Braun: Od NOP do Giedroycia

Michał Kamiński jest postacią, która wzbudza bardzo skrajne emocje. Niewątpliwie jest człowiekiem bystrym i inteligentnym, ale jest w nim coś, co budzi niesmak. Ten pupil mediów, pijarowiec, bywalec TVN-owskich salonów, namiętny podróżnik, wielbiciel jedzenia, sybaryta podkreślający na każdym kroku swój filosemityzm – był za młodu członkiem Narodowego Odrodzenia Polski (NOP), pisywał artykuły przeciwko Żydom, masonom i Niemcom, był przeciwko wejściu Polski do UE i NATO (także na łamach „Myśli Polskiej”), piętnował warszawski salon itp.

Dzisiaj pieje na cześć Jerzego Giedroycia i „Gazety Wyborczej”. Jego droga polityczna jest – niestety – dosyć charakterystyczna: kto za młodu popada w skrajność i dogmatyzm (w tym przypadku narodowy) – często ląduje po latach na drugim biegunie. W zetknięciu ze światem realnym ludzie tacy szybko się załamują, bo wizja świata, jaką wyznawali nijak nie pasuje do reguł jakie rządzą obecnie. Mając więc do wyboru – wegetację w sekcie i na marginesie lub wielki świat i high life – z reguły wybierają to drugie. Przypadek Kamińskiego ilustruje przekleństwo współczesnego ruchu narodowego – młodzi ludzie wpadają w pułapkę powierzchowności i radykalizmu, nie zgłębiając historii obozu narodowego, skupiają się na hasłach z lat 30., które są obecnie nie do zastosowania, nie interesuje ich w ogóle nurt główny, który można by nazwać tradycją Narodowej Demokracji. Kiedy dostrzegają, że wybrana przez nich droga, to droga donikąd, albo jeszcze bardziej się radykalizują, albo „pękają”, odrzucając z obrzydzeniem to, w co kiedyś tak mocno wierzyli.

Michał Kamiński w opublikowanym właśnie wywiadzie-rzece mówi o tej ewolucji niemal z triumfem. Błądziłem, ale się „nawróciłem”. Na każdym kroku podkreśla, jak bardzo lubi Żydów, Izrael, i jak kocha Jerzego Giedroycia. Przyznam, że te fragmenty książki budzą uczucie niesmaku, jak zawsze, kiedy mamy do czynienia z syndromem neofity. Gdyby Kamiński za młodu, zamiast popadać w nopowski radykalizm – ukształtował się jako człowiek prawdziwego obozu narodowego – nie wpadłby w skrajność drugiego rodzaju. Do tego dochodzi w jego przypadku swego rodzaju cynizm, inteligentny, ale aż nazbyt widoczny. Zacytujmy, co sam mówi na temat swojej „ewolucji”:

„Zdałem sobie sprawę z niebezpieczeństw wynikających z szowinizmu i nacjonalizmu. Dziś myślę, że takie myślenie degeneruje. To pewnie też wynika z mojego dojrzalszego chrześcijaństwa i doświadczeń życiowych. Najbardziej zmieniłem jednak poglądy geopolityczne. Na początku mojej drogi politycznej one były dogmatycznie endeckie. Byłem wyznawcą Romana Dmowskiego, jeśli chodzi o geopolityczne usadowienie Polski. Wiązało się to z prorosyjskością, nieuznawaniem suwerenności narodów pomiędzy Polską a Rosją, wrogością wobec Niemiec. Po latach zrozumiałem, że to jednak Józef Piłsudski miał rację. Może nie jeśli chodzi o sojusz z państwami centralnymi, ale w tym sensie, że w interesie Polski jest samostanowienie narodów na Wschodzie i pozytywne stosunki pomiędzy Polską a tymi narodami. Później tę ideę bardzo rozwinął Jerzy Giedroyc. Tutaj mój ukłon w stronę „Gazety Wyborczej”.

Ten wywód jest jaskrawym przejawem koniunkturalizmu, po drugie zaś nie jest zgodny z prawdą. Dmowski na początku wieku XX oczywiście miał rację nie widząc możliwości powstania między Polską a Rosją niezależnych państw „buforowych”. Życie dowiodło tego aż nadto. Zupełnie innym zagadnieniem jest teraźniejsze funkcjonowanie takich państw jak Litwa, Ukraina czy Białoruś. Powstały one w wyniku rozpadu ZSRR, nawet z woli jego elit politycznych. Nikt rozsądny nie kwestionuje więc faktu ich istnienia. Dmowski nie ma tu nic do rzeczy. Natomiast to co jest w myśli Dmowskiego aktualne nadal, to postrzeganie Rosji jako państwa na Wschodzie najważniejszego. Tymczasem Kamiński staje w szeregach obozu, który powołując się na Giedroycia (akurat w tej sprawie miał on zupełnie inne zdanie niż nam to się obecnie sufluje), w rzeczywistość próbuje realizować projekt polityczny bynajmniej nie rodzimy, lecz projekt amerykańskich neokonserwatystów, popychających nas usilnie do wykonywania działań tyleż beznadziejnych, co niebezpiecznych.

Nic więc dziwnego, że Kamiński pieje na cześć Lecha Kaczyńskiego, który tę politykę nieudolnie próbował prowadzić. Na pytanie Andrzeja Morozowskiego, jakim prezydentem był Kaczyński, odpowiada: – Wielkim. Ma też odpowiedź, dlaczego nikt tego nie dostrzegał: „Bo jego przekleństwem był brat. Prezydent zbyt wiele podporządkowywał interesom brata. I zapłacił wielką cenę za jego publiczną aktywność. Stawiam taką tezę: jedynym realnym problemem tej prezydentury był Jarosław Kaczyński”. „Wielki” Lech i złowieszczy Jarosław – taka jest diagnoza Kamińskiego. Wydaje mi się, że pojęcie „wielki” tu zupełnie nie pasuje, gdyż Lech nie miał pojęcia o polityce i na każdym kroku kompromitował nie tylko siebie, ale i Polskę. Kamiński podnosi do rangi „wielkich zasług” groteskową wyprawę Kaczyńskiego „na odsiecz” Saakaszwilemu, wmawiając nam jaki podziw wzbudziła na świecie. Owszem, „neokony” z USA były zachwycone, ale reszta świata śmiała się w kułak.

Przypomnę w tym miejscu opinię byłego ministra spraw zagranicznych Łotwy, wygłoszoną tuż po śmierci Lecha Kaczyńskiego pod Smoleńskiem. Jest ona brutalna, ale ilustruje co myśleli nasi niby najwięksi sojusznicy:

„Kaczyński był niepopularnym politykiem u siebie w kraju i za granicą. Nie miał dobrych perspektyw przed jesiennymi wyborami. Pracował wczorajszymi metodami, wieszał na szyi swego kraju jarzmo historii. Oczywiście, szkoda go, ale z drugiej strony, teraz wszyscy odetchną z ulgą. Bywaliśmy sojusznikami. Ale Kaczyński był zbyt kontrowersyjną osobą. Przeszkadzał. I Polakom, i Rosjanom, i Niemcom. Wszystkim”.

Kamiński jest w tej chwili poza PiS, jest w Parlamencie Europejskim. Nie wierzy w zamach na Kaczyńskiego, uważa, że Jarosław swoim smoleńskim radykalizmem dobija PiS. Ma w tej kwestii bez wątpienia rację. Nie waha się też przed bardzo surowymi ocenami niektórych polityków PiS. Np. o Adamie Hoffmanie mówi: „To wyjątkowo ponura postać. Jego pozycja w partii, a zwłaszcza jego wpływ na Adama Lipińskiego jest zdumiewający. Jarosław długo był wobec niego sceptyczny. Nie lubił go, uważał za niepoważnego. A ten ciężką pracą i robieniem kolegów w bambuko wypracował sobie pozycję. Pamiętam, że podczas kryzysu wokół traktatu lizbońskiego to Hofman razem z młodym Mariuszem Kamińskim z Białegostoku dość poważnie rozmawiali ze mną na temat budowy nowej partii. Wtedy byłem temu przeciwny. Po katastrofie smoleńskiej Hofman spiskował z Poncyljuszem. Niektórzy twierdzą, że robił to po to, żeby się wkupić w łaski prezesa, składając donos na spiskowców. Wiem to z tylu wiarygodnych źródeł, że nie ma powodów, żeby w to nie wierzyć”.

Jeszcze ostrzej mówi o Zbigniewie Ziobrze: „Całkowicie przypadkowa, wielka kariera polityczna. Myślę, że taki szybki awans przewrócił mu w głowie. Poznałem go u progu jego kariery, był wtedy lepszym człowiekiem niż jest teraz. Lepiej by było dla niego, gdyby wolniej wspinał się po szczeblach kariery politycznej i gdyby sam nie uwierzył w to, że jest chodzącą ikoną PiS. Dziś stanął na czele projektu politycznego, który się nie uda. Ponieważ Ziobro ma wszystkie wady Jarosława Kaczyńskiego, ale nie ma jego zalet. On kompletnie nie ma charyzmy. Jego charyzma była sztuczna. On świecił światłem odbitym od Lecha i Jarosława. Ma bardzo wysokie mniemanie o sobie. Wydaje się, że wierzy, iż będzie kiedyś królem Polski. Strasznie się boję ludzi, którzy w polityce są zdolni do wszystkiego. Mam wrażenie, że on do nich należy, że nie ma takich rzeczy, których on by nie zrobił dla swoich celów politycznych. Nawet Jarosław taki nie jest. U Jarosława te granice gdzieś jednak są, a Ziobro ich nie ma”.

Za to Antoniego Macierewicza usprawiedliwia: „Często mam wrażenie, że Antoni Macierewicz pobiega sobie po Sejmie, poopowiada niestworzone historie, później wraca do domu, odpala telewizor, otwiera sobie piwko i ma niezły ubaw, widząc, że ci wszyscy frajerzy w to wierzą. To jest zbyt inteligentny facet, żeby sam wierzył w te wszystkie brednie, które opowiada. Czasem wydaje mi się, że on po prostu to sobie starannie zaplanował, taką swoją rolę w polityce, bo jest elektorat, który takiego wymyślonego przez niego polityka potrzebuje. Ma niezwykle dobre mniemanie o sobie. Nie zdziwiłbym się, gdyby pod koniec życia, oby jak najdłuższego, napisał wspomnienia pod roboczym tytułem: „Robiłem was w bambuko trzydzieści lat, a wy w to wierzyliście”. W to akurat wątpię, ale może nie mam racji.

Jaka jest przyszłość polityczna Kamińskiego? Trudno powiedzieć. W tej chwili jedyną jego szansą jest start z list PO, bo chyba na powstanie jakiejś innej „partii centrum” nie ma szans. Póki co „Misiek” jest sąsiadem Romana Giertycha, z którym kręci się wokół Radosława Sikorskiego, i którego też chwali za „ewolucję”, polegającą m.in. na tropieniu antysemityzmu w sieci. Może to i ciekawe, jaki będzie polityczny los „Miśka”, ale z punktu widzenia tego, co można nazwać obozem narodowym, czy szerzej – tradycji Narodowej Demokracji – nie będzie to miało większego znaczenia. Michał Kamiński to jest już zupełnie inna bajka.

Magda Braun

„Koniec PiS-u – z Michałem Kamińskim rozmawia Andrzej Morozowski”, Wyd. Czerwone i czarne, Warszawa 2012, ss. 245.

http://sol.myslpolska.pl/
aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.