Branka na durniów. Notatki na marginesie „Margrabiego Wielopolskiego” Ksawerego Pruszyńskiego

Niestety, gdyby Margrabia wstał dziś z grobu i znowu miał okazję przeprowadzić swą brankę – mogłaby dać nader podobny efekt – w tym sensie, że na ochotnika zgłosiliby się zapewne czołowi durnie pozujący na „patriotów”. Zwyczajna niewiedza odnośnie okoliczności wybuchu, przebiegu, uwarunkowań i skutków poronionego zrywu – wydaje się powszechna. Nawet przy okazji konferencji naukowych (nie mówiąc o akademiach ku czci) powtarzane są błędy w rodzaju zapewnień, że powstanie wybuchło w okresie nasilenia – a nie jak w rzeczywistości, znacznego złagodzenia polityki carskiej wobec Polaków. Niestety, rzadkie są debaty, w których dopuszcza się choćby zasygnalizowanie, że istniały alternatywne wobec insurekcji projekty polityczne (a ściślej – że istniał projekt Wielopolskiego oraz powstanie, będące jego zaprzeczeniem, czystą negacją bez żadnego planu). Również (poza nielicznymi wyjątkami), brak jest publikacji w zrównoważony sposób odpowiadających na odwieczny polski dylemat, to znaczy rozdzielających szacunek dla poległych – od absurdalności, by nie powiedzieć zbrodniczości tych, którzy ich na tę śmierć posłali.

Oczywiście też – do niektórych nie dotarła i nie dotrze żadna argumentacja. Powstanie było „słuszne” – bo strzelano do Ruskich, a przecież nie istnieje lepszy, ani w ogóle inny sposób wyrażania patriotyzmu. Ponadto – jak wiadomo – właściwie niemal do wszystkich wydarzeń w historii Polski (może poza Stanem Wojennym) widocznie musiało dojść, skoro doszło, więc nie ma sensu teraz dywagować nad ich sensem i pożytkiem. Ten ostatni jest zresztą oczywisty – skoro bowiem ktoś mówił, że chce dobrze dla Polski i zrobił coś wystarczająco heroicznego pod tym hasłem, to już sam się rozgrzeszył i zasługuje na pomnik oraz spoczynek na Wawelu już bez żadnej dalszej analizy realnych skutków jego poczynań dla narodu.

Nb. niektóre środowiska chcą narzucić płytkie analogie, by zadziałał raczej prostacki mechanizm propagandowy. Oto buduje się bowiem jednoznacznie białą, hagiograficzną legendę powstania i powstańców. Następnie kilkoma ruchami zarysowuje się ich podobieństwo do współczesnych graczy politycznych – i już z pomnika historycznego robi się laurka teraźniejszych „patriotów”. I choć faktycznie, daje się zaobserwować pewne cechy wspólne kreatorów tamtej insurekcji i obecnej hucpy (jak służenie interesom zagranicznym, bezmyślność, brak wizji politycznej, niezrozumienie interesu narodowego), to jednak jest parę istotnych różnic. Przede wszystkim wśród średniego aktywu tamtej nieszczęsnej epoki, oficerów i politykierów – też było sporo patentowanych durniów, jednak mniejsza była chyba ilość cynicznych kłamców, niewierzących kompletnie w swe deklaracje i ogłaszane motywy działania. Strojenie się przez współczesnych macherów w szatki nieledwie „żuawów śmierci” jest więc nie tylko niepoważne – ale i nieuczciwe.

O odtrutkę na powstaniowe bajanie – jak zwykle jest ciężko, choć przecież jest dostępna w bibliotekach cała potężna literatura rozliczeniowa, np. wydawana poza cenzurą w Galicji w okresie po-styczniowym (w tym prace czującego się współwinnym Pawła Popiela i Jerzego Moszyńskiego). Można też sięgnąć po nieliczne wprawdzie, ale rzetelne opracowania na temat polityki Wielopolskiego (na czele z fundamentalną pracą Adama Skałkowskiego – „Aleksander Wielopolski w świetle archiwów rodzinnych (1803-1877)”, Gdynia 1948 r. oraz Włodzimierza Spasowicza „Literacki i polityczny spadek po A. Wielopolskim”, Poznań 1880). Z pewnością jednak, zwłaszcza jeśli komuś zależy na szybkim, śmiałym skonfrontowaniu opowiastek o kolejnym „moralnym zwycięstwie” – z prawdą i zdrowym rozsądkiem – warto sięgnąć po nieco dziś zapomnianą, a znakomitą broszurę Ksawerego Pruszyńskiego. Twórca ten niesłusznie bywa w Polsce ograniczany do roli literata (zresztą znakomitego) i reportażysty. Tymczasem jego prace to również świetna publicystyka polityczna i historyczna, taka właśnie, jak „Margrabia Wielopolski”i.

Jest to książka tym ciekawsza, że obok syntezy kariery Margrafa, a zwłaszcza jego walki o odbudowę polskiej władzy w Królestwie – zawiera także pewne zawsze aktualne odniesienia. W dacie powstania (1941/44) i pierwszego wydania pracy Pruszyńskiego (1946 r.) – dotyczyły one zwłaszcza kwestii nastawienia do nowej, pojałtańskiej rzeczywistości politycznej, a więc wyborów, które dzielą część Polaków praktycznie do dziś dnia. A ponieważ spór ten poniekąd nadal nakłada się też na kwestię stosunku do polityki Wielopolskiego i powstaniowego nieszczęścia – również i w tym aspekcie książka ta nie straciła niczego ze swej wagi i aktualności.

Pozwalamy sobie na zamieszczenie obszernych fragmentów z pracy Pruszyńskiego licząc zarazem, że ich lektura zachęci czytelników do sięgnięcia po całość książki, jak również po inne dzieła wybitnego, a przedwcześnie zmarłego, wybitnego autora.

W poszukiwaniu wielkości, czyli czemu Margrabia?

Pisanie o Wielopolskim pod koniec II wojny światowej tylko pozornie zakrawa na eskapizm. Polska emigracja polityczna, a za nią część kraju traciła wówczas na faktycznie anachroniczne spory, sprowadzające się do tego, czy od Stalina i zwycięskich mocarstw żądać „tylko” wschodniej granicy przedwrześniowej, czy od razu linii 1772 roku. Dyskurs uchodźstwa staczał się zresztą z czasem coraz dalej, sprowadzając się do sporów o nic już nie znaczący legalizm, czyli „cień hajduka zamiatającego cieniem miotły cień karety”, albo o wagę dla sprawy polskiej utrzymywania stosunków dyplomatycznych z Kostaryką. W tej sytuacji, jeszcze za życia generała Władysława Sikorskiego – Pruszyński rzucił hasło przeorientowania naszej polityki, skupienia jej na nowych możliwościach związanych ze spodziewanym opanowaniem Ziem Zachodnich oraz przyjęcia do wiadomości nadchodzącego, nowego podziału geopolitycznego świata. Już po śmierci premiera i Naczelnego Wodza – autor „Droga wiodła przez Narvik” podjął się zadania przełożenia tej linii politycznej – linii dziejowych konieczności na język publicystki historycznej.

Margrabia w spojrzeniu Pruszyńskiego to jednak nie prefiguracja Sikorskiego, czy jakiegoś innego współczesnego polityka. To z jednej strony symbol dzieła narodowego, dokonywanego w wielkiej niekiedy samotności, właściwie niemal wyłącznie siłą geniuszu. Z drugiej zaś – pryzmat, na którym załamują się odwieczne wady narodowe Polaków. W tym sensie biografia Wielopolskiego jest ponadczasowa, uniwersalna tak w czasach Pruszyńskiego, jak i współcześnie, gdy jako „wielki czyn” czci się splot niekorzystnych okoliczności, które ostatecznie zaważyły o porażce szefa Rządu Cywilnego, a z nim całej naszej ojczyzny.

O tym swoim poszukiwaniu Pruszyński pisze wyraźnie we wprowadzeniu do książki: „Cień Wielopolskiego wyłonił mi się z mroków polskiej przeszłości i z mroków współczesnej mi londyńskiej emigracji. Było to po półrocznych samotnych walkach, które jako pisarz stoczyłem z nieomal całością emigracji polskiej w Londynie, w sprawie, która dzisiaj wydaje się całkiem naturalna i w której – doprawdy – postulaty jakich broniłem, nie były wcale zbyt nieumiarkowane. Były tylko postawione dość wcześnie. Twierdziłem po prostu, że dzieje tej wojny postawiły nas ostatecznie i zdecydowanie jako wroga narodu niemieckiego; twierdziłem dalej, że w ogniach tej wojny naród rosyjski krzepnie jako wróg Niemiec, że nigdy nie zapomni Niemcom ich niszczycielstwa, ich wojny, ich pogardy zwłaszcza, gruzów Kijowa, Smoleńska, Rostowa, prastarych monastyrów, wspaniałych zabytków. Twierdziłem, że przez współdziałanie polsko-rosyjskie na polach bitew – pierwsze od Grunwaldu – może, w mym głębokim przekonaniu, wytworzyć się polsko-rosyjska współpraca, płodna w przyszłości naszych synów, choćby ciężka za naszych dni; oby wyrosła, oby polski oręż szedł z rosyjskim bijąc Niemca od dalekich łęgów nad Wołgą! Twierdziłem, że wtedy nawet trudne sprawy graniczne znajdą w pokojowym stosunku rozwiązanie lepsze i byłem, jednym słowem, zwolennikiem wykuwania innej przyszłości polsko-rosyjskiej w dniach, kiedy armie rosyjskie biły się jeszcze i krwawiły pod Stalingradem, Kurskiem i Kalininem, nie wtedy dopiero, kiedy poprowadziły zwycięski marsz swych czołgów za Odrę. Nie twierdziłem niczego więcejii” – tłumaczył Pruszyński dodając przy tym gorzko, że za alternatywę dla jego projektów uważano właśnie owe wizje zjechania do odnowionej cudownie, przedwrześniowej Polski tych samych panów starostów i dyrektorów departamentów, którzy tak ochoczo z niej uciekali. Zresztą – uprzedzając nieco bieg wydarzeń książkowych – również opisując intelektualne pomieszanie pojęć z lat przed-powstanowych – Pruszyński pozwolił sobie na złośliwość, gdy wypominał, że za bajanie uważano wtedy dopominanie się o polskość Poznania i zniesienie pańszczyzny, a za „tęgie głowy” uchodzili ci, co skupiali się na Witebsku i własnych wspomnieniach.

O aktualności ówczesnych sporów niech świadczą i dzisiejsze kontrowersje wokół Wielopolskiego, a także innych postaci z dziejów Polski, których samozwańcza rada patriotycznych zasług arbitralnie wyłącza poza obręb narodowego panteonu. Nie inaczej było w „Londyniszczu”, które przegapiło moment, kiedy miejsce słusznie w czasie wojny podnoszonych cnót heroicznych – powinna zająć preferowana dyplomatyczna rozwaga i lisi spryt. „Otóż w okresie tej kampanii, toczonej na londyńskich brukach, nasi przeciwnicy wydobywali z lamusa historii cały korowód mar. Nie brakło ich, niestety. Czy istotnie ludzie, którzy w przeszłości polskiej szukali porozumienia z Rosją byli zdrajcami? Głąbiej zapuszczona sonda historii powiedziałaby, że nie. Ale nawet zapuszczona płyciej natrafiałaby na postaci, które szukały porozumienia z Rosją i które naród zachował w innej niż targowiczan pamięci: Adam Czartoryski, Stanisław Staszic, reformator skarbu Lubecki. A w inny sposób wybiegając poza swą epokę – Jarosław Dąbrowski. Zycie każdego z tych ludzi było terenem walki, na którym można było obronić i przeprowadzić tezę, że nawet w przeszłości porozumienie polsko-rosyjskie pociągało za sobą bezwzględnych patriotów odróżniających się może od tysięcy zapaleńców tym, że mieli nie mniej od tamtych gorące polskie serca, ale bardziej od nich otwarte, trzeźwe i daleko głębiej myślące mózgi. Najbardziej pociągającym terenem wydało mi się jednak inne jeszcze życie. Życie Aleksandra Wielopolskiegoiii” – raz jeszcze wyjaśnia Pruszyński i zadowoleniem konstatuje, że był to wybór właściwy, bo wprowadzający pewien dysonans poznawczy w poukładany światek emigracyjnego (a jak się potem okazało – również krajowego) dyskursiku politycznego.

Oto dla współczesnej mi londyńskiej opozycji margrabia przedstawiał nader twardy orzech do zohydzenia. Opozycja ta składała się z prawicowych narodowców; ich właśni rodzeni dziadowie wyrośli w dobie popowstaniowej w kulcie Wielopolskiego, tak samo ich wódz Dmowski. Istotnie przypomnienie Wielopolskiego było dla tych kół wielce niewygodne. Byli i piłsudczycy. Ci znowu pamiętali, że ich wódz był sam wielkim admiratorem margrabiego. Poświęcił mu piękne, pełne hołdu wspomnienie, nazwał jego imię „największym imieniem” owego czasu. Tak zatem w przeszłości polskiej (i to nie tak dawnej) istniała taka postać, wielka, choć niepopularna, która poniosła klęskę, ale której potomni nie odmówili wielkości i nie obarczyli klątwą. Był człowiek, który przewidywał idącą klęskę, nie oddawał się złudzeniom, nie dawał ponosić odruchom. Jego klęska stała się tylko prologiem do ogólnej, narodowej klęskiiv”. – pisał Pruszyński i to już jednak możemy uznać za nawiązanie wprost do polityki Sikorskiego, który jednak (i to wyjaśnijmy od razu, by nie wracać już do tego później) w przeciwieństwie do Margrabiego uległ swojej „ulicy”, choć w warunkach londyńskich sprowadzała się do paru gabinecików oraz niskonakładowych gazetek – i zszedł z samonarzucającej się drogi politycznej. Jedną ze przyczyn, a dokładniej główną słabością Generała było bowiem to, że był popularny i chciał kochanym pozostać. Tymczasem Wielopolski, jako wielki pan i jeszcze większy umysł – popularnością gardził, widząc w niej wprawdzie ważny, ale nie kluczowy środek wiodący do nadrzędnego celu, jakim było odrodzenie ojczyzny (co nie przeszkadzało mu jednak uciekać się do PR-owskich chwytów wtedy, gdy przybliżało to upragniony cel narodowy).

Na swej drodze jednak Margrabia spotykał osoby, dla których bycie lubianymi stanowiło sens publicznego istnienia. Polska polityka w ogóle „od zawsze” sprzyja pozornym wielkościom i fałszywym autorytetom, niekiedy już za życia wynosząc je na narodowe ołtarze, a niekiedy dopiero po śmierci moszcząc na Wawelu. Takim Salierim naszych dziejów drugiej połowy XIX wieku był bez wątpienia Andrzej Zamoyski. On również za schaferrowskim bohaterem mógłby pozdrowić wszystkie miernoty rozproszone po naszej historii, poustawiane na pomnikach i straszące z nazw ulic.

Ukochana miernota. O Andrzeju Zamoyskim

Można by bez wielkiej przesady utrzymywać, że niemal każda dynastia magnacka w Polsce posiadała swoją fizjonomię, dziedziczoną przez wszystkich wybitniejszych przedstawicieli rodu, pospołu ze srebrami, borami, stadninami i nazwiskiem. Radziwiłłowie byli ambitni i rządni, gdy Czartoryscy ambitni i marzycielscy; Potoccy patrzyli na majątek i popularność; Sapiehowie byli zabijaccy i z gestem, nieraz płytkim zresztą. U Zamoyskich przeważała szlachetność i – frazes. Ongiś, z wielkim Janem Zamoyskim, który w jednym ręku skupiał za dwóch królów buławę hetmana i pieczęć kanclerza, niczym godność naczelnego wodza i premiera w naszych czasach, ród ten wyrósł ze średniej szlachty na barkach masy szlacheckiej do magnaterii. Dla mas szlacheckich XVII wieku Jan Zamoyski był takim samym „trybunem ludu”, jak Wincenty Witos dla mas chłopskich XX wieku. Tak samo, jak później Witos ziemiaństwo, tak tamten spychał oligarchię, aby dać miejsce, władzę i ziemię olbrzymim rzeszom chodaczkowych, jednodymnych i półwłókowych szlachciców na pewno niewiele zamożniejszych i nie o wiele bardziej oświeconych od tych chłopów, co w 1922 roku oddawali swe głosy na listę »Piasta«. Prawda, że sam Jan Zamoyski poszedł potem „w wielkie pany”, jego dziedzice w senatory, że Zamość stał się jedną z największych ordynacyj w Polsce, wielokrotnie większą od margrabiowskiego Chrobrza. Ale coś przecie pozostało z tych demokratycznych zaczątków i Zamoyscy byli czymś bliższym braci szlachty niż inni magnaci, bardziej się kumający z nimi, a także z nawyku atawistycznego radzący, jak ich tam stad było, o „dobru Rzeczypospolitej”. Panie Kochanku Radziwiłł tyle, że pił i bredził; oni jeszcze radzili. Gorzej, mądrzej, całkiem niemądrze, dostosowując się zwykle do ogólnego poziomu ziemiańskiej umysłowości – ale radzili. Teraz tak samo radził pan Andrzej.

Był to brat ordynata na Zamościu, pan na Klemensowie, największy właściciel ziemski w Królestwie Polskim. Jego brat, generał Władysław Zamoyski, człowiek o niepospolitym uporze, zaciekłości, charakterze, doktrynerstwie, był jednocześnie na emigracji istotną sprężyną paryskiego Hotelu Lambert Czartoryskich, premierem-widmem polskiego „króla-widma” – księcia Adama. Poglądy pana Andrzeja były mniej namiętne, może łagodniejsze, ale pewno nie inne. W 1831 roku posłował imieniem powstania do Wiednia, potem został w kraju i odtąd… czynił w swoim kółku, „co każe duch Boży”. Był to w każdym calu jak najbardziej przeciętny człowiek. Gdyby nazywał się Wolski, albo Klemensowicz, albo Porzecki, to jest, gdyby zamiast Zamoyskim był sobie przeciętnym szlachcicem ziemiańskim spod tego samego Zamościa, nawet w jego powiecie słyszano by o nim mało. Tyle, że czytałby więcej niż inni (nie o wiele więcej); że gospodarowałby nieco lepiej niż inni (ale też tylko nieco) i że jego spokojny, flegmatyczny temperament umożliwiłby mu żywot mniej wódczany, szampański, karciarski i dziwkarski niż bardziej jurnym od niego szlagonom powiatu. Margrabia nie urodziwszy się Wielopolskim wybiłby się zawsze; pan Andrzej Zamoyski – nigdy. Margrabia urodziwszy się synem szewca dorwałby się kiedyś do barykad, Sybiru, emigracji, szubienicy; urodziwszy się synem jakiegoś koncypienta czy belfra wyszedłby na konspiratora, wydawcę nielegalnych pism, emisariusza, komunarda. Pan Andrzej jako syn każdej innej warstwy, a nawet rodziny, nie wybiłby się wcale. Gdyby Polska żyła normalnym życiem jakiejś Belgii, Francji ówczesnej czy Prus, zajmowałby co najwyżej drugorzędne stanowisko, też zawdzięczane zresztą nazwisku i fortunie. Ale w stosunkach ówczesnej Polski wyrósł na postać politycznąv”. Zatrzymajmy się na chwilę. Akurat tym uznaniem dla wielkiej siły wewnętrznej Margrafa – Pruszyński oddaje też hołd innej nieprzeciętnej jednostce, która z domu warszawskiego brukarza wyrwała się do zdobycia wykształcenia, a następnie do zdobycia rządu dusz nad pokoleniami Polaków. Jednocześnie zaś profetycznie autor ostrzegł przed tymi, którzy niczego sobą samymi nie reprezentując – rwą się do przewodzenia magią nazwiska czy wprost mówiąc sitwy przekonanej, że władza się jej należy z racji urodzenia, powiązań, czy zasobności.

Nb. różnie bywało również z ową okrzyczaną gospodarnością i rządnością, która i dziś bywa podsuwana krytykom „władzy elit” przed oczy, jako żywy dowód, że przecież „one wiedzą lepiej”. Nie inaczej było zresztą i z równie niesłusznie apologizowanym dziś Towarzystwem Rolniczym i jego liderem „W bliższych nam czasach badania Władysława Grabskiego prześwietliły nieco wartość gospodarczą owych gospodarskich zjazdów: okazuje się, że była ona znacznie mniej imponująca, niż to w swoim czasie myślano. Pewno, że na zupełnym bezrybiu, było to coś: ale było to bardzo, bardzo mało. Niemniej polityczne znaczenie było bardzo znaczne. Zjazdy klemensowskie, a potem wyłonione z nich po śmierci cara Mikołaja Towarzystwo Rolnicze, stały się prawdziwą instytucją narodową, sejmem w braku sejmu. Tu opinia przodującej warstwy formułowała się, stąd rozprzestrzeniała się. Jakaż ona była? Domorosła. Warstwa ziemiańska – podobnie jak i mieszczańska zresztą lub z innych racyj, chłopska – nie chciała nowego powstania, pamiętna skutków poprzedniego. Ale pamiętna prześladowań rosyjskich nie chciała też zgody z Rosją. Trwała tedy w stanie, który moglibyśmy określić słowami: „ni pokój, ni wojna”. Przy niezdolności do decyzji znamiennej dla Polaków, był to oczywiście stan arcywygodny. Z jednej strony nie można było tym patriotom zarzucić, że zrzekają się czegokolwiek na rzecz kogokolwiek; z drugiej trudno było powiedzieć, że walczą. Był to stan rzeczy bardzo wygodny dla jednostek – bardzo niewygodny dla narodu. Olbrzymia warstwa, potężne liczebnie, wpływowe stronnictwo było bez zdefiniowanej koncepcji. Bez programu. Miejsce programu, jak zwykle bywa w świecie, a już szczególnie w Polsce, zajęły z konieczności frazesy. Tak już jest zawsze. I właśnie pan Andrzej, ordynat na Zamościu Zamoyski, celował w nich jak nikt. Po kraju szły obiegiem jego powiedzenia. Czasem były tajemniczo wieszczące: „Czuję Polskę w powietrzu” miał powiedzieć, nie bardzo wiedząc dlaczego, po jakimś zebraniu. Gdy pewien dygnitarz rosyjski powiedział mu pod adresem Polaków: „kochajmy się!”, pan Andrzej odpalił mu ponoć z miejsca: „…ale każdy u siebie, panie dyrektorze”. „Możesz mnie, książę, rozstrzelać, ale nie masz do tego prawa” – miał powiedzieć – co już pewno było legendą – samemu Paskiewiczowi-Erywańskiemu. Pełno było takich „złotych myśli” pana Andrzeja, podawano je sobie z ust do ust, od dworu do dworu powtarzając ”A to im wygarnął! W pięty im poszło! Niech wiedzą!”. Tamtymi zjazdami i tymi powiedzeniami pan Andrzej urósł istotnie na wodza całej warstwy społecznej, na marszałka owego sejmu de facto. A także na wodza całego politycznego obozu. Był też taki, jak ten jego obóz. Pełen frazesów, pozbawiony programu.

A tymczasem przyszły czasy, kiedy niezbędny był programvi”. O właśnie, to też brzmi znajomo, prawda? Jakoś bowiem dotąd z wymyślaniem bon-motów (tyle, że krócej niż pana-andrzejowe żyjących) idzie „naszym przywódcom” lepiej, niż z pisaniem i realizowaniem programów. Ba, można by sobie wyobrazić jakie możliwości otworzyłyby się przed Andrzejem Zamoyskim dzięki współczesnej technologii. Jakim popularnym byłby bloggerem, jak udatnie pozyskiwałby lajki na FB! Podobnie zaś można być pewnym, że skutki działań obecnych naśladowców bezmyślnego stylu lidera TR – będą równie fatalne.

Zmarnowana szansa Towarzystwa Rolniczego

Moda na „konwenty św. Katarzyny”, na konwentykle, w których każdy ma rację, ale których łączna inteligencja równa się najwyżej poziomowi intelektualnemu najgłupszego z uczestników – też nie jest bynajmniej czysto współczesna. Takąż rolę pełniło właśnie osławione Towarzystwo Rolnicze, dziś jedna z legend godnych następców stronnictwa „Białych”, czyli tych rewolucjonistów, co najpierw się przeżegnają przed zrobieniem głupstwa. Również i opowiastka o obywatelskim zatroskaniu hreczkosiejów z TR jest naciągana – była to bowiem przede wszystkim troska o własny spiżowy wizerunek patriotyczny, połączona z chroniczną bezmyślnością i paraliżującym strachem przed podejmowaniem decyzji. Krócej – Towarzystwo było zatem rzeczywiście przodkiem dzisiejszej polskiej „prawicy”, a dokładniej – wszystkich znanych nam jej wad i słabości, z uleganiem obcym podszeptom włącznie.

Pruszyński opisywał to tak: „Towarzystwo Rolnicze, ów krajowy „sejm de facto”; zebrał się niezwłocznie i ponownie nie po to, rzecz jasna, aby radzić nad sadzeniem grochu czy importem peruwiańskiego guana, ale właśnie nad tym: „co dalej?” Dalej – »Adres do tronu« narzucał się zebranym.

Chciała go i Rosja. Czegóż Polacy chcą? Czy istnieją takie warunki, za cenę których Rosji na Zachodzie przestałaby wciąż wadzić sprawa polska, osiągnięty byłby spokój wewnętrzny, umożliwione dalsze słowiańskie plany? Czego Polacy chcą? Petersburg dawno naglił Gorczakowa, aby to wysondował, a Gorczakow przez różnych ludzi przypierał do muru Zamoyskiego. Ale pan Andrzej rozkładał ręce. Był to jego ulubiony gest. Cóż on, jednostka może powiedzieć? Ale jest Towarzystwo Rolnicze. Ono powie za kraj. I nocą z 27 na 28 lutego Towarzystwo Rolnicze zeszło się na najważniejsze obrady w czasie całego swego istnienia. Tu nie chodziło już o typ pługa czy trójpolówkę, o orkę głęboką czy płytką. Najpoważniejsza i jedyna organizacja społeczna kraju miała powiedzieć władzy, czy i na jakich warunkach możliwe jest pojednanie pomiędzy Polską a Rosją.

Ludzie z innego pokolenia marzyliby o takiej chwili. Kołłątaj, który przystąpił do Targowicy, Czartoryski, który był ministrem spraw zagranicznych Aleksandra, Staszic, który był radykałem, ludzie takiego pokroju marzyliby kiedyś o takiej chwili. Ale tłum notablów Towarzystwa Rolniczego nie składał się z Kołłątajów, Czartoryskich i Stasziców, ale Hreczkosiejskich, Poczciwińskich i Mociumpańskich. Aby doróść do swojej roli, „sejm de facto” musiałby być senatem mędrców. Tymczasem nie tylko nie był senatem, nie tylko nie był sejmem, ale nie był nawet sejmikiem. Był po prostu odpustem. Gdyby na tym zebraniu przeważali ludzie konspiracji, to zamiast adresu do cara uchwaliliby manifest niepodległościowy. Oczywiście, w niczym by to Polsce nie pomogło, ale byłoby choć to. Świat wiedziałby, że cała Polska stoi za rewolucją. Gdyby owej nocy na sali Resursy Kupieckiej obradowali realiści polityczni, to za cenę uznania Rosji żądaliby takich, innych, jeszcze innych ustępstw. Tak z Habsburgami postąpili w innym czasie Węgrzy; tak z tym samym carem postąpiła w tym samym prawie czasie roztropna Finlandia. Ale w tym sęk, że ów sejm de facto nie składał się ani z „czerwonych”, ani z naprawdę „białych”. Bał się panicznie okrzyku „zdrada”, jeśli pójdzie na ustępstwa nawet w sprawach tak oczywiście przegranych, jak granice sprzed lat dziewięćdziesięciu. Na okrzyk: „do broni” był jednak za trzeźwy. Noc zbiegła, mowy się wlokły, odpowiedzi nie miano. A odpowiedź trzeba było dać.

Ku największej wściekłości już i tak zakłopotanego Towarzystwa wypłynął projekt konkretny. Przyszedł on od margrabiego. Wielopolski, rzecz znamienna, nie przyniósł go sam. Czy samo zjawienie się niepopularnej postaci już położyłoby projekt? Czy margrabia miał dla tego odpustu za wiele pogardy? Mniejsza o to. Dość, że jego projekt przyniósł, zgłosił i bronił Tomasz Potocki. Był to – zdawało się – dobry poseł. Szwagier Wielopolskiego, potomek wielkiego rodu, był inwalidą z powstania listopadowego. Pod Długosiodłem, w jednej z tych arcypolskich szarż ułańskich, stracił obie nogi. Jeśli człowiek, co lał krew w walce z Rosją, przemawia za porozumieniem z Rosją, mogłoby to, zapewne, tylko przemawiać za nim. Niestety, szlachta wolała znacznie bardziej tych, co ani krwi dotąd nie leli, ani jej lad nie mieli, a tylko darli się, że ani piędzi. Potockiemu zarzucono zresztą, że jest „chłopomanem i słowianofilem”. Był on z dawna zwolennikiem zniesienia pańszczyzny, uważał, że Polacy zbyt wiele mówią o polskości Witebska, a zbyt mało o polskości Poznania. Toteż uważano go oczywiście za szkodliwego marzyciela. Ci, co milczeli o Poznaniu i sławili dobrodziejstwa pańszczyzny, uchodzili, rzecz jasna, za tęgie umysły.

Ale nawet wtedy, gdyby posłem Wielopolskiego był typowy Płatkiewicz, z gatunku tak pasującego do popularności polskiej, niewiele by wskórał. Projekt, jaki przynosił, był bowiem projektem konkretnym. Stwierdzał on wyraźnie, brutalnie nawet, uznanie władzy cesarskiej z równoczesnym uznaniem praw narodu. Prawa narodu to były: polska administracja, polskie szkolnictwo średnie i wyższe, polska odrębność Królestwa. Właśnie Królestwa. Wielopolski wyraźnie stawał na linii Bugu. Poza tą linią cesarz rosyjski był dla niego cesarzem rosyjskim. Ale w ziemiach po Bug był tylko królem polskim. Absolutnym wprawdzie, to jasne. Wielopolski nie żądał przywrócenia tej konstytucji z wyborami, z sejmem, jaka wyrosła z traktatem wiedeńskim, a przepadła z powstaniem listopadowym. Wielopolski nie wysuwał żądania wskrzeszenia polskiej armii. Wielopolski wiedział, że tych trzech rzeczy: konstytucji, armii polskiej i Kresów – Petersburg nie odda. Ale to, co wysuwał, było do przyjęcia.

Owej nocy Towarzystwo Rolnicze stało na rozdrożu. Zza okna z lutowym mrozem dolatywały pomruki ludowej burzy. Krakowskim Przedmieściem przecwałowały niepewnie i nerwowo patrole kozackich razwiedek. A oni mieli do świtu – udzielić swej odpowiedzi. Czy idą na ustępstwa wobec Rosji, byle ona na ustępstwa poszła? 1772, 1815, 1831, Rejtan, sejmy rozbiorowe, przeszłość, teraźniejszość Ale był nie tylko projekt Wielopolskiego. Był jeszcze projekt Stawiskiego.

Dziś nie wiemy, kim był ów pan Edmund Stawiski. Ale pocieszmy się: historycy wiedzą o nim niewiele więcej. Był to, w bliżej nieokreślony sposób, zasłużony znawca sprawy włościańskiej. (W owych czasach pełno było takich znawców i wszyscy zawsze byli zasłużeni). Poza tym był to gładki, kochany, serdeczny człowiek, taki jak oni wszyscy w tym „Towarzystwie Rolniczym – a także w całej tej Polsce. Taki pan Andrzej Zamoyski – w jeszcze mniejszym formacie. Otóż pan Edmund pisał mowy i wygłaszał toasty, a wszyscy podziwiali; ich gładkość, takt, układ, godność i czczość. Toteż owej nocy wpłynął i projekt zacnego pana Edmunda. Poparła go gorąco sama wyrocznia opinii polskiej – pan Andrzej Zamoyski. Warto posłuchać, co pan Andrzej widział tak przekonywającego w elukubracji pana Edmunda. To właśnie, że „nic nie żądając żąda jednak wszystkiego”. Albowiem „prosić o nic nie możemy, a żądać nie mamy prawa”.

I istotnie, projekt adresu do cara opracowany przez pana Edmunda był pod tym względem niedoścignionym ideałem. Można by było go wydać i dzisiaj w wypisach ad usum polskich premierów, wodzów naczelnych, ambasadorów i pomniejszych mężów stanu, aby nareszcie wiedzieli, jak kazać swym sekretarzom układać przemówienia, w których długo mówiąc nie powiedzieliby nic.

Przynajmniej pan Edmund czynił to we wzorowej polszczyźnie i kulturalnej formie. Była tam więc mowa o Opatrzności, o warunkach bytu, o Kościele, o społeczności, o poznaniu celów, o zasadach płynących z ducha narodu i o bardzo wielu innych niemniej pięknych rzeczach. Nad ranem Tomasz Potocki odwiózł Wielopolskiemu jego projekt odrzucony jednomyślnie, a około południa kancelaria

namiestnika Gorczakowa miała już i projekt Stawiskiego – jednomyślnie przyjęty. Na Zamku stary książę Gorczakow czytał go raz i drugi. Potem wziął do pomocy biurokratów rosyjskich i polskich. Czytali razem. Oglądali tekst polski i francuski, znowu polski i znowu francuski. Ale nie mogli zeń zrozumieć niczego: Polska, jak dziewczyna z piosenki, nie mówiła „tak” i nie mówiła „nie”. Ale takie dziewczyny są miłe tylko w piosence, w życiu zrazu nas podniecają, potem szybko nam brzydną. A w polityce? Trudno! W okresie, w którym Polska utraciła doświadczenie polityczne, Rosja je nabyła, w okresie, gdy Polacy wydawali ulotki, Rosjanie wygrywali układy. Brak własnego

państwa już wywarł swój wpływ. Kraj nachylony nad adresem pana Edmunda mówił: jakie to piękne! Świat czytając ten sam adres w »Times’ie« i w »Le Temps« mówił: ci Polacy są naprawdę nierealni. I właściwie wszyscy – i Kraj i Świat – mieli trochę racjivii”.

Zamieściliśmy ten długi fragment by w całej jasności okazać jak to (tradycyjnie już w Polsce) dramatyzm momentu przeplatał się ze śmiesznością i małością wykonywanych gestów. Przecież my ciągle tak mamy! Wypowiadane słowa nie znaczą nic w momentach, w których powinny ważyć o przełomowych wyborach dla ojczyzny. Cytat wrzucony do jakiegoś zachodniego periodyku jest istotniejszy, niż komentarz jakim go opatrzono – czasem sprowadzający się do wzruszenia ramion, czasem (co gorsza) do obłudnej pochwały. Wszystko to zresztą objawy tej samej, błogiej niemocy, która najpierw zabiła Rzeczpospolitą Szlachecką, a potem nie pozwalała się Polsce odrodzić. Tej samej, która nie dała ratować II RP, zmiotła na śmietnik historii emigracyjny Londyn, a dziś pozwala III Rzeczypospolitej roztapiać się w rozkładzie i zaniku suwerenności, przy rytualnym tylko rozkładaniu „patriotycznych” ramion.

Wtedy jednak, przed 152 laty – na szczęście była alternatywa. Oczywiście stanowił ją wielki umysł Margrabiego. „Z kolei namiestnik przeszedł do lektury odrzuconego jednomyślnie projektu Wielopolskiego. Po swej klęsce u rodaków margrabia usunął się był do Chrobrza. Nawet nie doczekał jeszcze jednego narodowego obchodu: pogrzebu pięciu poległych. Było to zupełnie nie po polsku – i zupełnie w jego stylu. „Przekreśliliśmy go na zawsze” – mówiła Warszawa. W istocie rzeczy było wręcz przeciwnie. Najbardziej znienawidzony, pogardzany, ośmieszony nawet, a przede wszystkim najbardziej samotny człowiek w Polsce teraz właśnie zaczynał swój start do historii. Po tygodniu wzywa go Gorczakow telegraficznie; w Warszawie zaczynają się rozmowy. Trwają one przez cały prawie marzec. Ich wyniki powędrowały do Petersburga, gdzie poddano je pospiesznie Radzie Ministrów. 26 marca Aleksander II podpisywał w Pałacu Zimowym ukaz o reformach w „swym Królestwie Polskim” oraz nominację, mocą której Aleksander hrabia Wielopolski, margrabia Gonzaga-Myszkowski, obejmował stanowisko dyrektora wyznań religijnych i oświecenia publicznego w Królestwie. Tytuł był skromny. Rola była olbrzymia. Zdumienie narodu największe.

Dzięki czemu ludzie dochodzą do władzy będąc samotni, niepopularni, znienawidzeni? Dzięki samym sobie. Wielopolski docenił i wyzyskał trafnie splot sytuacji: wewnętrzne kłopoty Rosji i jej pragnienie spokoju w sprawie polskiej; zagraniczną politykę Rosji – jej flirt (i dąsy na przemian) z Francją, gdzie znowu spokój w sprawie polskiej był potrzebny dyplomacji rosyjskiej; reformistyczne tendencje samego cara, a wreszcie jeszcze jedną okoliczność, maluczką a ważką. Tak maluczką, że jej później niemal nie dostrzegli nasi wielcy historycy, choć ją dobrze docenili już wówczas bardziej życiowi od wielkich historyków współcześni. Oto w samej twierdzy wroga, na Zamku, w otoczeniu namiestnika miał margrabia naturalnych sprzymierzeńców. Byli nimi polscy biurokraci w rosyjskiej służbieviii”.

Jakże chciałoby się znowu sięgnąć po prostą analogię! W tym przypadku jednak stoimy przed niewiadomą. Nie da się z dzisiejszej perspektywy jasno określić jak daleko posunęła się demoralizacja obecnej biurokracji polskiej, ani w jakim stopniu w bardziej sprzyjających okolicznościach można by liczyć na lojalność Polaków, którzy uwili sobie gniazdka w brukselskim aparacie urzędniczym. Fakt, że traktowana jako symbol zurzędniczenia carska Rosja nie dysponowała na swym wielkim obszarze nawet procentem tych kadr, jakie dziś obsługują Unię Europejską i jej nadwiślańskie namiestnictwo – potraktujmy przy tym tylko jako przyczynek…

Zasadniczą i ciekawą różnicą między tamtymi, a obecnymi czasami było jednak coś jeszcze. Otóż Wielopolski posiadał nie tylko wizję i program dojścia do niej. Miał także żelazną wolę i – co w Polsce zawsze potrzebne – ciężką rękę.

O silnej ręce Margrabiego

Problemem Polaków nie jest to, że nie myślą o swoim kraju. Przeciwnie, oni o nim myślą aż za dużo, przy czym często zastępuje im to wszystkie inne formy aktywności na jego rzecz. Może za wyłączeniem „patriotycznej” gadaniny, traktowanej jako najwyższa forma obywatelskiego zaangażowania (zaraz obok modlitwy). Za to przerwanie Polakowi tej czczej zadumy i paplaniny – traktowanie jest jako akt bezwzględnie antynarodowy i zdradziecki. Szczytem zaś apostazji jest oczywiście zagnanie rodaków do jakiejś pożytecznej roboty.

Szukanie sobie zastępczych zajęć Pruszyński kładł na karb braku suwerennego bytu w dobie zaborów. Niestety, wydaje się, że jego spojrzenie grzeszyło nadmiernym optymizmem, który nie mógł być zweryfikowany przez krótki czas międzywojenny. Wszak ostatnie prawie już ćwierć wieku znowu dowodzi, że utożsamienie się Polaków z własnym już przecież państwem – jest nikłe, a skłonność do szukania „form pobocznych” (jak je nazywał Pruszyński) utrwalona. Jeszcze pół biedy, gdyby formy te, dotycząc choćby gospodarki, kultury, czy wychowania i edukacji – dawały jakieś długofalowe, pozytywne efekty, jakoś równoważące pokrywaną nimi alienację. Nic z tego jednak, formy trwają dla form, a nie ma też polskiej władzy w Polsce, która mogłaby te skorupy pokruszyć i na powrót poskładać w jakiś program pro-państwowy.

Wtedy taką rolę odegrał Margrabia. „Kiedy społeczeństwo dojrzałe do niepodległego bytu nie posiada własnego państwowego życia, wtedy tworzy sobie formy poboczne takiego życia. Żyje poza państwem. Za naszych czasów mleczarskie kooperatywy ukraińskie w Małopolsce Wschodniej były dla Ukraińców czymś znacznie więcej, niżby były dla narodu we własnym niepodległym państwie. Kiedyś dla Irlandii Kościół katolicki był jeszcze i przystanią życia narodowego. Otóż takimi formami życia narodowego było w Królestwie Polskim owych lat znane nam już Towarzystwo Rolnicze – i Kościół. Na gruzach własnej państwowości Kościół wyrósł na jakąś ersatz-państwowość; wobec braku reprezentacji społecznej Towarzystwo wyrosło na ersatz-parlament. Ale obecnie, zdaniem margrabiego, tamte czasy się kończyły, a zaczynała, nowa era: stopniowej odbudowy własnego państwa. Nie na skutek cudu, łaski nieba, kataklizmu, pomocy obcej, ale kolejnej ewolucji. Owe namiastki poczynały wadzić. Toteż w powitalnej mowie wygłoszonej niebawem do przedstawicieli duchowieństwa ultrakatolicki margrabia powiedział wyraźnie, że nie ścierpi mieszania się Kościoła do polityki, nie będzie tolerował „państwa w państwie”. W stosunku do Towarzystwa Rolniczego postąpił jeszcze ostrzej, bo je rozwiązał. Bardzo mało obrońców margrabiego zdobyło się dotąd na obronę obu tych kroków. Natomiast prasa zagraniczna tych czasów, na ogół przychylna Polakom, a nie margrabiemu, rozumiała je lepiej.

Istotnie postępowanie Wielopolskiego nie mogło być inne, jeśli miało być konsekwentne. Ta rola polityczna, jaką odgrywał Kościół, była tylko wynikiem niezdrowych stosunków zaborczych, braku

własnego państwa. Nie wychodził na niej dobrze ani naród wtłaczany do kruchty, ani Kościół wplątany w walki polityczne. Z Towarzystwem Rolniczym było to jeszcze bardziej oczywiste. Znaczenie fachowe tej instytucji było – jak słusznie ocenił tak znakomity badacz, jak Władysław Grabski – arcymierne, za to rozpolitykowanie olbrzymie, ale niestety jak się to objawiło owej nocy obrad w Resursie – pozbawione wszelkiej zdolności do pobrania za naród jakichkolwiek decyzji. Wielopolski mógł się spodziewać, że w swej trudnej grze z rosyjskim partnerem będzie stale narażony na jakieś wycieczki Kościoła czy Towarzystwa w dziedzinę polityczną. Chciał to uprzedzić. Z Kościołem, jak zobaczymy, był poza tym w najlepszych stosunkach. Niebawem postarał mu się o znakomitego kierownika w Polsce, dbał o podniesienie poziomu nauk w seminariach, ułatwiał kontakt z Rzymem. Ale z polityki go sobie wyprosił. Wielu ludzi z Towarzystwa Rolniczego zawezwał niebawem do współpracy w reformie agrarnej. Ale z polityki ich wyłączył. Był to właściwie jedyny polityk polski, który poszedł na pewien „rozdział Kościoła od państwa” w skromnych, rzecz jasna, zarysach, przeprowadzony bez złości do Kościoła, a przeciwnie, z poszanowaniem jego roli duchowej, jeśli nie świeckiej. Tak pojmowali zresztą stanowisko Wielopolskiego współcześni. Tak je też rozumieli badacze tej epokiix” – opisywał Pruszyński. Mamy więc temat drażliwy, jeden z wielu w przypadku badań nad dziełem Margrafa. To punkt, w którym pozornie wydają się triumfować rodzimi „ultramontanie”, czyli ci, co uważają, że głupstwo ochrzczone przestaje być głupstwem, dureń z ryngrafem zamienia się w mędrca, a w ogóle to nie wiadomo, czy pod Grunwaldem nie należało walczyć „po stronie chrześcijańskiej”.

Wielopolski (o czym przekonamy się dalej) uznawał i szanował rolę Kościoła, a jeśli chodzi o poglądy własne (i własną postawę, której od nich nie oddzielał jak wielu współczesnych „zawodowych katolików”). Jednocześnie jednak znakomicie rozumiał jakie niebezpieczeństwa wiążą się z uczynieniem z katolicyzmu zakładnika jednej tylko opcji politycznej, zwłaszcza radykalnej, nieobliczalnej i nieodpowiedzialnej – a ponadto szkodliwej tak dla Polski, jak i Kościoła. Jak rzadko więc w naszej historii – Wielopolski wziął się za przeciwdziałanie temu scenariuszowi i to również była jego wielka, historyczna zasługa, nawet w latach popowstaniowych w dużej mierze pozwalająca fizyczne uratowanie Kk na ziemiach polskich.

Oto jednak dochodzimy do kolejnego punktu kryzysowego w sporze o Margrabiego. W przeciwieństwie do niektórych innych przywódców w Polsce – Wielopolski nie kazał strzelać do Polaków. Przeciwnie, jednym z najbardziej dramatycznych momentów jego drogi politycznej był ten, w którym nakazał wstrzymać ogień: „Tymczasem nadszedł nowy krwawy wypadek. Oto na skutek rozwiązania Towarzystwa Rolniczego doszło do nowych zaburzeń. 8 kwietnia tłum demonstrujący przed Zamkiem dostał się pod ogień Rosjan. Było to zgodnie z świeżo opracowaną ustawą o zbiegowiskach, jaką właśnie wydał Wielopolski. Wzorowana na podobnych ustawach angielskich, posiadała ona cały ceremoniał przestróg, jakie wojsko miało zastosować przed oddaniem ognia. Bicie w bębny, potrójne wezwanie i tym podobne. Ale tłum nie znał jej jeszcze i słysząc bicie bębnów tylko się zbiegł. Paręset ofiar w zabitych i rannych było na placu. Tym razem nie było to pięciu poległych. Była to rzeź.

Na wiadomość o niej Wielopolski przerywa urzędowanie i spieszy w karecie na Zamek. Tłum poznaje Wielopolskiego. Kareta zostaje obrzucona kamieniami, zdemolowana, zatrzymana. Pięddziesięciodziewięcioletni starszy pan o tuszy Churchilla wysiada z niej i piechotą z synem i doktorem Chałubińskim przeciska się na Zamek wśród wyzwisk i kamieni tłumu, a strzałów Rosjan. Chodzi przecież o to, aby wstrzymać, jak najprędzej wstrzymać ową rozpętującą się rzeź. Któż to zrobi, jeśli nie on? Istotnie, W pięć minut po dostaniu się Wielopolskiego na Zamek, wybiega goniec od Gorczakowa: wstrzymać ogień! Na Zamku tymczasem rosyjski generał Chrulew kłóci się z roztrzęsionym polskim dyrektorem wydziału sprawiedliwości, Wołowskim. Chrulew twierdzi, że on tylko wykonał ustawę, której akt podpisał Wołowski; Wołowski łka, że tamten wprowadził ją w życie za wcześnie. Na to Wielopolski zwalnia obu od odpowiedzialności. Wszak to on uplanował ustawę; on pokryje jej wykonanie. W kilka godzin później odezwą rozplakatowaną na ulicach czyni to istotnie. W Polsce, gdzie krew zawsze przeraża, gdzie rządzący niczego tak się nie boją, jak brania odpowiedzialności na siebie, gdzie zwyczajem każdego szefa jest zwalać winę na podwładnych, krok ten robi wrażenie. Po dymisji rozhisteryzowanego Wołowskiego Wielopolski obejmuje i tę tekę. Sprawuje odtąd nie tylko sprawy wyznaniowe i oświaty, ale i sprawiedliwości. Faktycznie zaś prawie całość cywilnych rządów w Królestwie. Jego śmiałość, zimna krew i decyzja, pochopność w braniu odpowiedzialności za rzeczy, którym winien nie był, zaimponowały wszystkim: Petersburgowi, namiestnikowi, biurokracji, Rosjanom. A nawet zaimponowały i rodakom. Prestige rósł. Opornie, ale rósłx”.

Czy silna władza imponuje Polakom? W pokrzywionej dzisiejszej polityce pojawiają się głosy, że ależ skąd, że tylko wolność (najlepiej „złota”) odpowiada „duchowi narodowemu” itd. Swoją drogą ciekawe, że taki miód w uszy (faktycznie skłonnych do burd i podziałów) rodaków leją ci, którym marzy się zamordyzm wyjątkowo bezwzględny, byle w ich wykonaniu. Od czego jednak bieżący, partykularny interes, niechby tylko wyobrażony? I już kreśli się linię historycznego dziedzictwa od zbójcy i mordercy, któremu pewien król z kanclerzem legalnie urezali łeb – a dzisiejszym obrażaniem się na własne państwo. Takim samym, godnym pochwały bojownikiem staje się więc bezmyślny chłopiec z rewolwerem, strzelający do jedynego człowieka zdolnego ocalić Polskę (o czym dalej) – i taki sam bezmyślny dzisiejszy chłopak ciskający kamieniem w niepozwalającą mu się wyszumieć prewencję. A jednak.

A jednak – choć Polak faktycznie lubi ponarzekać, aparat państwowy budzi w nim nieodpartą złość i skłonność do obchodzenia przepisów (faktycznie – najczęściej zbyt licznych i głupich), to jednak drzemie w nim też marzenie o rządach silnej ręki, o „własnym aparacie trzymanie za mordę”. Nieprzypadkowo zresztą także z tego punktu widzenia z podziwem na Wielopolskiego patrzył Piłsudski. W przypadku Margrabiego jednak kluczowe było nie to, że władzę sprawnie uchwycił – tylko co z nią zrobił.

Reformy Wielopolskiego

„Reformy” to we współczesnej Polsce pojęcie mityczne. Chociaż obecna władza zrobiła sporo dla jego desakralizacji (by usprawiedliwić własne nieróbstwo), to jednak wciąż pokutuje przekonanie rodem z „Alicji po drugiej stronie lustra” – że trzeba biec naprawdę szybko, aby pozostać w tym samym miejscu.

Jednak bez zrozumienia co rzeczywiście udało się Margrabiemu zmienić w Polsce 60-tych lat XIX wieku – jakakolwiek dyskusja o tamtych wyborach politycznych nie ma po prostu żadnego sensu. Co więcej, jeśli ktoś dziś myśli o wzięciu władzy w naszym kraju, to zamiast czytać o jakichś potyczkach drągalierów pod Psią Wólką – niech się lepiej weźmie za studiowanie co faktycznie można zmienić na lepsze działając w realiach braku suwerenności, podległości wielonarodowemu tworowi politycznemu i z ograniczonym zapleczem ludzkim.

Już sam zakres owych reform jest imponujący. Obejmują one bowiem: oświatę, administrację, sprawy agrarne, sprawę żydowską. Zaczynają od spolszczenia administracji. W parę tygodni po dojściu Wielopolskiego do władzy »Gazeta Rządowa« poczyna drukować codzienne olbrzymie listy urzędników „uwolnionych” – tak to wtedy łagodnie nazywano – od służby państwowej. Są to wszystko Rosjanie czy zaprzedani zupełnie Rosji karierowicze. Na ich miejsce przychodzi tłum Polaków, ściąganych przez Wielopolskiego z Galicji i Poznańskiego, czasem z Litwy, gdy miejscowych wykształconych ludzi jest za mało. Równolegle do tego postępuje reforma agrarna. Była ona paląco na czasie. Gorączka demonstracyj, jaka ogarnęła od lutego miasta, przerzuciła się już od marca na wieś. Tylko z tą różnicą, że miasto szło przeciw Rosji, gdy wieś przeciw dworowi. Wielopolski pamiętał o 1846 roku w Galicji. Toteż z pospiechem już 16 maja wydał ustawę, która wprowadzając okup pańszczyzny położyła jej kres na ziemiach Królestwa Kongresowego. Było to przed powstaniem, przed aktami carskimi, przed Milutinem i całą późniejszą działalnością caratu, zmierzającą do skłócenia na zawsze polskiej wsi i polskiego dworu. Projektuje ustawę o samorządzie gminnym, która władzę na wsi przenosi z rąk właściciela folwarku – ziemianina – do rąk samych chłopów. Przeprowadza w ciągu lata 1861 roku wybory do nowych, powołanych z jego inicjatywy ciał samorządowych: powiatowych, gubernialnych i miejskich, a wreszcie rozpoczyna pracę nad dwiema reformami, które w pełni wejdą w życie dopiero w następnym roku: szkolną i żydowską. Pierwsza polegać będzie na wyposażeniu Królestwa w trzy tysiące szkół początkowych, dwadzieścia cztery powiatowe, piętnaście gimnazjów, Liceum w Lublinie, Szkołę Główną w Warszawie i Instytut Politechniczny w Puławach; druga – rozpoczęta już teraz – na pełnym równouprawnieniu Żydówxi”. – opisywał Pruszyński.

Współczesny narodowiec (a częściej nawet „narodowiec”) z całego opisu wyłapie zapewne tylko ostatni wyraz, jednak w przypadku reform Wielopolskiego wszystkie te działania układały się w logiczną całość. Na polu bieżącym – Margrabia sukcesywnie wymieniał kadry i to antycypując program wszechpolski, przekraczając granice ziem i zaborów. Jednocześnie zaś był też pre-wszechpolakiem rzucając program na dekady, uobywatelnienia z czasem tych kręgów społecznych, które były jeszcze poza kręgiem pojęcia „narodu”. Zadanie to zrealizowała w pełni dopiero Narodowa Demokracja, jednak to Wielopolskiemu należy się pierwszeństwo w praktycznej realizacji tego wielkiego dzieła. I dziecinnym jest dziś pamiętanie nieistotnych dla współczesnych aktów jakiegoś „rządu narodowego” złożonego z pieczątki i jej chwilowego nosiciela, a pomijanie prawdziwego realizatora myśli unarodowienia ludu polskiego. Człowieka, który wszak jednocześnie sam był reakcją najczarniejszą z czarnych – ale reakcją polską.

Rozmowy dyplomatyczne

Oprócz, a raczej pomimo tego ogromu zadań krajowych – Wielopolskiego czekało zadanie jeszcze trudniejsze. Kto wie, czy nie najtrudniejsze dla polskiego przywódcy. Wielu naszych narodowych bohaterów politykę międzynarodową rozumiało i rozumie wszak jako malownicze utopienie się w jakiejś rzece, albo coś w tym guście…

Margrabia ten swój (i Polski) wielki egzamin zdawał w stolicy Imperium. „Petersburg był połączeniem grozy i możliwości, wykwintu i barbarzyństwa, mocy i melancholii. Ludzi, po których wczoraj zajeżdżała dworska karoca, mogła jutro wywieźć daleko policyjna kibitka. Na tronie carskim zbyt często syn wariat zasiadał po genialnej matce, brat żandarm po bracie mistyku, syn „liberał” po papie stupajce. I nawet przedział generacyj jeszcze tego nie zmieniał, bo „liberał” mógł na starość zakrzepnąć w tyrana, a tyran mógł w sobie odkryć na starość nikłe nitki „liberalizmu”.

Teraz był Aleksander II i on to niebawem, po kanclerzu Gorczakowie (kuzynie zmarłego w maju namiestnika), przyjął na dłuższej audiencji Wielopolskiego. Był to bodaj ich pierwszy osobisty kontakt. Car wysłuchał długiego raportu, podobnie jak sliedowatiel w bliższych nam czasach wysłuchiwał opowiadania. Wielopolski uderzył w jedną stronę rządów Królestwem: w system wojskowy. Przed carem, który pozował na liberała, który chciał być Europejczykiem, jeździł do Erfurtu, Stuttgartu, Paryża, Londynu, przedstawił sceny batożenia panien „z dobrego domu” przez Baszkirów lub Kozaków, jawnych złodziejstw na wysokich szczeblach, wpadania do kościołów podczas nabożeństw. Cytował daty, fakty, nazwiska. Mówił o tym nie jako o krzywdach Polski, ale jako o błędach regime’u. Car słuchał. Władcy Rosji nie lubili mieć złej prasy na Zachodzie, choćby nie wiedzieć jak gardzili Zachodem. Car wiedział, że te, takie i tym podobne rzeczy są powtarzane echem przez gazety francuskie, angielskie, belgijskie, że tych kilkanaście tysięcy polskich emigrantów, jakich wygnał na Zachód 1831 rok przynajmniej jednego dokonało w toku swego zmarnowanego żywota: zohydziło światu Rosję. Do ich przyjścia młode imperium Romanowych było opromienione sławą mądrości Katarzyny Wielkiej, przyjaciółki Voltaire’a i Diderota, sentymentalnym liberalizmem Aleksandra I, świetnymi zwycięstwami Suworowa, Kutuzowa, Bagrationa. Europa była wdzięczna Rosji za to, że miecz rosyjski skruszył na białych swych polach wielkiego najeźdźcę. Tymczasem w kilkadziesiąt lat później Rosja stała się krajem znienawidzonym, pogardzanym i ośmieszanym. Pewno, że sama polityka reakcyjna Mikołaja sprawiła tę zmianę; ale niemało przyczynili się do niej i rozsiani wszędzie po 1831 roku polscy emigranci, którzy pisaną i ustną propagandą ukazywali Rosję od strony wyrazów, jakich Zachód od nich się uczył: knut, kibitka, ukaz, kozak, zsyłka, Sybir. Teraz słuchając Wielopolskiego car wiedział, że wszystko, co mu mówi ten Polak, będzie jutro w gazetach angielskich i francuskich, jeśli nie jest w nich już dzisiaj. Car wiedział, że jeśli ten system i ci ludzie będą dalej rządzić wojskowo Królestwem, to propaganda antyrosyjska będzie miała stale materiał do wykorzystania. A Wielopolski mówił: usuńcie wojsko rosyjskie od rządzenia, wprowadźcie polskie rządy cywilne, będziecie mieli spokójxii” – opisywał Pruszyński.

Zastanówmy się na chwilę nad opisem realiów zaborczych w polskiej literaturze. Z jednej strony bowiem dominują w nich obrazki z przełomu XIX i XX wieku, wizje strajku szkolnego, rosyjskich szyldów na ulicach i rosyjskiego języka w urzędach, także wszechobecnych (rzekomo) sotni kozackich. Tymczasem ta wizja nie jest konfrontowana ani ze swą praprzyczyną – czyli powstaniem (a przecież zachodzi między nimi prosta zależność skutkowa), ani z alternatywną koncepcją zarysowaną – a nawet wdrożoną przez Wielopolskiego. Jest to coś absolutnie obłędnego w konsekwentnym powtarzaniu przez niektóre opcje, że młodzian siedzący z kosą w lesie walnie się zasłużył dla polskości i odzyskania przez Polskę niepodległości, a polski urzędnik po polsku pomagający załatwić polskie interesy polskiemu ziemianinowi czy kupcowi – jest detalem historii, nie wartym ani uwagi, ani nawet splunięcia prawdziwego patrioty. Nie przesądzając przy tym o słuszności dokonywanych dziś wyborów politycznych – widać przy tym jakie są konsekwencje takiego typu myślenia. Otóż zasadniczą wartością polityczną ma być wznoszenie haseł w rodzaju „kto nie skacze ten…” i podrygiwanie, a nie wykrajanie obszaru polskości w gospodarce, na uniwersytetach, nawet w urzędach. Jeśli popełnianie przez 150 lat tych samych błędów jest tradycyjne, to faktycznie, mamy w tym względzie do czynienia z prawdziwą polską tradycją…

Wróćmy jednak do Margrabiego. Oto widzimy go w Petersburgu. To tam odnosi ostatecznie swój triumf, jednak myliłby się dziś ktoś uznający, że zaniedbywał przy tym sprawy krajowe – i o dziwo, także potrzebę robienia wrażenia na rodakach. Ostatecznie Polak woli widzieć swego zagranicą (nawet taką), bo z dystansu wydaje się on sympatyczniejszy, większy i – paradoksalnie – bliższy. To nad Newą właśnie dzieją się owe zdarzenia, powtarzane potem w pysznych warszawskich anegdotach, gdy Wielopolski ustawia się na carskiej audiencji wśród ambasadorów, a nie między carskimi urzędnikami, zaznaczając, że jest posłem polskiego króla do cesarza Wszechrosji. W świecie, w którym dobry PR to podstawa, niekiedy wręcz zastępująca potencjał dyplomatyczny (szczególnie, gdy się go nie posiada) – Wielopolski okazuje, że wcale nie jest niezgrabnym gburem, jakim chcą go widzieć krajowi oponenci. Na zadufka i nieroztropka jest bowiem bardzo łatwo wyjść na salonach europejskich, ale nie jest to opinia, która w jakikolwiek sposób stanowiłaby wartość samą w sobie, ani w czymkolwiek służyłaby sprawie narodowej.

Pruszyński pisał: „Poprzez długie dziesięciolecia utrzymywała się legenda o olbrzymim szarmie towarzyskim, któremu Wielopolski zawdzięczał to, że znad Newy, dokąd jesienią wyjechał po trosze jak zesłaniec, powrócił do Warszawy wiosną nieomal jak dyktator. Istotnie, ten człowiek w tym środowisku mógł i umiał czarować. Z nazwiskiem, z manierami łączył dużą kulturę osobistą, głębokie wykształcenie, wysoką inteligencję. Należał jeszcze do owych pokoleń z XVIII wieku ród wiodących, których wykształcenie nie zionęło profesorską nudą, a salonowość nie pokrywała się z bubkarstwem. Niezawodnie tym właśnie jednał przede wszystkiem kobiety, jak ongi panią Pankratiew, córkę namiestnika Gorczakowa, jak piękną i wpływową panią Calerghi, a teraz narwaną i czynną Antoinettę Błudow i wielce wpływową wielką księżnę Helenę. W Petersburgu jak w niejednej ówczesnej stolicy salony były potęgą. (Miały nią pozostać aż do ostatnich dni monarchii, a ostatnim ich ulubieńcem i protegowanym miał być, znany nam nieco inaczej niż margrabia, Grisza Rasputin). Otóż salony Wielopolski podbił. Ale cały szarm osobisty nie ważył ani wtedy, ani potem tyle, ile sobie niejeden z polskich czarusiów wyobraża. Tym, co decydowało – były poglądy. I otóż zarówno ambasador brytyjski, lord Napier, jak i francuski, Fournier, byli po paru tygodniach nie mniejszymi poplecznikami Wielopolskiego, jak Błudow i Rosjanie z dyplomacji. W tym samym czasie Austriak, hrabia Thun, stał się jego petersburskim wrogiem, a przedstawiciel Prus zaniepokoił się mocno. Ów przedstawiciel Prus był to nie byle kto. Niebawem miał opuścić Rosję i rozpocząć swoją wielką historyczną karierę, związaną na zawsze ze wspomnieniem Sedanu, jeszcze bardziej Wersalu, z utworzeniem Niemieckiego Cesarstwa i z przydomkiem, jaki mu dano, „żelaznego kanclerza”. Nazywał się Bismarckxiii”. To zestawienie późniejszego „Żelaznego Kanclerza” z Margrabią – nie było, rzecz jasna, u Pruszyńskiego przypadkowe. Narzucało się współczesnym, jak i potomnym ze względu na format obu polityków i zakres zadań, jakiego się podjęli. Być może jednak kluczowa dla takiego porównania była sama rozgrywka o Polskę, jaką ze sobą prowadzili. Paradoks polegał natomiast na tym, że w tym niemal śmiertelnie dla Polski ważnym meczu – wiele polskich pionów grało po stronie pruskiej.

Na razie jednak petersburskie działania Wielopolskiego zaczynały przynosić efekty i to wbrew… nadziejom części polskich elit, tradycyjnie już uznających, że sukces rodaka, zwłaszcza wśród cudzoziemców, o ile służy krajowi, a nie własnej próżności – jest czymś z gruntu nagannym. „Niebawem miało się okazać, że wpływ margrabiego nie tylko nie zamarł nad Newą, ale dopiero rozkwita. Przede wszystkim przeprowadził on nominację nowego arcybiskupa warszawskiego. Było to walne zwycięstwo. Ze swym programem odsunięcia Kościoła od polityki Wielopolski stał się w zeszłym roku wrogiem numer jeden dla polskiego duchowieństwa i schorzały arcybiskup Fijałkowski, równie zacny jak mierny, udrapował się w ostatnich miesiącach swego życia na nowego Stanisława Szczepanowskiego, gotowego umrzeć za wiarę z rąk nowego Bolesława Śmiałego, jakim w tej teatralnej charakteryzacji miał być margrabia. Kiedy zmarł, ruch narodowy wykorzystał jego pogrzeb dla demonstracji z tym samym zamiłowaniem do żerowania na pogrzebach, z jakim czyniono to w Polsce nie tylko w owych czasach. Jego tymczasowy zastępca, znany ksiądz Białobrzeski, był jeszcze bardziej w ręku nastrojów ulicy i młodzieży, co zakończyło się zamknięciem kościołów dla ludu, a Białobrzeskiego w cytadeli. Teraz chodziło o następcę. Miał on otworzyć kościoły, uspokajać wiernych, prowadzić duchowieństwo. W tak religijnym i w dodatku podnieconym społeczeństwie była to jedna z kluczowych pozycyj. Toteż i kapituła warszawska, i rosyjska władza wystąpiły z kandydaturami. Pierwsze z nich byłyby doskonałe, gdyby chodziło o zamienienie ambon na trybuny; drugie byłyby jeszcze lepsze, gdyby chodziło o przerobienie konfesjonału na dodatkowy departament policji. Kandydatury właściwej brakło. Wielopolski rozejrzał się szerzej i z zupełnego ukrycia wydobył niespodziewanie młodego ksiądz o ciekawej przeszłości. Jego matka należała do radykalnego spisku Konarskiego po 1830 roku, on sam był ranny w bitwie pod Miłosławiem w 1848 roku w Poznańskiem, a jeszcze przedtem w małym mieszkaniu w Paryżu asystował ostatnim chwilom Juliusza Słowackiego.

Nazywał się Zygmunt Feliński. Zdawało się, że kto jak kto, ale właśnie patriotyczna Warszawa przyklaśnie takiemu wyborowi, a w rzeczywistości rozzłościła się jeszcze. Młody arcybiskup w lutym objął władzę w swej trudnej diecezjixiv”. To jest właśnie wspomniany wcześniej moment, w którym Margrabia, długo zaciskający zęby na głupotę i szkodnictwo niektórych duchownych – jednym mistrzowskim posunięciem zamknął im usta, a otworzył zamknięte dotąd drzwi kościołów. I znowu – św. Zygmunt Szczęsny Feliński jest dziś pamiętany wybiórczo i manipulacyjnie, jako ofiara popowstaniowych represji, nie zaś również jako ten, który ramię w ramię z Margrabią starał się doprowadzić do pacyfikacji Królestwa i rozładowania nastrojów powstańczych.

Nie było przecież przypadkiem, że proces beatyfikacyjny swego poprzednika zainicjował nie kto inny, jak prymas Wyszyński, który znakomicie dostrzegał podobieństwo własnej drogi do życia świętego arcybiskupa, choć jakby w odwróconej kolejności – najpierw z krzyżem represji, a następnie z konsekwentną linią pro-państwową, narodową i pozytywistyczną.

Tymczasem tuż przed ingresem nowego metropolity warszawskiego „W lutym też, dzień przed tym wydarzeniem, Wielopolski składał w Petersburgu swój ostatni memoriał. Był to jakby rozkaz natarcia wydany po długim artyleryjskim przygotowaniu W tym memoriale, który w ten czy inny sposób znał cały miarodajny Petersburg, Wielopolski posuwał dalej swe rozumowania. Co dał – zapytywał w memoriale – ów stan wojenny trwający w Królestwie od tylu miesięcy? Czy powierzenie sprawy czynnikom wojskowym przyniosło obiecywany spokój? Czy ustały demonstracje, wrzenie, starcia? Czy prasa europejska przestała zapełniać się przykrymi dla Rosji wiadomościami znad Wisły? Odpowiedź na to pytanie mogła być tylko negatywna. Całe wrzenie nie tylko nie ustało pod zbawiennym wpływem nahajki, ale jeszcze się wzmogło. Zarazem Wielopolski parował możliwe zarzuty. Może to jednak reformy nie dały rezultatu: Może i one nie przyniosły uspokojenia? Tak, ale nie przyniosły ich dlatego, że przyszły za późno, że były tylko połowiczne, że jednocześnie władza w Królestwie pozostała w ręku generalskich stupajek. Trzeba dalej posunąć reformy i trzeba usunąć stupajki. Rządy w kraju muszą być polskie i muszą być – cywilne. Memoriał uzasadniał reformy już zakreślone przez Wielopolskiego przed niespełna rokiem, a zarazem wyrażał jego pogląd na sprawy polskie. Oto, jak na przykład bronił dwóch swoich reform socjalnych: oczynszowania włościan i równouprawnienia Żydów. „Te dwie warstwy ludności, dotąd w poniżeniu zostawione, przeznaczone są na to, aby społeczność odnowić ograniczając i zrównoważając przewagę żywiołu szlacheckiego”. Nie tykając trzech niemożliwych dla Rosji rzeczy, to jest konstytucji, armii i Kresów, żądał najszerszego wyodrębnienia Królestwa. Ku temu miało służyć ustanowienie, „naczelnika rządu cywilnego”, któremu podlegałaby cała władza w kraju, z wyjątkiem wojskowej. Powinien być nim Polak. Ale Wielopolski wiedział dobrze, że tak daleko Rosja nie pójdzie i uzupełniał ów projekt inną instytucją. Oto Królestwem rządził od dawna cesarski namiestnik. Byli nimi teraz kolejno różni generałowie rosyjscy, ale kiedyś był nim (faktyczne) wielki książę Konstanty Pawłowicz, brat twórcy Królestwa, Aleksandra I, ponury bohater parad na placu Saskim. Jeszcze przedtem był nim oficjalnie polski generał Zajączek. Trzeba wrócić do tamtej tradycji, to jest poszerzyć z powrotem rolę namiestnika i zamianować nim „księcia krwi cesarskiej”. Oto, co sugerował projekt Wielopolskiego. Dwie kandydatury były brane pod uwagę. Jedną z nich była osoba brata cesarskiego. Był to także jak ongiś Konstanty, ale liberał, słowianofil i zwolennik reform. Drugim był przebywający nad Newą książę meklemburski. Skąd niemiecka kandydatura u „panslawisty” Wielopolskiego? Ano, może i dlatego, że dynastia meklemburska spokrewniona wtedy z rosyjską wywodziła się w prostej linii od zachodnio-słowiańskich dynastów obodryckich. Pod niemieckim pokostem trwały w niej ślady słowiańskie. I jedna, i druga kandydatura wprawiała też w ruch koła dworskie. Obie wprawiały w ruch także dyplomację europejskąxv” – opisywał Pruszyński. Są politycy zdolni sprawnie blefować ze słabą kartą w ręku, jednak Margrabia w Petersburgu ujawnił format męża stanu grając – i wgrywając w zasadzie bez kart. Niestety, rodacy postanowili dać mu odczuć właśnie ten niedobór uznając, że samo zwycięstwo dla sprawy narodowej ma znaczenie dalszorzędne.

Powrót do Warszawy

Wielopolski przed nim, dnia 13 czerwca, przybył do Warszawy i podobno nigdy potem nie mógł Warszawie zapomnieć jej chłodnego powitania. To, co przywoził, to było przecież bardzo wiele, a wróżyło może zapowiedź zmian dużo większych. Był to świt nadziei po trzydziestu latach bezgwiezdnej nocy ucisku. Ale Warszawa pozostała obojętna, i to nie tylko owego dnia, choć Wielopolski rozpoczął niewdzięczne zadanie zjednywania sobie rodaków. Na prezentacji, kiedy w jego nowej siedzibie, Pałacu Brühlowskim na Wierzbowej, zjawili się notable Warszawy, pierwszym jego krokiem było skierowanie się do młodego arcybiskupa Felińskiego z prośbą o błogosławieństwo. Stary pan wyposażony we władzę, obejmujący rządy w tym kraju, na pewno daleki od pokory, schylił publicznie i nisko głowę przed młodym księdzem, z jego rękojmi piastującym wysokie stanowisko w kościelnej hierarchii. „Pragnąłbym, by pierwszy mój krok był zwróceniem się o błogosławieństwo do przedstawiciela Kościoła” – powiedział, i jeśli taki akt był dowodem „bezmiernej pychy”, o którą posądzano tego człowieka, to istotnie w Polsce nie trudno o opinię pysznego. Czy tak postępuje dyktator? Chyba nie. Dalszy krok także nie był potwierdzeniem rozpuszczanych legend. Obchodząc salony, witając się z przybyłymi ukłonem, paroma zdaniami, chwilą rozmowy, tak by w tym tłumie nie pominąć nikogo, ujrzał w jednej z sal grupę ludzi stojących przy kominku, a wśród nich chudą, smutną, zamyśloną postać pana Andrzeja. Niezwłocznie na oczach wszystkich zwrócił się ku niemu. Zamoyski przybył do Pałacu Brühlowskiego jako jeden z przedstawicieli Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. Ale oczywiście, jeśli tylko nie chciał, mógł bardzo dobrze nie przyjść. Przyszedł. Stał za to nadąsany. Na ukłon Wielopolskiego odpowiedział ukłonem tak sztywnym, że gdyby to uczynił margrabia, już by warczano po salonach: „co za pyszałek!” Wielopolski podszedł ku Zamoyskiemu z wyciągniętą dłonią. Obyczaj ówczesny był raczej zbliżony do angielskiego i nie szafował zbytnio tym gestem. Ale pan Andrzej ze swej strony nie zaszafował nim tym razem – i margrabia, aby nie narazić się na przykrość towarzyską, musiał dokończyć swego gestu powitalnego machnięciem ręki w powietrzu. Niemniej, nie skończył na tym. Wyraził radość, że widzi pana Andrzeja i zapowiedział, że gdy go ten jeszcze raz odwiedzi, to Wielopolski zapozna go z nowymi projektami reformy; Zamoyski – upewniał margrabia – znajdzie w nich echa wspólnych klemensowskich rozmów. Czy można- było

uczynić coś więcej w stosunku do przeciwnika, który ostatecznie sam sobie zawdzięczał swe niepowodzenia? Wielopolski wyrażał wolę współpracy pomimo dawnych uraz, pomimo tego, że Zamoyski zjawił się u swego wroga tylko po to, by mu pokazać nieco dziecinnie swe humory. Dzieje podania ręki tych dwóch ludzi są zresztą dosyć znamienne. W parę tygodni potem miały się ich dłonie zetknąć jednak w uścisku, wtedy miał to sprawić wielki książę Konstanty. Okazało się więc, że na patriotycznego Katona działa znakomicie urok cesarzewicza. W wiele lat później w Dreźnie, już po 1863 roku, pan Andrzej z własnej już inicjatywy zapragnął uścisnąć rękę pokonanego margrabiego. Ale wtedy to już Wielopolski polecił odpowiedzieć smutnie i odmownie. Było za późnoxvi” Ano właśnie. I kto tu, w takim razie był dumny, wręcz pyszny, niedostępny i pogardliwie „chlustający w twarze logiką”? Kiedy już sam dokonał najtrudniejszego – Wielopolski na gotowe starał się doprosić i innych, wszystkich tych samozwańczych, „patriotycznych” polskich wodzusiów i autorytety ze słomy prosto tłumacząc, że przecież pracy jest dość, a zadań i (jeśli trzeba) zaszczytów – starczy dla wszystkich. Bezskutecznie. Z bezbłędnym polskim wyczuciem realizmu uznano, że najlepszą odpowiedzią na wezwanie do pozytywnego działania – jest opór. Możliwie rzecz jasna krwawy i bezmyślny.

Terror i spiski

Istotnie, witany przez polskich urzędników, rosyjskich generałów i warszawską ulicę zjawił się po kilku dniach „Konstanty numer dwa”. Aby jeszcze bardziej podkreślić nawrót do tradycyj sprzed tamtego powstania, wyznaczono mu na mieszkanie pusty przez wiele lat Belweder. Wielkiego księcia nie powitały owacje: parę okrzyków „niech żyje… król” nie zostało podjętych przez ciżbę w Alejach. Ale wieczorem w teatrze miało być gorzej: strzelił tu i zranił Konstantego młody warszawski zecer Jaroszyński i wielki książę powrócił do Belwederu z ręką na temblaku? Polacy nie lubią zamachów. Toteż nazajutrz salony Belwederu zapełniły się przedstawicielami całej polski – a przynajmniej tej Polski, która zazwyczaj bywała wtedy w salonach. Postawny wielki książę był bohaterem dnia. Współczuła mu Warszawa, pisały o nim paryskie gazety, w dalekim ukochanym Pitrze popy piały molebnie w cerkwiach, a damy piszczały w salonach. Wicekról postanowił wykorzystać sytuację do zagrania roli politycznej. Wezwał Polaków do współpracy z nim „dla dobra kraju” i złączył w jednym uścisku dłonie pana Andrzeja i Wielopolskiego. Był to jego miodowy polski okres, a kiedy narodził mu się już w Warszawie syn, dano dziecku obce Romanowym imię Wacław, co było podobno ukłonem w stronę Czechów, ale zostało zrozumiane przez Polaków jako gest w stronę Polski. Katedra Świętego Jana w czasie nabożeństwa dziękczynnego za ocalenie wielkiego księcia zapełniła się tłumami wiernych. Tym razem nie śpiewano owych hymnów narodowych, których Rosjanie tak się bali. Szala zdawała się przechylaćxvii” – analizował Pruszyński. Problem polegał jednak na tym, że chociaż na polskim sentymentalizmie można próbować budować, to jest czynnik nietrwały, bo przecież nielogiczny. O ile bowiem część elit (nie tyle może z rozsądku czy przyzwoitości, ale raczej przyrodzonego lenistwa i chęci znalezienia wygodnego „złotego środka’) faktycznie przestraszyła się absurdalności fali terroru, o tyle jej realizatorom żaden inny pomysł nie mógł przecież przyjść do głowy, poza dalszą eskalacją.

Ale krew wielkiego księcia, jego słowa i gesty nie wszędzie miały wywołać tak łagodzący efekt. U

konspiratorów lewicowych nie odegrały żadnego. Rzemieślnicy warszawscy, sybiracy, i mierosławczycy nie mieli tak miękkich serc. Terroryści Chmieleńskiego szukali sobie tylko dalszych i nowych ofiar. Margrabia nastręczał się sam. Przemawiając po zamachu na Konstantego w Radzie Stanu powiedział przecież, iż „nowe strzały, jeśliby jeszcze paść miały, w moje niech uderzą piersi” i życzenie to postanowiono spełnić. Nie czekano nawet z tyra długo, bo zaledwie do sierpnia. Najpierw rzemieślnik, litograf Ryll, strzelił do niego z rewolweru, kiedy margrabia wchodził do gmachu Komisji Skarbowej na placu Bankowym; w kilka dni później na przejeżdżającego Alejami rzucił się ze sztyletem zatrutym inny zamachowiec, Rzońca. W obu wypadkach starszy, ociężały pan okazał swą zwykłą zimną krew i impet. W jednym nawet sam rzucił się z laską na spiskowca i pomógł policji w ujęciu go. Polska miała dosyć tych nowych zamachów. Teraz nawet wokoło margrabiego nastała odwilż sympatyj. Z Petersburga posłowie angielski i francuski depeszowali z zapytaniami o zdrowie; w Warszawie konsulowie francuski i angielski pospieszyli do Pałacu Brühlowskiego; a ton prasy zagranicznej wskazywał, że Zachód doradza Polsce drogę Wielopolskiego, a nie drogę zamachowcówxviii” – podnosił Pruszyński i znowu jest to fakt o kapitalnym znaczeniu, często przegapiany przy okazji płytkich analiz okresu powstaniowego.

Oto w czasie trwania walk baczono na każdy przejaw zainteresowania zachodniej opinii publicznej, choćby tylko wyobrażonyxix. Również i dziś istnieje pokaźna literatura mająca zracjonalizować idiotyczne z gruntu oczekiwanie na wsparcie francuskie czy brytyjskie, które doprowadziło do faktycznej zamiany małej ruchawki w powstanie, a następnie przedłużało jego nieuchronną agonię. Co charakterystyczne, znowu najczęściej w takich anachronicznych praktykach celują współcześni następcy „Białych”, często udrapowani fałszywie w barwy „narodowców” i „konserwatystów” (rzuca to zresztą ciekawe światło na ich stosunek do polityki polskiej w ogóle, a zwłaszcza do jej uzależniania od ośrodków zewnętrznych).

Tymczasem zaś fakt, że polityka Wielopolskiego, jak niemal żadna inna w Polsce przez wieki – znajdowała poparcie zagranicą, była bowiem zgodna tak z interesem polskim, jak i potrzebami mocarstw – jakoś zgodnie umyka uwadze wielu „badaczy”. A przecież na tę właśnie okoliczność zwracał uwagę poza Pruszyńskim choćby CAT-Mackiewiczxx. Okres „wielopolszczyzny” był to jedyny czas w erze przed I wojną światową, gdy interes Polski dawał się pogodzić z interesami mocarstw zachodnich, gwarantując jednocześnie spór między zaborcami. To właśnie przegapienie, czy raczej zniweczenie momentu, który powtórzy się dopiero po pół wieku (a i potem po raz kolejny nieprędko) – było największym grzechem elit politycznych i ostatecznie całego powstania. Co przedziwne zaś – błędu tego dopuściło się nawet to środowisko, które we wszystkich innych aspektach każde zdanie w „Le Constitutionnel” uważało za wykładnię racji i słuszności.

Biali” znowu odrzucają wyciągniętą dłoń

Bieg wypadków został tymczasem przyspieszony innym wydarzeniem. Oto w przededniu już mającego odbyć się zjazdu wielki książę zaprosił do siebie pana Andrzeja na zasadniczą, jakbyśmy dziś rzekli, rozmowę. Akcja Węgleńskiego odniosła skutek: wielki książę doszedł widać do wniosku, że margrabia jest naprawdę tak znienawidzony, ze jest dla Rosji tylko politycznym ciężarem; nie dostrzegł, że jeśli jest znienawidzony, to właśnie za Rosję. Wiedział, że najpopularniejszym człowiekiem w Polsce jest Andrzej Zamoyski, a słyszał teraz, że możliwa byłaby z nim ugoda. I zamiast rozmawiać z Węgleńskim wolał popróbować z samym Zamoyskim.

W białych pokoikach Belwederu, bardzo empirowych i bardzo polskich, rozegrała się owego dnia 2

września dosyć historyczna scena. Wielki książę pytał, czego Polacy chcą. Pan Andrzej odpowiadał.

Odpowiadał długo, zawile i rozwlekle, przypominał przeszłość i zatrącał o przyszłość, a z tej rozmowy pozostało nam kilka, dosyć pokrywających się wersyj. Wedle najpopularniejszej, puszczonej potem w obieg, wielki książę miał zapytać się przedstawiciela Polski: „czego od nas chcecie?”, a przedstawiciel Polski odpowiedział wtedy przedstawicielowi zaborczej dynastii: „żebyście się wynieśli”. Byłaby to bodaj ostatnia złota myśl pana Andrzeja. Wedle bardziej autentycznej wersji pan Andrzej jako konkretne zalecenie wykrztusił tylko żądanie „połączenia wszystkich ziem dawnej Polski pod twoim mości książę, kierownictwem”. Czy pan Andrzej wyszedł uspokojony, że wywarł dobre wrażenie? Czy wyszedł przekonany, że powiedział to, co myśli kraj? Być może. Pewno wyszedł także w przeświadczeniu, że nie wziął na siebie żadnego ciężaru decyzji i nie zaważył w niczym na losach Polski. Za to wielki książę skończył rozmowę wściekły.

Wiedział, że Rosja silna, potężna i wielka nigdy nie odda Polsce granic 1772 roku, sięgających poza

Berezynę i po Dniepr. Niezwłocznie pisał też do cara o Zamoyskim: „c’est un fou, c’est un fou furieux. Przyszedłem do przekonania, że nic się zrobić nie daxxi” – przytacza Pruszyński. I zdaje się, że to jest prawdziwe źródło i przyczyna cytatu, który (zresztą przy analogicznej okazji) jest przypisywany Wielopolskiemu. Nb. zresztą słowa o niemożności nie tylko współdziałania, ale nawet znalezienia wspólnego języka – choć wypowiedziane przez Wielkiego Księcia, a nie Margrabiego, znakomicie oddają tamten klimat polityczny. Co gorsza owo „un fou furieux” jako charakterystyka pasuje nie tylko do pustego efekciarza-gawędziarza Pana Andrzeja, ale i do tak wielu rodaków, także w czasach obecnych.

Ta niemożność dialogu, osiągnięcia kompromisu w sytuacji, gdy pryncypialność jest drogą donikąd – to kolejne dziedzictwo doby powstaniowej, z którego nie umiemy się do dziś otrząsnąć. Nieważne, prawdziwy czy wymyślony bon-mot Zamoyskiego nadal cytowany jest z aprobatą jako wzorzec jedynie możliwej postawy politycznej, nawet (zwłaszcza!) w sytuacji bez wyjścia. Ten anty-polski (a swej istocie także anty-chrześcijański) fatalizm, sprowadzający się do machnięcia ręką „a niech się dzieje…!” to cecha hodowana i dopieszczana w Polakach przez wrogów naszej nacji. Jest to bowiem najlepsza gwarancja ciągłego wpadania Polski w coraz głębsze kłopoty. Zwłaszcza, że sami wydostawać się z nich próbujemy najczęściej sposobami jeszcze fatalniejszymi.

Branka

Posiłkowanie się analogią powstania styczniowego i pierwszej „Solidarności” ma w polskiej historiografii i publicystyce długą tradycję. Podobieństwa starano się zresztą budować najzupełniej świadomie (by wspomnieć choćby mocno bluźnierczą modę na „biżuterię patriotyczną”). Były też one przedmiotem analiz jeszcze w dobie stanu wojennego, gdy pod płaszczykiem dyskusji na kanwie 120. rocznicy zrywu – spierano się o sens działania Związku, czy bieżący program oporuxxii. Modelowy wręcz wykład owych zbieżności współcześnie dał prof. Lech Mażewskixxiii Nawet jednak i ten wnikliwy badacz, analizując raczej kroki prawnej i polityczne – nie pokusił się choćby o zarys obserwacji socjologicznej, prezentującej nastawienie społeczne, a zwłaszcza stan umysłów kierownictwa politycznego opozycji w przededniu powstania styczniowego – i stanu wojennego.

Stawiając w jakiejś internetowej dyskusji cytowaną dziś czasem tezę, że „branka to stan wojenny, który nie wyszedł” miałem właśnie na myśli nie tylko zestawienie skutków stosunkowo mało krwawego przecież i nie pociągającego za sobą dalszych skutków zbrojnych Stanu wprowadzonego dekretem z 13 grudnia 1981 r. – z ostateczną eskalacją walk powstańczych. Istotne także wydaje się porównanie postaw kierownictwa obu stronnictw roku 1863 (odpowiadających w jakimś stopniu odpowiednio „ugodowemu” i „radykalnemu” skrzydłu Związku) – z nastawieniem przywódców „Solidarności” do nadchodzącego nieuchronnie i powszechnie spodziewanego momentu konfrontacji z władzą PRL.

Otóż elementem łączącym oba te zjawiska – był rozchwiany, niepewny stan emocjonalny liderów porównywanych obozów, skutkujący przeświadczeniem o konieczności poddania się biegowi zdarzeń, stymulowanych przez czynniki zewnętrznexxiv. Na zachowania nader podobne do tych, jakie opisywali cytowani przywódcy i doradcy „Solidarności” – zwraca też uwagę w swej pracy Pruszyński.

Najpierw jednak posłużmy się jego tekstem by przypomnieć czym była sama branka: „Owym aktem ostatnim była, jak historia nam mówi, tak zwana branka. Czymże była owa branka? Od wojny krymskiej, to jest już od dobrych sześciu lat, w Królestwie Polskim nie dokonano poboru rekruta. Rekrut był wybierany w drodze losowania – zamożni mogli się wykupić – a służył jako zawodowy żołnierz przez całe dziesiątki lat. W naszym wypadku chodziło o piętnaście. Nieraz przy pomocy różnych sposobów zarówno władze, jak dziedzice starali się o to, aby do wojska brano możliwie niesforne elementy wiejskie i historia Deczyńskiego z »Kordiana i chama« jest klasycznym przykładem takiej branki za dobrych wolnych czasów pomiędzy 1815 rokiem a 1830. Spomiędzy siedemdziesięciu dwóch tysięcy poborowych miano by teraz wylosować dwanaście tysięcy i tych dwanaście tysięcy poszłoby na służbę do dalekich garnizonów Rosji. Otóż dla szerszej publiczności niemal niespodzianie ogłoszony został pobór rekruta w pismach urzędowych z 6 października 1862 roku, a objaśnienia do zarządzenia mogły wywołać wiele komentarzy.

Mówiły one bowiem o wprowadzeniu list imiennych przez komisje wyłonione z rad samorządowych – już polskich – i tak dalej. Od poboru wyłączano wszystkie elementy osiadłe trwale, a więc na przykład i chłopów gospodarzy, natomiast obejmowano nim całe kategorie socjalnie i gospodarczo luźne, zarówno w mieście, jak na wsi. Niebawem znano i treść tajnego okólnika – władze polskie, jak widzimy, już i wtedy nie bardzo umiały utrzymać tajność swego urzędowania – a w jego świetle wszystko było przejrzyste. Jeśli czerwcowe rozbicie „czerwonych” odjęło im masy tak potrzebne do demonstracyj ulicznych, to teraz branka miała dokończyć dzieła. Z kolei miały ulec przetrzebieniu kadry terrorystów. Uległyby one w dwojaki sposób. Po pierwsze, były wszystkie powody do przypuszczenia, że najbardziej zagrożeni konspiratorzy zbiegną zawczasu za granicę. Wszak tak zrobił między innymi jeszcze latem sam Chmieleński po uprzednim wysłaniu na zamach (i śmierć) Jaroszyńskiego, Rylla i Rzońcy. Po drugie rzesza konspiracyjnych szaraków, takich właśnie jak ci trzej nieszczęśni, którzy zawiśli niedawno na szubienicach, byłaby przerzedzona samym poborem. Dwanaście tysięcy młodych ludzi odeszłoby do armii. Krok był oczywiście policyjnym cięciem. Ale policyjne cięcie nie przybierało ani zbyt katastrofalnych, ani zbyt dotkliwych rozmiarów. Jedna „łapanka” na ulicach Warszawy czy Lublina była dla kraju znacznie dotkliwsza. Wówczas owych dwanaście tysięcy nie stanowiło więcej niż około trzech na tysiąc mieszkańcówxxv”. Osławiona branka nie była więc ani aktem szczególnie represyjnym ze strony władzy, ani najbardziej dotkliwym z możliwych do zastosowania, ani też ślepym, nieuderzającym w rzeczywistych sprawców problemu. Raz jeszcze bowiem powtórzmy, kolejność zdarzeń i ich prosta ciągłość była następująca: spiski i terror – konspiracyjne przygotowanie do powstania – decyzja o poborze („internowaniu”) potencjalnych powstańców – branka – wybuch. Nie branka więc spowodowała powstanie, ale powstanie wymusiło brankę. Jest to oczywistość zrozumiała dla wszystkich znających logikę na poziomie szkolnym (czyli nie dla większości współczesnych polityków).

Czytajmy więc dalej u Pruszyńskiego: „Same doły „czerwonych” ogarnął za to niepokój. Oto od kilkunastu co najmniej miesięcy każdy z nich był wciągnięty w nader tajemnicze sprzysiężenie, składał przysięgi, schodził się na nocne zebrania, znał zaledwie swego bezpośredniego kierownika trójki, piątki czy dziesiątki – ale zapowiadane od tak dawna powstanie narodowe jakoś odwlekało się z miesiąca na miesiąc. Ludzie ci nie chcieli czekać. Teraz zaś już i długo czekać nie mogli. Jeśliby czekali dłużej, to margrabiowska branka wyłuska ich z Warszawy, Radomia, Lublina i rzuci w rosyjskim mundurze gdzieś do Petersburga, Moskwy czy na Kaukaz. Poczęło róść zniechęcenie. Gdzież to powstanie? Co robi otoczony nimbem konspiracji Komitet Centralny? Teraz poczęli działać owi czerwieńsi jeszcze, których w czerwcu wymanewrowano z Komitetu, a którzy poddali się coraz bardziej dalekim wpływom Mierosławskiego. Z ich inicjatywy ukazała się ulotka-odezwa, która samozwańczo powoływała się na Komitet Centralny. Ten nie odrzekł się od niej, raz, aby nie odkrywać wobec obcych faktu istnienia tarć i rozłamów w Komitecie Centralnym, po wtóre, aby nie powiększać wrażenia, że obecny Komitet Centralny cofa się czy ociąga.

Toteż masy przyjęły za dobrą monetę zapowiedź ulotki, że „Komitet Centralny ochroni sprzysiężonych przed branką” i „ze „dzień ogłoszenia branki będzie dniem wybuchu powstania”. Pierwsze obwieszczenie było czysto demagogiczne. Komitet Centralny czy ktokolwiek inny nie mógł obiecywać, że „dopuści” lub „nie dopuści” do branki, bo leżało to, niestety, całkowicie poza jego możliwościami. W bardziej zrównoważonym społeczeństwie wzięto by takie słowa za demagogię, ale w polskim ówczesnym tłumaczono sobie, że „widocznie” Komitet ma pewne dane, aby tak właśnie twierdzić. Drugie zdanie było może jeszcze niebezpieczniejsze. Czy zamierzano nastraszyć nim Wielopolskiego? Czy zapowiedź, że „dzień ogłoszenia branki będzie dniem wybuchu powstania”, miała oznaczać: nie rób pan branki, bo jeśli ją zrobisz, to wtedy powstanie wybuchnie? Trudno dziś oświadczyć na pewno.

To pewna, że i wtedy, i potem z różnych kół szły nalegania, aby brankę odroczyć czy odwołać. To także pewne, że tysiące młodych ludzi zrozumiało, że datę nowego, nieodwołalnego już wybuchu wyznaczy data branki. (…)

Ale Wielopolski wiedział i to także, że „czerwoni” zbyt długo pracowali nad wybuchem powstania, aby je mogli wiecznie odraczać. Wiedział może, że planowany jest wybuch na wiosnę. Wiedział także, że ruch „czerwonych” w kraju paraliżuje dalsze wprowadzenie reform. Przypuszczał, że branka będzie najlepszą bronią, aby „wrzód rewolucyjny przeciąć”.

Termin branki był spodziewany od pierwszych dni stycznia, toteż koło dziesiątego okolice Warszawy zapełniły się młodymi ludźmi, którzy wyszli z miasta, aby uniknąć poboru. Puszcza Kampinoska zaroiła się nimi na szereg dni przed ową nocą z 12 na 13 stycznia, kiedy policja i wojsko dokonały, jak zwyczajnie, poboru. Nazajutrz wokoło cytadeli zebrały się tłumy, które żywo komentowały wypadki złorzecząc głośno i wyzywając, ale tym razem nie margrabiemu, nie Rosjanom, ale Komitetowi Centralnemu. Czy można się temu dziwić? Raczej można by się dziwić, gdyby było inaczej. Od przeszło roku Komitet Centralny, tajemnicza władza, nawoływał ich do powstania i wieścił ów dzień. Od przeszło roku zorganizował ich, kazał czekać, używał do demonstracyj, przygotowywał do zamachów. Od przeszło roku obiecywał poparcie całego świata, spiski, które wewnątrz Rosji rozsadzą carat, interwencje, które z zewnątrz Rosji przyniosą pomoc Zachodu. Tak ponurymi barwami malował pobór do wojska; tak zapewniał, że nie dopuści, by sprzysiężeni brance ulegli. A teraz branka była przeprowadzona. W dodatku wielu ludzi wiedziało, że od szeregu tygodni wszyscy wybitniejsi przywódcy poznikali z Komitetu, z Warszawy, z Polski. Byli gdzieś za granicą. Margrabia się nie omylił w swych rachubach i w zapowiedziach swej prasy. Ci, co mogli, schronili się za kordon; ci, co nie mogli zostali na łaskę losu.

Branka przeprowadzona została bez trudności, a niebawem artykuł w organie Wielopolskiego, w którym poznawano pióro margrabiego, pisał o niej, że odbyła się w pełnym spokoju, a wśród poborowych dało się zauważyć „nawet wesołe usposobienie”. Ponieważ w Polsce nic tak nie drażni

jak słowo pisane, więc zwrot służył przez długie lata dla potępienia margrabiego. Wszak było to kłamstwo! Wszak była to nieprawda! Powoływano się na opinię księdza, który wszedł do lokalu, gdzie zebrani byli poborowi i zastał wielu z nich… grających w karty. Gra w karty, chyba tylko w oczach bardzo wielkiego laika, jest objawem szczególnej desperacji. Niedługo potem rekruci z Królestwa mieli powitać cara gromkimi „ura”, niczym rekruci znad Kamy czy Oki. Jakże więc było naprawdę?

Prawdopodobnie było mniej dramatycznie, niż sobie kto wyobrażał. Najbardziej zaciekli zbiegli przecież w lasy i branka ich nie objęła. Na dwa tysiące poborowych Warszawy podobno tylko coś ponad pięciuset miało kontakt z „czerwonymi”. Zamiarem Wielopolskiego było przedstawić sprawy w naświetleniu pomniejszającym, jak ci, co pchali do powstania, przedstawiali je w wyolbrzymionym. Jeśli zamiar Wielopolskiego chybił, to z innych względów. Wspominaliśmy, że niemal cała starszyzna powstańcza nie była podówczas w Warszawie, nie była nawet w kraju, odeszła za granicę. Czy nie chciała być w Warszawie w tych trudnych chwilach, kiedy branka przyjdzie, a oni nie ośmielą się rzucać hasła? Czy myśleli, że bez nich wybuch nie dojdzie do skutku? Czy nie mieli dosyć odwagi, aby powstanie, do którego rozpalili wyobraźnie, podniecili umysły, ale nie przygotowali – bo nie mogli – warunków, zatrzymać osobistym wystąpieniem? Brać za to zatrzymanie odium niepopularności? Dosyć, że wodzów nie było i tłum warszawski złorzeczył

nieobecnym wodzom, jak nieraz w Polsce złorzeczył tym wodzom, co swoje wojska opuścili. Ale na miejscu pierwszoplanowych figur w Komitecie Centralnym były drugoplanowe, a raczej trzecio- i czwarto-planowe. Był, jak czasem w Polsce bywa, zupełny brak ludzi. Sierżanci zamiast generałów. I ci wobec tego, że młodzież już poszła do lasu, że tłum złorzeczy „czerwonym”, że branka się powiodła, że kadry, na które liczono, będą nią przetrzebione, poszli, na powstanie. Postanowione zostało na noc z 22 na 23 stycznia. Młoda poetka, Maria Ilnicka, w braku lepszych, napisała odezwę do narodów „Polski, Litwy i Rusi”. Na prowincji polecono zaatakować załogi rosyjskie w kraju. Komitet Centralny po raz trzeci w swych dziejach zmienił miano. Nie był już „Miejskim”, nie był „Centralnym”, ale przybrał nazwę, która miała przejść do historii. Wystąpił jako „Tymczasowy Rząd Narodowy”. W – tej tymczasowości leżało piętno dorywczości i pospiechu, z jakim nastąpił ów dziejowy, brzemienny w skutkach aktxxvi”.

Znowu pozwoliliśmy sobie na długi cytat z omawianej pracy, jednak z generalną oceną zdarzeń 12-15 stycznia 1863 r. zaprezentowaną przez Pruszyńskiego zgadzają się nawet historycy tak życzliwi powstaniu, że aż zamieniający się w jego apologetów (z prof. Stefanem Kieniewiczem na czele). Chodzi przede wszystkim o techniczny sukces branki, który jednak – niestety – nie przekształcił się w zwycięstwo polityczne.

Zanim jednak wraz z Pruszyńskim zastanowimy się czemu tak się stało – dokończmy analogię ze Stanem Wojennym. Otóż – wyprzedzając nieco książkowe wypadki – wiemy przecież co było dalej: wojska rosyjskie zadowolone z faktu, iż znowu (a nawet bardziej jeszcze niż poprzednio) są potrzebne – pozwoliły na eskalację działań powstańczych. Wyglądało to więc nieco zbieżnie z taktyką stosowaną przez wewnętrzpartyjnych przeciwników generała Wojciecha Jaruzelskiego jeszcze w okresie 16 miesięcy „Solidarności” (np. przy kryzysie bydgoskim).

Zapewne jednak więcej podobieństw zauważylibyśmy (choć moglibyśmy już nie mieć ku temu okazji), gdyby pomimo wprowadzenia Stanu Wojennego opór „Solidarności” stężał, gdyby jej zwolennicy wyszli na ulice, jednocześnie utrzymując kluczowe zakłady pracy, liderzy być może próbowali faktycznie wystąpić z kuroniowym manifestem „rządu narodowego”, a aparat władzy nie podołał pacyfikacji nastrojów. W takiej sytuacji sprawy w swoje ręce wzięłaby armia – znowu nie polska. Gdyby ktoś na Kremlu wykazał się wystarczającym poczuciem humoru i wyczuciem historycznej prowokacji -zgadzać by się mogły zapewne nawet daty dzienne. Choćby po to, by tym mocniej podekscytować „Polacziszków” i móc bardziej delektować się „усмирением польского мятежа”. Nawet generał Jaruzelski w takiej sytuacji miał spore szanse znaleźć się w tym samym Dreźnie, co niegdyś Margrabia. Na przykład jako poseł pełnomocny Polski Ludowej pod czasową okupacją sowiecką.

Ostatni akt

Nie mając jeszcze doświadczeń drugiej połowy XX-wieku, Pruszyński trafnie opisywał te z lat 60-tych wieku XIX: „Nie ma ani jednego historyka tych czasów, który by nie przyświadczył, że powstanie było nader łatwe do zażegnania w pierwszym okresie wybuchu. Jedynym punktem spornym jest to, dlaczego w takim razie tak się nie stało. Niektórzy historycy są zdania, że spowodowała to niesłychana niezdatność wojskowych rosyjskich, inni – w tym szereg historyków sowieckich – przychyla się do tezy, że po prostu – nie chcieli. W każdym razie jedno możemy stwierdzić. Oto długotrwałość powstania wyszła niezmiernie na korzyść tych. co je tak powoli tłumili. Gdyby wybuch spalił na panewce, represje i nagrody nigdy nie mogłyby przybrać tak olbrzymiego charakteru, jak przyjęły w rok i w dwa lata później. Wybuch nie rozszerzyłby się na element, który niebawem miał być główną jego podstawą. Na masy „białych”. Ale też gdyby wybuch i tłumienie jego nie przybrało tych rozmiarów, nigdy by pomiędzy dwoma narodami nie wyrosła taka przepaść nienawiści i nieufności. To pewna, że każdy dzień teraz pogłębiał tę przepaść tak samo, jak na skutek interwencji dyplomatycznej francuskiej, potem angielskiej powstanie 1863 roku pogłębiło rozbrat pomiędzy Rosją a Francją, ułatwiło porozumienie Rosji i Prus. Wreszcie prąd podmył zarówno reformy, jak i osobę Wielopolskiegoxxvii”. Moglibyśmy raz jeszcze powtórzyć, że to właśnie przydarzyłoby się i generałowi Jaruzelskiemu, gdyby ten – w przeciwieństwie do Margrabiego – nie dysponował własnym, efektywnym aparatem przymusu.

Jak pamiętamy, po sukcesie Stanu Wojennego – władze PRL aż trzykrotnie pozwalały sobie na skorzystanie z luksusu amnestii wobec przeciwników politycznychxxviii Car – za naciskiem Margrafa i Wielkiego Księcia, sięgnął po takie narzędzie również w przekonaniu, że najgorsze już minęło, a rewolucja okazała się nieudaną. Dziwnie mało miejsca w polskiej literaturze przedmiotu poświęca się temu aktowi łaski. Łaski tym większej, że udzielanej przez monarchę pełnego dobrej woli, które to pozytywne nastawienie zostało bezmyślnie, pochopnie i bez dania racji odrzucone przez garstkę niemądrych dzieci ulegających cudzym podszeptom. Znowu – ciekawe, że tego typu gesty są łatwo zbywane wzruszeniem ramion i infantylnymi, apolitycznymi uwagami, w stylu „wielkie nam co, zaborca jeden, łachy nie robił!”. Powtórzmy raz jeszcze – to są objawy niedojrzałości, przekonania, że realia nie mają znaczenia, bo przecież prezenty się nam należą. Że niepodległość, wielkość, szczęście i dobrobyt Polski są dobrami uniwersalnymi, wspólnymi dla całego świata, który powinien o te wartości zabiegać i nam przynosić, my bowiem byliśmy i jesteśmy zbyt zajęci, by sami się o nie starać. Dziecinada ta i wtedy, i dziś wiąże się z najgorszymi dla Polski skutkami.

W 1863 r. kluczowy był fatalny wpływ Zachodu. „W połowie kwietnia przyszedł ostatni owoc współpracy Wielopolskiego i dyplomacji zachodniej. Car ogłosił amnestię. W ciągu miesiąca powstańcy mieli złożyć broń: z wyjątkiem byłych wojskowych rosyjskich nie ulegliby karze; reformy byłyby utrzymane – car zapowiedział nawet ich rozszerzenie. Ale amnestia przeszła w kraju bez echa. Opinia polska zaatakowała przede wszystkim szereg… niefortunnych stylistycznych zwrotów, w których uznała obrazę narodu. Dalej, któż miał właściwie odprowadzić powstanie do domu? Luźni, pojedynczy przywódcy pojedynczych oddziałów? Centralne kierownictwo było raczej symbolem. A wreszcie i z Francji, i z Austrii szły głosy podniety. Napoleon III nawiązał mętny kontakt z Hotelem Lambert; z Krakowa szły dyrektywy, by powstanie rozszerzyć jak najbardziej, bo „krew przelana oznaczy granice Polski”. „Jeszcze nieco wysiłków, a byt Polski, przynajmniej piętnastomilionowej, pewny” – szeptał inny agent widocznie zapominając, że Polska piętnastomilionowa – to jednak już nie są „granice z 1772 roku” Paweł Popiel, który teraz pospołu z „czerwonymi” szedł na powstanie, przywoził nawet z Paryża wiadomość o „dostępie do morza”. Ale najsilniejszym echem miało zapaść w lasy i w serca polskie jedno krótkie słówko rzucone – do powstańców rzekomo – przez Napoleona III: „Durez”. „Trwajcie”. Po wielu, wielu latach, kiedy historycy zainteresowali się tym słówkiem, okazało się, że nie bardzo wiadomo, komu właściwie powiedział je cesarz. Podobno… ambasadorowi austriackiemu. Ów poseł austriacki istotnie zasługiwał na zaufanie Polaków. Nazywał się Metternich.

W opustoszałym Pałacu Brühlowskim trwał dalej opuszczony Wielopolski. Kiedy dochodziły do niego pogłoski o rychłej i wspaniałej interwencji zachodniej, rąbał tylko jednym pytaniem: „A czy flota anglo-francuska już przybyła pod Częstochowę?” Ale wbrew zapowiedziom z austriackiego zaboru jakoś jej brakłoxxix”. I to już był prawie koniec.

Przyłączenie się „Białych” do powstania było tragedią znacznie większą, niż samo jego wywołanie przez „Czerwonych”, a przez tych samych „Białych” nie powstrzymane. To jest właśnie ten cios dla wszystkich współczesnych następców tych pseudo-konserwatystów – a może ich zdaniem powód do chwały? To nie rewolucjoniści, smarkacze, poeci i marzyciele zgubili wtedy Polskę. Ostateczny cios ojczyźnie zadali stateczni hreczkosieje, panowie Dobro-Wolscy, co ta zawsze mieli usta pełne sprawy narodowej. Zwłaszcza zaś ci z nich, którzy pracując dzięki Wielopolskiemu w administracji państwowej – zaczęli sabotować jej działania.

W czerwcu drzewo podcięte miało otrzymać ostatni cios. Nie był on większy od wielu innych, ale przeważył szalę. Oto 9 czerwca 1863 roku z Kasy Głównej Komisji Skarbu znikło trzy miliony sześćset dwa tysiące czterysta sześćdziesiąt jeden rubli: z kasy głównej ministra skarbu! W biały dzień! Niebawem okazało się, że po prostu zaufani kasjerzy przekazali tę kwotę kasom… Rządu Narodowego, który pokwitował z odbioru i pochwalił czyn. Mniejsze wydarzenia w tym rodzaju już się zdarzały, ale obecnego nie sposób było zataić lub zbagatelizować. Dowodził on jednego: że polska administracja Królestwa stworzona przez Wielopolskiego nie zasługuje na zaufanie. Już przedtem prasa rosyjska i biurokracja Petersburga powołała się na sabotaż spisu poborowych, na ucieczki urzędników do powstania, na „przekazywanie” pomniejszych kas i tym podobne wypadki. Już od lutego sugerowała zastąpienie pewnej części „niepewnych” urzędników Polaków „pewnymi” urzędnikami rosyjskimi… Wielopolski odrzucił to stanowczo – i wziął odpowiedzialność za stworzony przez siebie aparat. Teraz było oczywiste, że nie mógł jej brać więcej. Chyba uzasadniałby podszepty rosyjskie, że jest on istotnie „polskim Wallenrodem” skrycie sprzyjającym powstaniu. Wyciągnął konsekwencje. Podał się do dymisjixxx”. To już naprawdę był koniec. Sam pomysł rozkradzenia pieniędzy (służących przecież m.in. polskiej oświacie) z całą pewnością i samym złodziejom, i ich dzisiejszym fanom wydaje się szalenie patriotyczny i zabawny zarazem. Nie ma też nawet sensu prowadzić dyskusji na temat tak pewnie oczywisty dla dzisiejszych „rekonstruktorów historycznych” udających polityków, jak fakt, że nawet gdyby te pieniądze wydano na najnowocześniejsze kartaczownice Agera i Gatlinga – to przecież ostrzał z nich nie równoważył wagi odejścia Margrabiego i upadku jego systemu.

Cóż jednak, marsz powstańczy trwał dalej, tymczasem „Wielopolski opuścił Polskę 14 lipca i wyjazd jego wobec tego, że próby zamachów nie ustępowały, odbył się w ścisłej tajemnicy. Podróżni na stacji w Aleksandrowie nie mogli podobno pojąć dlaczego naraz dworzec obstawiono kordonem piechoty i żandarmów, dlaczego przy salonce pociągu idącego ku Otłoczynowi i granicy pruskiej stanęli zbrojni pruscy policjanci, czym uzasadnić zdenerwowanie oficerów, niepokój żołnierzy? Przy trzecim dzwonku – ostatnim sygnale odejścia pociągu – wszystko stało się jasne. W otoczeniu rodziny, w towarzystwie zaufanego człowieka Rządu Narodowego – także dla bezpieczeństwa – ukazała się dobrze znana, ciężka, rozlana tuszą w ostatnich chorych miesiącach postać Wielopolskiego. Poznano szerokie ramiona, silny kark i wielką głowę buldoga. Tłumem poszedł szept: „Margrabia”… I wtedy stało się coś, czego ani delegat powstańczy, ani rodzina Wielopolskiego, ani późniejsi historycy polscy nie mogli zrozumieć. Oto na widok znienawidzonego człowieka publiczność polska naraz poodkrywała głowy. Na małym dworcu w lipcowy ranek nastało przeraźliwe milczenie, słychać było tylko sapanie lokomotywy, brzęk ostróg żandarmskich i kroki, ostatnie kroki, jakie stawiał ten człowiek na ziemi polskiej, „Smutek, jakiś przygnębiający smutek, ogarnął obecnych” – pisze lewicowy historyk. – „Na widok człowieka wyzywanego od zdrajców, szkalowanego bezkarnie, ogłoszonego z rodziną za »wyjętego spod prawa «, uważanego za »narzędzie moskiewskie« – stano teraz nieruchomo na tym przygodnym peronie i z kapeluszami w ręku, ku zdumieniu żandarmów i żołnierzy rosyjskich, spoglądano w stronę oddalającego się pociągu, wśród oznak szacunku, jaki się jedynie monarchom okazywać zwykło”.

Być może, było to nagłe przeczucie, jak straszliwa klęska narodowa nastaje właśnie z upadkiem i odejściem tego człowieka. Pod jej brzemieniem istotnie marniały potem trzy pokolenia polskie, a nasze życie obecnie nosi wciąż jeszcze, nie wiedząc o tym, jego ślady. Być może, był to hołd oddany jedynej postaci owych czasów, w których później z Piłsudskim mieliśmy się w pierwszym rzędzie doszukiwać wielkości. Czy Wielopolski dostrzegł ową zmianę i czy też się zdziwił? Tego historyk nie zapisał. Ale ci, co znają Wielopolskiego, wiedzą, że jemu jednemu nie było to dziwne i jemu jednemu było to teraz bezgranicznie, ogromnie obojętne. Wielopolski wiedział, że Polska daje władzę, uznanie, szacunek, miłość za życia tylko mydłkom, bufonom, warchołom, zajazdowiczom i silnogębskim, tym, co kadzą, cmokają i broń Boże, nie tykają narodowych ran, i że wielkość doczekuje się u nas wspaniałego uznania – po śmierci. I Wielopolski wiedział, że okruch tego uznania, tego szacunku, tego zaufania, jakim zaczęto go darzyć już niebawem, ale poniewczasie, z jakim jego nazwisko utrwalił Aleksander Świętochowski, Józef Piłsudski,Feliński, Spasowicz, Prus, Sempołowska, Grabski, Dmowski, byłby jeszcze parę miesięcy temu odwrócił bieg cały narodowych spraw. A teraz te głowy Odkryte na przygodnym dworcu w Królestwie, te słowa uznania, co przyjść miały od najświatlejszych i najdalszych, były już tylko tym, czym jest bujne majowe kwiecie, rzucone całą duszącą masą na trumnę człowieka, którego udziałem jedynym były dotąd: błoto, kamienie i cierniexxxi”.

Pruszyński zakończył swoją książkę wizją niemal anty-westernową (wszak mówimy o latach wojny secesyjnej…) i odejściem bohatera w mrok (bo nawet zachód słońca byłby zbyt optymistyczny). Margrabiemu bardziej chyba nawet od porażki politycznej (do której podszedł równie pragmatycznie, jak do wcześniejszych sukcesów) doskwierał stan zdrowia. Przez pewien jeszcze czas elementy systemu Wielopolskiego starali się chronić jego współpracownicy z Aleksandrem Ostrowskim, sekretarzem Rady Stanu Juliuszem Enochem i młodym hrabią Zygmuntem, prezydentem Warszawy. Nie minie zaś dekada po powstaniowej klęsce Polski, jak zostanie sformułowany racjonalny i odpowiadający wyzwaniom czasów nowy program konserwatywny, autorstwa Kazimierza Krzywickiegoxxxii – co już jednak jest tematem na następną opowieść.

Zanim jednak okazało się, że sam Margrabia odszedł na dobre (tj. na złe dla Polski) – konieczność znalezienia w końcu jakiegoś modus operandi między Polską a Rosją zaczęła wreszcie wydawać się oczywistością także dla obserwatorów sceptycznych dotąd wobec linii Wielopolskiego. Jeszcze jesienią 1863 r. Bronisław Trentowski napisał coś, co można uznać nie tylko za motto, ale i za niespełnione wciąż przesłanie i „proroctwo”. To samo, o które chodziło i Ksaweremu Pruszyńskiemu, gdy pisał swoją książkę: „W końcu Polacy sami, chcąc się ratować, pogodzą się może z Moskwą i obrócą przeciwko społeczeństwom zachodnim. System Wielopolskiego może zatriumfowaćxxxiii. I oby tak się stało.

Konrad Rękas

iKsawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, Warszawa 1957 r.

iiop. cit., str. 11-12

iiiop. cit., str. 12

ivop. cit, str. 12

vop. cit. str. 34-35

viop. cit. str. 36

viiop. cit. str. 39-41

viiiop. cit. str. 41

ixop. cit., str. 44

xop. cit., str. 44-45

xiop. cit. str. 45

xiiop. cit., str. 48

xiiiop. cit. str. 50

xivop. cit., str. 52

xvop. cit. str. 52-53

xviop. cit., str. 54-55

xvii op. cit., str. 56-57

xviii op. cit. str. 57

xixPo latach tak o tym pisał Paweł Popiel: „Telegramy o tej lub owej nocie Napoleona, hr. Rechberga lub lorda Russela miały wówczas stokroć większe znaczenie dla najpoważniejszych nawet ludzi, jak zaprowadzenie w Królestwie Polskim polskiej administracji, jak zaprowadzenie polskiego systemu wychowania, jak uregulowanie stosunków włościańskich, jak rada stanu i rady powiatowe. Najpoważniejsi ludzie wyrzucali to wszystko przez okno, nie mając innej gwarancji uzyskania czegoś więcej od tzw. Europy jak nic nie znaczące półsłówka Napoleona III i ministra Walewskiego. Po kilkunastu miesiącach tej dyplomatycznej komedii każdy z zainteresowanych otrzymał nareszcie czego oczekiwał po polskim powstaniu. Bismarck rozbił nim zbliżenie się Francji do Rosji i zapewnił sobie długoletni sojusz z tą ostatnią potrzebny Prusom do zgnębienia Austrii i Francji i do zjednoczenia Niemiec. Austria powaliła nim Wielopolskiego, wykopała nową przepaść między Polakami a Rosją i odosobniła Napoleona III, którego ambitnych i nieobliczalnych planów bała się ze względu na kwestię rzymską i wenecką. Mazzini mógł tryumfować patrząc na rozbicie przymierza francusko- rosyjskiego, w odosobnieniu bowiem Napoleona III upatrywał jedyny środek do dojścia Włoch do Rzymu i Wenecji. Anglia nareszcie z radością spoglądała na wzmożenie się potęgi Prus, na zbliżenie się chwili zjednoczenia Włoch i Niemiec i na mata, którego dała Francji. Tak więc ku ogólnemu zadowolnieniu wszystkich zainteresowanych, osiągnąwszy zamierzone cele, ogłosiła dyplomacja europejska, że kwestia polska przestała już raz na zawsze dla niej istnieć”. Paweł Popiel „Pisma, Kraków 1893 r., za: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” nr 20 (1994)

xxW owych czasach przedstawiciel Francji w Petersburgu Montabello oraz Napoleon III wiążą wiele nadziei z Wielopolskim. Od traktatu paryskiego w 1856 roku Francja zabiega o przyjaźń z Rosją, która jest jej gwałtownie potrzebna przeciw Anglii, przeciw Austrii. Pogodzenie Rosji z Polakami powitane byłoby wtedy we Francji z podwójną radością. Raz – że Francja ma silne propolskie tradycje, dwa – że zdaniem Francuzów pogodzenie takie wybitnie wzmacniałoby Rosję. (…) O ile Francuzi popierają Wielopolskiego w jego programie, o tyle Bismarck patrzy na niego z nienawiścią”. Stanisław Mackiewicz, „Był bal”, Warszawa 1961, str. 209-210

xxiKsawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, Warszawa 1957 r., str. 59-60

xxiiPor. choćby: „Za i Przeciw” nr 4/1342 23 stycznia 1983 r., dyskusja redakcyjna „Bić się czy nie bić?” z udziałem Aleksandra Bocheńskiego, Wojciecha Kętrzyńskiego, Jana Chmielewskiego i Józefa Klisia; „Ład” Nr 12 (43) 27 VI 1982 r., Witold Olszewski „Polskie myślenie”; „Tygodnik Polski” Nr 5/12 1983 r. dwugłos: „Starszy pan z Chrobrza” – E.M. (Edmund Moszyński), „Szorstki i odpychający” – W.K (Wojciech Kętrzyński); „Polityka Polska” nr 7/85, „Stefana Kisielewskiego traktat o metodzie”, Mikołaj Sawulak (Henryk Krzeczkowski).

xxiiiLech Mażewski, „Powstańczy Szantaż”, Warszawa 2004 r.

xxivJacek Kuroń pisał np. o ostatnich godzinach przed wprowadzeniem Stanu Wojennego: „Przez całą sobotę, 12 grudnia, w czasie gdy na sali trwała dyskusja, dochodziły do nas coraz bardziej alarmujące wieści. Myślę i dzisiaj, że musieliśmy robić wtedy to, co robiliśmy. Nie wolno nam było wyjść im naprzeciw, zwłaszcza, że my pieszo, oni już w czołgach” – w: „Gwiezdny czas”, Londyn 1991 r., str. 250. Z kolei bliski Kuroniowi Andrzej Gwiazda tak opisywał ostatnie spazmy Związku: „Chyba dwa i pół miesiąca przed wprowadzeniem stanu wojennego nie zwoływano Krajówki. Ważyły się losy związku i nie zwoływano Krajówki w obawie, że postanowi coś ostrego. Zebrała się wtedy, gdy w zasadzie nic już nie można było zrobić, na większe akcje strajkowe zimą jest czas niedobry. A niewątpliwie jest satyryczne, to że ostatnia uchwała Krajówki dotyczyła siatki płac pracowników związku. Różne sprawy były zgłaszane. Seweryn Jaworski zgłosił propozycję, żeby uchwalić zwolnienie z odpowiedzialności wszystkich członków rządu, prominentów itp.; za to co, co zrobili. Krajówka ogłasza abolicję. Antoś Kopaczewski był za tym, aby brać tę władzę, skoro leży na ulicy, nie ma się nad czym zastanawiać. Kuroń z Modzelewskim robili rząd ocalenia narodowego, Wałęsa pytał: „czegoście się objedli?”, ja rozdawałem instrukcję na wypadek wprowadzenia stanu wyjątkowego” – w: „Gwiazda, miałeś rację”, Gdynia 1990 r., str. 18. Tę samą sytuację na gorąco opisywał też przedstawiciel „Białych”, mec. Władysław Siła-Nowicki: „Po zakończeniu dwudniowych obrad KK, które wypadły jak najbardziej nie po naszej myśli, a p. Lech zaproponował nawet sali, aby wezwać pogotowie, bo podejrzewa masowe zatrucie podczas obiadu (…) Niestety na dodatek KK oszalała doszczętnie, a Karol Modzelewski był wielkim reżyserem zbiorowego amoku. Działaliśmy dużo i prawie zupełnie samotni z Janem [Olszewskim] – niestety na próżno” z listu do Agnieszki i Jakuba Dąbrowskich z 15 grudnia 1981 r., w: Władysław Siła-Nowicki, „Wspomnienia i dokumenty”, Wrocław 2002 r., str. 258

xxv Ksawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, Warszawa 1957 r., str. 63

xxvi op. cit., str. 64 – 67

xxvii op. cit., str. 69

xxviii 21 lipca 1983 r., 21 lipca 1984 r. i 17 lipca 1986 r. (ustawa o szczególnym postępowaniu wobec sprawców niektórych przestępstw). Skorzystało z nich (choć niektóre nazwiska się powtarzały) łącznie ok. 3.500 osób.

xxix Ksawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, Warszawa 1957 r., str. 70

xxx op. cit., str. 71

xxxi op. cit., str. 72 – 73

xxxii „Polska i Rossyja w 1872 r. Przez b. członka Rady Stanu Królestwa Polskiego”. Dresden 1872 r.

xxxiiiZa „Listy Bronisława Trentowskiego (1836-1865), wyd. S. Pigoń, Kraków 1937 r., str. 492, cyt. w: Andrzej Szwarc „Od Wielopolskiego do Stronnictwa Polityki Realnej”, Warszawa 1996 r., str, 33

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Branka na durniów. Notatki na marginesie „Margrabiego Wielopolskiego” Ksawerego Pruszyńskiego”

  1. „Przyłączenie się „Białych” do powstania było tragedią znacznie większą, niż samo jego wywołanie przez „Czerwonych”, a przez tych samych „Białych” nie powstrzymane. To jest właśnie ten cios dla wszystkich współczesnych następców tych pseudo-konserwatystów – a może ich zdaniem powód do chwały? To nie rewolucjoniści, smarkacze, poeci i marzyciele zgubili wtedy Polskę. Ostateczny cios ojczyźnie zadali stateczni hreczkosieje, panowie Dobro-Wolscy, co ta zawsze mieli usta pełne sprawy narodowej. Zwłaszcza zaś ci z nich, którzy pracując dzięki Wielopolskiemu w administracji państwowej – zaczęli sabotować jej działania.” Czytając te słowa, od razu przyszło mi do głowy, jak zachowywali się niektórzy „prawicowcy” po 10 IV MMX.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.