WŁADYSŁAW IV WAZA I CZAR BAROKU

Kwietniową nocą 1632 r. zamknął oczy król Zygmunt III Waza. Wobec niechęci z jaką do zmarłego odnosiła się szlachta i magnateria przez całe jego długie panowanie oraz elekcyjności polskiej korony królewskiej, wydawać by się mogło, że śmierć trzeciego z Zygmuntów zakończy epizod obecności Wazów na tronie Rzeczypospolitej. Nic bardziej mylnego – w nadchodzącej elekcji nikt nie przedstawi innego kandydata niż przedstawiciel tej dynastii! Okazało się bowiem, że tak nie lubiany za życia Zygmunt III Waza po śmierci opłakiwany był żarliwie i szczerze. Musiał bowiem dopiero umrzeć, aby doceniono jego talenty i zaangażowanie, osiągnięcia i starania, wzniosłość i piękno charakteru. Nie potrwa to zresztą długo – wśród potomnych odżyje negatywny obraz „króla jezuitów”. Na razie jednak olbrzymi i zasłużony przecież żal dobrze wróżył najbliższej przyszłości domu wazowskiego. Jeśli nawet do polskiej linii szwedzkiej dynastii jeszcze się nie przywiązano, to przynajmniej przez ostatnie 45 lat już się doń jako tako przyzwyczajono. Niebagatelną rolę odgrywał też fakt, że w żyłach Wazów płynęła droga, jagiellońska krew (Jagiellonowie zresztą też nie cieszyli się za swych rządów sympatią polskich poddanych, którą udało im się zaskarbić dopiero „pośmiertnie”). Najważniejszą i decydującą okazała się jednak ta okoliczność, że starszy syn tak niepopularnego monarchy, królewicz Władysław Zygmunt Waza, okazał się… ulubieńcem szlacheckiej braci. Jowialny, wesoły i towarzyski zdawał się być całkowitym przeciwieństwem małomównego, dostojnego i utrzymującego dystans ojca. Nic przeto dziwnego, że bodaj najbardziej zgodna elekcja wyniosła go jesienią na polsko-litewski tron.

Na szczęście popularny człowiek nie okazał się – wbrew typowemu dla demokracji zjawisku – tandetnym towarem w pięknym opakowaniu. Władysław IV Waza (1632-1648), tak różny charakterem od poprzednika, odziedziczył po nim różnorakie talenty i poczucie odpowiedzialności za kraj. Próbą umiejętności nowego władcy była już u progu panowania wspaniała wiktoria nad najezdniczą armią moskiewską w tzw. wojnie smoleńskiej. Wkrótce po tym triumfie król Władysław zdołał pozbyć się Szwedów znad ujścia Wisły. Dopiero schyłek życia monarchy przyniesie dotkliwe klęski, których genezy szukać jednak należy w demokratycznej transformacji lat 1572-1573, wiążącej ręce władcom i powoli, ale systematycznie wytracającej siły jagiellońskiego dziedzictwa. Po spektakularnych sukcesach Stefana I Batorego, Zygmunta III Wazy i samego Władysława parlamentarny ustrój i wszystkie jego konsekwencje (słabość władzy, anarchia, pieniactwo, korupcja) zaczną w końcu przynosić owoce, z których ostatnim będą w odległej przyszłości rozbiory Rzeczypospolitej. Trudno obwiniać o to królów, którzy albo – jak Stefan I Batory – żądać będą „rozwiązania rąk skrępowanych prawami”, albo – jak Zygmunt III Waza – bezskutecznie forsować reformy, albo – jak Jan II Kazimierz i Jan III Sobieski – przestrzegać przed upadkiem. Na razie jednak Rzeczpospolita Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego potwierdziła rękami Władysława IV Wazy swoją mocarstwową pozycję.

Osobiste talenty i kraj w stanie największego rozkwitu terytorialnego nie były jedynymi rzeczami jakie Władysław otrzymał po ojcu. Odziedziczył także… niezwykłą muzykalność i wyborną kapelę nadworną, kierowaną przez Marka Scacchiego, którą udało mu się podnieść do jeszcze większej świetności. Spośród niezwykłych muzycznych talentów, których grą delektował się Zygmunt, na dworze Władysława IV Wazy pozostał Adam Jarzębski, potomek mieszczańskiej rodziny z Warki. Początkowo (od 1612 r.) muzykował on w berlińskiej rezydencji elektora brandenburskiego Jana Zygmunta, aby w 1617 r. stać się nadwornym skrzypkiem lubującego się w jego grze Zygmunta III. W blaskach wczesnobarokowego dworu pierwszego z Wazów muzyczny talent rozkwitnie na dobre, aby najlepsze owoce wydać już za króla Władysława. Jarzębski zasłynął jako autor znakomitych koncertów i canzon, zebranych w ‘Canzoni e concerti’ oraz utworu wokalnego ‘Missa sub concerto’. Utwory mistrza charakteryzowała śpiewność, spoistość i omamentalno-wirtuozowska melodyka. Pupil dwóch Wazów do perfekcji opanował technikę koncertującą, kontrapunktyczną i wariacyjną. Zmarł wkrótce po śmierci Władysława, jako jeden z najwybitniejszych twórców baroku.

O ile muzyka z Warki Władysław IV Waza „odziedziczył” po ojcu, o tyle jego własnym „odkryciem” był Marcin Mielczewski, który trafił na dwór warszawski ok. 1639 r. Przebywał tu mniej więcej pięć lat – od 1645 r. widzimy go już jako kapelmistrza wśród świty królewskiego brata, Karola Ferdynanda Wazy, biskupa wrocławskiego, ołomunieckiego i płockiego, późniejszego księcia opolsko-raciborskiego i niedoszłego króla polskiego. Jak widać, wybitni kompozytorzy baroku mieli w zwyczaju „zaliczanie” w swym życiu dworów co najmniej dwóch Wazów… Charakterystyczne dla utworów wielochórowych i canzon Mielczewskiego, wykonywanych w technice koncertującej, było położenie nacisku na kontrasty pomiędzy solo a tutti. Nowatorstwo muzyka braci Wazów objawiło się także we wprowadzeniu do polskiej muzyki mszy w formie koncertującej, zrealizowanych z powodzeniem jako ‘Missa triumphalis’ czy ‘Missa Cerviensiana’. Mielczewski zresztą w ogóle upodobał sobie koncerty wokalno-instrumentalne, o czym najlepiej świadczą kunsztowne dzieła ‘Deus in nomine tuo’, ‘Veni Domine’ i ‘Vesperae Dominicales’. Pozostawił po sobie również siedem canzon na dwa i trzy instrumenty. Śmierć zabrała go w dwa lata po zgonie dawnego królewskiego protektora, gdy Karol Ferdynand na dobre wprawiał się w obowiązkach śląskiego księcia.

I wreszcie ostatni z trzech wielkich wirtuozów Władysława IV – Jacek Różycki. Na dwór monarszy trafił ok. 1640 r. I zgodnie z tradycją muzykował dwóm Wazom: po śmierci Władysława – „odkrywcy” swojego talentu – pozostał Różycki w świcie Jana II Kazimierza. Młodszy brat Władysława, po którym odziedziczył koronę, rękę Ludwiki Marii i właśnie Jacka Różyckiego, uczynił w 1657 r. muzyka dyrygentem–kapelmistrzem, zatem kierownikiem nadwornej kapeli. Wybitny talent i długie życie spowodowały, że Różycki pozostał na tym stanowisku przez 40 lat (!), zachwycając swą grą także Michała I Korybuta i Jana III Sobieskiego. W 1697 r. August II Mocny przeniesie go do Drezna, aby tam współkierował ‘Polnische Kapelle’. Jurny Sas okaże się też pierwszym władcą, którego mistrz nie zdoła przeżyć… Tak więc znakomity gust Władysława IV Wazy zapewnił godziwą rozrywkę pięciu kolejnym królom…

Żyjący mniej więcej osiemdziesiąt lat Różycki miał wystarczająco dużo czasu na skomponowanie licznych wokalno-instrumentalnych utworów, utrzymanych w stylu koncertującym, o trudnej zresztą do ustalenia chronologii. Największą sławę „kompozytorowi królów” przyniosły utwory ‘Confiteor’, ‘Magnificat’ i ‘Magnificemus in cantico’. Koniecznie trzeba też wymienić inne koncerty, motety i msze, jak ‘Ave Santctissima Maria’, ‘Concerto de Sanctis’, ‘Dixit Dominus’ czy ‘Exultemus’. Miarą talentu mistrza Różyckiego były również utwory chóralne o ulubionej tematyce religijnej, żeby wymienić tylko ‘Aeterna Christi’, ‘Aurora lucis’, ‘Jesu corona’, ‘Omni die dic Mariae’, ‘Regina Terrae’ i ‘Verbum supernum’.
Czar baroku okresu Władysława IV Wazy to oczywiście nie tylko wykwintna muzyka. Spośród luminarzy nauki szczególnym blaskiem jaśniała postać Jana Brożka. Złote zgłoski do dziejów polskiej literatury dopisali m.in. Daniel Naborowski i „chrześcijański Horacy” – Michał Kazimierz Sarbiewski. Piórem parał się również dobrze nam znany… Adam Jarzębski. Z szacunku dla wirtuoza skrzypiec nie wypada jednak komentować poziomu wierszowanego ‘Gościńca abo krótkiego opisania Warszawy z okolicznościami iey dla Kompaniey Dworskiey’, który ratuje tylko fakt, że był bodaj pierwszym przewodnikiem po faktycznej stolicy Rzeczypospolitej. Stolicy, która za czasów drugiego z Wazów istotnie godną była królewskiego majestatu.

O tym, że człowiek baroku nie różnił się istotnie od człowieka renesansu, niechaj świadczy fakt, że Jarzębski został w roku 1635… budowniczym królewskim, nadzorującym przebudowę Zamku Ujazdowskiego. A przecież architektura i sztuka to chyba najwspanialsze atuty baroku. Za Władysława IV Wazy wciąż żył i tworzył choćby niezrównany Jan Trevano. Powstawały ozdobne kamienice, imponujące rezydencje i przepyszne kościoły, rozkwitało barokowe malarstwo i rzeźba. W tej drugiej dziedzinie prawdziwym przełomem było postawienie ku czci królewskiego ojca Kolumny Zygmunta w Warszawie, z której dumny Waza spogląda na ukochane miasto. Oto bowiem po raz pierwszy w dziejach polskiej sztuki wykonano pomnik figuralny o świeckim charakterze (starszy monument ku czci Zygmunta II Augusta w Kozińcu nie prezentuje wizerunku władcy). To zresztą chyba najsłynniejsze dzieło czasów „władysławowskich”. Tyle, że o wspaniałych budowlach i wielkich mistrzach pióra wciąż się pamięta, podczas gdy rzecz tak ulotną jak muzyka szybko pokrywa kurz zapomnienia…

Władysław IV Waza odszedł z tego świata majową nocą 1648 r. Nieszpory ku czci zmarłego monarchy zagłuszył jęk z Ukrainy. Jęk mordowanych polskich rodzin szlacheckich, księży, Żydów i ruskich chłopów. Jęk męczonych starców, katowanych kobiet, zarzynanych dzieci i noworodków. Rozpętana przez połączone kozackie i tatarskie hordy Bohdana Chmielnickiego i Tuhaj-beja rewolucja (z uwagi na rozmiary rzezi trudno już mówić o powstaniu) rozlała się po rozległych ziemiach ukrainnych, zbierając przerażające żniwo i pochłaniając nawet regularne wojska potężnej podobno Rzeczypospolitej. Dla tych, którzy po katastrofie hetmanów pragnęli uniknąć rzezi pozostawał jeden tylko ratunek – książę Jeremi Wiśniowiecki, który ze swym ledwie sześciotysięcznym oddziałem wyruszył z zadnieprzańskich Łubniów i niczym arka na wzburzonym morzu, przedzierał się aż na Wołyń przez ogarnięty totalną pożogą kraj, biorąc pod opiekę polskich i żydowskich uciekinierów oraz rozbijając stające mu na drodze oddziały kozackie. Zbyt szczupły w siły by uderzyć na samego Chmielnickiego, pogromcę regularnego wojska, zdołał w długim i morderczym marszu przeprowadzić sprawną i podziwianą przez całą Rzeczpospolitą ewakuację z ziemskiego piekła przez ocean krwi. Kto wie, może ta zdumiewająca kresowa odyseja, ukrainna anabaza powiodła się dzięki temu, że samo imię srogiego „kniazia Jaremy” (notabene Rusina), słynnego pogromcy Jakuba Ostrzanina, Dymitra Huni, groźnego Omara-agi i – nie tak dawno – samego Tuhaj-beja wzbudzało irracjonalny lęk wśród dzikich mołojców i ordyńców? Hordy kozackie Chmielnickiego, wspierane przez wojska samego chana Krymu Islama III Gereja, dumny Jeremi rozgromi trzy lata później u boku Jana II Kazimierza w wielkiej i decydującej batalii pod Beresteczkiem, dopisując ostatnie zwycięstwo w swym trzydziestodziewięcioletnim zaledwie życiu. Ale to właśnie na ukraińskich stepach skończy się ostatecznie „srebrny wiek” Rzeczypospolitej. Rewolucja Bohdana Chmielnickiego zapoczątkuje „wiek żelaza”, w którym długotrwałe i prowadzone ze zmiennym szczęściem wojny sprawią, że przez terytorium kraju maszerować już nieustannie będą raz zwycięskie a raz pobite wojska moskiewskie, szwedzkie, siedmiogrodzkie i osmańskie, zapraszane nieomal przez demokratyczny ustrój państwa polsko-litewskiego. I tylko na dworze warszawskim na przemian zwycięskim i bezsilnym, a coraz bardziej zmęczonym królom po dawnemu przygrywać będzie kapela Jacka Różyckiego…

Bartłomiej Sala
[aw]

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *