaty kontrrewolucyjne, to nigdy bym się im nie sprzeciwiał w imię obrony polskości. Najpierw jestem tradycyjnym Europejczykiem, a dopiero potem Polakiem.

W jednym z wywiadów prof. Jacek Bartyzel stwierdził, że winę za współczesny kształt cywilizacji ponosi m. in. „dokonana przez nowożytną demokrację detronizacja Boga jako ostatecznego źródła poznania – także zasad ładu politycznego”. Czy Europa ma szansę na powrót do tego ładu pomimo wszechwładnej laicyzacji?

Bardzo bym chciał takiego powrotu, ale – jeśli mam być szczery – nie bardzo w to wierzę. Dlatego tak silnie podkreślam realistyczne podejście do empirycznej rzeczywistości i traktowania jej jako rzeczywistości danej nam. Zadanej nam. Jesteśmy grupą mniejszościową, bardzo niewielką mniejszością i musimy przetrwać, nie tracąc naszych idei. Zachód jest już skończony i nie widzę tu silniejszych nurtów restauracyjnych. Trzeba dziś szukać obrońcy chrześcijaństwa znajdującego się na zewnątrz świata zachodniego. Spójrzmy na to, co dzieje się dziś w Syrii. Zobaczmy kto realnie broni tam dziś interesów Zachodu? To Putinowska Rosja bombardująca islamskich terrorystów. Kraje zachodnie, nominalnie chrześcijańskie, takie jak Stany Zjednoczone, wspierają islamistów dostarczając im broń wespół z Arabią Saudyjską.

Kościół posoborowy przejął wiele modernistycznych prądów, którym konserwatyści się sprzeciwiają. Na ile więc budowanie nowej Christianitas jest możliwe w sytuacji, gdy sam Kościół znajduje się w kryzysie?

Nie jest możliwe, aby zbudować nową Christianitas bez Kościoła. Tymczasem Kościół ulega szybkiej dezintegracji. Dziś nie mamy katolicyzmu po Soborze Watykańskim II, ale jakby po III. To jakiś postmodernizm katolicki, a nie modernizm z początku XX wieku. Jestem bardzo, ale to bardzo sceptyczny co do możliwości ozdrowieńczych zrodzonych we wnętrzu Cywilizacji Zachodu. Mieszkamy dziś w otchłani, która cały czas się zapada. Musimy zrozumieć, że ratunek może przyjść raczej tylko z zewnątrz, chyba, że liczymy na cud. Ja nie potrafię, gdyż jestem skrajnym politycznym realistą i racjonalistą, dlatego wolę obstawiać opcje empirycznie i racjonalnie realne. W polskiej myśli jako pierwszy zrozumiał to Henryk Rzewuski i opisał swój pomysł na ratunek polskości w cyklu artykułów „Cywilizacja i religia”, wywołując wielki skandal i upadek pisma, w którym publikował swoje teksty. Ale to były artykuły profetyczne, które dziś zachowują swoją aktualność.

Laicyzacja i odejście od transcendentu na rzecz podejścia materialistycznego i utylitaryzmu to nie tylko polityka. Czy możemy prosić o Pana opinię w zakresie laicyzacji nauki – zwłaszcza nauk humanistycznych, a także postępującej degeneracji roli uniwersytetu? Jaka jest rola nauki w procesie przywołanej w poprzednim pytaniu sekularyzacji i odrzucenia transcendentu? A także jaki wpływ odrzucenie transcendentu ma wpływ na rolę nauki?

Transcendencja znikła z nauki w II połowie XIX wieku, wraz z pojawieniem się tzw. metodologii pozytywistycznej, szczegółowo skodyfikowanej przez Maxa Webera. Metodologia ta głosi rozdzielenie faktów od wartości, czyli możemy jedynie opisywać zjawiska, ale nie wolno nam ich oceniać z perspektywy aksjologicznej. Czyli możemy opisywać wpływ wiary katolickiej np. na poglądy polityczne, ale nie wolno się nam wypowiedzieć w kwestii czy Bóg istnieje.

Gdy metodologia pozytywistyczna wchodziła na uniwersytety, to stanowiła przysłowiowy gwóźdź do trumny dla idei i wartości konserwatywnych i chrześcijańskich. Powiedzmy sobie zresztą szczerze: właśnie po to liberałowie ją obmyślili, aby wygnać wiarę z uniwersytetów i zamknąć ją w seminariach. Aksjologiczna pustka to esencja liberalizmu, gdzie nigdy nic nie jest pewne, a wszystko jest wątpliwe. Zwalczanie tego pomysłu 120 lat temu było obowiązkiem katolika i konserwatysty.

Dziś sytuacja się zmieniła. Jestem obrońcą zasady oddzielenia faktów od wartości w świecie naukowym i krytykuję tych, którzy tego rozdzielenia nie dokonują. Dlaczego? Dlatego, że mamy dziś do czynienia z rażącą dysproporcją sił pomiędzy konserwatystami a liberałami i postmodernistami. Dziś ta weberowska metodologia pozwala nam spokojnie pracować na uniwersytetach i pisać nasze rozprawy, o ile tylko np. opisujmy idee konserwatywne czy katolickie, ale nie prowadzimy ich otwartej apologii. Gdyby metodologię weberowską skasować, to nauka zostałaby natychmiast totalnie zawłaszczona przez demo-liberałów i postmodernistów, którzy wymuszaliby na nielicznych konserwatystach kapitulację, prowadząc nagonki na „faszyzm”, „fanatyzm” i „skrajną prawicę”, pod groźbą pozbawienia pracy na uniwersytecie lub uniemożliwienia awansu naukowego poprzez uzyskanie kolejnych stopni i tytułu naukowego. Dlatego od lat, konsekwentnie, stoję na straży weberyzmu, ponieważ widzę, że wielu, szczególnie młodych, badaczy chętnie chciałoby pomylić język nauki z narracją Szkoły Frankfurckiej. Dziś można ich jeszcze krytykować za język „nienaukowy”, gdyż „politycznie zaangażowany”, a oni nie znajdują na ten zarzut merytorycznej odpowiedzi. Weberyzm jest dla frankfurtczyków bezwzględny.

Traktuję to jako jeden z elementów realizmu zawieszonego pomiędzy „konserwatyzmem transcendentnym”, a empiryczną rzeczywistością, która daleko odbiega od Platońskiego świata idei.

Rozmawiał: Mariusz Matuszewski

http://myslkonserwatywna.pl/

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Rewolucja jest teologicznym wyrazem Antychrysta, a władza rewolucję zwalczająca zawsze ma charakter katechoniczny”

  1. …Metodologia ta głosi rozdzielenie faktów od wartości, czyli możemy jedynie opisywać zjawiska, ale nie wolno nam ich oceniać z perspektywy aksjologicznej. Czyli możemy opisywać wpływ wiary katolickiej np. na poglądy polityczne, ale nie wolno się nam wypowiedzieć w kwestii czy Bóg istnieje. …” – i dobrze. Dzieki temu trzeba sie nieco bardziej wysilić, by „sflekować świat postępu przy słabszych założeniach”, a to zawsze daje większy „fun”. Na przykład: odwołując się do czysto bioloicznych lub cybernetycznych, łatwych do zaakceptowania kryteriów optymalizacji, wykazac, że masoneria/lichwactwo/lewactwo propaguje „wzorce anty-optymalne” lub „wrogie przetrwaniu gatunku ludzkiego”.

  2. Chodzi o to, że jednostki muszą wartościować a nie szukać „cybernetycznych kryteriów optymalizacji”.

  3. WARTOŚĆ. To, dzięki czemu dany przedmiot jest wartościowy, nazywa się wartością; wtórnie bywają tak nazywane, mniej ściśle, wartościowe przedmioty. Z wartością związanych jest kilka zabobonów. 1. Jeden z nich miesza wartości z wartościowaniem. Jest to zupełne nieporozumienie, podobne do tego, które popełniłby człowiek twierdzący, że liczba jest tym samym co liczenie. Ten zabobon jest wynikiem psychologizmu, niezdolności do zrozumienia nierealnych przedmiotów. W rzeczywistości każde wartościowanie przypisuje przedmiotowi pewną wartość, tak że wartość jest jego przedmiotem, podobnie jak rzecz widziana jest przedmiotem widzenia. 2. Inny zabobon polega na mniemaniu, że wartości zmieniają się w ciągu dziejów: to co było wartością wczoraj, nieraz nie jest już wartością dzisiaj i odwrotnie. Prawdą jest, że wartościowania ludzkie zmieniają się wielce w czasie i że liczne wartości uznawane, powiedzmy, przez starożytnych Greków, nie są uznawane przez współczesnych Polaków. Ale to samo jest prawdą np. odnośnie poglądów geograficznych, a nawet matematycznych. Starożytni Egipcjanie używali w ciągu trzydziestu wieków fałszywego wzoru na powierzchnię trójkąta. Z tego nie wynika bynajmniej, by zasady dotyczącego nowego trójkąta zmieniały się w czasie, ale tylko że ludzka wiedza o nich się zmieniła. Podobnie jest i z wartościami: jedne spośród nich są lepiej poznane w jednym okresie, inne w innym. Same wartości są równie niezmienne jak liczby i tym podobne. 3. Trzeci zabobon głosi zupełną względność wartościowań. Powiada się, że co jest wartością dla jednego człowieka, nie jest nią dla innego. Najbardziej rozpowszechniona postać tego zabobonu czyni wartościowania bezwzględnie zależnymi od kręgu kulturowego, społeczeństwa, klasy itp. Prawdą jest natomiast, że nasze poznanie wartości jest zawsze jednostronne i stąd zależne od tego, czym jesteśmy, m.in. od potrzeb społecznych. Ale prawdą jest także, że ludzie mają pewne potrzeby wszystkim wspólne i stąd podstawowe wartościowania są w zasadzie niezmienne. [I M BOCHEŃSKI, 100 ZABOBONÓW]

  4. ETYKA. Zespół zasad postępowania ludzkiego (zwany czasem mniej poprawnie “moralnością”). Etyki dotyczy kilka zabobonów. 1. Jeden z nich polega na mniemaniu, że istnieje jakaś “etyka naukowa”, to jest, że z nauki można się dowiedzieć, jak powinniśmy postępować w życiu. Jest to zabobon, jako że nauka zajmuje się tylko faktami, tym co jest – a z tego, że coś jest, a więc z wiedzy o faktach, nie wynika nigdy co ma być, a więc żadna dyrektywa, norma czy zasada postępowania. Co prawda, aby móc powziąć poprawną decyzję, człowiek musi także znać pewne fakty – ale ta wiedza sama jeszcze nie wystarcza – potrzeba ponadto przyjęcia zasady etycznej. Na przykład Anna dowiaduje się, że jej koleżanka Basia jest chora i odosobniona. To jest fakt. Ale z tego, że Anna go zna, że wie, iż Basia jest chora, nie wynika jeszcze, że powinna ją odwiedzić. Aby móc wyciągnąć ten wniosek, Anna musi jeszcze wyznawać zasadę moralną: “chorą i odosobnioną koleżankę należy odwiedzić”. Bez tej etycznej przesłanki żadna decyzja nie jest możliwa. A tej przesłanki nie da się uznać z żadnej wiedzy o faktach, naukowej czy nie naukowej. Wierzenie w naukową etykę jest więc zabobonem. Podgatunkiem tego zabobonu jest wiara w istnienie jakiejś etyki filozoficznej. Zadaniem filozofii naukowej jest nie moralizowanie, ale analizowanie. Niemniej filozof może wykonać odnośnie do przykazań moralnych trzy zadania. Może, po pierwsze, zanalizować je, starać się zrozumieć, o co właściwie chodzi (co często nie jest bynajmniej oczywiste). Może po drugie badać, czy nie ma w owym przykazaniu sprzeczności wewnętrznej. Wreszcie może zadać sobie pytanie, jaki jest jego stosunek do etyki uznawanej w danym kręgu kulturowym, a zwłaszcza przez ludzi głoszących owo przykazanie. Ale filozof jako taki nie może przepisywać ludziom, jak mają się zachowywać, to jest moralizować. 2. Inny zabobon, szerzący się ostatnio głównie wśród teologów, to tzw. etyka sytuacyjna, to co mam czynić, powiada ten zabobon, zależy tylko i wyłącznie od sytuacji, od położenia, w którym się znajduję. Prawdy jest w tym tyle, że sytuacja to zespół faktów, które powinny być wzięte pod uwagę w decyzji ale sama znajomość faktów nie wystarcza: z żadnej sytuacji nie można wywieść obowiązku, o ile się nie przyjmie zarazem jakiejś dyrektywy, zasady etycznej. Ten zabobon jest więc w zasadzie tylko postacią poprzednio wymienionego, ale różni się od niego naciskiem, jaki kładzie na względność zasad postępowania, jest więc równocześnie jedną z postaci relatywizmu etycznego. 3. Równie zabobonne jest częste sprowadzanie etyki do techniki. Różnica między tymi dwiema dziedzinami polega mianowicie na tym, że nakazy, dyrektywy techniczne są zawsze uwarunkowane przez cel działania, podczas gdy normy etyczne są bezwzględne, do żadnego celu nie zależą. Oto przykład. Technika prowadzenia samochodu uczy, że kto chce dobrze i pewnie wziąć ostry zakręt, powinien przed zakrętem zwolnić i wziąć niższy bieg. Jak wszystkie przepisy techniczne, ta dyrektywa jest zależna od celu: bo jeśli jakaś starsza pani nie pragnie wcale swojego wozu przeprowadzić szybko przez zakręt, ale jedzie stale w tempie 25 km na godzinę, nie potrzebuje wcale ani zwolnić, ani schodzić na niższy bieg. Ale nakaz moralny “Nie będziesz twojej matce podrzynał gardła dla zdobycia dziesięciu dolarów na wódkę” nie zależy od żadnego celu. W szczególności nie zależy wcale od tego, czy syn podrzynający gardło swojej matce pójdzie za to czy nie pójdzie do piekła. Nawet gdyby żadnego piekła nie było, nawet gdyby miał pójść do piekła za niepodrzynanie gardła swojej matce, zasada etyczna “Nie będziesz podrzynał gardła twojej matce dla zdobycia 10 dolarów na wódkę” pozostałaby bezwzględnie w mocy. Kto miesza technikę z etyką i uzależnia nakazy etyczne od celu, pada ofiarą zabobonu. Ten zabobon głosił m.in. Lenin, według którego “dobre i moralne jest to, co służy do zburzenia dawnego świata itd” – że więc moralność czynu zależy od celu. Skrajny wyraz temu zabobonowi daje znane powiedzenie “cel uświęca środki”. Otóż prawdą jest, że żaden cel, nawet najwznioślejszy, nie uświęca, nie usprawiedliwia i nie może usprawiedliwiać złych środków. 4. Wypada jeszcze wymienić zabobony dotyczące autorytetu w dziedzinie etyki. Stosunkowo wielu ludzi mniema, że kto posiada wielkie wykształcenie – na przykład profesor uniwersytetu – albo wielki talent – na przykład wybitny artysta malarz – jest tym samym autorytetem w sprawach moralnych. Jest to zabobon: dziedzina wartości moralnych różnie się od dziedziny nauki i od dziedziny sztuki – specjaliści w tych dwóch ostatnich nie są autorytetami w etyce. Bywa nieraz, że człowiek nieuczony stoi moralnie znacznie wyżej od mędrca, a prostak pod względem sztuki wyżej od artysty. Autorytetem w sprawach moralnych jest wyłącznie człowiek wysoko stojący moralnie. [I M BOCHEŃSKI 100 ZABOBONÓW]

  5. „Aby zrozumieć istotę transcendentnego charakteru konserwatyzmu trzeba czytać pierwszego wielkiego konserwatystę w dziejach, a mianowicie Platona. W 7 księdze „Państwa”, w znanym fragmencie o jaskini, znajduje się najgenialniejszy fragment w dziejach transcendentnie pojętego konserwatyzmu. Trzeba ten fragment czytać raz po raz. I nie wolno Platona odczytywać nazbyt literalnie, mieszając świat idei z empirią, w wyniku czego widzi się w nim jakiegoś komunistę (tradycja poczęta przez Arystotelesa, a uwieńczona przez Karla Poppera). Tutaj z kolei potrzebna jest lektura 7 listu Platona”. Właśnie. Trzeba czytać raz po raz a każde czytanie da inne znaczenie (Wittgenstein). Zakładanie, że myśl i to co się myśli są tym samym nie jest właściwym krokiem. Wartość nie jest wartościowaniem. Jest wątpliwe czy mamy jakiś wgląd w byt idealny, jakby chciało wielu np. obecnie Roger Penrose, który sądzi, że umysł ludzki jest niesprzeczny i niealgorytmiczny dzięki intuicji. Trzeba przypomnieć, że intuicja Platona dała doktrynę państwa totalitarnego, bez rodzin za to ze wspólnymi kobietami i dziećmi. Ktoś może tego za komunizm nie uważać, ale totalitaryzm „Państwa” nie da się z Ewangelią pogodzić. I wcale nie potrzeba Arystotelesa czy Poppera, żeby to ustalić. Jeśli ktoś uważa, że feudalizm jest empiryczną realizacją platońskiego bytu idealnego, tyle że nie odczytywaną „zbyt literalnie” to jestem skłonny przypuszczać, że ma coś nie tak z rozumem. W takim wypadku nominalizm czy relatywizm też jest realizacją empiryczną bytu idealnego (teoria chaosu czy prawdopodobieństwa to dobre, dedukcyjne teorie czystej matematyki). Wydaje się, że ludzka matematyka jest najbardziej zbliżona do świata idei. I jeżeli ktoś ma ambicje uprawiania „transcendentnego konserwatyzmu” to tam powinien szukać źródła a nie w samej empirii z dziwaczną w takim układzie ignorancją nauk przyrodniczych. Tylko, że tych źródeł jeszcze teraz nie widać. Termodynamika układów nieliniowych (początek życia) czy teoria gier (strategie przeżycia i współpracy) są w powijakach nie pozwalających na dedukcyjne wynikanie. Z tej strony też nie widać świata idei. Ale wypadałoby się zdecydować czy oddzielać fakty i wartości czy nie oddzielać. A odpowiedzi nie udzielać w zależności od koniunktury: byłbym przeciw ale jestem za. Nota bene w kognitywistyce coraz częściej odrzuca się doktrynę błędu naturalistycznego i bada się ludzkie wartościowanie (niekoniecznie wartości), co jest spowodowane zmianą paradygmatu z komputacyjnego (komputerowego) na tzw. embodied mind. Pozytywizm w nauce już dawno upadł. Najpierw w fizyce teraz w kognitywistyce.

  6. „…Termodynamika układów nieliniowych (początek życia) czy teoria gier (strategie przeżycia i współpracy) są w powijakach nie pozwalających na dedukcyjne wynikanie. ..” – w zasadzi to jest nawet gorzej. Modele oddziaływań społecznych, z których PRÓBOWANO wyprowadzić „wartości jako elementy strategii długoterminowego przeżycia społeczności” są, póki co PARAMETRYCZNE (np. pewne arbitralnie przyjete prawdopodobieństwa lub wagi). I, zazwyczaj, co autorzy, np. Dawkins, próbują wstydliwie przemilczeć, ich wnioski zależą od wartości przyjetego parametru. Innymi słowy: jakaś strategia sprzeczna z Ewangelia zapewnia przeżycie połeczności przy pewnych wartosciach parametru, a przy innych – nie. Dokładnie tak samo bywa ze strategiami zgodnymi z Ewangelia – zapewniaja długofalowe przeżycie społeczności dla pewnych wartosci parametry. Natomiast najciekawsze aspekty takich symulacji, tzn: 1/ krytyczne wartości parametrów, przy których strategia z niesktecznej zmienia sie w skuteczną, oraz 2/ „rzeczywiste”, tzn. funkcjonujace w praktyce wartości parametrów – okryte są zazwyczaj milczeniem (fakt, ze to są właśnie najtrudniejze kawałki…).

  7. „…Chodzi o to, że jednostki muszą wartościować a nie szukać „cybernetycznych kryteriów optymalizacji”. …” – ależ to jest zupełnie inny temat! Mnie idzie o to, że lewacka/lewicową inzynierię społeczną mozn roznieść w pył „z paragrafu” o propagowanie wzorców włuższej perspektywie szkodliwych dla kondycji człowieka jako gatunku. Innymi słowy, „z paragrafu” o bycie elementem „cywilizacji śmierci” (copyright JP2).

  8. 1/Paliwem Dawkinsa są zwolennicy Inteligentnego Projektu. Oni twierdzą, że warunki brzegowe nie mogą być przypadkowe, tylko zaprojektowane czyli, że żadnych warunków brzegowych de facto nie ma a Dawkins zbija na tym nonsensownym (np. likwidującym fizykę) twierdzeniu kapitał. Obie strony twierdzą, że mają jakiś eternalny WGLĄD w prawdę (co prawda Dawkins poprawność swego wglądu ocenia tylko na 60%). Temat jest tylko nudny. 2/ Chodzi o to, że np. uprawianie nauki abstrahującej od wartości samo jest wyborem pewnej wartości, mianowicie wyborem PRAWDY. A prawda powinna nas zaprowadzić do wartości niezależnej od wartościowania, czyli do DOBRA. O to przecież chodzi w nauce a nie o pozbycie się dobra. Jest w tym oczywiście samoodniesienie (pętla logiczna, co mnie kojarzy się wybitnie z koniecznym samoodniesieniem Osób Trójcy). Jeśli się ją domknie wyjdzie z tego naturalnie aporia (nonsens) wartościowania tożsamego z wartością (posiadania prawdy). Konserwatyzm często popada w ten nonsens (vide: Wielomski, Bartyzel). Ale pętli nie trzeba domykać. Można sobie zostawić „szczelinę” racjonalnej wiary. „Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”. „Nikt nie jest dobry tylko Bóg” itd. . Moim zdaniem świat jest urządzony doskonale. Czy mamy tego świadomość czy nie, sprawy idą w dobrym kierunku. A kto sądzi inaczej – anatema sit tzn. sam się wyłącza z dobra.

  9. „…Moim zdaniem świat jest urządzony doskonale. …” – 1/ Od kiedy? 2/ Czy to aby nie Wolteriańska teza? „…Czy mamy tego świadomość czy nie, sprawy idą w dobrym kierunku. …” – 3/ Czy jest to zależne od ludzkiego działania/starań etc.?

  10. „… nawet jeśli podejrzewamy, że Stwórca nie oświetla już świata stworzonego Swoją łaską. …” – czemu miałby nie oświecać? A że ludzi zaślepia pycha i nie widzą światła oferowanego przez Stwórcę – to co ten biedny Stwórca na to może? Szanuje wolę durnych ludzików, ot, co.

  11. Ad.1 Ad zawsze. Ad.2 Wolter kpił pod adresem Pana Boga właśnie z powodu fatalnego sposobu urządzenia świata. Ad.3 Nie. A „tak” odpowiadał np. Wolter

  12. Ad Ad 1/ Skoro od zawsze, to po co była Ofiara Pana Jezusa na Krzyżu? Po co Odkupienie? A wcześniej: po co był Potop? Po co sprzątać, skoro jest czysto? Ewentualnie: co oznacza sformułowanie, że „sprawy idą w dobrym kierunku”, bo jeśli to, że kiedyś będzie Paruzja, to jest to banał. Choćby z powodu „najwyższej wartości / najwyższego celu” jaką/jakim jest (a może już nie jest?) zbawienie jak największej liczby ludzkich dusz.

  13. Każda dyskusja na ten temat zakończy się tak samo jak spór dominikanów z jezuitami na temat łaski: zamknięciem stronom ust zamiast rozwiązania, które papież miał wydać ale do dziś nie wydał. Ale ogłosił dogmat o Niepokalanym Poczęciu NMP. Dlatego wolę zacytować modlitwę: „Boże, Ty na mocy zasług PRZEWIDZIANEJ śmierci Chrystusa, zachowałeś NMP od wszelkiej zmazy, daj nam za jej przyczyną dojść do Ciebie bez grzechu”.

  14. Nie wiem, czy chodzi(łoby) o dyskusję na ten sam temat. Moim zdaniem, z Księgi Daniela i Objawienia Św. Jana wynika nieco inny „model”, ale nie jestem teologiem ani filozofem. Oczywiście postulowana „ponadczasowość i wszechwiedza Pana Boga” może wprowadzać problem pojęciowy „przewidzianej śmierci Pana Jezusa”. Niezależnie jednak od tego, Apokalipsa mówi coś w rodzaju, że tzw. Wielki Ucisk zostanie ukrócony przez nadprzyrodzona interwencję, bo gdyby nie został, to nikt by nie ocalał. Moim zdaniem, potrzeba nadprzyrodzonej interwencji świadczy o tym, że sprawy idą źle. Oczywiście, można powiedzieć, że jest to „planowana awaria”, no, ale wtedy mamy definicję pojęcia „sprawy idą ku dobremu” wziętą od Stanisława Barei.

  15. Niektórzy i dziś wierzą, że wśród rzeczy stworzonych przez Boga, niektóre są stworzone bardziej od innych tj. mają specjalną etykietę: made By God np Apokalipsa. Teologia operuje różnymi schematami pojęciowymi. Jak wiadomo (przynajmniej filozofom) znaczenie słów nie bierze się z ich tajemniczego, koniecznego związku z desygnatami tylko z użycia. Znaczenie to „tylko” sposób naszego działania w świecie. Ja wychowałem się na Bocheńskim OP, który już w „ABC tomizmu” kpił z jezuickiego obrazka Boga, pukającego do ludzkiej duszy i zdającego się na jej (wolną i przez to nieznaną Bogu) odpowiedź na którą Bóg reaguje robiąc Apokalipsę, gdy miarka się przebierze (moim zdaniem dawno się przebrała). Tymczasem wg Bocheńskiego nawet każdorazowy akt ludzkiej woli nie może zaistnieć bez woli Boga i jako taki jest „nadprzyrodzony”. A kto uważa inaczej po prostu nie rozumie terminu „Bóg”. Ponadczasowość i wszechwiedza Pana Boga nie są żadnym „postulatem” tylko prawdą objawioną, którą teologia stara się rozjaśnić. Tyle tomizm. Potem był szkotyzm, nominalizm, jezuici, Suarez i do teologii weszło nowe rozumienie woli, jako bezprzyczynowego aktu chcenia (takiego „widzimisię” ponad prawami przyrody). Zapewne proces Jezusa z Nazaretu też poszedł źle. Ale Jezus to przewidział: „nikt mi nie zabiera życia, ale ja sam je oddaje. Mam moc je oddać i mam moc otrzymać”. Z Jego perspektywy proces poszedł dobrze, czyli tak jak Jezus pragnął, żeby się stało. Dyskusja będzie trwała w nieskończoność.

  16. „…Z Jego perspektywy proces poszedł dobrze, czyli tak jak Jezus pragnął, żeby się stało. …” – oczywiście, bo chodziło o honor Boga Ojca, a jako side effect – o zbawienie rodzaju ludzkiego.

  17. Mnie to przypomina intrygę polityczną. Wyobrażenia z „Ojca Chrzestnego” wpisujące się w dawny obraz starca na chmurce. Nie rozumiem słowa „honor” w kontekście Boga. Wg św. Tomasza honor to lęk przed utratą dobrego imienia. O ile wiem w Ewangelii wcale ten termin nie pada. Akwinata zaś spekuluje, że Bóg nie posiada uczuć a jedynie „na sposób sobie właściwy” miłość i radość. Ale wiadomo, że ja jestem głupim żydomasonem, sprzedajną łajzą i trollem, żeby podać tylko ważniejsze przymioty. Nie ma sensu brać mnie poważnie.

  18. Częsty napis na tarcz Michała Archanioła na dawnych ołtarzach: „Któż jak Bóg?”. Czy nazwiemy to obroną honoru, czy walką z Lucyferiańską uzurpacją – nie ma to znaczenia. Lucyfer nie chciał wykonywać woli Bożej, podobno polegającej na pomaganiu/służeniu pierwszym ludziom. Uznał Lucyfer mianowicie, że: 1/ Bóg nie ma prawa wydawać takich poleceń bo 2/ Ludzie to ścierwo, tymczasowe i skazane na (wieczną?) zagładę. Dlatego 3/ Należy doprowadzić do tego, by ludzie tak „zadarli” z Bogiem i tak łamali Boże prawo, by 4/ Bóg, chcąc/musząc być wierny samemu sobie, musiał ludzi (sprawiedliwie) unicestwić. Wówczas 5/ Okazałoby się, że Lucyferiański sprzeciw wobec Boga miał jakieś podstawy, bo 6/ Okazałoby się, że ludzie, zgodnie z opinią Lucyfera, byli jednak ścierwem, któremu nie warto służyć/pomagać, jako że 7/ Pan Bóg ich przecież sam unicestwił. Stąd akt Odkupienia rodzaju ludzkiego przez Pana Jezusa był, poniekąd, ostatecznym wykazaniem Lucyferowi, że jest kłamcą i bezzasadnym buntownikiem, i że nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Był też jasnym potwierdzeniem, że jednak i tym razem, jak zawsze dotychczas, to Pan Bóg miał rację.

  19. Ja słyszałem, że zbuntował się z powodu idei wcielenia. Nie chciał służyć Bogu, który miał stać się człowiekiem, czyli czymś poniżej siebie (pycha). Wykazał się w tym typowo konserwatywnym zrozumieniem dla hierarchii, poczuciem honoru i brakiem zrozumienia dla „bezinteresownej” miłości. Może Diabeł jest konserwatystą? Tak czy inaczej, bunt Diabła oznacza jakąś klęskę dzieła stworzenia. Diabeł wszak też jest stworzeniem. Nie bardzo rozumiem pogląd wedle którego Bóg musi coś wykazywać Diabłu np. wszechmoc, legitymować się przed Diabłem ze swojej mądrości, czy przekonywać notorycznego kłamcę, że jest kłamcą. Dla mnie są to motywy charakterystyczne dla samego Diabła i przypisywanie ich Bogu jest od rzeczy. Pan Jezus z Diabłem wcale nie dyskutuje, nie mówiąc już o wykazywaniu mu czegokolwiek. Ignoruje go i tyle. Jeżeli Bogu o coś chodzi to o miłość a nie pokazywanie, że „moje na wierzchu, bo jestem wszechmocny”. Ale pewnie można to różnie ująć. Wg św. Tomasza z Akwinu piekło jest niesamowitą radochą dla świętych, którzy z ukontentowaniem oglądają męki potępionych. Ale mnie, jak zaznaczałem, nie wolno brać poważanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *