Żelazna dama – metafizyczne, brytyjskie rozczarowanie

Jej życie i rządy to na pewno znakomity materiał na film. Córka drobnego sklepikarza zostaje premierem Wielkiej Brytanii i w bezkompromisowy sposób prowadzi liczne wojny. Wojny o wprowadzenie w życie swoich przekonań. 

Bije się więc Lady Thatcher o brytyjskie wyspy Falklandy, o uwolnienie narodowej gospodarki spod niszczących wpływów związkowych i wreszcie o obniżenie wszelkich danin publicznych. Materiał filmowy i powieściowy wprost znakomity. Czy Phylida Lloyd zrobiła w swym obrazie z niego dobry użytek? Zdecydowanie nie! Dlaczego? 

Trudno powiedzieć. Być może odpowiedź na to pytanie tkwi w informacji, którą przeczytałem na jednym z internetowych portali, że reżyserka ta przede wszystkim pracowała dotąd w teatrze. To byłoby jakieś wytłumaczenie. Bo rzeczywiście film o „Żelaznej Lady” wydaje się być poprawnie zagraną teatralną sztuką. Sztuką, która ze swej natury zawsze jest czymś sztywnym, nienaturalnym, pompatycznym. Czymś co sprawia wrażenie jakbyśmy oglądali rzeczywistość przez grubą szybę, a nie wprost jej dotykali. I właśnie czymś takim jest dzieło Lloyd. 

Dobry film jest czymś z gruntu innym. Czymś żywym barwnym, soczystym, dotykalnym w swoim realizmie. I tego realizmu w „Żelaznej Damie” wyraźnie brakuje. Niby padają w nim fundamentalne dla każdego konserwatysty stwierdzenia. Choćby takie, że siłę narodów buduje zamożność sklepikarzy czyli klasy średniej. Choćby takie, że kiedyś polityk chciał czegoś dokonać, a dziś często po prostu chce być kimś, ale są one znów wypowiadane jak teatralna kwestia, w trzecim akcie, a nie jak doznanie filmowe. 

Jest jednak w całym tym filmie jeden niezwykle interesujący rys. Rys metafizyczny. Bo oto widzimy wielką, dzielną i niegdyś twardą kobietę, zmagającą się ze starością i lukami w pamięci. Wspomnieniami i halucynacjami. Widzimy bardzo wyraźnie, że nawet największych tego świata, najdzielniejszych, dotyka kiedyś starość, choroba i świadomość końca. Jednocześnie jednak widząc to nie otrzymujemy na tę sytuację żadnej odpowiedzi. To trochę tak jak ze sławnym brytyjskim konserwatyzmem, zwłaszcza tym reprezentowanym przez Margaret Thatcher. Bo niby hołubił on wszystkie najważniejsze konserwatywne wartości, wartości wyrosłe z chrześcijaństwa, a jednocześnie te wartości chrześcijańskie trudno jest w nim odnaleźć. 

Jest w filmie Phylidy Lloyd taka scena, w której grająca Margaret Thatcher, profesjonalna warsztatowo Meryl Streep mówi , że trzeba uważać na myśli. Bo z myśli rodzi się czyn, z czynu nawyk , a z nawyku charakter. To przecież nic innego jak jedna z podstawowych zasad chrześcijańskiej, katolickiej ascetyki tyle, że wypowiedziana bardzo po brytyjsku. Zasada niby słuszna w słowach, ale jakby wewnętrznie pusta. Bez wewnętrznego, charakterystycznego dla chrześcijaństwa dynamizmu. Bez wewnętrznej radości. Dlaczego o tym pisze? Ano dlatego, że oglądając w tym filmie starą i zniedołężniałą, niegdyś wielką brytyjską premier Margaret Thatcher, widz doświadcza jedynie smutku starości. Smutku zniedołężnienia, które dotknie każdego i za którym w zasadzie nic już na nas nie czeka. Nic z tego na co czeka każdy zainspirowany chrześcijaństwem, kto wie, że chwała szlachetnych czynów z przeszłości jest jedynie zapowiedzią chwały przyszłej. Chwały metafizycznej. I chyba przede wszystkim w tym wymiarze film Phylidy Lloyd jest rozczarowaniem. Brytyjskim, metafizycznym rozczarowaniem

Jan Filip Libicki
www.facebook.com/flibicki 

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.