Zamiast Grodzkiej debata o innowacyjności

Prof. Krzysztof Rybiński nawołuje do rozpoczęcia poważnej dyskusji na temat innowacyjności gospodarki Polski, która z roku na rok się pogarsza co spycha nasz kraj do rzędu państw, które nieuchronnie w zmianach cywilizacyjnych nie odgrywają żadnej roli, które są tylko konsumentami dóbr informacyjnych produkowanych w USA, Chinach czy zachodnich krajach Europy Zachodniej. Ta sytuacja ekonomiczna, lub precyzyjniej to przekleństwo cywilizacyjne w Polskiej historii ma charakter cykliczny, bowiem do złudzenia przypomina rozwój gospodarczy I Rzeczpospolitej od drugiej połowy XVI wieku.

Prof. Rybiński sugeruje, że dramatyczny spadek innowacyjności polskiej gospodarki rozpoczął się w 2006 roku, kiedy nasz kraj zaczął wykorzystywać pieniądze z UE. Trudno nie zgodzić się –przynajmniej w części – z tą opinią. Przedsiębiorca polski, zamiast ciężko pracować, poznawać zasady wolnego rynku w dobie globalizacji i informatyzacji, główkować poszerzać stale swoją wiedzę, szukać właśnie innowacyjnych narzędzi pozwalających mu zdobyć nowe rynki, pisał papierki i szukał dojścia do urzędników, którzy zajmują się przydzielaniem unijnych pieniędzy.

Skutek jest wiadomy, zamiast przedsiębiorcy, którzy oszczędza i ceni czas, który racjonalizuje wydatki, który w swych działaniach ekonomicznych kieruje się etyką pracy opisana przez M. Webera, który – zgodnie z postulatem Hammera sformułowanym w „Reinżynerii i jej następstwach” – stałby się „rozwiązywaczem problemów‘’ badającym nieustannie swą praktykę produkcji i zarządzania, powstał typ przedsiębiorcy-urzędnika, który jest zaprzeczeniem klasycznego kapitalisty.

Symbioza tych dwóch warstw – warstwy urzędników i warstwy zbiurokratyzowanych przedsiębiorców, które się wzajemnie korumpują i demoralizują, uniemożliwią powstanie u nas wolnego rynku i racjonalnej innowacyjnej gospodarki. Potarzam trudno nie zgodzić się z ta konstatacją, ale prof. Rybiński sugeruje, że jest to główna przyczyna naszego innowacyjnego zacofania, a to jako żywo prawdą nie jest.

Przypomnijmy kilka wskaźników z lat 1989 -2001. W okresie tym, polskie przedsiębiorstwa twierdziły, że brak im wystarczających środków finansowych zarówno na badania jak i na wdrożenie ich wyników. Jeżeli chodzi o działalność innowacyjną jako całość w 75,2% była ona finansowana (rok 1999) ze środków własnych firm, a tylko 1,4% z budżetu. Zadziwiający jest tutaj brak kredytów bankowych jako źródła finansowania, powszechnego w krajach wysoko rozwiniętych.

Otóż kredyty jako źródło pieniędzy na innowacje pojawił się w Polsce dopiero w 1999 roku. W 2000 r. Stanowił on zaledwie 14,8% całościowych nakładów na działalność innowacyjną przedsiębiorstw przemysłowych. Innowacje – na całym świecie – finansowane są przez fundusze przedsiębiorcze wysokiego ryzyka tzw. Venture Capitale. Otóż w Polsce praktycznie one nie istnieją. W 2000 roku było ich jedynie 28, a skala ich działalności była wręcz śladowa. Według H. Bochniarz„nie spełniają one swej funkcji, ponieważ inwestują w przedsięwzięcia o niskim stopniu ryzyka.”

Z powyższych informacji (dotyczących funkcjonowania banków i Venture Capitale w naszym kraju) można wyciągnąć zaskakujący wniosek mający niestety walor ogólny: Instytucje finansowe w Polsce w okresie transformacji pełniły – i pełnia nadal rolę – przeciwną do założonej i wykonywanej gdzie indziej. Po drugie jeżeli przeanalizujemy zmiany w strukturze polskiego przemysłu z punktu widzenia poziomu technologicznego to zauważymy, że jeśli potraktujemy branże wysokiej techniki (informatyka) i średnio-wysokiej techniki, łącznie jako sektor zaawansowanej technologii, to okazuje się, iż jego udział zmniejszył się z 28% w 1993 do 26% w roku 1998.

Oznacza to, że w szeregu branż nastąpiła wyraźna prymitywizacja produkcji przemysłowej z punktu widzenia jej poziomu technologicznego. Jej wyrazem był regres w przemysłach wysokiej techniki. Szczególnie niepokojący i świadczący o zapaści cywilizacyjnej naszego kraju był – w latach 1989 -2001 – stały spadek liczby patentów krajowych. Spadek ten był odbiciem nowych okoliczności związanych bezpośrednio z transformacja ustrojową. Chodziło o:

  1. rosnący napływ gotowej, nowoczesnej techniki z zagranicy, a więc ułatwiony do niej dostęp;
  2. powszechną likwidacje etatowych stanowisk rzeczników patentowych (komórek wynalazczości) w przedsiębiorstwach;
  3. wysokie koszty usług rzeczników patentowych, na które nie stać wielu założonych ostatnio małych i średnich przedsiębiorstw tworzących de facto nowy sektor w polskiej gospodarce.

Na podstawie danych możemy powiedzieć, że w latach 1989-2001 krajowy wkład naukowo-techniczny zmniejszył sie, rósł natomiast wsad importowany. Na przykład udział w eksporcie produktów wysokiej techniki w roku 2000, kształtował się w Polsce na poziomie 2,9%, w Czechach 4,5%, w Rumuni 4,5%, w Słowacji 4,1%, Węgry 22,9%. Wniosek jest oczywisty: poziom techniczny polskiej gospodarki rósł w dużym stopniu dzięki napływowi innowacji z zagranicy. Oznacza to, że w sensie intelektualno-technicznym byliśmy i proces ten pogłębia się coraz bardzie, ‘’kolonią’’ zagranicznej myśli technicznej. Imitujemy a nie tworzymy, kupujemy a nie inwestujemy.

W dodatku, wśród nakładów innowacyjnych przedsiębiorstw przemysłowych najwyższą pozycje – 52,3% – zajmują zakupy maszyn i sprzętu technicznego, czyli techniki ucieleśnionej, z czego blisko połowa przypada na import. Potwierdza to, iż krajowe innowacje maja bardzo często charakter imitacyjny.

I ostatni argument dowodzący, że sugestia prof. Rybińskiego jakoby nasz regres innowacyjny powiązany był przyczynowo ze wstąpieniem do UE: przeciętna stopa wzrostu nakładów na edukacje w latach 1990-2001 wyniosła 2,6% i była porównywalna z dynamiką PKB (2,5%), co oznacza brak wzrostu znaczenia sektora szkolnictwa w tym okresie. Dlaczego w Polsce, było i jest inaczej niż na całym prawie świecie? Dlaczego, gdy inne kraje inwestują w wiedze, naukę, edukacje, my robimy dokładnie coś przeciwnego?

Tyle polemiki z sugestia prof. Rybińskiego. Przejdźmy do tematu. Wiemy, że rozwojem gospodarki wiedzy rządzi zasada produkcji i porządkowania ‘’informacji’’ którą definiujemy w bardzo szerokim sensie: wszystko co może być zapisane jako kombinacja ‘’zer’’ i ‘’jedynek’’ jest informacją. W tym ujęciu zarówno książki, rezultaty spotkań piłkarskich, gazety, filmy, muzyka, stronice internetowe czy oprogramowania komputerowe są produktami informacyjnymi. Ale nie tylko, zauważmy bowiem, że większość produktów których używamy na co dzień n.p samochód wyposażona jest w coraz większym stopniu właśnie w produkty informacyjne i co może ważniejsze ich produkcja jest prawie całkowicie zinformatyzowana.

„Informacją” przesiąknięte jest nasze życie zarówno zawodowe jak i codzienne. Nietrudno zauważyć, że dzięki nowym technologiom produkty informacyjne są pozbawione tradycyjnych nośników, że są one niejako ‘’zdematerializowane’, stanowią jedynie porcje,, zakodowanej wiedzy’’. Kapitałem w świecie elektronicznej ekonomii jest wiedza, inteligencja, wyobraźnia, umysłowa dociekliwość oraz zdolność do samodzielnej inicjatywy. „Bogactwem narodów” w epoce informacji są koncepcje intelektualne, ludzka kreatywność a nie rzeczy.

Co w takiej gospodarce jest głównym motorem innowacyjności? Otóż powstanie dziedziny wiedzy, która można nazwać sztuko-techniką. Bowiem jednym z podstawowych praw funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego jest proces powolnego – trwającego od początku XX wieku – zacierania się granic między sztuka i techniką, który wraz z pojawieniem się komputera doprowadził do sytuacji, że pojęcia z zakresu np. estetyki formalnej wyjaśniają lepiej jego funkcjonowanie niż parametry techniczne.

Teoretycy estetyki formalnej – przede wszystkim H. Wolfflin w „Podstawowych pojęciach historii sztuki” – definiując obraz odwołują się do pojęć z zakresu logiki formalnej (przechodniość, asymetryczność itd.) wykazują, że „obraz polega na tym, że jego elementy maja się do siebie w pewien określony sposób” i dlatego można na nim wyróżnić logiczne odniesienia poszczególnych części obrazu. Niemiecki teoretyk obrazów w związku z ich logiczna analizą wyróżnia cztery podstawowe pary pojęć, które łączą dwie podstawowe cechy obrazu: płaszczyznowość i linearność. Są to:

  • płaszczyzna i głębia obrazu,
  • forma zamknięta i otwarta,
  • wielość i jedność,
  • jasność i niejasność.

Otóż wraz z pojawieniem się komputera pojawia się możliwość manipulowania za pomocą regulatora właściwości powierzchni obrazu. Komputer przetwarza przy pomocy narzędzi informatycznych infrastrukturę obrazu opierając się na scharakteryzowanych powyżej parach pojęć estetyki obrazu ( w zasadzie teorii obrazu). W przypadku pierwszej pary – płaszczyzna i głębia – chodzi o to czy obiekty obrazu są namalowane obok siebie czyli na płaszczyźnie czy przestrzennie jeden za drugim.

Te pojęcia historii sztuki stanowią odpowiedź na pytanie: jak można zmieniać formę obrazu tak aby relacje między namalowanymi na nim obiektami pozostały takie same? Dlatego z dzisiejszej perspektywy ewolucja malarstwa – sławny obraz Malewicza „Czarny kwadrat na białym tle” z 1924 przedstawia przecież komputer ! – estetyka formalna wydaja się być fundamentem rozwoju komputerowej grafiki. Związek miedzy podstawowymi pojęciami historii sztuki i cyfrowym przetwarzaniem obrazów okaże się jeszcze bardziej zasadniczy, jeśli weźmiemy pod uwagę – a więc nie tylko przetwarzanych, ale wytwarzanych przez komputera- obrazach odróżnia się zazwyczaj dwa sposoby przedstawienia obrazu: obrazy pikselowe od tzw. grafik komputerowych (patrz podręcznik do programu Adobe Ilustrator) na ekranie.

Zanim w ogóle będzie można wytworzyć kreskę na ekranie, użytkownik musi podjąć decyzje jakim sposobem chce otrzymać rysunek. Czyli w digitalnym przetwarzaniu obraz odpowiada pojęciu z zakresu krytyki sztuki: malarskości odpowiada obraz pikselowy i analogicznie linearności odpowiada grafika komputerowa. Z tego wniosek, że czytając skomplikowane książki z zakresu estetyki formalnej, teorii obrazu czy krytyki abstrakcjonizmu możemy skonstruować nowe funkcje w grafice komputerowej.

Rozdział między sztuką i techniką nie istnieje. Dzisiaj to właśnie sztuka i samowiedza o niej wyrażająca się w filozofii czy teorii obrazu są siłą napędową rozwoju społeczeństwa informacyjnego czyli informatyki. Szczególnie wyraźnie widać tą zależność w produkcji filmów i gier komputerowych. Mały przerywnik: właśnie w tych dziedzinach, mam niewątpliwe sukcesy, właśnie tam gdzie technika ze sztuką, umiejętności techniczne z wyobraźnią plastyczną i literacką przenikają się wzajemnie, Polacy odnoszą sukcesy.

Historia kina i jego specyficznego języka estetycznego opartego głównie na montażu i kadrowaniu, przeniknęła do powstającego na naszych oczach nowego komputerowego metajęzyka. Kino zdeterminowało w zasadniczym stopniu „gramatykę” narzędzi informatycznych internautów. Film stworzył strategie estetyczne kultury internetowej, która – efekt feedback – teraz zaczyna tworzyć na nowo estetykę kina w dobie totalnej informatyzacji.

Z tego faktu, że w coraz większym stopniu – przenikające się wzajemnie – estetyki filmu i komputera będą decydowały o przyszłości kina zdawał sobie doskonale sprawę S. Idziak autor zdjęć do „Bitwa Warszawska 1920”, który zaproponował by film został zrealizowany w technice 3D. Sławomir Idziak w jednym z wywiadów stwierdził wręcz, że zgodził sie zrobić zdjęcia do filmu pod warunkiem,że będzie on kręcony w technice 3D. Argumentował, że przeżycia widza oglądającego film w tej technice są dużo mocniejsze niż w kinie płaskim. W 3D „kino znów nabiera dynamizmu, znów pojawia się poczucie przestrzeni, bohater stojący na krawędzi dachu znów daje nam zawroty głowy”.

Jaki wpływ będzie ten fakt – realizacji Bitwy Warszawskiej 1920 w technice 3D – miał na współczesnego widza? Otóż wypada zauważyć – o czym w naszej publicystyce poświęconej ‘’Bitwie Warszawskiej 1920’’ wogle sie nie wspomina -, że technika 3D zatapia widza w zdjęciach i narracji dokładnie tak jak gry komputerowe angażują emocjonalnie internautę. Innymi słowy technika 3D jest kompatybilna z kulturą użytkownika gier komputerowych.

Trzeba jednak zawsze paniętać, że bazą estetyki kultury gier komputerowych są techniki filmowe n.p to kino wprowadziło zasadę ruchomej kamery, która została zastosowana jako część technologii trójwymiarowej przeznaczonej do programów CAD (Computer Aided Design) pozwalających na symulowanie lotu i komputerowej obróbki filmów. W efekcie użytkownik komputera otrzymał coś w rodzaju ‘’wirtualnej kamery’’, której zdjęcia i działanie jest identyczne z techniką 3D. Podkreślam raz jeszcze ten fakt, że technika 3D współgra idealnie z kulturą gier komputerowych, które są niezwykle popularne wśród młodzieży (ale nie tylko).

Dlatego uważam, że film powinniśmy zacząć zanalizować dokładnie tak samo jak każdy inny program informatyczny i każdorazowo pytać czy odpowiada on końcowemu użytkownikowi czy jest dostosowany do jego wiedzy i kultury? Twierdzenie: film jest programem komputerowym jest banałem, ale wyciągnięcie z tego faktu wniosków ekonomicznych i organizacyjnych banałem już nie jest. We wspomnianym wcześniej wywiadzie S. Idziak, stwierdził, że widz współczesny

„… patrzy na bitwę warszawską przez filtr setki innych filmów wojennych, które widział w życiu. Może w przyszłości pojawi się dramaturgia interaktywna, w której widz – jak w grze – sam będzie „uczestniczył” w bitwie? (podk. – moje). Widz będzie jednym z bohaterów, a przeciwko sobie będzie miał „prawdziwego” przeciwnika. Ale na razie to wciąż fotel w kinie, choć oczywiście mamy uczucie obecności na polu bitwy: że przeszywają nas bagnety, że ziemia z wybuchów sypie nam się w oczy. To bije po oczach.”

Otóż dramaturgia interaktywna jest – sądzę, że najważniejszym – paradygmatem kultury internetowej. Interaktywne wirtualne światy zbudowane z elementów kulturowej bazy danych w skład której wchodzą także filmy, wypełniają przestrzeń światowej pajęczyny i te nowe hybrydowe dzieła sztuki zbudowane na zasadach hipertextu są logicznym następstwem dramaturgii kinowej. Typowy scenariusz kina XXI wieku – jak pisze Manovich – zakłada udział użytkownika „wewnątrz” przestrzeni narracyjnej, który wchodzi w interakcje z wirtualnymi postaciami i być może z innymi użytkownikami zmieniającymi fabułę.

Rzecz jasna można się spierać czy takie hipertextowe interaktywne scenariusze są rozszerzeniem kina czy teatru awangardowego, szczególnie polskiego. Niewątpliwie Kantor i Grotowski byli prekursorami sztuki interaktywnej w tym sensie, że dążyli do likwidacji podziału na widzów i aktorów scenę i widownie teatru. Jedno nie ulega wątpliwości: filmy, które umożliwią uczestniczenie – jak mówi S.Idziak – widza w bitwie, zlikwidują podział na aktorów i internautów, zakończą pewien etap w tworzeniu metajęzyka cywilizacji informatycznej.

Jak tego dokonać? Jak włączyć widza do akcji? Jak umożliwić mu tworzenie nowej„Bitwy warszawskiej 1920”? Sądzę, że pierwszym etapem, umożliwiającym tego typu sztukę, byłaby sprzedaż – za drobną opłatą – filmu w internecie w formie umożliwiającej internautom jego zmianę itd. Innymi słowy – po okresie dystrybucji w kinach – producenci mieliby prawo sprzedawać kopie filmu w Internecie w wersji informatycznej. Zdaje sobie doskonale sprawę z trudności organizacyjnych i prawnych ale nie widzę przeszkód, by tego typu innowację wprowadzić.

Pójdę nawet o krok dalej: jeżeli traktujemy film jaka produkt informatyczny np. jako stronicę internetową, to wtedy należałoby do dystrybucji filmu zastosować te same techniki marketingowe co do stronic internetowych. Wiadomo, że wiele firm sprzedaje za drobną odpłatą (5, 10 zł) tzw. szablony witryn internetowych, więcej niektóre przedsiębiorstwa – zgodnie z logiką ekonomi informacyjnej – proponuje potencjalnym klientom szablony za darmo. Nie widzę przeszkód by ten sam mechanizm zastosować do dystrybucji filmów: jeszcze przed oficjalną dystrybucja filmu na ekranach kin, można by rozpocząć sprzedaż – za minimalną odpłatą – zajawek-szablonów filmu których długość wynosiłaby nie pięć minut lecz n.p 45 min.

Oczywiście tego typu innowacja zmieniłaby diametralnie struktury organizacyjne odpowiedzialne za produkcje filmu, ale jednocześnie wzrosłoby zainteresowanie firm informatycznych i banków przemysłem filmowym. W takich warunkach wyrażenie przemysł informatyczny i przemysł filmowy byłyby tożsame, co doprowadziłoby w szybkim czasie do prawdziwej rewolucji ekonomicznej w naszym kraju. Bowiem produkcja filmów – oparta na nowych zasadach, które opisałem powyżej – doprowadziłaby do stworzenia wielu miejsc pracy i to właśnie ona mogłaby by być czynnikiem modernizującym nasz kraj.

Piotr Piętak 

wym-1361109484965 Prawica.net 

M.G. 

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Zamiast Grodzkiej debata o innowacyjności”

  1. Nie rozumiem konstrukcji tego tekstu – najpierw o innowacyjności polskiej gospodarki a potem ni stąd ni z owąd przejście do teorii grafiki komputerowej. Chciałem czytać o tym pierwszym więc nie dotrwałem do końca. Może lepiej by było podzielić ten tekst na dwa oddzielne?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *