Czy Dmowski byłby z tego dumny?

Wydarzenia towarzyszące warszawskim obchodom Święta Niepodległości skłaniają do postawienia kilku pytań o przyczyny, jakie doprowadziły do gorszących scen w stolicy.

Pierwsze, siłą rzeczy, skierować trzeba do organizatorów Marszu Niepodległości. Czy aby na pewno dołożyli oni wszelkich starań, by zapobiec sytuacji, w której grupki „zadymiarzy” przenikały do pochodu? Marsz organizowano z dużym wyprzedzeniem, był on nagłośniony i szeroko reklamowany, tak w internecie, jak i na mieście. Można było zatem przewidzieć, że pojawią się na nim uczestnicy „nadprogramowi”, którym będą przyświecały inne niż organizatorom cele. Wydaje się jednak, że skupiono się na jak najwyższej frekwencji, dlatego też tolerowano kibiców – element niepewny i wybuchowy. Kibice są na marszach i kontrmarszach (parady równości), jak wspomniałem, tolerowani. Uznaje się, że mają zbliżone poglądy, a fakt, że stawiają się licznie i są bezkompromisowi, stanowi nierzadko ich główny atut. Oczywiście sprawą na osobną dyskusję jest kwestia, na ile poglądy ich są faktycznie zbieżne z narodowymi. Okrzyki i race rzucane na teren ambasady rosyjskiej przez ciągnących za marszem „gości” świadczą raczej jednoznacznie o sympatiach uczestników owych zajść.

Przed rokiem 1939, w okresie, który nie należał przecież do najspokojniejszych, nie było przypadku, aby podczas organizowanych przez środowiska narodowe akcji sytuacja tak drastycznie wymknęła się spod kontroli, przekształcając się w uliczne zamieszki. A organizowano też pochody, marsze, kontrmanifestacje (na przykład na 1 maja), blokady (jak np. głośna blokada Uniwersytetu Warszawskiego) i wiece (na które wejścia były biletowane). Była straż utrzymująca porządek. Jakie to ma przełożenie na współczesność? Ano takie, że organizatorzy Marszu powinni także dopełnić wszelkich czynności, które mogły zapobiec niekontrolowanym ekscesom. Można było pomyśleć o imiennych listach dla uczestników marszu, w skrajnym zaś przypadku skorzystać z pomocy prywatnej agencji ochrony. Wiedząc, że środowiska wrogie idei Marszu zrobią wszystko aby go skompromitować, łącznie z udziałem bojówek lewicy i prowokacjami, trzeba było zrobić wszystko, aby się przed podobną ewentualnością uchronić. Pewność mogła dać tylko stuprocentowa kontrola uczestników pochodu. Postawiono jednak na jego masowość…

Pytań, które należałoby postawić, jest zresztą więcej. Czemu na trasie Marszu idącym nie towarzyszyła policja, jak to miało miejsce w latach poprzednich? Dlaczego policja przez dłuższy czas nie reagowała wobec zajść na Pl. na Rozdrożu, dopuszczając do podpalenia wozu TVN? Osoby biorące udział w Marszu podkreślają bezczynność i dezorientację policji, gdy doszło do podpalenia. Czemu władze miasta, będąc poinformowane o sytuacji na Pl. Konstytucji przed godz. 15, zezwoliły na kontynuację Marszu? Czemu ratusz nie interweniował wobec zapowiadanych wcześniej planów blokady legalnego przecież Marszu? Przecież w poprzednich latach udało się poprowadzić obie grupy niemal „bezkolizyjnie”. Z całą jednak pewnością pewna wydaje się być odpowiedz na pytanie postawione w samym tytule, musi ona być niestety negatywna. Bez względu bowiem na wszelkie zapewnienia i oświadczenia organizatorów, do Polaków dotarł przekaz, który dobitnie obrazował widok pomnika Romana Dmowskiego oświetlonego łuną płonącego samochodu.

Maciej Motas
myslpolska.pl

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *