Wiatrowycz: Lech Kaczyński, Adam Michnik i Aleksander Kwaśniewski – sojusznicy UPA?

„Od początku lutego w sąsiedniej Polsce rozpoczęła się kampania medialna „Wołyń-1943”. Od tego czasu nie było tygodnia, aby któreś z ogólnopolskich czasopism nie poświęciło tematowi polsko-ukraińskiemu konfliktu artykułu na swoich stronach. Piszą o nim: „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Wprost”, „Uważam RZE”, polska redakcja „Newsweeka”.

Sądząc z aktywnego startu, tegoroczna fala informacyjna będzie przynajmniej nie mniejsza niż ta, która podniosła się z okazji 60 rocznicy wydarzeń na Wołyniu. Ton publikacji, nawet w czasopismach dalekich od radykalnych polskich środowisk, wskazuje, że będzie ona również bardziej agresywna. Jeśli dziesięć lat temu pisano głównie o „wołyńskiej rzezi”, czasem nawet używano określenia powszechnie używanego w ukraińskich mediach „Wołyńska Tragedia”, to w tym roku wyraźnie dominuje termin „ludobójstwa na Wołyniu”.

Do  jeszcze bardziej interesujących wniosków można dojść, jeśli porównamy tegoroczne przygotowania do obchodów rocznicy do tych, które zostały wykonane pięć lat temu, w 2008 roku. Wówczas, pomimo ciągłych starań radykalnych „kresowych” środowisk, nie udało się rozwinąć potężnej kampanii informacyjnej. Wszystko ograniczyło się do publikacji lub reportaży, które pojawiły się w lecie tuż przed 11 lipca – dnia, który w 2003 roku został wykorzystany do upamiętnienia polskich ofiar konfliktu.

Chociaż prezydentem Polski był w tym czasie Lech Kaczyński, wyraźnie prawicowy polityk, inicjatorzy obchodów 65. rocznicy „rzezi wołyńskiej” nie otrzymali spodziewanego wsparcia państwa dla planowanego rozwinięcia zaplanowanej przez nich kampanii. Instytut Pamięci Narodowej, któremu przewodniczył Janusz Kurtyka, historyk, którego wielu obwiniało o „nadmiernie narodowe” podejście do przeszłości Polski, również nie stał się narzędziem do realizacji ich wielkich planów.

Główny powód takiego ostrożnego podejścia do obchodów rocznicy historycznej tragedii w 2008 roku znajdował się nie tyle w Warszawie, co w Kijowie. Ówczesny prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko był jednym z głównych sojuszników Lecha Kaczyńskiego. Szef państwa polskiego rozumiał konieczność zachowania przyjaznych stosunków ze wschodnim sąsiadem i nie chciał, aby rozkręcona medialna kampania informacyjna  o konfliktach z przeszłości stała się przeszkodą w rozwoju współczesnej współpracy.

Wreszcie kierownictwie Polski po 2005 r. po raz pierwszy zetknęło się z nie obojętnym wobec swojej przeszłości kierownictwem Ukrainy. Pomimo faktu, że wśród zwolenników obu prezydentów były prawicowe siły nacjonalistyczne, oni byli w stanie doprowadzić do konstruktywnego dialogu wokół kwestii trudnej przeszłości. W upamiętnianiu ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego pojawiła się pewna symetria, która przejawiała się w równoległym odsłanianiu pomników dla Ukraińców na terenie Polski i dla Polaków na terenach ukraińskich.

Na Ukrainie właśnie wtedy nabierała rozpędu nowa polityka historyczna (podobna do tej, która miała miejsce w poprzednich dekadach w Polsce), mająca na celu odejście od sowieckiej totalitarnej przeszłości. I w tym kierunku została nawiązana aktywna współpraca pomiędzy instytucjami obu krajów odpowiedzialnych za jej realizację. Ale powróćmy do 2013 roku. Źródłem odczuwalnej dzisiaj radykalizacji nastrojów w Polsce jest nie tylko ożywienie działalności tutejszych sił radykalnych, ale i obojętność współczesnych władz ukraińskich wobec własnej historii.

Polacy nie mogli nie zauważyć, jak łatwo Janukowycz zrezygnował z czynnego propagowania koncepcji Hołodomoru (Wielkiego Głodu) jako ludobójstwa, w co aktywnie była zaangażowana dyplomacja poprzedniego prezydenta. Jakby idąc na rękę wschodniemu sąsiadowi ministerstwo oświaty cenzuruje podręczniki do nauki historii, a sądy pozbawiają tytułów bohaterów narodowych, niewygodnych dla rosyjskiego kierownictwa działaczy ukraińskiej przeszłości. Oczywiście, to właśnie ta „historyczna ustępliwość” ukraińskiego rządu prowokuje niektórych polskich polityków do czynienia radykalnych kroków.

Oni chcą skorzystać z tej okazji, aby uzyskać od obojętnej w stosunku do historii swojego kraju władzy wszystkie potrzebne im „przeprosiny” i „potępienia”. Jest całkiem możliwe, że dostaną wszystko, czego zażądają, bo „potępienie zbrodniczej UPA” – to wyjątkowe dla Janukowycza posunięcie, które pozwoli mu jednocześnie spełnić oczekiwania dwóch sąsiadów – wschodniego i zachodniego. W polskich mediach spotyka się informacje o wielu różnych inicjatywach, które są przygotowywane do realizacji w dniu 11 lipca tego roku. Chodzi o nowe książki, filmy dokumentalne, a nawet pełnometrażowy film fabularny.

Jedną z najbardziej absurdalnych do tej pory inicjatyw jest oświadczenie wojskowej grupy rekonstrukcyjnej o próbie odtworzenia wydarzeń wołyńskich z lata 1943 roku w miasteczku Radymno. Zadziwiającemu przedsięwzięciu patronują dość poważni działacze społeczni, a to przyciąga uwagę mediów. Jednak o wiele większe obawy wywołują nie tego rodzaju dziwactwa, lecz oświadczenia osób duchownych. Chodzi o komentarz arcybiskupa Kościoła Rzymskokatolickiego na Ukrainie Mieczysława Mokrzyckiego, wyjaśniający, dlaczego nie mógł przygotować wspólnej oceny tragedii wraz z grekokatolikami.

Pomimo duchownego stanu komentatora, jego słowa w zbyt małym stopniu przypominają chrześcijańską zasadę wzajemnego przebaczenia, wręcz przeciwnie – brzmi w nich wojownicza retoryka. Mokrzycki uważa za niedopuszczalną proponowaną przez grekokatolików formułę pojednania (nawiasem mówiąc, zapożyczoną z nie mniej trudnych doświadczeń polsko-niemieckich) „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, natomiast uważa, że ze strony ukraińskiej ma brzmieć tylko skrucha: „wybaczcie, prosimy o przebaczenie”.

Niestety, to nie jest odosobniona odrażająca opinia pojedynczego kapłana. Arcybiskup w istocie wyraził stanowisko polskiego społeczeństwa, które, spoglądając wstecz na tragedię przeszłości, nie chce pojednania z Ukraińcami, lecz ich całkowitej kapitulacji i wyrzeczenia się własnej historii. Radykalny komentarz polskiego kapłana nie wywołał analogicznej reakcji ze strony ukraińskiej. Po kilku dniach po oświadczeniu Mokrzyckiego Synod UG-KC ogłosił swoje oficjalne stanowisko w kwestii oceny Wołyńskiej Tragedii.

„My, jako biskupi, nie chcemy wchodzić w historyczną polemikę – czytamy w nim – nie dążymy również  do występowania z oskarżeniami kogokolwiek. Naszym zadaniem jest dać chrześcijańską ocenę tych faktów po to, abyśmy mogli naprawdę uleczyć nasze rany, uzdrowić pamięć wzajemnym przebaczeniem”. Przesłanie UG-KC zostało pozytywnie przyjęte przez Adama Michnika, jednego z czołowych polskich intelektualistów, redaktora „Gazety Wyborczej”.

„To jest wezwanie do tego – pisze – co jest rozumne i szlachetne w naszej naturze, to głos przeciwko obopólnej nienawiści. Wielka szkoda, że list ten spotkał się z negatywną reakcją ze strony lwowskiego metropolity kościoła rzymskokatolickiego. Mowa metropolity, który odmówił podpisania wspólnego oświadczenia – nie jest mową Jana Pawła II, jest to raczej język tych, którzy szukają słomki w cudzym oku”. Kilka tygodni przed opublikowaniem artykułu Michnika swoje stanowisko w tej sprawie wyraził były prezydent Polski Aleksander Kwaśniewski.

Podkreślił on, że osią polsko-ukraińskich stosunków nie mogą być tragiczne stronice przeszłości dwóch sąsiednich narodów. „Ja, na przykład, uważam – powiedział – że jak bardzo byśmy się nie starali, postrzeganie Bandery w Polsce i na Ukrainie będzie inne. Dla nas to terrorysta, zbrodniarz i ukraiński nacjonalista, a dla Ukraińców, zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, to bojownik o niepodległość Ukrainy, który wykorzystywał ówczesną koniunkturę polityczną, a jednocześnie stosował metody terroru, których nie unikali i polscy bohaterowie traktowani jako świetlane postaci w naszej historii”.

Tak więc, pomimo ogólnej radykalizacji postaw w społeczeństwie polskim, zaczęły brzmieć głosy tych, którzy naprawdę szukają porozumienia z Ukraińcami, którzy rozumieją, jaka będzie cena ewentualnych „przeprosin” i „potępień” z ust obecnych władz ukraińskich i nie są gotowi na ich przyjęcie, korzystając z politycznej koniunktury. Ważne jest, że głosy te należą do osób mających możliwości kształtowania opinii publicznej w państwie.

Oczywiście, nadszedł czas, aby i ze strony ukraińskiej, oprócz oświadczeń cerkwi, zabrzmiał głos przedstawiciela społeczeństwa. Wtedy sprawa pojednania między Ukraińcami i Polakami nie będzie wyglądać tak upiornie, mimo niesprzyjającej sytuacji politycznej. Możliwe, że będzie wprost przeciwnie, że pojednanie na szczeblu wspólnotowym, pozbawione bezdusznego i formalistycznego podejścia, charakterystycznego dla urzędników, będzie miało silniejsze korzenie. I domaganie się kapitulacji drugiej strony zniknie na zawsze z dialogu między naszymi dwoma narodami”.

Wołodymyr Wiatrowycz

http://tsn.ua/analitika/primirennya-a-ne-kapitulyaciya-288157.html

http://sol.myslpolska.pl/2013/03/lech-kaczynski-adam-michnik-i-aleksander-kwasniewski-%e2%80%93-sojusznicy-upa/

tłum. WT

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *