Bieleń: Akademickie trąby na larum!

Na wielu wydziałach uniwersyteckich w Polsce toczy się ożywiona dyskusja wokół następstw reform systemu szkolnictwa wyższego. Temat ten jest drażliwy zwłaszcza na kierunkach humanistycznych i społecznych, które z natury nie poddają się pomiarom, jakie można stosować w naukach przyrodniczych. Część środowisk, zorientowanych na wynalazki związane z parametryzacją, zwęszyła jednak dla siebie niezły interes i ostro krytykuje wszystkich, którzy wytykają mankamenty nowego systemu.

Nigdy bowiem w historii uniwersytetu nie było takiej frajdy, aby liczyły się przede wszystkim notowania formalne, a nie rzeczywiste osiągnięcia. Aby nie umiejąc napisać wartościowego artykułu w języku polskim, można było publikować wątpliwe pod względem poznawczym teksty po angielsku i udawać światowca.

Inflacja produkcji naukowej i dewaluacja standardów prowadzą nieuchronnie do załamania etosu uniwersyteckiego. Pozostanie jedynie produkcyjny wyścig, w którym z pola widzenia znikają wszelkie wartości, typowe dla hierarchicznego, elitarnego i kształtowanego w drodze żmudnej pracy zawodu naukowca i etosu uczonego. Lawinowy przyrost habilitacji (opartych na pozbieranym na łapu-capu dorobku, bez kolokwium i wykładu) nie wpłynął na ukształtowanie się nowej elity naukowej. A miało być tak pięknie.

Najsmutniejsze jest to, że entuzjaści systemu punktacji nie dostrzegają w nim żadnych patologii, związanych zarówno z manipulacją kryteriami (ich ideologizacją), jak i urzędniczą arbitralnością klasyfikowania tytułów i wydawnictw. Przeraża automatyzm w kwalifikowaniu wartości czasopism, według fikcyjnej obsady rad redakcyjnych czy doboru recenzentów. Często zaproszeni z zagranicy uczeni, nawet o znanych nazwiskach, jedynie formalnie legitymizują i uwiarygadniają tytuł, nie mając pojęcia o jego merytorycznym dorobku czy poziomie metodologicznym. Podobnie jest z wieloma tytułami zagranicznymi, które obrosły mitologią.

Zmiana ocen i weryfikacji naukowej z modelu eksperckiego na model punktowy nie rozwiązała bynajmniej żadnego z problemów trapiących środowisko naukowe. Układy, kamaryle i sitwy koleżeńskie mają się nadal dobrze, a przykładów awansów naukowych, w tym profesorskich, według klucza „ty mnie, ja tobie” nie brakuje.
Czy wysoka punktacja odzwierciedla na przykład odkrywczość i oryginalność rezultatów badawczych, czy pomaga odróżniać dzieła wartościowe od przyczynkarskich? Czy rozmaite indeksy są miarodajne, dlaczego te, a nie inne? Czy ktoś w Polsce poddał je jakiejś racjonalnej i krytycznej rekonstrukcji? Czy dzięki bibliometrycznym ewaluacjom wzrasta prestiż naukowy danej jednostki, jaki ma to wpływ na jej wizerunek i odbiór? Jak dzięki punktom rodzą się autorytety naukowe? Kto ustanawia wzorce i punkty odniesienia?

Pieśń ujdzie cało?

Polityka naukowa uczelni powinna niewątpliwie odpowiadać założeniom polityki naukowej państwa. Ale to nie oznacza, że niewolniczo powinna trzymać się absurdalnych urzędniczych instrukcji. Wolność badań naukowych i etos universitas – wspólnoty uczonych i uczących się powinny się obronić w każdych uwarunkowaniach. W końcu polska nauka przeszła przez różne okresy i ustroje polityczne i zawsze uniwersytety wychodziły obronną ręką dzięki wewnątrzsterowności, odwadze cywilnej oraz krytycznej refleksji profesorów i doktorów. Ponoszono oczywiście koszty ideologizacji, zaangażowania politycznego części badaczy, a także swoistej nadgorliwości w wykonywaniu szkodliwych zarządzeń.

Na tle tych doświadczeń warto więc pamiętać, że obroni się to, co jest uczciwe i rzetelne, co nie stanowi wyłącznie odpowiedzi na urzędnicze zamówienie, ani tym bardziej na panującą polityczną modę. Może warto zastanowić się głębiej nad własną suwerennością intelektualną i groźbą jej utraty? Dlaczego tak niewiele głosów słychać o wprzęganiu polskiej politologii w rydwan anglosaskiej ideologizacji i dominacji jednego wzorca kulturowego? Dlaczego nasi sąsiedzi Niemcy nie ulegają tej modzie? Dlaczego Francuzi tak bardzo podkreślają autonomię swojego myślenia o świecie?

Fetysze naukowców

Wśród młodych badaczy zapanował fetysz internacjonalizacji i prymitywnie pojętego „uświatowienia”. Jak dotąd, ów mityczny „świat” nie jest żadnym podmiotem ani w polityce, ani w nauce. Wszystkie pojęcia o „polityce światowej” czy „gospodarce światowej” są pewnymi metaforami i uproszczeniami, a czasem świadomymi nadużyciami, zwłaszcza w kontekście pretensji mocarstwowych i imperialistycznych, np. w przypadku Welpolitik kajzerowskich Niemiec, czy world politics Stanów Zjednoczonych po „zimnej wojnie”. Podobnie jest z „nauką światową”.

Autorzy Polityki naukowej państwa, opublikowanej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w 2020 roku słusznie wybrali jako motto wypowiedź Alberta Einsteina: „Nauka jest międzynarodowa, lecz jej sukces zależy od instytucji, które należą do narodów”. Nie wnikając w niekonsekwencje terminologiczne tego dokumentu, należy jednoznacznie podkreślić, że nie ma owej enigmatycznej nauki światowej, jest co najwyżej nauka na świecie, o ile mamy na myśli zestawienie czy przenikanie wzajemne – często na zasadzie konkurencyjności – nauk narodowych. Jest więc nauka amerykańska i chińska, niemiecka i francuska, polska i fińska itd. Wszystkie one mają swoją specyfikę i wnoszą w różnych dziedzinach określony wkład do powszechnej skarbnicy, w zależności od potencjału, osiągnięć, promocji, ekspansji itd. Naukowe Noble są przyznawane przedstawicielom dyscyplin z konkretnych krajów, a nie przedstawicielom nauki światowej.

Zamiast mierzyć się z najbogatszymi, może warto więc spojrzeć na siebie w kontekście „cywilizacyjnej” oryginalności, zastanowić się, co możemy wnieść do powszechnej skarbnicy nie poprzez reprodukcję i imitację zachodnich badań, lecz przez promocję swojej specyfiki i obronę tożsamości. Aby jednak to czynić, potrzebna jest refleksja nad sobą, identyfikacja, a nie ucieczka w stronę „bogatego kawalera” niczym „panna bez posagu”.

Kto ma naprawiać

W świetle wielu obserwacji i badań w Polsce postępuje infantylizacja społeczeństwa, populistyczna degeneracja elit politycznych, ale także moralne skarlenie elit intelektualnych. Lekceważący stosunek do faktów, skłonność do zastępowania wiedzy chciejstwem i wiarą, roszczeniowość wynikająca z braku poczucia samodzielności i odpowiedzialności – to tylko niektóre przejawy kryzysu społeczeństwa polskiego. Uniwersytet winien zabierać w tych sprawach głos, a kadra akademicka, świadoma konsekwencji tych negatywnych zjawisk winna rozumieć własną rolę w kategoriach osobistej odpowiedzialności za siebie i otoczenie.

Oskarżanie najwyższych władz państwowych o wszystkie absurdy występujące w szkolnictwie wyższym jest z jednej strony przypisywaniem tym władzom jakiejś niezwykłej mocy sprawczej, a z drugiej – niewiary w swoje możliwości działania. Środowisko akademickie w Polsce samo musi uporać się z wieloma problemami, w tym także z kreowaniem atmosfery niemożności i kryzysu.

Tak naprawdę to kadra akademicka odpowiada za gusty, aspiracje i racjonalność postaw kolejnych roczników absolwentów uniwersyteckich. Profesorowie i młodsi pracownicy naukowi powinni wyrabiać w swoich wychowankach poszanowanie dla wiedzy, pozyskiwanej w żmudnym procesie uczenia się, a nie dzięki przyzwoleniu władzy. Muszą umieć kształtować postawy krytyczne – zwłaszcza w czasach, gdy odwaga znów tak bardzo podrożała, uczyć panowania nad emocjami, a także – co nie jest bez znaczenia – odporności na indoktrynację, manipulację i demagogię.

Niezbędna autodiagnoza

Z nostalgią wspominam czasy, kiedy senaty Uniwersytetu Warszawskiego kolejnych kadencji uchwalały rozmaite protesty, broniąc wolności obywatelskich czy upominając się o wolność akademicką. W dzisiejszych czasach – mimo że tyle słów wylewa się na co dzień o naruszaniu praworządności i ograniczaniu ludzkich swobód w naszym państwie – trudno liczyć na podobne reakcje. Nie wiadomo, czy kadra naukowa ma poczucie własnej tożsamości w sensie światopoglądowym – czy jest w społecznej awangardzie, ariergardzie, czy w grupie konformistycznych karierowiczów, czekających na swoje pięć minut, zabiegających o szybki awans zawodowy, mierzony administracyjnymi metodami ilościowymi.

Przede wszystkim za mało jest krytycznych wniosków na temat skutków przeprowadzanych od lat reform. Poza pojedynczymi wypowiedziami, nie mamy na ten temat zbiorowego zdania, które poruszyłoby środowisko akademickie w skali ogólnopolskiej. Przyjmujemy wiele dyrektyw bezkrytycznie, prowadząc politykę opartą na zasadzie tisze jediesz, dalsze budiesz.

Środowisko akademickie staje więc przed pilnym zadaniem rzetelnej autodiagnozy, co jest warunkiem powodzenia wszelkich reform. W tym celu powinno spojrzeć prawdzie w oczy, jak wiele negatywnych cech uległo petryfikacji – absurdalny prymat rozmaitych formalizmów, schematów, budżetów i programów nad poznawczą swobodą i naukową pasją.

Nie bez znaczenia jest także degradacja, by nie powiedzieć upokorzenie materialne naukowców. Trzeba wszak przyznać, że wszystkie te absurdy i patologie zachodziły przy udziale, a przynajmniej za cichym przyzwoleniem środowiska nauki.

Postępująca biurokratyzacja doprowadziła do zatracenia celów i wizji tego, czym powinny być uczelnie, studia i badania naukowe. Jedyna nadzieja tkwi zatem w wyzwoleniu inicjatywy i odpowiedzialności ludzi nauki, których stać będzie nie tylko na zdiagnozowanie kryzysu polskich uniwersytetów, ale i podjęcie własnego ryzyka moralnego za podejmowane czyny i zaniechania. W myśleniu naukowym – jak uważał Stanisław Ossowski – nie wolno być posłusznym „ani synodowi, ani komitetowi, ani ministrowi, ani cesarzowi, ani Panu Bogu” (J. Karpiński, Nie być w myśleniu posłusznym: Ossowscy, socjologia, filozofia, Polonia Book Fund, Londyn 1989). Leszek Kołakowski głosił natomiast, że od intelektualistów należy wymagać więcej niż zdolności do nieposłuszeństwa względem doktryny. Także „czujnej nieufności do własnych słów i własnych identyfikacji”. ( L. Kołakowski, Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Aneks, Londyn 1982).

Potrzebna nowa filozofia nauki

Obecnie potrzeba nowej filozofii nauki, która przywróciłaby wpływ wybitnych indywidualności. Potrzebna jest promocja takich badaczy i ich projektów badawczych, których istotą jest cel poznawczy, intelektualny oddźwięk i rozgłos, a nie poprawa statystyk i wypełnianie kryteriów zawodowego awansu. Środowisko nauki samo musi wykazać wolę i determinację na rzecz ożywienia funkcji centrów życia umysłowego na uczelniach. Tylko przy osobistym zaangażowaniu każdego z profesorów uczelnie mogą stać się kuźniami intelektualnych debat, twórczych rozterek i poszukiwań, ważnych dla kondycji całego społeczeństwa.

Jak jednak tych profesorów nakłonić do działania? Jak stworzyć mechanizmy aktywizujące, a przede wszystkim wyzwalające tkwiącą w wielu miejscach świata akademickiego energię? Nie są to pytania łatwe, tym bardziej, że nie brakuje głosów w środowisku akademickim, iż pracownicy naukowi uczelni czują się wypaleni, osaczeni biurokratycznymi absurdami, poczuciem bezsensu i zagubieniem ideałów. Myślą krytycznie, ale nie zawsze potrafią wyartykułować swojego oburzenie. Boją się zabierać głos w sprawach ich dotyczących, choć odwaga głoszenia poglądów, czasem nawet niewygodnych i niepoprawnych, powinna być na wyższych uczelniach i normą, i cnotą. Brak wiary w możliwość zmiany i monotonia narzekań na akademicką mizerię nie są bynajmniej usprawiedliwieniem dla bezczynności. Poczucie beznadziei nie może trwać nieskończenie. W nauce najważniejsza jest pasja i motywacja do działania.
Stanisław Bieleń

Prof. Stanisław Bieleń jest pracownikiem naukowym Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

Przedruk za zgodą Autora z http://www.sprawynauki.edu.pl

[Głosów: 21   Average: 4.5/5]
Facebook

9 thoughts on “Bieleń: Akademickie trąby na larum!”

  1. (…)Niezbędna autodiagnoza(…)
    Chcesz, masz… głównym problemem polskiej nauki akademickiej jest to, że uczelnie zostały wsadzone w buty szkół zawodowych.

    1. Z moich obserwacji – albo minimalnie albo w ogóle nie jest to problemem, bo próba wsadzenia była tylko próbą, przy której wszystkie strony udawały, że uczelnie, które wcześniej nie przygotowywały absolwentów do wykonywania danego zawodu, nagle zaczną to robić. Te, które wcześniej sobie z tym radziły radzą sobie nadal. Te, które nie, są brutalnie weryfikowane przez rynek, który w większości zwyczajnie śmieje się z bufonady środowiska akademickiego przeświadczonego (bez żadnych merytorycznych racji) o swoim elitaryzmie. I to się nie zmieni zbyt prędko.

      Głównym problemem polskiej nauki jest to, że dla ciepłych posadek towarzystwo wzajemnej adoracji kryje sobie plecy ustawiając konkursy, wymieniają się “badaniami”, dopisują się do współprowadzenia zajęć żeby mieć pensum, obniżają poziom nauczania (system boloński bardzo ten proceder ułatwił) i przyjmują czasami tak skrajnych tumanów, że aż się wierzyć nie chce, że to możliwe i trzymają ich na studiach, bo z każdego studenta są pieniądze, które idą na pensje (znany mi przykład rekordzisty studiuje już 18 lat i jest na 2 roku – konia z rzędem temu, kto wyjaśni dlaczego dawno temu nie “podziękowano” owemu rekordziście za studiowanie). Jednocześnie udają, że coś robią, jeśli chodzi o pracę naukową i dydaktyczną. Od dłuższego czasu jestem przerażony, że prawdziwych naukowców, szczególnie w naukach humanistycznych, została zaledwie garstka. Moje przerażenie jest tym większe, że ze względu na poglądy mają często drogę krzyżową w tym chorym akademickim półświatku, choć są naprawdę świetnymi fachowcami.

      1. (…)Z moich obserwacji – albo minimalnie albo w ogóle nie jest to problemem, bo próba wsadzenia była tylko próbą, przy której wszystkie strony udawały, że uczelnie, które wcześniej nie przygotowywały absolwentów do wykonywania danego zawodu, nagle zaczną to robić(…)
        Mam nadzieję, że ten zawód to pracownik naukowy, a nie jakieś sztygary czy co tam jeszcze.

        1. Uczelnie tak naprawdę nie są od przyuczania do zawodu “pracownika naukowego”, choć są kierunki, po których ciężko robić coś innego.

          Generalnie ze studiami w Polsce jest taka sytuacja, że osobiście dzielę je na kilka typów.

          Są kierunki zupełnie jałowe zarówno zawodowo jak i intelektualnie, jak socjologia, stosunki międzynarodowe, pedagogika, politologia czy europeistyka, po której chyba można tylko zarządzać Europą 😉 Ani one specjalnie nie rozwijają, ani nie dają narzędzi do umożliwienia sprawnego przekwalifikowania ani nie ma na absolwentów tych kierunków specjalnego zapotrzebowania na rynku. Wrzuciłem tutaj pedagogikę, bo ilość przyjmowanych osób w porównaniu z zapotrzebowaniem na rynku jest tak niewspółmierna, że przy bardzo dobrych wiatrach zaledwie kilka procent absolwentów dostanie pracę jakkolwiek związaną z tymi studiami.

          Są kierunki jałowe zawodowo, ale jeśli dobrze się trafi lub wie jak ukierunkować zainteresowania to rozwijające intelektualnie i dające możliwości łatwego przekwalifikowania – np. filozofia, którą sam kończyłem a która jeśli nie obijało się na logice, daje dobre podłoże np. do IT, w której to branży istotna jest wiedza a nie papier, więc fajnie można pogodzić zainteresowania z perspektywą zawodową, choć w zupełnie innej dziedzinie.

          Są tez kierunki ciekawe intelektualnie ale sprawiające problemy na rynku, choć jest łatwiej niż w powyższych – historia, biologia, chemia, matematyka – tutaj najłatwiej pójść w szeroko rozumiane szkolnictwo i pogodzić jakąś perspektywę dostania pracy z zainteresowaniami. Takim kierunkiem jest również wedle tego, co widzę po znajomych prawo, na które przyjmuje się tabun ludzi, z których większość nie ma najmniejszej szansy pracy w zawodzie i lądują w sklepach obuwniczych, czy w najlepszym przypadku jakiejś korporacji, w której piszą formułki prawne. Szałem dla ludzi spoza kręgu prawniczego jest aplikacja w jakiejś niezbyt rozchwytywanej kancelarii i faktycznie praca w zawodzie, ale przez długi czas za grosze i przy sprawach typu Kowalska ukradła Malinowskiej wiadro.

          Są też kierunki, które nazywam zawodówkami – nikt specjalnie nie opowiada tam bajek o wszechstronnym i erudycyjnym wykształceniu, ale dają one narzędzia potrzebne na rynku pracy – wszystko związane z IT, spora część kierunków ścisłych na politechnikach, duża część kierunków medycznych.

          Zmierzam do tego, że gros ludzi idzie na kierunki z pierwszej grupy w myśl “bo trzeba jakieś studia skończyć” albo “bo rodzice każą”. W ten sposób utrzymuje się masę instytutów, pracowników “naukowych” i ogólnie ponosimy ogromne koszty związane z jałową machiną produkującą dyplomy, które nikomu nie są do niczego potrzebne. Zmiana szkolnictwa wyższego powinna przebiegać dwutorowo – po pierwsze powinno się uświadamiać ludzi, że dyplom to nie jest “must have”, bo na rynku liczą się umiejętności, a tych na większości kierunków się po prostu nie uzyska (nawet na informatyce prowadzący nie nadążają za nowymi technologiami, bo uczelnie nie współpracują u nas, tak jak w USA czy UK z korporacjami, co od razu falsyfikuje kolejne bzdury napisane niżej przez RAST, że kopiujemy modele zachodnie – nie kopiujemy i dlatego mamy wysyp bezrobotnych albo niepracujących w swojej branży z dyplomami i dlatego w USA warto zaciągnąć kredyt na dobre studia, bo raz dwa się spłacą). Po drugie – należy dużą część jałowych instytutów zwyczajnie zamknąć, przeselekcjonować pracowników naukowych aby zostali sami faktyczni naukowcy a nie obiboki, którzy piszą 1 artykuł na 5 lat, prowadzą zajęcia z pożółkłych kartek z czasów studiów, ustawiają konkursy i tylko przeżerają publiczne pieniądze oraz nie przyjmować takiej ilości ludzi na studia, szczególnie te jałowe i przez to zwiększyć ich poziom – to pomoże i “zawodówkom” i rynkowi pracy i przysłuży się budowaniu społeczeństwa, w którym dyplom będzie coś znaczył. Oczywiście mowa o sytuacji “bezpłatnych” studiów. Jeśli wprowadzimy płatne, to sprawa rozwiąże się niejako sama – mało kto jest tak głupi, żeby zapłacić za europeistykę, po której może robić to, co po podstawówce, czyli pracować na kasie w markecie. A jeśli jest, to jego wola i pieniądze. To tak w dużym skrócie.

          1. Widzę, że padł skrót IT… tu chciałbym dokonać pewnego rozróżnienia:
            Uniwersytety powinne wykładać Infomation Theory – czyli takie zagadnienia jak Maszyny Turinga, RAM albo algorytmach N i NP złożonych i inne zagadnienia metainformatyki i innych nauk podstawowych.
            A sprawa Information Technology powinna wyglądać tak:
            Politechniki z kolei powinne uczyć technologii przyszłości takich jak np. algorytmy kwantowe albo tworzenie nowych technologii blockchain-owych (zaznaczam, że to nie są tylko kryptowaluty).
            Szkolnictwo zawodowe powinno obrabiać zaś informatykę użytkową, a z teorii powinne być wykładane tylko te co mają znaczenie praktyczne takie jak np. wzorce projektowe w programowaniu.
            Sądzę, że powyższy podział powinien zadowolić adeptów IT do tego stopnia, że mało który będzie chciał później zmienić rubrykę.

            (…)Zmiana szkolnictwa wyższego powinna przebiegać dwutorowo(…)

            Ja z kolei wolałbym wdrożyć twór zwany Europejska Rama Kwalifikacji… https://pl.wikipedia.org/wiki/Europejskie_Ramy_Kwalifikacji , która w wygląda dobrym pomysłem na reformę edukacji rozumianej jako całość. Przy okazji likwiduje takie absurdy jak:
            – specjaliści od marketingu co nie tkną się CMS’ów, co po wdrożeniu user-friendly GUI jest na prawdę żenujące
            – wykluczenie osób (kustosze miejscowych muzeów, eksploratorzy itp.) z głęboką wiedzą lokalną z dyskursu naukowego tylko dlatego, że niekoniecznie znają rok odkrycia Ameryki.

  2. ale niejaki PROFESOR ‘laga’ Stelmachowski
    jak już post1989 ‘obalił komunę’ i ‘odzyskał niepodległość’ i świadom tego, że cały polski przemysł jest do ‘zaorania’ (był taki facet z Krakowa, był nawet ministrem, potem w EBOiR
    ‘przydupas’ Suchockiej)
    że>>niech się młodzież przynajmniej UCZY
    ale
    ten system jaki mamy jest systemem ‘copy=paste’ jaki jest w USA, EU, czyli ‘demokracjach’, etc.
    i młodzież się UCZYYYYYYYYYYYYYYY
    jak cholera.
    W USA to robaczki jeszcze za taką naukę PŁACĄ zaciągając kredyty
    podczas gdy u ‘nasz’>>MY PŁACIMY za wszystko.
    Autor reprezentuje określoną ‘specjalizację’
    i jako anegdota: kilka lat temu i Japonia i Izrael
    (znaczy się władze ichnie) podjęły DECYZJĘ o redukcji kierunków STUDIÓW tzw. ‘społecznych’ (w tym nauk politycznych czy ekonomii, czy socjologii, antropologii) bo przydatność takich kierunków jest NIEPRZYDATNA dla studiujących (nie mogą znaleźć roboty).
    Jeżeli autor twierdzi, że w ‘sferach’ się toczy dyskusja>>to mamy przecież Czarnka (PROFESOR!!) jak mieliśmy Gowina z “konstytucją dla nauki” jak mieliśmy Handtkego etc, etc. Z profesorów mamy jeszcze Hartmana, Ledera, Andrzeja Nowak z (z PANu) jak Szczerskiego, Zybertowicza czy Łętowską, Chmaja, Szumskiego, nie mówiąc o tzw. ‘doktorach’ >>>jak Bartosiak, Sykulski, etc,
    ale też mieliśmy POPARCIE wszystkich rektorów uczelni publicznych (znaczy się państwowych) dla………..>STRAJKU KOBIET!!!
    .
    Jeszcze raz>>gimme a break!!!
    .

    1. @RAST

      “i jako anegdota: kilka lat temu i Japonia i Izrael
      (znaczy się władze ichnie) podjęły DECYZJĘ o redukcji kierunków STUDIÓW tzw. ‘społecznych’ (w tym nauk politycznych czy ekonomii, czy socjologii, antropologii) bo przydatność takich kierunków jest NIEPRZYDATNA dla studiujących (nie mogą znaleźć roboty).”

      Jestem ogromnie ciekawy, na ile rzeczywiście wynika to z mierzalnych trudności absolwentów owych kierunków. Nasze ministerstwo nauki od kilku lat co roku publikuje tzw. ekonomiczne losy absolwentów, które niezmiennie mówią, iż największą fabryką bezrobocia w Polsce jest… weterynaria (do 80% bezrobotnych i przeciętne wynagrodzenie poniżej minimalnej krajowej). Niewiele ustępują jej kierunki przyrodnicze i chemiczne, w tym te prowadzone na politechnikach.

  3. “Najsmutniejsze jest to, że entuzjaści systemu punktacji nie dostrzegają w nim żadnych patologii, związanych zarówno z manipulacją kryteriami (ich ideologizacją), jak i urzędniczą arbitralnością klasyfikowania tytułów i wydawnictw.”

    Zdaje się, że ten temat jest wyjątkowo często podnoszony. Zwłaszcza w kontekście punktacji samych czasopism i wydawnictw, a nie tego, co ukazuje się na ich łamach. Doszliśmy więc do sytuacji, że wydanie np. krótkiego skryptu do zajęć laboratoryjnych z jednego przedmiotu otrzymuje dokładnie tę samą gratyfikację, co opasła, kilkusetstronicowa monografia, jeśli obydwie pozycje ukażą się nakładem tego samego wydawnictwa uczelnianego. W skrajnych przypadkach można mówić o zupełnie przyzwoitej punktacji wydawnictw diecezjalnych (80 pkt), czy nie mającej nic wspólnego z nauką gazety Forbes (40 pkt).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *