Wielomski: Bon oświatowy

Środowiska wolnościowe i wolnorynkowe w Polsce od lat, nie mogąc liczyć na pełną prywatyzację szkolnictwa, próbują uszczknąć państwowy monopol edukacyjny, proponując tzw. bon oświatowy. Zakładam, że Czytelnicy mniej więcej orientują się w temacie, więc ograniczę się do przypomnienia, że miałby to być bon, który dostają rodzice ucznia i który mogą przeznaczyć na dofinansowanie tej szkoły (państwowej lub prywatnej), do której zdecydowali się posłać swoje dziecko. Celem jest uskutecznienie zasady, że „pieniądz idzie za uczniem”.

W teorii trudno sobie wykombinować lepsze rozwiązanie, które byłoby do pogodzenia z obowiązującym systemem konstytucyjnym i zasadami rynku. Nie likwidując przymusu szkolnego, wprowadza się przynajmniej element wyboru. Rodzic przestaje być przymusowym klientem państwowej szkoły i może posłać dziecko do prywatnej, czyli lepszej. Z punktu widzenia teoretycznego mamy same plusy i racjonalnie rzecz biorąc powinno to doprowadzić do eksplozji szkół prywatnych i stopniowego wygaszania słabych publicznych.

Tyle logika. A co z praktyką? Przyznam szczerze, że mam duże obawy czy system ten zadziała. Wynikają one z faktu, że przez ok. 20 lat nauczałem w szkołach wyższych niepublicznych, a przez kilkanaście lat także na państwowych uniwersytetach, gdzie w pewnym momencie wprowadzono również zasadę „pieniądz idzie za studentem”. Wyniki nie były zachęcające. Oczywiście, nie można mechanicznie przenosić doświadczeń z uczelni wyższych do szkolnictwa podstawowego i średniego, ale warto się nad tym doświadczeniem pochylić, ponieważ ujawnia ono psychologiczne podstawy kierujące motywacjami ludzkimi w doborze szkoły.

Zacznijmy od uczelni niepublicznych. Mamy racjonalne i logiczne założenie, że student wybierając szkołę wybiera lepszą, kierując się spotykanymi przezeń opiniami, rankingami, etc. I rzeczywiście, student kieruje się rankingami i opiniami. Problem tylko w tym, że często szuka szkoły… gorszej. Uczyłem kiedyś w pewnej szkole niepublicznej, która dołowała we wszystkich rankingach i w propagandzie szeptanej uchodziła za jedną z najsłabszych w swojej dyscyplinie. Co ciekawe, nawet w najgorszych latach niżu demograficznego nigdy nie załamał się jej system rekrutacyjny. Co więcej, po krótkich rozmowach ze studentami można było zauważyć zaskakującą tendencję: „wybraliśmy tę uczelnię, ponieważ w rankingach i w opiniach na facebooku jest to najsłabsza z uczelni, co znaczy, że aby ją skończyć nie trzeba się będzie uczyć”. Innymi słowy, w systemie w którym student decyduje co jest dla niego najlepsze, student wybierał najsłabszą uczelnię. Dlaczego? Dlatego, że wstępował w jej progi nie dlatego, że chciał poszerzyć swoją wiedzę teoretyczną i nabyć jakieś umiejętności praktyczne, które pozwolą mu w przyszłości zdobyć atrakcyjną dlań pracę. Zapisując się kierował się przede wszystkim chęcią zdobycia dokumentu ukończenia szkoły wyższej. Nie zależało mu na wiedzy i umiejętnościach, ale na tytule zawodowym licencjata i magistra. I tytuły te otrzymywał, gdyż zarabiające na tych ludziach uczelnie stawały na głowie, aby wszyscy zdali. To nie student chodził za profesorem, ale profesor za studentem. Selekcja wykładowców akademickich polegała na tym, że pracę tracili ci, którzy egzekwowali wiedzę i stawiali oceny niedostateczne. Ten, kto stawiał oceny niedostateczne był szybko eliminowany przez władze uczelnie, traktowany niczym szkodnik w finansach szkoły. Wiedzieli o tym i studenci i profesorowie. Ci pierwsi mówili o tym publicznie wprost, na wykładach.

W pewnym momencie system „pieniądz idzie za studentem” wprowadzono także na uczelniach publicznych. Chodziło o to, aby studenci wybierali najlepsze uniwersytety, gdy te słabsze miały same być winne swojej wegetacji. Za każdym studentem rocznie szła suma kilkunastu tysięcy złotych. I szybko powstał ten sam mechanizm co na uczelniach prywatnych. Celem uczelni było pozyskanie i utrzymanie jak największej liczby studentów, co było proste pod warunkiem obniżenia wymagań. Studenci szybko zrozumieli ten system i potrafili na egzaminach rzucić tekst „Jeśli mi Pan postawi ocenę niedostateczną, to zabieram indeks, przenoszę się do innej uczelni, a wraz ze sobą zabieram kilkanaście złotych” (często znali nawet dokładną kwotę). Skutek był taki, że studentowi można było postawić ocenę niedostateczną, ale i wykładowcy i studenci wiedzieli, że na poprawce musi zdać! Musi, gdyż oblanie go może oznaczać, że „zabierze indeks” i zmieni uczelnię, biorąc za sobą bon oświatowy.

Urynkowienie szkolnictwa wyższego nie wypaliło, ponieważ znaczna część studentów nie poszukiwała wiedzy i umiejętności, lecz papierka potwierdzającego zdobycie tytułu zawodowego. Dlatego Ministerstwo Nauki wycofało się z urynkowienia uczelni publicznych, co wszyscy przyjęli z ulgą, gdyż wrócił na nich normalny poziom nauczania i ponownie można było wymagać od studenta choćby minimum wiedzy. Nie było sensu, aby podatnik finansował czyjeś poszukiwania dyplomu.

W związku z tym doświadczeniem pojawia się pytanie w jaki sposób bon oświatowy zrewolucjonizowałby system szkolnictwa podstawowego i średniego? Znaczna część studentów, czyli ludzi w wieku 18-23 lata, studiowała wyłącznie w celu zdobycia przysłowiowego papierka. Większość z nich podejmowała decyzję o zapisaniu się na studia po konsultacji z rodzicami. I teraz pytanie: skoro rodzice tak doradzali swoim pociechom, a w przypadku uczelni niepublicznej, często i finansowali ich pseudo-studia, to jak zachowają się w przypadku szkół niepublicznych podstawowych i średnich? Czy będą chcieli, aby ich dzieci ukończyły dobre szkoły i coś z nich wyniosły? Czy też będą chcieli, aby tanim kosztem i bez wysiłku zdobyli świadectwa ukończenia byle szkółki, byle tylko ją ukończyć?

Na pytania te nie znam odpowiedzi. A piszę to wszystko, gwoli zastanowienia się jakie motywacje kierują ludźmi i co może się stać z racjonalnym projektem reformy szkolnictwa, gdy da szansę wyboru nieracjonalnym ludziom?

Adam Wielomski

Tekst ukazał się w Najwyższym Czasie!

Click to rate this post!
[Total: 15 Average: 4.7]
Facebook

18 thoughts on “Wielomski: Bon oświatowy”

  1. Ludzie są racjonalni. Skoro w Polsce rekrutuje się do pracy często na zasadach pozamerytorycznych to student dąży do uzyskania papierka przy jak najmniejszym wysiłku. Chodzi o to, aby nie ostawać od reszty. W Stanach Zjednoczonych ukończenie prestiżowej uczelni jednak coś daje, dlatego podchodzi się do sprawy poważnie.

    1. U nas z wykształceniem jest jak dawniej ze szlachtą… na zachodzie to jest/bylo max 10% społeczeństwa, a nas 1/3. Miałem nadzieję chociaż że zniesienie poboru zmiejszy ten run, ale gdzie tam!

  2. Ze szkolnictwem podstawowym i średnim powinno być lepiej. Sam „dyplom podstawówki” nic nie daje, jeśli chce się mieć studia. Stąd stawiam na poszukiwanie wiedzy, a nie papieru – przynajmniej na tym etapie.

  3. Proponuję, znieść obowiązek szkolny, zlikwidować maturę, zlikwidować MEN, zlikwidować całą tzw. edukację państwową (skoro i tak jest do d…y)…i rzucić to wszystko na żywioł…i zobaczymy, jak rynek to wyreguluje i co z tego wyjdzie

  4. Generalnie, na całym świecie zasada jest prosta, płacę i wymagam.
    W tym przypadku płacę szkole za naukę i wymagam aby mnie nauczono na tyle bym zdał wymagane egzaminy.
    Nieco inaczej jest ww szkołach i uczelniach elitarnych, opłaty za naukę są tam bardzo wysokie, i aby tam się uczyć czy studiować to trzeba mieć bogatych rodziców lub być niesłychanie pracowitym i zdolnym by dostać stypendium lub sponsora. Niestety, w Polsce nie ma szkól czy uczelni elitarnych i w tym jest problem.
    Polecam link w tym temacie: https://naszeblogi.pl/38608-upadek-edukacji-tym-razem-pisze-jako-fachowiec

    1. “Wzorem miał być system oświatowy na Zachodzie gdzie współistnieje elitarne, drogie i dobre szkolnictwo prywatne oraz gorsza bezpłatna oświata dla mas. Wprawdzie bon oświatowy nigdy w sensie dosłownym nie został w Polsce wprowadzony jednak powstały liczne szkoły i uczelnie prywatne i na każdego ucznia zarówno szkoła publiczna jak i prywatna otrzymuje z budżetu odpowiednią kwotę. Na przykład w publicznej szkole podstawowej subwencja oświatowa na ucznia wynosi około 800 złotych miesięcznie, a w niepublicznej połowę tej kwoty.
      Rozwój prywatnej oświaty odsłonił paradoksalne zjawisko. Otóż wbrew przewidywaniom i wbrew oczywistości w szkołach publicznych w Polsce najczęściej uczą się i studiują dzieci ludzi bogatych, a dzieci osób niezamożnych korzystają ze szkół i uczelni prywatnych. W dodatku oświata publiczna utrzymuje się na o wiele wyższym poziomie niż szkoły prywatne, przysłowiowe „ szkoły tańca i różańca”. Można to sobie wyjaśnić w bardzo prosty sposób. Dzieci z zamożnych rodzin, które stać na kursy językowe, kursy przygotowawcze i korepetycje trafiają do prestiżowych szkół średnich a potem na prestiżowe uczelnie. W tych prestiżowych liceach, których nazwa działa przyciągająco i nobilitująco, jak nie przymierzając metka na firmowej odzieży, uczniowie nagminnie biorą korepetycje, aby się w nich utrzymać i dobrze przygotować do matury. Dzięki dobrze zdanej maturze dostają się na publiczne bezpłatne uczelnie. Dzieci z rodzin niezamożnych szczególnie na prowincji trafiają do szkół gorszych. Brak im środków na kursy przygotowawcze i korepetycje. Rezygnują potem z publicznej uczelni w wielkim mieście i wybierają płatną prywatną niekoniecznie dobrą uczelnię w najbliższej okolicy, gdzie mogą dojeżdżać na zajęcia mieszkając w rodzinnym domu. ”

  5. Sam pomysł urynkowienia nie jest zły. Tylko wolnego rynku nie da się wprowadzić na raty. Trzeba od razu zlikwidować wszystkie patologie. Przez wieki nie było innych szkół niż prywatne. A jednak poziom nauczania rósł, a nie malał. Bon oświatowy to półśrodek i sam w sobie nie może działać.

    1. Historia akuratnie pokazuje, że uczelnie były fundowane przez lokalnego władce/króla/magnata/biskupa i ta pierwotna zależność od sponsora siłą rzeczy nigdy nie mogła doprowadzić do pełnego poszukiwania prawdy. Zawsze będzie to tylko pogłębianie danej dziedziny czyli budowanie modeli oderwanych od rzeczywistości. Jeśli rzecz abstrakcyjna to wzrost, a realna to upadek, to największy prymityw jest w stanie ożywić masy ludzkie do starcia ich w pył bez najmniejszego sentymentu.

  6. Panie Profesorze zdaje się, że uczelnie nadal otrzymują środki na studentów, choć są one nieco inaczej rozliczane (bodajże teraz istotny jest również stosunek pracowników do ilości studentów), toteż kwestia trzymania studentów na siłę w mniejszym lub większym stopniu nadal istnieje. Ciężko również mówić, że w sytuacji, w której „pieniądz idzie za studentem” w taki sposób, jaki dzieje się i działo to na polskich uczelniach można nazwać „rynkowym”. Nie ma mowy o faktycznej konkurencji między uczelniami, do tego dochodzi fakt, że rynek niejako dostosował się do tej sytuacji w taki sposób, że w wielu branżach pracodawcy są przygotowani na konieczność szkolenia pracowników bo wiedzą, że po studiach ludzie niewiele potrafią. W przeciwieństwie do tego, co napisał Ed pracodawcy nie są idiotami i nie rekrutują na zasadach pozamerytorycznych – po prostu biorą np. pod uwagę kompetencje miękkie i potencjał a reszty nauczą sami, bo nikt inny za nich tego nie zrobi. Absolwenci nie są więc weryfikowani przez rynek w taki sposób, jaki byśmy sobie to wyobrażali toteż i uczelnie nie są weryfikowane. Choć w sumie można już powoli mówić o upowszechnianiu się stwierdzenia, że większość kierunków i uczelni w Polsce nic nie daje.

    Trudno też porównywać sytuację szkół podstawowych i średnich do wyższych. Do szkoły podstawowej i średniej dzieci idą, bo istnieje przymus. Są rodzice, którzy nie mają żadnych oczekiwań czy wymagań co do własnych dzieci i jedyne czego chcą, to żeby dziecko nauczyło się czytać i pisać. Wychodzą z założenia, że dzieci będą kontynuowały np. ich drogę zawodową prowadząc jakiś sklepik czy stoisko na rynku, więc (i tutaj cytat) „po co mojemu synowi jakieś Balladyny jak on będzie musiał umieć cebulę liczyć?”. Dla takich rozwiązaniem będzie po prostu szkoła najbliższa. Ci, którzy mają inne podejście zaangażują się tak, jak robią to obecnie, lecz teraz jest to dla nich o tyle trudniejsze, że w dzisiejszych szkołach dzieci, których rodzice nie widzą potrzeby nauki są pomieszane z tymi, których rodzice taką potrzebę widzą. Z przyczyn technicznych nauczyciele „równają w dół” ze szkodą dla zdolnych, pracowitych i ambitnych. Sytuacja bonu mogłaby więc chociaż dać szansę dla tych, którym na edukacji dzieci zależy i posyłaliby dzieci do szkół, które mają lepszą renomę.

    Finalnie odpowiadając na pytanie z przedostatniego akapitu – trzeba mieć świadomość, że rodzice posyłający swoje dzieci na bezsensowne studia to ludzie, którzy albo są osadzeni w przeszłości i nadal wierzą, że studia dają pewność dobrej pracy albo po prostu nie mają pojęcia jak pokierować swoimi pociechami i robią wszystko, żeby te nie „odstawały” od ogólnie panujących trendów. W dużej mierze te grupy pokrywają się właśnie z tymi, którzy na poziomie szkoły podstawowej i średniej również mają niewielkie pojęcie bądź oczekiwania. Cały szkopuł polega jednak na tym, że tacy ludzie wcale nie mają ochoty zmieniać swojego podejścia i będą dalej w nim tkwili posyłając dzieci do jakichkolwiek szkół. To dzieje się ze szkodą dla tych, którzy są bardziej zorientowani i mocno zmniejsza szanse wysłania dziecka do szkoły, w której jest wysoki poziom. Danie szansy tym ostatnim powinno być argumentem ostatecznym za faktycznym urynkowieniem szkolnictwa czy to przez bon czy przez całkowitą prywatyzację.

    1. Obecny system finansowania (liczba studentów w stosunku do wykładowców) zmusza uczelnie do likwidacji nadmiaru studentów, co sprzyja podniesieniu wymagań.

      1. Ta zasada chyba działa pod warunkiem, że instytut nie zatrudnia pracowników na siłę, którzy to pracownicy potrafią we 3 a czasami nawet 4 współprowadzić jedne ćwiczenia? A takie instytuty niestety istnieją. Przy czym nie wiem czy mają szansę dłużej się utrzymać. Widać natomiast po statystykach rekrutacji, że limit miejsc nie zmienił się po wprowadzonych zmianach w finansowaniu, więc chyba nie do końca likwiduje się nadmiar studentów. Bo co do faktu ich nadmiaru prawdopodobnie się zgadzamy.

      2. Ta redukcja liczby studentów może być przeprowadzana wedle innych kryteriów niż ten jeden domyślny – najlepsi. Osoby niesamowicie zdolne po prostu mogą się nie przebić tylko utkwić gdzieś po drodze. Osoba z ubogiej rodziny nie mająca wsparcia (tzw. punktów za pochodzenie) nie będzie nawet próbowała wejść na „kryształową górę” co oznacza, że pula potencjalnych studentów już na starcie zostanie zredukowana. A czy od tych którzy pozostaną naprawdę będzie można więcej wymagać skoro z roku na rok będzie tworzyło się zamknięte środowisko, które nie mając konkurencji będzie de facto samo sędzią we własnej sprawie?

    2. (…)Trudno też porównywać sytuację szkół podstawowych i średnich do wyższych.(…)
      Na etapie wyboru szkoły średniej wybiera się karierę zawodową lub/i naukową… Ale wszystko stanęło na głowę, bo na fali zohydzania tej pierwszej zamordowano szkolnictwo zawodowe!

  7. Jeżeli w naszym kraju nie kompetencje, ale układy partyjniackie i kolesiowskie decydują o przyjęciu do pracy i strukturze awansów, to ludzie podchodzą racjonalnie: po co się wysilać w szkole średniej czy na studiach, jeśli nadal obowiązuje zasada: nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera? Akurat to, że ludzie idą na słabiutkie uczelnie, które przepychają na siłę studentów jest zrozumiałe w obliczu takich, a nie innych realiów na polskim rynku pracy.

    1. Innych nie może być bo doba ma 24h dla wszystkich. Ktoś pogłębiający kompetencję w danej dziedzinie po prostu nie ma czasu popatrzeć z boku na całą sytuację. Żaden sportowiec/aktor nie analizuje swoich zachowań tylko robi to ktoś dla niego. Żaden dygnitarz nie wykonuje zarówno czynności niezbędnych do życia typu przygotowanie jedzenia, sprzątanie… jak i tych które stanowią o istocie jego urzędu typu przygotowanie przemówień, zaproszenie gości i całej tej otoczki tylko robi to ktoś za niego.

      Skąd się bierze przekonanie, że osoba stojąca wyżej w hierarchii jest lepsza niż całe otoczenie za kamerą? Przecież jedni bez drugich nie mogą istnieć.

  8. Odpowiedź na ten pozorny paradoks jest znana. Po prostu system ocen i powtarzania za kimś istnieje wyłącznie dla ludzi o temperamencie melancholika. Cholerycy wiedzą, że ocena wynika tylko i wyłącznie od tego jakie się przyjmie kryteria (metodologię badań, czy zysk ma być po jednym roku, dziesięcioleciu…, kiedy ujawnią się niewątpliwe skutki uboczne), a dyplom zdobywa się po to, żeby mieć dostęp do przywilejów z nim związanych takich jak mniejszy opór czyli zaufanie od klientów, którzy tak naprawdę wykonują całą brudną robotę nie orientując się w tym.

  9. Moim zdaniem mamy tu dowód na to, ze liberalna zasada „niewidzialna ręka rynku załatwi wszystkie problemy” jest mocnym uproszczeniem rzeczywistości. Do pewnego stopnia jest ona trafna – jestem przekonany, że całkowicie wolnorynkowe społeczeństwo w miarę by działało – pytanie, czy „w miarę” jest tym, do czego chcemy dążyć? Np. przy przedstawionym przez autora systemie finansowania szkolnictwo wyższe jak najbardziej funkcjonuje, jednak pieniądze płyną do uczelni gorszych, a nie lepszych, co długofalowo prawdopodobnie oznacza spadek poziomu nauczania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *