Sen o Warszawie, Wilnie, Lwowie i Nalewkach

Chodzi rzecz jasna o „AmbaSSadę” Juliusza Machulskiego. Dzieło utrzymane w modnym ostatnio duchu komediowej historical-fiction, o wyraźnej nucie nostalgiczno-rewizjonistycznej. Cóż, film, jak film, jak na twórcę „Vabanku” przystało raczej lekki i przyjemny, nieco przegadany, dość przaśny w żarcie i udowadniający po raz kolejny, że w dziedzinie efektów specjalnych i animacji komputerowej wciąż jeszcze nie jesteśmy w Hollywood. Nie w tym jednak rzecz. Opowieść o anomalii czasowej przy ulicy Pięknej w Warszawie, szafie jako wehikule przenoszącym bohaterów między XXI wiekiem a ostatnimi dniami pokoju przed wybuchem II wojny światowej – ma odpowiadać na jak najbardziej żywe i aktualne to dziś pytanie: a co by było, gdyby jednak wojny nie było?

Oficjalnie odżegnując się od gdybania – dyskusję na zbliżone tematy prowadzą wszak całkiem na poważnie historycy i publicyści, przy czym (w związku z idealizacją II RP w oczach współczesnych), dominują raczej postawy skrajnie optymistyczne. Dematerializując zagrożenie geopolityczne (przecież nie tylko ze strony Niemiec, ale i Sowietów) snujemy wizje kraju burzliwie rozwijającego się gospodarczo (zapewne dzięki planowaniu gospodarczemu wprowadzanemu przez sanację na wzór ZSSR…), cudownie rozwiązującego problemy przeludnienia wsi, głodu ziemi, bezrobocia, stagnacji i deflacji, występujące w realu.

Niezależnie jednak od tego, jak ocenia się zdolność władz przedwrześniowych do ewolucji systemu i prowadzenia efektywnej polityki społeczno-gospodarczej, w rozważaniach tych z pewnym zażenowaniem pomija się jeden aspekt, który Machulski (nieograniczony naukowym skrępowaniem) ukazuje wprost. Finałem „AmbaSSady” jest ukazanie słonecznej Warszawy A.D. 2012 – ale Warszawy jednocześnie „przedwojennej”, nie zniszczonej przez wojnę i powstanie, bez Pałacu Kultury, za to z pięknie wkomponowanym między nowy, swojski Manhattan Prudentialem. Mamy też i Lwów, i Wilno, i Wrocław oddany przez Niemców po „incydencie wrześniowym”, czyli krótkiej zwycięskiej wojence rozegranej w alternatywnym roku 1939. No i mamy coś jeszcze. Bajkowego szczęścia bohaterów dopełnia tłum żydowskich handlarzy i knajpiarzy wypełniających Nalewki, u stóp dumnie królującej Wielkiej Synagogi na Tłomackiem.

I tu właśnie na wszystkich rozczulających się tym alternatywnym słoneczkiem powinno przyjść otrzeźwienie. A no właśnie. Bezprzykładne zniszczenie kraju, wyniszczenie elit, popadnięcie w zależność od ZSSR – to wszystko tragiczne skutki wojny, których za wszelką cenę należało uniknąć i których słabym polskim przywódcom przedwrześniowym, emigracyjnym i Polskiego Państwa Podziemnego uniknąć się nie udało. Ale skutkiem wojny stało się też rozwiązanie najpoważniejszego demograficznego i socjalekonomicznego problemu kraju – czyli nadmiaru ludności żydowskiej blokującej rozbudowę polskiego handlu i rzemiosła, a także awans cywilizacyjny ludności wiejskiej. Jakkolwiek strasznie by to nie brzmiało w uszach politpoprawusów z jednej, a antykomuchów z drugiej strony – po II wojnie odtworzona Polska przynajmniej w kwestii narodowościowej znajdowała się w dużo lepszej sytuacji, niż Polska przedwrześniowa, nie tylko ze względu na ubytek Żydów, ale także przez przeprowadzoną drogą porozumienia z Sowietami wymianę ludności ukraińskiej. Dokończenie tych spraw przez „Wisłę” z jednej i marzec ’68 z drugiej strony pozwoliło nam w latach 90-tych nie stać się drugą Jugosławią, a i kwestię żydowską sprowadzić do tęsknoty za dobrze podanym gęsim pipkiem. Bo nawet stale wisząca nad RP groźba rewindykacji mienia żydowskiego nie jest aż tak groźna, jak sytuacja, w której niczego nie trzeba by było rewindykować, bo mienie to nadal należałoby do dawnych właścicieli i ich potomków.

„AmbaSSada” staje się więc mimowolną odtrutką na zbyt prosty rewizjonizm historyczny, nostalgiczne i bezkrytyczne spojrzenie na przedwojenną przeszłość. Machulski pokazuje bowiem pewien fakt, umykający wszystkim śniącym sen o II RP trwającej do XXI wieku – że brak Pałacu Kultury = równa się górowanie Wielkiej Synagogi Warszawy, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Cóż, kwestia gustu – ja już jednak wolę Pałac!

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *