Lalkarz zamiast marionetki

Składa się na to szereg okoliczności, choćby związanych ze definiowaniem pojęcia potęgi. Zainteresowanych zgłębianiem teorii zachęcam do zapoznania się z projektem badawczym Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych na ten właśnie temat: http://geopolityka.org/potegi-panstw, na potrzeby naszych rozważań zostańmy jedynie przy konstatacji, że archaiczne myślenie o władzy w Waszyngtonie jako nieomal władzy nad światem, opierało się po pierwsze na uznaniu wyższości amerykańskich sił zbrojnych i ich zdolności nie tylko do szybkiego unicestwienia całego globu (którą to zdolność posiada jeszcze parę armii), ale i logistyki, pozwalającej na sprawne operowanie na globalnym froncie działań, choć – jak się okazało na przykładzie iracko-afgańskim, nie na całym jednocześnie bez swego rodzaju zadyszki. Już jednak czynniki polityczne i – nade wszystko ekonomiczne, nie pozwalają tak jednoznacznie umiejscowić stolicy potęgi.

Cóż bowiem z największej nawet, najnowocześniejszej i najsprawniejszej armii, jeśli wola polityczna nią sterująca – nie znajduje dla niej efektywnego wykorzystania? W ten czy inny sposób, ale siły zbrojne są jedynie środkiem uprawiania polityki, w tym dyplomacji, nie zaś uniwersalnym miernikiem potęgi i celem samym w sobie, o czym przekonali się choćby Hunowie. A ponieważ w Stanach interes polityczny państwa, interesy kompleksu wojskowo-przemysłowego oraz czynniki propagandowe przeplatają się w zakresie faktycznie wyjątkowym i ogromnym – zatem nawet owa przewaga zbrojna nie może być traktowana jako oczywisty i jednoznaczny czynnik mnożący potęgę, niekiedy bowiem to polityka ogranicza możliwość użycia wojska, a niekiedy niewspółmierna do potrzeb politycznych akcja zbrojna wręcz szkodzi i pogarsza sytuację polityczną USA.

Jeszcze wyraźniejsze wątpliwości można wysunąć na polu ekonomicznym. O ile bowiem faktycznie – Stany są wciąż w stanie zdestabilizować ekonomicznie niemal każde państwo na świecie (choć niekiedy oznaczałoby to także zniszczeniu własnej gospodarki) – to nie można już stwierdzić, że Ameryka sama jest nadal absolutnie zabezpieczona przez takim samym wpływem z zewnątrz. Przeciwnie, bodaj pierwszy raz od czasu kryzysu paliwowego lat 70-tych ekonomia Zachodu, oparta wszak na amerykańskiej – stała się dziś tak zależna od polityki podmiotów spoza sfery oddziaływania własnego bloku, w tym zwłaszcza od działań Chin. Nieprzypadkowo zresztą to Xi Jinping znalazł się na trzecim miejscu wspomnianego rankingu i nie jest to pewnie jego ostatnie słowo. Nota bene na wagę czynnika ekonomicznego wskazał też sam Putin, który w wywiadzie dla południowokoreańskiej telewizji KBS podkreślił, że „światowe wpływy Rosji są uzależnione od jej statusu ekonomicznego”, w tym szans na utrwalenie wzrostu gospodarczego i stworzenie trwałych podstaw rozwoju, zwłaszcza infrastruktury.

Wreszcie trzecia i podstawowa kwestia związana jest z odmiennością przywództwa amerykańskiego i rosyjskiego. Otóż nie jest przecież tajemnicą, że rzekoma personalizacja władzy w USA, pokrywa w istocie czysto oligarchiczny system rządów. Od dekad, a w zasadzie od stuleci oznaczający jedynie pewne zniuansowanie akcentów pomiędzy poszczególnymi grupami interesów. Nieprzypadkowo na liście „Forbesa” w bliskim sąsiedztwie Obamy jest postać w istocie kto wie, czy nie reprezentująca jeszcze potężniejszych kręgów i potrzeb, niż sam prezydent – czyli Ben Bernanke, szef Rezerwy Federalnej (na miejscu 7), a także armia biznesmenów, miliarderów, liderów kapitału, na czele z Billym Gatesem (6.), Warrenem Buffetem (13.), Jeffem Bezosem (15.) czy Rexem Tillersonem z Exxon Mobile (16.) Wyprzedzają oni np. prezydenta Francji, a za nimi jest zresztą armia pozostałych prawdziwych rozgrywających. Ktoś odpowie, że ich obecność w ścisłej czołówce jest miarą potęgi całej Ameryki i systemu zachodniego. Być może, ale jednocześnie dobitnie pokazuje, jak złudna i znikoma jest władza polityczna rozumiana inaczej, niż tylko jako emanacja interesów wielkiego kapitału. Czy bowiem fakt, że następny na liście po Putinie Rosjanin, premier Dymitr Miedwiediew jest dopiero 53., a kolejny – Igor Seczin, szef Rosnieftu – 60. – świadczy o słabości Rosji, czy raczej o tym, że Putin faktycznie zasłużył na wyróżnienie, bo w przeciwieństwie do swego amerykańskiego konkurenta nie tylko symbolizuje realny układ władzy, ale go tworzy? Po okresie smuty w latach 90-tych, Federacja Rosyjska nie jest już państwem oligarchicznym, dawni władcy kraju są na wygnaniu, w obozach, albo na tamtym świecie, a nikt nie ma wątpliwości, że centrum władzy faktycznie znajduje się na Kremlu. I chociaż znowu, władza ta jest wypadkową wielu czynników, wewnętrznych, frakcyjnych, personalnych – to Putin może powiedzieć, że jak żaden inny przywódca od czasów Stalina, faktycznie realizuje testament Aleksandra III i „dzierży wsio!”. I w tym sensie faktycznie jest potężniejszy od śmiesznej marionetki nieokreślonego koloru zasiadającej w Białym Domu.

Konrad Rękas

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *