Zawisza z Madagaskaru

Liderzy Marszu zdawali sobie sprawę z zagrożenia, dlatego tym razem faktycznie się starali. Straż Marszu była liczna i z niewielkimi wyjątkami – ofiarna i nadrabiająca zaangażowaniem brak przeszkolenia. Każda jednak ochrona jest warta tyle, ile jej najsłabsze ogniwo. I kiedy na ul. Skorupki na maszerujących poleciały butelki, i kiedy zapłonęły ognie – był to skutek tych samych słabości systemowych, od początku wpisanych w logikę tej imprezy. Wbrew oficjalnej propagandzie, pokazującej „maszerujących” jako sprawny i świadomy monolit, zagrożony tylko przez lewaków i policyjnych prowokatorów – nieprzypadkowo organizatorzy mieli świadomość, że to Marsz stanowi zagrożenie sam dla siebie, niewiele bowiem było trzeba, żeby uczestniczący w nim szalikowcy wyrywali się spod opieki Straży i rozpoczynali radosną demolkę, którą utożsamiają z atmosferą święta. I tak też zresztą parę razy się stało – czego konsekwencje mogliśmy podziwiać dzięki relacjom TVN i Polsatu.

W tym zakresie zabawnie brzmi oburzenie przywódców RN, wychowujących swój aktyw w nienawiści do policji reprezentującej okupacyjne państwo – a nagle wyrażających zdecydowaną dezaprobatę dla niedostatków ochrony Ambasady Rosyjskiej. Jak niegdyś pisałem w tekście „Dać w mordę akrobacie” – to jest jakiś postępujący proces. Raz „maszerujących” prowokuje nadmiar funkcjonariuszy, raz ich brak – cholernie łatwo jest więc to towarzystwo sprowokować. Jak się bowiem okazuje zając zawsze jest bez czapki i w ucho dać mu w związku z tym można.

Wydaje się, że filozofią Artura Zawiszy i innych jest postawa charakteryzująca Skippera – przywódcę „Pingwinów z Madagaskaru”. Poinformowany, że podczas lądowania awaryjnego lotem koszącym zgubił połowę pasażerów oświadczył on pogodnie, że „takie straty jest w stanie zaakceptować”. Liderzy RN uważają więc chyba, że obraz Marszu regularnie demolującego Warszawę jest wliczony w koszty, więc nie ma się co nim przejmować. Już doświadczenie zwłaszcza sprzed 2 lat powinno tymczasem pokazać organizatorom, że gdy oni sobie spacerkiem maszerują – to i tak kamery są skierowane na to, co dzieje się z tyłu i na obrzeżach i wystarcza niewielka iskra, by dało się pokazać wielki pożar.

Fakt, że przywódcy RN traktują powyższe zdarzenia medialne jako konieczność, oczywistość, słowem „taką karmę” i niespecjalnie przejmują się jak ich widzą i piszą – potwierdza tylko tezę, że Marsz jest zjawiskiem wsobnym. Zarówno agresja objawiana przez część uczestników, jak i agresja ze strony mediów oraz policji stanowią więc czynniki integrujące środowisko, budujące ową legendarną „legendę Marszu”, o której wciąż mówi kol. Zawisza. Ruch ma zatem stanowić domek ciasny, ale własny, którego mieszkańców skupia niechęć innych, a i własne wyobcowanie. Oczywiście, bardzo to utrudni, jeśli nie uniemożliwi rozszerzenie bazy społecznej i wyborczej organizacji – choć z drugiej strony na pewno część szczególnie antypaństwowo nastawionych obywateli nawet się ucieszy, że jest ktoś, kto władzy aż tak do….la. Tradycja ta również jest w Polsce silna i odwołanie się do niej akurat przez RN nie jest niczym dziwnym.

Jeśli zaś do tego dołożyć indywidualne upodobania niektórych przywódców, którzy całe swe polityczne życie marzyli, żeby być „odrażający, brudni, źli”, no i żeby się ich bali – można zrozumieć dlaczego Artur Zawisza i inni są szczerze zadowoleni swym dorocznym publicznym występem. Zabawa była pyszna, a straty jak zwykle do zaakceptowania, zatem do zobaczenia za rok!

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Zawisza z Madagaskaru”

  1. Takie tam oportunistyczne bajkopisarstwo. Dobrą, rewolucyjną krytykę Marszu przeprowadzono kiedyś na Xportal.pl w tych dwóch artykułach http://xportal.pl/?p=446 http://xportal.pl/?p=528 Jak chcemy Narodowej Rewolucji to musimy działać rewolucyjnie, innej drogi nie ma. To co można zarzucić marszowi to to że chaotyczne zadymy kiboli mają zapewnić jedynie ciepłe posadki liderom RN a nie realną rewolucję, która wiązałaby się w oczywisty sposób np. ze skoordynowaną akcją zajmowania i okupacji budynków rządowych czy stacji mediów

  2. Akurat rosyjski nacjonalizm nie ma większego sensu, może bowiem utrudnić Federacji prowadzenie polityki faktycznie imperialnej, czyli eurazjatyckiej, która z samej definicji monoetniczna być nie może.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *