Czarne kruki

Ich” reżyser?

Już po premierze „Ogniem i Mieczem” Jerzy Hoffman fetowany był bardziej przez krytykę ukraińską niż polską („najpiękniej w historii przedstawione wojsko zaporoskie!” – emocjonowała się kijowska prasa). Tam również doceniono „równoważenie racji stron” przez reżysera aż do symbolicznego utopienia husarii w błocie i usunięcia z sienkiewiczowskiego oryginału wszelkich wzmianek o polskich zwycięstwach militarnych. Nic dziwnego, że po takich zabiegach Hoffman uznany został nad Dnieprem za swojaka i to tak dalece, że zaproponowano mu dokonanie ekranizacji bardzo tam głośnej ostatnio powieści „Czarny Kruk” autorstwa Wasyla Szklara.

Ich pisarz!

Książka opowiada o walkach powstańców ukraińskich z terenu samozwańczej republiki „Chłodny Jar” w okolicach Czerkas i Kaniowa przeciw władzy bolszewickiej w 1920r. Autora i samo dzieło wyróżniono szeregiem prestiżowych nagród literackich w tym również tą najważniejszą – im. Tarasa Szewczenki. Pochlebnie o „Czarnym Kruku” wyrażają się przedstawiciele tak nacjonalistycznej opozycji, jak i część kręgów rządowych, na czele z prezydentem Wiktorem Janukowyczem. Sam autor pozostaje jednak krytykiem obecnych porządków na Ukrainie. Poprosił m.in. o „odroczenie przyznania” nagrody Szeczwczenki „dopóki w rządzie zasiada ukrainofob Dymitr Tabacznik” – czyli wróg szowinistów numer jeden, minister oświaty i zdecydowany przeciwnik kultu Bandery.

Sam Szklar również bezskutecznie próbował swych sił w polityce, w latach 1991–98 działając w szeregach umiarkowanie nacjonalistycznej Ukraińskiej Partii Republikańskiej (obecnie związanej z Blokiem Tymoszenko), a następnie startując do Rady Najwyższej Ukrainy z list Frontu Narodowego, grupującego m.in. Kongres Ukraińskich Nacjonalistów Sławy Stećko, będący jawną emanacją banderowskiego OUN. Obecnie należy do obrońców uwięzionej byłej premier Tymoszenko.

Hoffman politpoprawny czy rozsądny?

Hoffman, promujący obecnie u naszych sąsiadów zarówno swoje ostatnie dzieło „1920. Bitwa Warszawska”, jak i dokument „Ukraina. Powstanie Narodu” – miał ponoć początkowo życzliwie wyrażać się o ewentualnym udziale w ekranizacji „Czarnego Kruka” (tak w każdym razie twierdzi sam autor powieści). Zapytany jednak wprost, reżyser w wywiadzie dla „Ukraińskiej Prawdy” zdecydowanie odciął się od tej koncepcji nazywając powieść „nie „nie tyle antyrosyjską, czy antysowiecką, ale po prostu ksenofobiczną”. – Chcesz poszanowania swojego narodu, jego historii i tradycji – sam musisz szanować inne nacje i ich dzieje… Nie można za wrogów uważać wszystkich! – krytykował wymowę „Czarnego Kruka” Hoffman, nawiązując w ten sposób do głosów krytyków Szklara, wytykających mu tak aprobowanie pogromów dokonywanych przez bohaterów powieści na Żydach, jak i jednowymiarowość postaci negatywnych: niemal bez wyjątku Żydów i Rosjan.

Dzieło faktycznie apologizuje ideę „walki ze wszystkimi zdrajcami narodu ukraińskiego”, przez co jest życzliwie przyjmowane przede wszystkim przez kręgi zwolenników tej samy doktryny, tj. neo–banderowców. Nb. Polacy (z którymi akurat bohaterowie „Czarnego Kruka” okazji wojować nie mają) wspominani są jako „były okupant” i „zdradziecki, fałszywy sojusznik”, pojednany obecnie z Moskalami, zaś „tchórze, którzy uciekli do Lachów”, czyli za Zbrucz – budzą tylko niewiele mniejszą pogardę, niż „żydobolszewiccy komisarze”.

Szklar wyraził zdziwienie deklaracją Hoffmana podtrzymując, że jeszcze w marcu reżyser zapewniał go o swoim zaangażowaniu w projekt. Nie wykluczył też współpracy przy innej przygotowywanej produkcji – filmie o paryskich latach Semena Petlury. Fani „Czarnego Kruka” kontynuują póki co zbiórkę publiczną funduszy na dokonanie ekranizacji. Jeśli chodzi o reżyserię (jak to zwykle w przypadku tego typu kina bywa) – wymarzonym twórcą pozostał Mel Gibson. Do zapoznania się z materiałem literackim ma gwiazdora zachęcić sam prezydent Janukowycz…

Nie ma dobrych banderowców

Historia naszego wschodniego sąsiada bywa w Polsce traktowana nader wyrywkowo. W Petlurze widzimy więc wypranego z życiorysu „przyjaciela Polski” a nie masońskiego awanturnika–rewolucjonistę, zainteresowanego burzeniem ładu społecznego i inżynierią społeczną na własnym narodzie. Usilnie też staramy się znaleźć jakichś „dobrych ukraińskich nacjonalistów” (pomińmy już litościwie polskich wielbicieli UPA, choć i takich nie brakuje wśród zwolenników prometeizmu ponad wszystko). W poszukiwaniach tych bijemy się w piersi za internowanych w obozach petlurowców, choć przecież ocaliło im to życie przed śmiercią w samobójczych ruchawkach takich jak opisana w „Czarnym Kruku”. Patrzy też życzliwie na powstańców biorących udział w późniejszych walkach z bolszewikami, a przecież narażali oni na szwank świeżo zawarty przez nas pokój z Moskwą, tak potrzebny dla odbudowy kraju, ale przede wszystkim pozostajemy ślepi na kierującą buntownikami motywację. A była ona oczywista: walczyć z Rosjanami dopiero wtedy, gdy nie będzie to pomagać Polakom. Powstańcami byli często ci sami, którzy albo nie chcieli wspierać naszych wojsk idących na Kijów z misją budowy ukraińskiego państwa, albo wprost z nimi walczyli, niekiedy w tych samych bolszewickich szeregach, przeciw którym obrócili następnie broń. Mówiąc prościej: nie ma „dobrych ukraińskich nacjonalistów”, po poskrobaniu bowiem zawsze z nich wychodzi ta sama idea: żeby ostatniego Moskala powiesić na kiszkach ostatniego Żyda zaciśniętych na szyi ostatniego Lacha.

Podział? A co w nim złego?

Powieści takie jak „Czarny Kruk” rzucają Polakom w twarz, że „wspólnie z Rosjanami podzielili się Ukrainą”. Zarzut ten wywołuje w niektórych dziwne zażenowanie, a przecież był to wówczas jedyny możliwy i korzystny dla nas scenariusz geopolityczny, wstydzić więc się nie ma czego. Dziś – rzecz jasna – sytuacja jest inna i nikt (poza samymi Ukraińcami, a ściślej ich szowinistyczną częścią) nie widzi sensu, ani możliwości dzielenia tego państwa. Nie oznacza to jednak, że scenariusz takie nie będzie możliwy w przyszłości. Z drugiej strony nawet obecne władze (w dużym uproszczeniu w polskich <?> mediach określane jako „prorosyjskie”) dostrzegają korzyść z budzenia resentymentów antyrosyjskich na polu literatury czy filmu, tym samym znajdując się w sytuacji nieco zbliżonej do tej, w jakiej od jakiegoś czasu znajduje się prezydent Łukaszenka.

Rozdziobią nas kruki?

Obiektywnie i Kijów, i Mińsk mają w tej rozgrywce swoje racje, uleganie bieżącym deklaracjom rosyjskim doprowadziłoby bowiem do rządów łapowników w jednej stolicy, a zgniłych demoliberałów w drugiej. Zarówno Łukaszenka, jak i Janukowycz wolą więc zachowywać swoją zdroworozsądkową (i raczej względną) „rusofilię” na lepsze czasy, pozostając przy własnym zdaniu na temat porządków wewnętrznych. Powinno to zresztą budzić zrozumienie akurat w Polsce, której też by się przydał rząd zdolny do porozumienia z Rosją, ale akurat niekoniecznie prowadzony przez życzliwie na Kremlu przyjmowanego Tuska…. Z polskiego punktu widzenia jednak wszelkie formy aktywizowania ukraińskiego szowinizmu, nawet wymierzonego w tak nielubianą i u nas Moskwę – winny budzić zdecydowany niepokój i przeciwdziałanie (na miarę możliwości). Nacjonalistyczne czarne kruki nie zadowolą się bowiem jednym wrogiem.

Konrad Rękas

Facebook
[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *