Ciąg dalszy dyskusji o Ruchu Autonomii Śląska

Pan Mariusz Matuszewski w obszernym tekście ustosunkował się do mojej odpowiedzi na swoje wcześniejsze tezy. Korzystając z gościnności portalu konserwatyzm.pl pozwalam sobie na jeszcze jedną replikę. By utrzymać ją w ramach intelektualnej dyscypliny, postaram się nie odnosić do cytowanych przez mego adwersarza tekstów o charakterze publicystycznym. Takie intertekstualne zabawy nie sprzyjają dotarciu do sedna problemu, prowadząc na manowce śladami często niekompetentnych interpretatorów zjawisk.
W trosce o czytelność, swoją odpowiedź ujmę w punkty.

1) Cele RAŚ
Podtrzymuję swoją tezę o błędnym definiowaniu celów stowarzyszenia przez pana Matuszewskiego. W swej odpowiedzi wychodzi on tym razem, słusznie, od analizy statutu RAŚ. Dokonuje jej jednak w sposób dość dowolny. Autonomia Śląska i innych regionów w hierarchii celów Ruchu zajmuje miejsce absolutnie priorytetowe, o czym świadczy poświęcenie im odrębnego paragrafu (§ 5), a także umieszczenie na pierwszym miejscu pośród celów statutowych (§ 12). Nigdzie nie pada pojęcie „narodowość”. Z § 14 wynika, że członkiem Ruchu może zostać osoba nie deklarująca się jako Ślązak.
Subiektywne odczucie pana Mariusza Matuszewskiego, który w formułowaniu jednych postulatów widzi zaciekłość, a w przypadku innych nie, trudno traktować jako argument w dyskusji.

2) Język
Mariusz Matuszewski wpadł w pułapkę własnych prób definicyjnych. Od śląskiego domagał się możliwości opisu całokształtu zjawisk, z fizyką jądrową włącznie. Na moją uwagę, że ani po walijsku, ani po kaszubsku, ani też po piemoncku (i w wielu innych uznanych językach) prace na temat fizyki jądrowej się nie ukazują, odpowiedział długim (choć mocno niekompletnym) wywodem o historii wspomnianych języków. Czyli nie na temat.
Nie czas i miejsce, by przestawiać całe spektrum stanowisk w kwestii definicji języka. Poprzestanę na konstatacji, że tezy wygłaszane ex cathedra, „pozbawione urody koniunktiwu”, z nauką niewiele mają wspólnego. Są wyrazem stanowiska politycznego, do którego każdy ma prawo.

3) Narodowość, naród

Mimo swych zapewnień autor pojęć naród i narodowość nie rozróżnia. Pisze bowiem, że „określenie narodowości musi wynikać z poczucia przynależności do danego narodu”. A niby dlaczego musi? Wśród socjologów nie ma co do tego zgody. Część, i to niemała, postrzega narodowości jako wspólnoty odmienne od narodów, różniące się np. brakiem aspiracji państwowotwórczych. Rozróżnienie wprowadzane bywa także na poziomie prawnym. W Królestwie Hiszpanii za naród uznawany jest ogół obywateli, natomiast Katalończycy czy Baskowie korzystają ze statusu narodowości.
Pan Mariusz Matuszewski usiłuje dowieść swej tezy o nieistnieniu narodowości śląskiej w oparciu o mało dziś popularną w świecie nauki definicję. Ma do tego prawo. Jednak w jej zastosowaniu dokonuje ryzykownych interpretacji. Choćby snując rozważania na temat terytorium, które narodowość śląska mogłaby uznawać za swój punkt odniesienia i sugerując, że przeszkodą jest podział Śląska państwową (polsko-czeską) granicą. Czyżby przed rokiem 1918 nie istniał naród (w tym przypadku naród, nie narodowość) polski? Wszak ci, którzy uznawali za swą ojczyznę Polskę, odwoływali się do terytorium o bliżej niesprecyzowanym kształcie i podzielonego państwowymi granicami.
4) Autonomia
Autor twierdzi, że w projektach aktów prawnych proponowanych przez RAŚ nie ma istotnych informacji np. o trybie przyznawania autonomii regionom czy o granicach tychże regionów. Nic bardziej błędnego. Stosowna procedura opisana została w artykułach 236 i 237 projektu konstytucji RP (http://autonomia.pl/n/konstytucja). Z niej, a także z istniejących przepisów polskiego prawa dotyczących zmian granic jednostek administracyjnych, wynika także odpowiedź na pytanie o możliwy terytorialny kształt wspólnot autonomicznych. Zdanie z projektu statutu organicznego, które pan Matuszewski uznał za niesatysfakcjonujące, wzorowane jest na przepisie statutu Kraju Basków, a więc funkcjonującej od wielu lat wspólnoty.
Opinia autora, jakoby wszystko, o czym mówi projekt statutu, regulowane było obecnie na szczeblu gmin, powiatów i województw, świadczy o głębokim niezrozumieniu istoty autonomii. Przypomnę, że w RP to instytucje centralne korzystają z monopolu w dziedzinie ustawodawstwa. Autonomia oznacza rozbicie owego monopolu i przeniesienie do regionów możliwości stanowienia własnych reguł w dziedzinach wyłączonych z kompetencji władz centralnych. Dziś takiego wyłączenia nie ma.
Na zakończenie pragnę zaapelować o większą dyscyplinę i rzetelność w dyskusji. Tej momentami niestety zabrakło. Wskażę tylko na dwa przykłady. Pierwszy to ustosunkowanie się do mego zarzutu o opieraniu swych tez dotyczących dawnych śląskich organizacji niepodległościowych wyłącznie na literaturze wydanej w PRL, a więc państwie, w którym swobodna wymiana myśli była znacząco utrudniana m.in. przez instytucję cenzury. Wskazanie przeze mnie cennej pozycji wydanej w RFN, gdzie podobne ograniczenia nie istniały, spotkało się z ripostą: „A więc domyślam się, że literatura niemiecka była obiektywna i oczywiście przyznałaby istnienie zakulisowych akcji germanizacyjnych na Śląsku oraz stosowania politycznego argumentu o odrębności śląska jako narzędzia mającego oderwać te ziemie od polskości i bardziej zespolić je z Prusami, gdyby takowe istniały – a zatem skoro Niemcy o tym nie piszą, to rzecz nie miała miejsca?”. Pan Matuszewski, nie znając publikacji, rozgrzesza się z tej niewiedzy, odwołując się do założenia, że Niemiec nie może być obiektywny. Proszę wybaczyć, ale w akademickim dyskursie takie uprzedzenie jest dyskwalifikujące. W dalszej części swej wypowiedzi autor myli przynależność państwową (tej dotyczyło pytanie w plebiscycie 1921 roku) z narodowością, co stanowi błąd największego kalibru.
Drugi przykład nierzetelności wiąże się z moją wypowiedzią z roku 1998. W pierwszym tekście pana Matuszewskiego dotyczyła ona jeszcze ogółu Ślązaków, w ostatnim natomiast stała się nagle oceną poziomu wykształcenia zwolenników RAŚ. Chcę wierzyć, że to jedynie lapsus.
Przejrzystości polemiki z pewnością służyłoby jasne definiowanie pojęć i skupienie się na źródłach, produkowanych przez sam RAŚ, nie zaś na komentarzach adwersarzy Ruchu czy anonimowych użytkowników internetu. Kończąc tą uwagą pozostaję z wyrazami szacunku.

Jerzy Gorzelik

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Ciąg dalszy dyskusji o Ruchu Autonomii Śląska”

  1. Cela riposta. Od siebie dodam, że pan Matuszewski pogrążył się jeszcze bardziej w swoim tekście pisząc: „Pisany język śląski po prostu nie istniał. Mieszkający na Śląsku Niemcy nie używali gwary w ogóle – po prostu mówili po niemiecku.” Proponuję panu Matuszewskiemu bez najmniejszych uprzedzeń wizytę w Muzeum Śląskim w Görlitz (uwaga: to miasto to też Śląsk!!!), gdzie wystawy są po polsku i niemiecku i znakomicie udokumentowane gwary śląskie zarówno niemieckie, jak i słowiańskie. Np. miasto Wrocław (stolica Śląska) miało swój dialekt Brassel, Kłodzko (glätzisch), a także miasta Górnego Śląska np. Bytom także niemiecką wersję dialektu śląskiego (Oberschlesisch). Są próbki brzmieniowe, aby posłuchać jak np. mówili mieszkańcy przedwojennej Zielonej Góry (to też Śląsk!), a także różne słowiańskie dialekty, spośród których część przetrwała żywotnie do dziś. Niemieckie dialekty z racji dość dużego rozproszenia w naturalny sposób ulegają wymarciu. Mało tego w tym muzeum są także bardzo dobrze i obiektywnie opisane przesiedlenia z jednej i drugiej strony, plebiscyty, rozwój przemysłu itd. Nawet na wikipedii można się z tym częściowo zapoznać. Warto się tam (do Görlitz) wybrać, bo na razie pan Matuszewski zaprezentował głęboki PRL w swoich tekstach. Po wizycie w muzeum można zakosztować w okolicznych knajpkach „śląskiego nieba”

  2. @ foxmann: Manipuluje Pan. Glätzisch to owszem, dialekt mówiony ongiś na terenie śląska, jednak nie gwara śląska jako forma języka polskiego, tylko dialekt języka niemieckiego. Mowa polskich mieszkańców Śląska była nazywana przez Niemców, nieco pogardliwie, Wasserpolnisch. Nie było czegoś takiego jak „niemiecka wersja dialektu śląskiego”, tylko na odwrót – śląski dialekt języka niemieckiego. Pan próbuje tutaj przedstawić 'śląskość’ jako wspólne źródło niemieckich i polskich dialektów mówionych na tych ziemiach, podczas gdy są one zakorzenione w dwóch różnych językach, i jako takie powinny być traktowane. To jest zresztą kolejny argument za tym, że nie było czegoś takiego jak 'język śląski’. Były jedynie lokalne dialekty niemieckiego i polskiego. Zapędził się też Pan z rozszerzaniem Śląska o Zgorzelec. Nie był ani częścią Księstw Śląskich za Kazimierza Wielkiego, ani częścią Herzogtum Schlesien w Cesarstwie, dopiero pod panowaniem Prus, czyli bardzo późno, został włączony do Provinz Schlesien. Pokazuje to zresztą, jakim kluczem się Pan kieruje.

  3. ElDesmadre: Czepia się pan/pani słówek. Owszem śląski niemiecki to dialekty bardziej podobne do obecnych saksońskich i innych obecnie w użyciu wschodnioniemieckich. I są to dialekty j. niemieckiego. Nikt przecież tego nie kwestionuje. Wasserpolnisch to niekoniecznie określenie pogardliwe. Po prostu przed wojną Niemcy tak określali swoich współziomków polskiego, względnie słowiańskobrzmiącego śląskiego. Niczego nie próbuje przedstawiać, próbuję tylko odkręcić PRLowski beton pt. „Śląsk = tylko obszar wschodniej części G. Śląska”, „Śląsk zawsze i odwiecznie polski, albo z drugiej strony barykady niemiecki”. Przejawia się to właśnie w takich stwierdzeniach typu” „Niemcy mówili na Śląsku po prostu po niemiecku, nie używając swojej gwary” Próbka brzmieniowa niemieckiego śląskiego dialektu: http://www.youtube.com/watch?v=UDQuBHNN-mI. Pana/Pani zdaniem, które granice administracyjne są właściwe dla Śląska? Czym powinniśmy się kierować. To prawda, że zachodnie kresy Śląska leżą w Niemczech po drugiej stronie Nysy Łużyckiej, ale gdyby się przejść po Untermarkt w Görlitz to wszędzie epatują epitety Schlesisch, wzlędnie Niederschlesisch. Skoro ludzie tak się tam dobrowolnie identyfikują (i to po wielu latach DDRów, gdzie pojęcie Schlesien było absolutnym zakazem) to chyba o czymś to świadczy. m.in. o tym, że kultura łużycka i śląska doskonale się uzupełniają. Kieruję się kryterium historycznym i etnograficznym. Czy określenie śląskie miasto – Częstochowa, Sosonowiec, albo Żywiec jest normalne? Czy szanowni mieszkańcy chcą być Ślązakami? Od kiedy do Nowej Marchii, albo ziemi lubuskiej należy Zielona Góra? To musi zostać po prostu skorygowane, więc proponuję albo doprecyzować o co chodzi, albo coś od siebie innego niż krytykanctwo zaproponować

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.