W odpowiedzi profesorowi Jackowi Bartyzelowi

Zamieszczony przez profesora Bartyzela tekst dotyczący mecenatu (http://www.legitymizm.org/mecenat-artystyczny) zachęcił mnie do wyjaśnienia, o co tak naprawdę chodzi gospodarczym liberałom w kwestii dofinansowywania inicjatyw kulturalnych. Nie może być tak, że czytelnicy Pana profesora zostaną wprowadzeni w błąd w wyniku jego błędnej interpretacji postulowanych przez liberałów tez. Tuszę iż jest to błąd poznawczy, a nie celowa dezinformacja, a Pan profesor jako prawicowiec, mam nadzieję, że dążący do Prawdy (rzecz jasna obiektywnej), zweryfikuje swoje podejście do sprawy.

W swoim artykule prof. Bartyzel nakłada pewną optykę na szeroko pojmowaną kwestię własności prywatnej (bo to ona stanowi istotę problemu), którą można znaleźć w pismach Karola Marksa (np. w tekście „Formacje poprzedzające produkcję kapitalistyczną”). Tak jak Marks, profesor Bartyzel posługuje się dziwną retoryką, wynikającą chyba raczej z logicznego i terminologicznego bałaganu, niźli konsekwentnych przemyśleń. Uważa On, że pojęcie własności miało inny sens niż w nowożytności czy czasach współczesnych. Podobnie twierdzi Marks uznając, że uspołecznienie dóbr nie jest tak naprawdę zniesieniem własności prywatnej – często spotyka się histeryczne usprawiedliwienia komunistów mówiące, że Marks nie chciał, aby szczoteczki do zębów były wspólne. Na czym jednak owo uspołecznienie ma wyglądać, skoro każdy miałby swoją szczoteczkę? Tego nie są w stanie wyjaśnić. Podobnie czyni profesor Bartyzel – nie wyjaśnia na czym polegała rzekoma różnica między własnością prywatną kiedyś, a dzisiaj. Przypomina to trochę konfuzję wynikającą ze sztucznego rozróżnienia na „sprawiedliwość” i „sprawiedliwość społeczną”. Jestem jednak skłonny zrozumieć pewne intuicje, które mogły doprowadzić Pana profesora do takich tez. Otóż zarówno w starożytności jak i średniowieczu, kiedy cesarz czy król mieli szczególną pozycję, można odnieść wrażenie braku własności prywatnej. Jednakże już w prawie rzymskim istniało wyraźne rozdzielenie na res manicipi (nienaruszalne, nie do sprzedania) oraz res in commercio (rzeczy, które można sprzedać). Te pierwsze jednak dotyczyły raczej nieruchomości (res immobiles) niż rzeczy ruchomych i wynikało to ze strategicznego dla gospodarki państwa charakteru owych res immobiles. Sam fakt zaistnienia w prawie rzymskim terminu res in commercio zakłada własność prywatną – nie można przecież sprzedać czegoś, co nie jest własnością. Maecenas, od którego imienia ukuto termin mecenat, dysponował swoim majątkiem, z którego finansował artystów. Oczywiście należy podkreślić, że obywatel rzymski oddawał podatki od posiadanych ziem uprawnych, a cesarz mógł je przydzielić komuś innemu, co może powodować owo zamieszanie dotyczące własności, lecz pieniądze dotychczas zarobione dzięki tym nieruchomościom przez owego obywatela, należały do niego. Podobnie nieruchomości użytkowe takie jak domy czy ogrody, którymi dysponowali najbogatsi, należały do nich, o czym świadczy fakt, iż w prawie rzymskim wyróżniono „posiadanie” oraz „dzierżawienie” i „własność”. Rzeczy posiadane obywatel mógł sprzedać, przepisać na potomka czy przyjaciela. Po zapoznaniu z tekstami źródłowymi dotyczącymi starożytnej Grecji, mamy do czynienia z podobnym podziałem – doskonale i w uroczy sposób obrazują to częste wtrącenia dotyczące przekazywania majątku u Diogenesa Laertiosa w ‘Żywotach i poglądach słynnych filozofów’.

Można więc śmiało uznać, że teza o prywatnym mecenacie w starożytności jest jak najbardziej właściwa. Uprawomocnia ją także kolejny, bardzo istotny dla liberalizmu gospodarczego aspekt – wskazując przykłady ze starożytności czy średniowiecza, liberałowie mają na celu pokazanie, iż nie ma potrzeby pobierania podatków od obywateli, aby kultura prężnie się rozwijała. Przy wzięciu pod uwagę faktów dotyczących własności, wytrzymuje ona konfrontację ze sferą praktyczną. Oczywiście zgadzam się z tym, co profesor Bartyzel napisał odnośnie religijnego, czyli publicznego charakteru sztuki w owych czasach. Nieprawdą jest jednak, jakoby dzieła powstawały li tylko w celu służby społeczeństwu i ze skarbu państwa czy państwa-miasta! Profesor nieco instrumentalizuje ówczesną sztukę i nie pozwala, aby religijna otoczka mogła „współgrać” z prywatną inicjatywą mecenasa. Owszem, sztuki teatralne były zwieńczeniem świąt publicznych i religijnych, ale Pan profesor zapomina chyba, że nie są to jedyne formy kultury. Rzeźbiono, malowano, pisano wiersze przez cały rok i gdyby dziesiątki artystów oczekiwały na inicjatywy związane tylko z kultem lub służbą publiczną, podejrzewam, że nie zostałaby aż tak bogata spuścizna, a sami artyści pomarli z głodu. Przypominam, że standardowy dom Greka (zależnie od jego statusu majątkowego) zdobiony był mozaikami czy malunkami ściennymi. Rzymskie wille otoczone były ogrodami z ozdobnymi altanami oraz perystylami z licznymi kolumnadami i rzeźbami. Przykłady można by mnożyć, a zapotrzebowanie było ogromne, więc zdolni artyści nie narzekali na biedę. Muszę tutaj wtrącić, że mizerny artysta nie mógł się wybić, co jest zupełnie naturalne – np. dionizje miały wypaść jak najlepiej, a prywatnie każdy chciał mieć jak najładniejsze dzieło, gdyż było wizytówką jego statusu społecznego, więc brak tu miejsca na brak talentu. Nie przypominam sobie także, aby była jakaś forma zasiłku dla biednych artystów, a kultura przecież nie ucierpiała na tym – wręcz przeciwnie.

Mimochodem wkrada się nam tutaj również współczesne rozumienie artysty jako tego, który działa w zaciszu swojej pracowni. Starożytni i średniowieczni artyści byli poniekąd rzemieślnikami współpracującymi z murarzami, architektami czy dekarzami i płacono im pensje! Z usług murarzy nie korzystał przecież tylko Kościół czy król. Dodatkowo w średniowieczu istniały cechy malarskie czy rzeźbiarskie, które dawały tytuł mistrzowski oraz ułatwiały zdobycie zlecenia swoim pracownikom-artystom.

Uważam również, że należy także odpowiednio traktować sam mecenat – jest to pomoc artystom, otoczenie ich pewną opieką finansową, ale nie oznacza to, że mecenas nie oczekuje nic w zamian! Mecenasem jest również ten, który zamawia serię obrazów do swojej willi i w ten sposób wspiera zdolnego artystę, co miało miejsce już w starożytności. Teza Pana profesora dotycząca mecenatu czysto prywatnego jako wytworu czasów co najmniej po-nowożytnych jest więc jawnym fałszem.
Niestety ogromnym nieporozumieniem jest ostatni akapit tekstu profesora Bartyzela. Po pierwsze – liberałowie nie chcą państwowego finansowania kultury, a jak ustaliliśmy, część inicjatyw była faktycznie opłacana z pieniędzy np. miasta-państwa. Historycy pokazują, że istniały w starożytności i średniowieczu inicjatywy prywatne, które pozwalały na rozwój kultury i dzięki tejże, prywatnej działalności, mamy dzisiaj wiele znakomitych dzieł. Przy warunkach jakie tworzy wolny rynek (minimalizacja podatków, czyli większe środki w portfelu jednostki), kultura kwitłaby dzięki prywatnym inicjatywom. Po drugie – zarzuty dotyczące bicia monet czy jurysdykcji nad poddanymi są oznaką skrajnej ignorancji. Liberałowie postulują wartość pieniądza opartą na parytecie oraz depozycie i ze względów czysto technicznych indywidualna produkcja pieniędzy może doprowadzić do inflacji, ale nie sądzę, aby była zabroniona. Taka mennica w warunkach wolnego rynku po prostu nie opłacałaby się, dlatego też najwygodniejszy byłby koncept państwa minimalnego, którego zadaniem byłoby produkowanie pieniędzy. Co zaś się tyczy jurysdykcji – nie można uznawać, że jednostka w rzeczywistości liberalnej jest czyjąś własnością, dlatego w imię równości wobec prawa oraz sprawiedliwości (cechującej się obiektywnością), nie może być nawet podejrzenia, że sąd jest stronniczy, co wytrąca Panu profesorowi argument. Po trzecie – w rzeczywistości liberalnej nikt nie zabroniłby nikomu stworzenia własnej armii. Tutaj ponownie powołam się na koncept państwa minimalnego – armia państwowa oraz policja czuwają nad porządkiem w imię obowiązującego prawa.

Mam nadzieję, że nie muszę przytaczać konkretnych dzieł stworzonych na zamówienie. Jest ich pełno w pracach Boscha, da Vinci’ego, Caravaggia, Durera, Bacha czy Mozarta. Braki faktograficzne dotyczące prywatnych inicjatyw w starożytności czy średniowieczu świadczą raczej z tego, że nikt nie spisywał realizacji prywatnych zamówień przez artystów. Nie znaczy to jednak, że takowych nie było, czy też, że było ich mało. Analiza stylu bogatych domostw w starożytności i średniowieczu pozwala na stwierdzenie, że artyści byli aktywni w sektorze prywatnym. Dla liberałów do wyraźny sygnał, że kultura może rozwijać się dzięki prywatnym inicjatywom, dlatego nie należy obciążać podatników kosztami biurokracji mającej rzekomo ją wspierać.

Marcin Sułkowski
[aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “W odpowiedzi profesorowi Jackowi Bartyzelowi”

  1. Z całego tekstu prof Bartyzela przebija nostalgia za na poły mityczną Wspólnotą, wchłaniającą jednostkę, decydującą o używaniu przez nią własności łaskawie „nadanej”. Wspólnota jest ważna, niemniej jednak ważniejsza jest osoba. Każdy jest w pierwszym rzędzie odpowiedzialny za swoją duszę i sąd odbywać się będzie nad osobami, a nie „wspólnotami”. Wspólnota polityczna nie ma duszy nieśmiertelnej,nie jest osobą i nie ma właściwej jej godności (o godności osobistej mówił już Pius XII). Klasyczni liberałowie czy konserwatywni libertarianie są więc za systemem, w którym waga pojedynczej osoby jest odpowiednio uznana przez prawo, także prawo własności. Jeśli tego prawa źle używa odpowie przed Bogiem, jeśli jednak używa dobrze osiągnie wysoki poziom etyczny. Nie osiągnie go jeśli jej wola będzie ślepo podporządkowana „wspólnocie”, a rozum i sumienie będą ukształtowane niemal wyłącznie przez czynniki zewnętrzne. Jednak liberalizm pozwala prof Bartyzelowi i spółce założyć Wspólnotę przez duże „W”. Problem w tym,że chce on narzucać swoją wizję wspólnotowości reszcie społeczeństwa,niczym centralny planista.

  2. Panie Marcinie, interesująco rozkłada Pan akcenty w swej polemice, jej clou poświęcając nie tyle temu, co Pan Prof. Bartyzel napisał, tylko wnioskom jakie Pan z lektury Jego tekstu wyciągnął. Odnośnie zaś wagi, jaką przykłada Pan do kwestii własności zwraca uwagę, że zdaje się Pan przychylać do poglądu, że jest to pojęcie obiektywne, zawsze znaczące to samo niezależnie od tego co sobie tam ludzie myśleli. Jest to przejaw typowej dla liberałów wiary, że nie tylko wyznawane przez nich „prawa”, ale i pojęcia mają cechy wyniesione z nauk przyrodniczych, a nie społecznych. Jak trafnie zauważa Prof. Bartyzel, przekonanie to nie ma uzasadnienia, a decydujące znaczenie miało i ma właśnie subiektywne podejście do poszczególnych wartości na przestrzeni epok. Odnośnie zaś samego tematu sponsorowania kultury, to wciąż nie mogę pojąć jak ze zdania „obok państwa/władców w przeszłości sponsorami kultury bywały osoby prywatne” można wysnuwać wniosek „sponsorami kultury winny być tylko osoby prywatne” (już pomijam, że we wcześniejszym tekście Pan Marcin pisał wręcz, że tylko osoby prywatne historycznie finansowały artystów).

  3. Panie Konradzie, prosiłbym o nie wkładanie w moje usta słów, których nie wypowiedziałem. Jasno i wyraźnie zaznaczałem po pierwsze możliwość prywatnego finansowania artystów wypływającą z prześledzenia historii i jako wniosek podałem jej wyższość względem tej dzisiejszej, finansowanej z kasy państwowej. Nie wiem jak Pan, ale ja wolałbym, aby kultura stała na takim poziomie jak w starożytności czy średniowieczu, a nie jak dzisiaj i powtarzam – staram się dać jakąś alternatywę. Do kwestii własności odniosłem się w swoim tekście – proponowany przez Pana model trąci Marksem i jego po-heglowskim bełkotem, z którego nic nie wynika w sferze praktycznej. Historia pokazuje, że Grek, Rzymianin czy mieszkaniec średniowiecznego państwa mieli własność prywatną. Nie wszystko mogli uznać za takową, ale jednak ją mieli. Jeśli Pan uważa inaczej, to jestem ciekaw jak Pan skonfrontuje swoją opinię z zaznaczoną w tekście zasadą wywodzącą się z prawa rzymskiego (res in commercio).

  4. @Qba – koncept prywatnych mennic rzuciłem zupełnie luźno i humorystycznie, gdyż tak też potraktowałem tezę prof. Bartyzela. Jeśli mógłby Pan nakreślić problem to byłbym wdzięczny.

  5. „proponowany przez Pana model trąci Marksem i jego po-heglowskim bełkotem” – Panie Marcinie, może nie licytujmy się kto przeładowuje swoje teksty erudycją nie na temat, co czyni je właśnie i mało zrozumiałymi, i słabo związanymi z tematem dyskusji…

  6. Konrad Rękas – myślałem, że czytał Pan jakieś teksty Marksa i Hegla, bo jednak sporo osób na konserwatyzm.pl jest już po tej lekturze – nie miałem zamiaru Pana urazić, a jedynie w krótki sposób zaakcentować o co chodzi. Zwrot ten wśród filozofów o konserwatywnych poglądach ma swoje znaczenie i tylko o to mi chodziło. Wytłumaczę więc w prostszy sposób o co chodzi z heglowskim i logicznym hochsztaplerstwem w kwestii terminu „własność prywatna”. Chyba obaj zgadzamy się co do jednego – własność prywatna to coś, czym możemy dysponować bez ograniczeń. Ja twierdzę, że takowa istniała już w starożytności, co umożliwiło możnym na przykład kupienie obrazu, rzeźby, wiersza czy nawet czegoś takiego jak żywność. Prawem własności prywatnej objęte więc były na przykład pieniądze, które można było zamienić na inny towar. Profesor Bartyzel stara się zwracając uwagę na otoczkę ówcześnie panującej ideologii dowieść, że własność prywatna podówczas nie istniała. W świetle faktów historycznych jest to nieprawdą, gdyż jeśli nie istniałaby własność prywatna, nie byłoby na przykład handlu. Ja się jestem w stanie zgodzić, że własność prywatna nie mogła objąć aż tylu obszarów rzeczywistości, co w czasach po-nowożytnych, ale negowanie jej jest po prostu kłamstwem. Z samego logicznego punktu widzenia, co można sobie rozrysować na diagramach kołowych – diagram pokazujący obszar własności prywatnej w czasach starożytnych nie pokrywa się całkowicie z diagramem pokazującym obszar tejże w czasach po-nowożytnych, ale też nie są osobne! Do tego należy dodać 3 diagram – definicji własności prywatnej i bardzo ładnie wyjdzie nam, że teza profesora Bartyzela jest fałszywa. @Qba – dziękuję za linki, z chęcią przeczytam te teksty!

  7. Nieprawda Panie Sulkowski. Własność prywatna to nie jest coś, czym możemy dysponować bez ograniczeń. Taka definicja własności prywatnej prawdziwa będzie, ale tylko teoretycznie, na obszarze niepodlegającym żadnej władzy państwowej. W praktyce jednak i tak wystąpią jej ograniczenia związane z występowaniem prawa silniejszego, które w hierarchii praw będzie stało ponad prawem własności.

  8. Panie Marcinie, do problemu własności prof. Bartyzel odnosi to zdanie: „Warto dodać, że zupełnie inny sens miało też pojęcie „własności”, będącej albo łupem wojennym, albo czymś odziedziczonym, albo otrzymanym jako nagroda, lenno czy beneficjum od władcy, w każdym zaś wypadku wiązało się to z określonymi obowiązkami wobec wspólnoty ciążącymi na tej własności”. Nie pisze więc, jak Pan go „streszcza”: „Profesor Bartyzel stara się zwracając uwagę na otoczkę ówcześnie panującej ideologii dowieść, że własność prywatna podówczas nie istniała”. To nieporozumienie (lub manipulacja), a przede wszystkim nie jest to główna treść wywodu Pana Profesora.

  9. Panie Konradzie, rozmawiamy cały czas na płaszczyźnie przełożenia własności prywatnej na kulturę. Profesor Bartyzel wyraźnie napisał, że nie można dokonywać analogii między innymi z powodu innego ujmowania wartości. Inne = różne od przyjętego przez czasy po-nowożytne, co sam profesor zaznacza. Dodatkowo inne = nie takie samo, jak rozumieją liberałowie. Zaznaczam po raz n-ty, że jest to fałsz i wyjaśniałem to w poprzednim komentarzu. Zarzuca mi Pan niezdolność interpretacji tekstu prof. Bartyzela, a chyba jednak Pan sam nie rozumie konsekwencji Jego tez oraz mojego wcześniejszego wywodu w komentarzu.

  10. Nie, Panie Marcinie, to Pan wciąż nie rozumie, że nikt nie kwestionuje, iż „kultura może rozwijać się dzięki prywatnym inicjatywom”, tylko wciąż zwracamy uwagę, że teraz się tak nie dzieje. Pana zdaniem to nic takiego, bo najważniejsze, że model jest słuszny. M.in. moim zdaniem jest to jednak pewien problem, dlatego pisałem (a moja żona mówiła) co należy w związku z tym czynić. Z kolei prof. Bartyzel wskazał, że nieprawdziwą jest zarówno teza, iż kiedyś nie było mecenatu państwowego, jak i że teraz nie powinno go być. Pana zdaniem jednak nie powinno, bo prywatny wystarczy. Ponieważ jednak Pana teoria nie zgadza się z powszechnie dostępną empirią – obawiam się, że zwyczajnie nie jest wiele warta. I fakt, że istotnie formułuje Pan myśli w sposób tyleż ładny, co zawiły – nie ma wobec tej okoliczności większego znaczenia.

  11. Panie Konradzie mam nadzieję, że Pan żartuje. Proszę sobie przeczytać moje komentarze pod moim poprzednim tekstem i zobaczy Pan co postulowałem – mówiłem wyraźnie, że krytykuję obecny model ze względu na jego brak wydajności dając przykłady historyczne na poparcie modelu liberalnego. Mówiłem też, że nie przypominam sobie, aby w historii starożytnej czy średniowiecznej były podatki na sztukę czy ministerstwa do tego wydzielone – potraktował to Pan zbyt literalnie. Jeśli moja teoria nie zgadza się z powszechnie dostępną empirią, może czas, żeby wreszcie spojrzał Pan na swoją krytycznym okiem. Dałem Panu w poprzedniej dyskusji przykłady inicjatyw liczonych w milionach dolarów, które się zwróciły z typowo wolnorynkowego podejścia do nich, a Pan dalej swoje. Jest Pan odrobinę stronniczy w tej dyskusji i wydaje mi się, że nie zrozumiemy się.

  12. Pan to nazywa stronniczością, a ja praktyczną znajomością przedmiotu dyskusji. Jak to jest, że jak się liberałom mówi, że któregoś z ich pomysłów nie da się wprowadzić w Polsce AD 2011, to oni zawsze odymają się, że nieprawda, bo w Dolnym Kabongo w 1911 się udało! (jakby to miało jakiś związek)? Mnie nie interesują systemu, które „muszą działać”, albo działają w odległych galaktykach, dawno, dawno temu i za miliony dolarów. Interesuje mnie czy taki sponosor prywatny na miliony dolarów żeby wystawić „Koty” jest w Białymstoku, czy Lublinie, albo czy da się dam tak skalkulować ceny biletów, żeby na takiej premierze zarobić. Otóż nie ma i nie da się, w każdym razie nie dzisiaj. Do Pana teorii można (?) więc będzie wrócić dopiero w bardziej sprzyjających czasach.

  13. Panie Konradzie – ależ Pan bajki opowiada. Proszę mi podać mój cytat, w którym twierdzę, że teraz da się to wprowadzić? Panu chyba obce jest coś takiego jak eksperyment myślowy. Ja sobie zdaję sprawę, że aby wprowadzić w pełni wolny rynek w Polsce, potrzeba masy reform. Jak dla Pana analogiczne wydarzenia z historii nie mają znaczenia dla sfery praktycznej w czasach obecnych, to proponowałbym, aby jednak najpierw zapoznał się jak wygląda dyskusja. Panu mi zarzuca, że dzisiaj nie ma sponsorów na Koty w Białymstoku, ale nie zwraca Pan uwagi, że samo państwo również tegoż nie wystawia. Ja przedstawiam alternatywę, która jest rozbudowana. Pan uczepił się jednego aspektu, który wynika w sumie z braku zrozumienia czytanego tekstu i wałkuje non-stop. Przy okazji rzecz jasna próbuje mi Pan jeszcze wmówić, że erudycja (ta której Pan nie rozumie oczywiście) jest w dyskusji nie wskazana. Bardzo niepoważne podejście.

  14. Ależ o to mi właśnie chodzi, Panie Marcinie, cieszę się, że w końcu Pan przyznał, że Pana pomysły nie kwalifikują się do bieżącej realizacji! Skoro więc Pan to wie, to nie widzę powodu, dla którego prowadzi Pan polemikę z zagadnieniami dotyczącymi finansowania kultury tu i teraz. Nie prowadzę z Panem dyskusji na temat całej wizji nowego, wspaniałego, liberalnego świata, bo mnie interesują konkrety. Odnośnie zaś przesadnej eurudycji, to mam do niej taki sam stosunek, jak do nadużywania wielkich liter, najczęściej pokrywa oderwanie od rzeczywistości, a cały tekst czyni po prostu mało strawnym. Nie dlatego, że ktoś rzadziej od autora używa Wikipedii, tylko dlatego, że tego się nie da czytać.

  15. Cieszę się też, że zauważył Pan w końcu, że państwo (i samorządy) nie „wystawiają” szeregu dzieł, czyli mówiąc inaczej nie prowadzą w wystarczającym stopniu działalności kulturalnej i artystycznej. Właśnie ten niedostatek od początku krytykujemy.

  16. Jest sporo osób z kapitałem, które chętnie odrestaurowałyby w Polsce dworki, a nawet zamki, ale napotykają na przeszkody administracyjne w postaci konserwatora zabytków, którego zadaniem jest niedopuszczenie do odbudowania ruin, oraz skarbu państwa, który również woli, żeby dworki w jego posiadaniu się rozleciały niż żeby jakiś prywatny inwestor się za nie wziął. Jako że architektura w wypadku dworków i zamków to również sztuka, obrazuje to fałsz twierdzenia, że prywatny mecenat dzisiaj nie istnieje. Jeśli tak jest, to dlatego że nie pozwala się mu zaistnieć.

  17. Po pierwsze kto twierdzi, że mecenat prywatny nie istnieje? Jedynie, że nie wystarcza. Po drugie ochrona zabytków to jednak kwestia odmienna niż działalność artystyczna, w przciwnym razie dowodzilibyśmy, iż sytuacja producentów ziemniaków jest dobra, bo przecież grabarzom nieźle idzie. Po trzecie to w ogóle jest „co insze”, ElDesmadre pisze o problemach prywatnych właścicieli czy potencjalnych nabywców obiektów zabytkowych, a nie sponsorów kultury. Cóż, zapewne bywa różnie, a nadmiar biurokracji, także ochronie zabytków z pewnością nie służy. Z lokalnego podwórka znam raczej sytuacje przeciwne: tworzy się całe systemu ułatwień w nabywaniu starych dworków, spichrzów etc. (często ze szkodą dla dawnych właścicieli sprzed nacjonalizacji), w związku z czym na korzystnych warunkach kupują (czy raczej przejmują) je osoby nie mające środków (bądź nawet zamiarów) w pozyskane budynki inwestować i to dopiero prowadzi do ich dalszej degradacji.

  18. Moje pomysły nadają się do bieżącej realizacji, tylko należałoby wprowadzić szereg reform w innych sektorach. Jak nadal przy sterach będzie banda złodziei, która chce zarabiać na podatkach, to nic się nie zmieni. Skoro nie widzi Pan powodu, dla którego prowadzę polemikę, to może podważy Pan całą filozofię? Przecież jej rozwój polega na odnoszeniu się do bądź co bądź abstrakcyjnych idei poprzedników. Śmieszny argument Panie Konradzie i mam nadzieję, że miało to na celu tylko rozbawienie czytelników. Co do erudycji – wolę czytać teksty erudycyjne – mam wtedy pewność, że autor uchwycił niuanse. W zasadzie tak się prowadzi naukowy dyskurs i pozostanę wierny tej metodzie. I owszem zauważam, że samorządy czy państwo prowadzą działalność kulturalną w sposób słaby, bo są ekonomicznie niewydajnie, a etycznie niemoralne. Dlatego zamierzam nadal zwalczać taką formę „pomocy” sztuce. Zresztą „wykwity” nowoczesnej sztuki są po części efektem takiego, a nie innego finansowania. Zresztą szanowny Panie Konradzie, niech nam się pokłoni matematyka w stopniu podstawowym: przyjmijmy, że „p” to będą pieniądze, a „u” to urzędnik. Jakby nie patrzeć ale p + u > p. Dlatego nie uśmiecha mi się pośrednik między mną a kulturą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.