Życie pod lampą – pożegnanie egzorcysty

Wczoraj w Poznaniu, pochowano koordynatora polskich egzorcystów, księdza prałata Mariana Piątkowskiego (http://ekai.pl/wydarzenia/polska/x49985/zmarl-koordynator-polskich-egzorcystow/). To był wybitny kapłan. Miał 84 lata. Nie chcę tu przywoływać oficjalnych elementów jego biografii. Bo cenniejszym jest raczej to doświadczenie, które każdy kto się z nim spotkał z tego spotkania wynosił.

Poznałem go w roku 1997. Przeniesiony z Tulec, objął wtedy w posiadanie malutki kościółek Pana Jezusa przy poznańskiej starówce. Byliśmy tam – z woli ówczesnego arcybiskupa poznańskiego i my – zwolennicy tak zwanej mszy trydenckiej. Czasy były dla nas trudne. Mało który kapłan podzielał wówczas nasze upodobanie, częściej kojarząc nas raczej z tak zwanymi „Lefebvrystami”. Ksiądz prałat, pionier ruchu odnowy w Duchu Świętym, raczej też ich nie podzielał. Mimo to, okazał się człowiekiem wielkiej życzliwości, nie nadmiernym formalistą, człowiekiem zawsze życzliwym i otwartym. Na tamten czas było to naprawdę dużo.

W jego kościółku czasem spotykało się czekających w kolejce różnych ludzi. Byli – można by to tak określić – specyficzni. Jedni skryci i milczący, drudzy jakby trochę podenerwowani. Później dowiedziałem się, że ksiądz Piątkowski pełnił dla nich posługę egzorcysty. Nie wiem, może to autosugestia, ale wtedy jakby zrozumiałem jego zagadkową twarz. Zawsze z lekkim uśmiechem na twarzy i spokojne, bystre, życzliwe oczy. Oczy z których bił wręcz spokój, a jednocześnie jakaś dziwna pewność i siła.

Później spotykałem się z nim wielokrotnie jako miejski radny, omawiając kwestie remontowe jego kościółka. Jeszcze później – skierowałem do niego kilka osób po pomoc duchową. I zawsze było tak samo: dzwoniłem, relacjonowałem co i jak, a on mówił: niech ta pani/pan do mnie zadzwoni. A później – od ludzi którzy wracali z ulgą – dowiadywałem się jak protestował, gdy bez rezultatu usiłowali wcisnąć mu jakieś pieniądze.

Wreszcie przeżyłem i osobiste doświadczenie. Poszedłem do niego do spowiedzi. Pamiętam ją do dziś. Pamiętam z jaką skrupulatnością zamykał każde z kolejnych drzwi, tak by przypadkiem żadna z osób, które ze mną przyszły nas nie słyszała. By zachować ścisłą tajemnicę tego sakramentu. To – w dobie spowiedzi na pielgrzymkach, na łąkach czy parkowych ławkach – robiło wrażenie. A potem, na moje użalania jak to – mimo usilnych starań – nie umiem się poprawić, a wręcz wydaje mi się, że jest coraz gorzej – krótka nauka. Nie przejmuj się. Pan Bóg to taka wielka lampa. Nasze zadanie to do tej lampy się ciągle zbliżać. To naturalne, że im jesteśmy jej bliżej, tym nasze brudy – grzechy, w tym silnym świetle są bardziej widoczne. W półmroku uważasz, że jesteś czysty. W świetle dziennym też jest dobrze, ale pewne brudy widzisz, a pod lampą na stole operacyjnym widzisz każdy prószek i pyłek. Bóg jest właśnie taką lampą. Stale podążaj w jej kierunku. A widząc coraz więcej brudu nie uciekaj w mrok. Idź dalej pewnie  w jej kierunku…

Te słowa pamiętam do dziś. Gdy dobry poznański egzorcysta stoi już na wielkiej, zalanej światłem tysięcy reflektorów scenie. I na pewno się cieszy. Bo choć publiczność tylko Trójosobowa, to nie dostrzega na nim najmniejszego pyłku. Pewnie od razu i bez zbędnej zwłoki, może dalej pomagać tym, których tu zostawił. Których na tej scenie jeszcze nie ma. Jeszcze wiodą życie pod ową jedną lampą…

www.facebook.com/flibicki

Jan Filip Libicki

-asd

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *