Wyborcy na mocnym ogniu, kuchciki do broni

Podnoszenia atmosfery politycznej rozpalaniem emocji imali się w historii świata liczni nie mogący przejąć władzy innymi sposobami. Metoda o tyle ryzykowna, że jeżeli płomień zbyt się podkręci, pokrywka może zacząć podskakiwać w ten sposób, iż przyrządzani w środku zobaczą, co właściwie się dzieje. Wykipią i wyleją się na zewnątrz politycznego pojemnika, do którego z taką troskliwością byli kolekcjonowani.

Pytaniem polityki polskiej dziś jest kwestia, czy obie czcigodne strony stojące przy kuchence i pichcące w swoich garnkach zbliżają się już do tego momentu. Potrawa PO jest prostsza a temperaturę emocji warzonego w kotle elektoratu ma podnosić w zasadzie wyłączenie lęk przed PiS. Poniekąd jest to więc tak, że ciepło wzrasta tu przez indukcję. Im bardziej J. Kaczyński daje w rurę, wtórnie korzysta na tym D. Tusk. Stąd wniosek, że wykipieć powinno najpierw jednak z naczynia PiS-owskiego.

J. Kaczyński jest starym szamanem i mniej więcej wie, gdzie jest granica bezpieczeństwa. Zapewne sam najchętniej dalej by już nie podkręcał. Ma jednak problem. Obok niego kręcą się bardziej narwani kucharze. Wszystko jedno, czy skorzystają z chwili nieuwagi, gdy odwróci się po sól, zdołają odlać trochę do własnego garnka, czy po prostu chwycą za jego dłoń spoczywającą na gałce. Skutek będzie taki sam. Wewnątrz zostanie za mało na wyborczy obiad.

O tym, że tak się właśnie rzeczy mają, wyczytałem z artykułu pióra samego P. Lisiewicza /Czas gniewu, GP 27 kwietnia 2011 roku/. Zastanowiło mnie, po co autorowi potrzebne było szczególne podkreślanie, iż zadyma pod ambasadą Rosji 9 kwietnia „nie będzie spokojna ani stonowana. Ma podczas niej zostać wykrzyczana prawda. Bez autocenzury, bez liczenia na litość ze strony mediów. Przeciwnie, medialni kłamcy też mieli dostać za swoje. Okazuje się, że Państwo doskonale zrozumieli nasze intencje i że wpisały się one w Państwa nastroje”.

Jeżeli dobrze rozumiem, mamy tu dwa komunikaty. P. Lisiewicz chciał właśnie podnieść temperaturę. Dotychczasowe imprezy były dla niego za spokojne. Odwołał się do samych podsmażanych twierdząc, że zabieg ten w pełni odpowiadał ich gustom. „To była manifestacja ludzi, którzy mają dość. Demonstracja twardej woli nieprzemakalnych na propagandę Polaków, że chcą mieć niepodległe państwo. Zdrajcy zostali nazwani po imieniu”. Aby nie było żadnych wątpliwości, obrazkiem do tekstu jest zdjęcie transparentu: „Tusk, Komorowski, zdrajcy narodu pod sąd”.

„Potem był 10 kwietnia, olbrzymie tłumy. Miało być bardziej refleksyjnie, ale Państwo nadal chcieli krzyczeć, choć nikt nie proponował haseł przez megafon”.”Miało być”? Dla kogo miało być? Kto tak planował i mu się nie udało? Na odpowiedź nie trzeba długo czekać: „Gdzie byli w tym momencie posłowie PiS, przeciwni ostrym wystąpieniom w rocznicę 10 kwietnia, przekonani, że powinniśmy pozyskiwać 'umiarkowanych’? Jakieś 90 proc. Polaków to ludzie radykalnie krytykujący polityków. Zdecydowanie niechętni wobec PO /i polityków w ogóle/. Rzecz w tym, że media tę słuszną złość zwykłych ludzi próbują skierować na kanały nienaturalne – np. na wszystkich polityków albo opozycję. Tymczasem naturalnym jej adresatem jest rząd. Naszym atutem jest to, że możemy działać na rzecz przywrócenia stanu naturalnego”.

„Posłowie PiS, przeciwni ostrym wystąpieniom” to oczywiście taki eufemizm. W tej partii nie ma żadnych grup posłów reprezentujących różne strategie. To apel nie do części pracowników restauracji, ale do samego szefa kuchni J. Kaczyńskiego. Tu właśnie możemy się dowiedzieć, iż on sam obchody 10 kwietnia wyobrażał sobie jako bardziej refleksyjną imprezę, nawiązującą do klimatu sprzed roku, gdy faktycznie na ulice wyległy tłumy, a nie jedynie kilka tysięcy.

Nad szefem PiS nie ma co się użalać. Zbiera owoce procesów, które sam uruchomił. Gotowanie ma to do siebie, że temperatura wzrasta nie tylko w naczyniu na gazie, ale również w samej kuchni. Zwłaszcza, jeżeli nie jest zbyt duża. „Przywódcy naszego obozu wielką część energii powinni teraz poświęcić temu, by profesjonalnie zagospodarować to 100 tysięcy ludzi. By – biorąc pod uwagę nasze wartości, spore możliwości, wstydliwe ograniczenia, zalety i wady – uczynić z nas wojsko zdolne do przejęcia władzy w Polsce. A potem – bronienia jej przed atakami. Oraz upilnowania własnego obozu, by nie rozmył tego zapału w koniunkturalizmie, personalnych grach, karierowiczostwie”.

Podskakująca pokrywka to jedno. Jeszcze lepszym widowiskiem może być akcja wokół paleniska. Kuchciki zbrojne w chochle i widelce już zamierzają się na siebie. Trudno się z P. Lisiewiczem nie zgodzić. Obecny klub PiS to niewątpliwie wyłącznie „koniunkturalizm, personalne gry i karierowiczostwo”. Czemu się dziwić, że apeluje się do „przywódców naszego obozu” /jeżeli mamy tu pluralis, to oczywiście wyłącznie maiestatis/, by wzięli pod uwagę „nasze wartości i możliwości”. Niech „przywódcy” z nas, ludzi Gazety Polskiej, Naszego Dziennika i Radio Maryja uczynią „swoje wojsko”. Na retoryce smoleńskiej zarobiliśmy już finansowo podgrzewając temperaturę w garnku, co dało nakłady i wpływy nie notowane dotychczas w historiach redakcji. Teraz, jak to mawia P. Semka, „chcemy więcej”.

Najzabawniejsze nas dopiero czeka. J. Kaczyński raczej nie da posłuchu tym pieniom. Lubi swoich eunuchów, przyzwyczaił się już do nich i wie, że partią złożoną z P. Lisiewicza i jego kompanów, czy też osób w rodzaju J. R. Nowaka zupełnie nie byłby w stanie kierować. Czeka ich gorzkie rozczarowanie o którym od dawna wiedzą wszyscy, oprócz nich samych. Pytanie tylko, czy gorycz zrekompensują sobie miłym samopoczuciem bycia najlepszymi patriotami i zideologizowaną wiarą, czy też, gdy zrozumieją, że zostali wydudkani na strychu, ich gniew skieruje się ostatecznie w kierunku „przywódców”. Będzie to jeszcze przed złożeniem list wyborczych, czy już po?

Druga ciekawa rzecz. P. Lisiewicz pisze: „2010 r. był rokiem, który łajdactwa istniejące wcześniej pokazał jak na dłoni. III RP od samego początku była państwem łajdackim. To najlepiej widać w każdej wsi czy małym miasteczku, gdzie łajdacy z SB i ich rodziny opływają w dostatki, a ich ofiary nie mają nic. W skali kraju jest jeszcze gorzej. Państwo, w którym łajdakom dzieje się dobrze, a porządnym ludziom źle – to najkrótsza z możliwych definicji III RP”. Tylko patrzeć, jak wsłuchawszy się w te wezwania mieszkańcy prowincji czynnie rozkułaczą każdego, kto sąsiada, który jeździ lepszym samochodem. J. Kaczyński oczywiście doskonale wie, że Polska tak nie wygląda i używa podobnych opowiastek jedynie retorycznie dla termicznej obróbki elektoratu w garnku. A jak jest z P. Lisiewiczem? Naprawdę w to wierzy? Padł ofiarą własnej propagandy? Jeżeli on czy jego współbracia z Radio Maryja wierzą autentycznie, lider PiS powinien się poważnie obawiać o swoją przyszłość. Nawet, o kilka kadencji emerytalnych, o które zdaniem wielu jedynie mu chodzi. 

Ludwik Skurzak

[aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Wyborcy na mocnym ogniu, kuchciki do broni”

  1. Nowe wcielenie pana Mecenasa – drugi artykuł w nowym stylu , gratuluję. Michalkiewicz jest passe , a rynek nie lubi pustki , nawet rynek publicystyki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Prywatne: Wyborcy na mocnym ogniu, kuchciki do broni

Podnoszenia atmosfery politycznej rozpalaniem emocji imali się w historii świata liczni nie mogący przejąć władzy innymi sposobami. Metoda o tyle ryzykowna, że jeżeli płomień zbyt się podkręci, pokrywka może zacząć podskakiwać w ten sposób, iż przyrządzani w środku zobaczą, co właściwie się dzieje. Wykipią i wyleją się na zewnątrz politycznego pojemnika, do którego z taką troskliwością byli kolekcjonowani.

Pytaniem polityki polskiej dziś jest kwestia, czy obie czcigodne strony stojące przy kuchence i pichcące w swoich garnkach zbliżają się już do tego momentu. Potrawa PO jest prostsza a temperaturę emocji warzonego w kotle elektoratu ma podnosić w zasadzie wyłączenie lęk przed PiS. Poniekąd jest to więc tak, że ciepło wzrasta tu przez indukcję. Im bardziej J. Kaczyński daje w rurę, wtórnie korzysta na tym D. Tusk. Stąd wniosek, że wykipieć powinno najpierw jednak z naczynia PiS-owskiego.

J. Kaczyński jest starym szamanem i mniej więcej wie, gdzie jest granica bezpieczeństwa. Zapewne sam najchętniej dalej by już nie podkręcał. Ma jednak problem. Obok niego kręcą się bardziej narwani kucharze. Wszystko jedno, czy skorzystają z chwili nieuwagi, gdy odwróci się po sól, zdołają odlać trochę do własnego garnka, czy po prostu chwycą za jego dłoń spoczywającą na gałce. Skutek będzie taki sam. Wewnątrz zostanie za mało na wyborczy obiad.

O tym, że tak się właśnie rzeczy mają, wyczytałem z artykułu pióra samego P. Lisiewicza /Czas gniewu, GP 27 kwietnia 2011 roku/. Zastanowiło mnie, po co autorowi potrzebne było szczególne podkreślanie, iż zadyma pod ambasadą Rosji 9 kwietnia „nie będzie spokojna ani stonowana. Ma podczas niej zostać wykrzyczana prawda. Bez autocenzury, bez liczenia na litość ze strony mediów. Przeciwnie, medialni kłamcy też mieli dostać za swoje. Okazuje się, że Państwo doskonale zrozumieli nasze intencje i że wpisały się one w Państwa nastroje”.

Jeżeli dobrze rozumiem, mamy tu dwa komunikaty. P. Lisiewicz chciał właśnie podnieść temperaturę. Dotychczasowe imprezy były dla niego za spokojne. Odwołał się do samych podsmażanych twierdząc, że zabieg ten w pełni odpowiadał ich gustom. „To była manifestacja ludzi, którzy mają dość. Demonstracja twardej woli nieprzemakalnych na propagandę Polaków, że chcą mieć niepodległe państwo. Zdrajcy zostali nazwani po imieniu”. Aby nie było żadnych wątpliwości, obrazkiem do tekstu jest zdjęcie transparentu: „Tusk, Komorowski, zdrajcy narodu pod sąd”.

„Potem był 10 kwietnia, olbrzymie tłumy. Miało być bardziej refleksyjnie, ale Państwo nadal chcieli krzyczeć, choć nikt nie proponował haseł przez megafon”.”Miało być”? Dla kogo miało być? Kto tak planował i mu się nie udało? Na odpowiedź nie trzeba długo czekać: „Gdzie byli w tym momencie posłowie PiS, przeciwni ostrym wystąpieniom w rocznicę 10 kwietnia, przekonani, że powinniśmy pozyskiwać 'umiarkowanych’? Jakieś 90 proc. Polaków to ludzie radykalnie krytykujący polityków. Zdecydowanie niechętni wobec PO /i polityków w ogóle/. Rzecz w tym, że media tę słuszną złość zwykłych ludzi próbują skierować na kanały nienaturalne – np. na wszystkich polityków albo opozycję. Tymczasem naturalnym jej adresatem jest rząd. Naszym atutem jest to, że możemy działać na rzecz przywrócenia stanu naturalnego”.

„Posłowie PiS, przeciwni ostrym wystąpieniom” to oczywiście taki eufemizm. W tej partii nie ma żadnych grup posłów reprezentujących różne strategie. To apel nie do części pracowników restauracji, ale do samego szefa kuchni J. Kaczyńskiego. Tu właśnie możemy się dowiedzieć, iż on sam obchody 10 kwietnia wyobrażał sobie jako bardziej refleksyjną imprezę, nawiązującą do klimatu sprzed roku, gdy faktycznie na ulice wyległy tłumy, a nie jedynie kilka tysięcy.

Nad szefem PiS nie ma co się użalać. Zbiera owoce procesów, które sam uruchomił. Gotowanie ma to do siebie, że temperatura wzrasta nie tylko w naczyniu na gazie, ale również w samej kuchni. Zwłaszcza, jeżeli nie jest zbyt duża. „Przywódcy naszego obozu wielką część energii powinni teraz poświęcić temu, by profesjonalnie zagospodarować to 100 tysięcy ludzi. By – biorąc pod uwagę nasze wartości, spore możliwości, wstydliwe ograniczenia, zalety i wady – uczynić z nas wojsko zdolne do przejęcia władzy w Polsce. A potem – bronienia jej przed atakami. Oraz upilnowania własnego obozu, by nie rozmył tego zapału w koniunkturalizmie, personalnych grach, karierowiczostwie”.

Podskakująca pokrywka to jedno. Jeszcze lepszym widowiskiem może być akcja wokół paleniska. Kuchciki zbrojne w chochle i widelce już zamierzają się na siebie. Trudno się z P. Lisiewiczem nie zgodzić. Obecny klub PiS to niewątpliwie wyłącznie „koniunkturalizm, personalne gry i karierowiczostwo”. Czemu się dziwić, że apeluje się do „przywódców naszego obozu” /jeżeli mamy tu pluralis, to oczywiście wyłącznie maiestatis/, by wzięli pod uwagę „nasze wartości i możliwości”. Niech „przywódcy” z nas, ludzi Gazety Polskiej, Naszego Dziennika i Radio Maryja uczynią „swoje wojsko”. Na retoryce smoleńskiej zarobiliśmy już finansowo podgrzewając temperaturę w garnku, co dało nakłady i wpływy nie notowane dotychczas w historiach redakcji. Teraz, jak to mawia P. Semka, „chcemy więcej”.

Najzabawniejsze nas dopiero czeka. J. Kaczyński raczej nie da posłuchu tym pieniom. Lubi swoich eunuchów, przyzwyczaił się już do nich i wie, że partią złożoną z P. Lisiewicza i jego kompanów, czy też osób w rodzaju J. R. Nowaka zupełnie nie byłby w stanie kierować. Czeka ich gorzkie rozczarowanie o którym od dawna wiedzą wszyscy, oprócz nich samych. Pytanie tylko, czy gorycz zrekompensują sobie miłym samopoczuciem bycia najlepszymi patriotami i zideologizowaną wiarą, czy też, gdy zrozumieją, że zostali wydudkani na strychu, ich gniew skieruje się ostatecznie w kierunku „przywódców”. Będzie to jeszcze przed złożeniem list wyborczych, czy już po?

Druga ciekawa rzecz. P. Lisiewicz pisze: „2010 r. był rokiem, który łajdactwa istniejące wcześniej pokazał jak na dłoni. III RP od samego początku była państwem łajdackim. To najlepiej widać w każdej wsi czy małym miasteczku, gdzie łajdacy z SB i ich rodziny opływają w dostatki, a ich ofiary nie mają nic. W skali kraju jest jeszcze gorzej. Państwo, w którym łajdakom dzieje się dobrze, a porządnym ludziom źle – to najkrótsza z możliwych definicji III RP”. Tylko patrzeć, jak wsłuchawszy się w te wezwania mieszkańcy prowincji czynnie rozkułaczą każdego, kto sąsiada, który jeździ lepszym samochodem. J. Kaczyński oczywiście doskonale wie, że Polska tak nie wygląda i używa podobnych opowiastek jedynie retorycznie dla termicznej obróbki elektoratu w garnku. A jak jest z P. Lisiewiczem? Naprawdę w to wierzy? Padł ofiarą własnej propagandy? Jeżeli on czy jego współbracia z Radio Maryja wierzą autentycznie, lider PiS powinien się poważnie obawiać o swoją przyszłość. Nawet, o kilka kadencji emerytalnych, o które zdaniem wielu jedynie mu chodzi. 

Ludwik Skurzak

[aw]

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.