Czy istnieje ucieczka z „kryształowego pałacu” ? O Heideggerze, II wojnie światowej i nie tylko

.

Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie wywarła na mnie lektura książki wybitnego niemieckiego filozofa Petera Sloterdijka  „Kryształowy pałac”. Tytułowy „kryształowy pałac” to metafora współczesnego demoliberalnego państwa dobrobytu, to świat w którym historia się skończyła. Nie mają już do niego dostępu krwawe wydarzenia historii ani kaprysy nieokiełznanej natury, gdyż szczelne okna i drzwi pałacu odseparowują od nich zachodnioeuropejskie społeczeństwo, które czuje się wreszcie bezpieczne. Obywatele w społeczeństwie tym mogą poddać się beztroskiej nudzie i konsumeryzmowi w warunkach kantowskiego „wiecznego pokoju”. Oddajmy głos Sloterdijkowi; „Wspomaganie i chronienie łagodnego odrętwienia to przyszłościowy cel wszelkiej władzy państwowej. W naturalny sposób gwarantowana przez konstytucję nuda przystroi się w szaty projektu: jej psychospołeczna melodia rozpoznawcza to nastrój wymarszu na wyprawę, jej podstawową tonacją jest optymizm. Rzeczywiście, w posthistorycznym świecie wszystkie znaki muszą wskazywać przyszłość, bowiem w niej spoczywa jedyna obietnica, którą bezwarunkowo należy złożyć konsumentom: że komfort nie przestanie płynąć i rosnąć”

Nic nie jest w stanie odciągnąć mnie od przeświadczenia, że w tym właśnie kierunku zmierza współczesna Europa, której jesteśmy integralnym członkiem. Zagrożeniem nie jest tu żaden imperializm, ekspansjonizm jednego państwa kosztem drugiego. Zagrożenia są znacznie poważniejsze i dotyczą kwestii duchowych – to miękka ideologia praw człowieka, konsumpcyjnych roszczeń i pacyfizmu, w praktyce zaś sloterdijkowska „filozofia nudy”.

Jest jednak coś znacznie poważniejszego niż moralne odrętwienie (które jest zagrożeniem softwarowym), coś co na nas czyha w „kryształowym pałacu”, co tylko przenikliwe umysły nieśmiało przeczuwają. Filozof odwołuje się tu do Dostojewskiego i pisze: „Odprężenie, powiada chrześcijański psycholog, zawsze skutkuje wyzwoleniem zła w człowieku”. Zaczyna się zatem robić niebezpiecznie. Mowa o złu. „Grzech pierworodny w klimacie uniwersalnej wygody – powiada Sloterdijk -  jawi się jako trywialna wolność do zła. Co więcej, zło, wolne od historycznych zarzutów i utylitarnych szatek, dopiero w posthistorycznej nudzie może wykrystalizować się w swej kwintesencjonalnej formie. Po oczyszczeniu ze wszystkich wymówek stanie się jasne, a dla naiwnych być może zaskakujące, że zło ma jakość czystego kaprysu. Wyraża się jako bezpodstawna kompozycja, jako samowolne upodobanie do cierpienia, jako destrukcja wałęsająca się bez szczególnego powodu”  

Przyznam, ze fragment ten robi na mnie szczególne wrażenie (stąd raz już go cytowałem w swoim artykule o Breiviku). Pokazuje bowiem uchylone drzwi w kierunku rzeczywistości, w której co rusz będziemy mieli do czynienia z atakami szaleńców, którzy bez powodu otwierają ogień do przypadkowych przechodniów, dzieci w szkole bądź pędzić będą po Monciaku samochodem potrącając turystów. To jeszcze gorsze niż ataki zamachowców w rodzaju Breivika, ataki bezdusznych terrorystów, tym ostatnim przyświecają jakieś pobudki ideowe, czynów szaleńców w żaden sposób nie można przewidzieć ani im zapobiec, to „czyste zło, które ma jakość kaprysu”, „destrukcja wałęsająca się bez żadnego powodu”. O ile w czasach historycznych zło to potrafiło się wcielić w wydarzenia historyczne i postać wroga o tyle w świecie bez wrogów zastaje samo dla siebie.

W tym momencie pozostaje nam zadać kluczowe pytanie: czy istnieje możliwość odstąpienia od projektu „kryształowego pałacu”, czy można w jakiś sposób zapobiec bezprzyczynowym eksplozjom ciemnych i demonicznych ludzkich instynktów, głęboko ukrytych w zakamarkach ludzkiej podświadomości czyli eksplozjom nieokiełznanego zła ? Przyznam, że takie przedstawienie tezy przez Sloterdijka jednoznacznie stawia czytelnika po stronie sympatyków tych sił politycznych i światopoglądowych, które mają w dyspozycji środki zapobiegawcze, zakładając, że w ogóle takie istnieją. Niemiecki filozof snuje tu analogię do okresu międzywojennego, w którym podobnie jak współcześnie dominowały pacyfistyczno-dekadencie nastroje. Była jednak pewna różnica, tamte społeczeństwa były trochę bardziej naiwne i otwarte na różne ideowe, nowe propozycje niż społeczeństwo współczesne.

Tymi środkami zapobiegawczymi wedle Sloterdijak dysponuje filozof a nie polityk. Sloterdijk wymienia nawet jego imię – to Heidegger. „Czyż potrzeba jeszcze mówić, – pisze – że Heideggerowska wielka fenomenologia nudy z 1929/1930 roku może być rozumiana jako wyrwanie się z ustanowionego nad całą Europą […] kryształowego pałacu, którego wewnętrzny klimat moralny i poznawczy  – bezwzględny brak jakiegokolwiek  obowiązującego przekonania i zbyteczność wszelkich osobistych decyzji – jest tu ujęty klarowniej niż gdziekolwiek indziej?” Po czym dodaje sugestywnie: „Kultura masowa, humanizm, biologizm to wesołe maski, pod którymi, zdaniem filozofa kryje się głęboka nuda bytu pozbawionego wyzwań. Stąd zadaniem filozofii jest rozbicie szklanego dachu nad własną głową, aby jednostka znów miała bezpośredni kontakt z tym, co nadzwyczajne”.

Myślę, że ciągu dalszego tej historii nie trzeba czytelnikom przedstawiać, dobrze bowiem wiedzą do jakich to decyzji skłoniły przemyślenia własnej filozofii o bycie Martina Heideggera. Dla formalności cytujmy jednak dalej: „Jako dramaturg mającego się od nowa wydarzyć bycia, Heidegger artykułuje postulat, by z Niemiec jako centrum opamiętania uciec posthistorycznej płyciźnie, po to, by jeszcze raz jak w ostatniej godzinie, dopuścić historię: zwróćmy uwagę, że według tej logiki historii się nie uprawia, lecz medialnie się ją cierpi. Niemcy jako jedyny naród zdolny cierpieć od otwartości i nadzwyczajności, jeszcze raz w wielkim stylu powinni skorzystać z okazji i powołać świat na świadka swej męki”

Jesteśmy zatem w tym miejscu, a przyznam, że miejsce to wprawia mnie w niemałe zdumienie. To coś takiego, jakby chcieć uciec od zła i poprzeć jedyną możliwą drogę wyjścia z opresji, po czym przekonać się, że jest się po stronie swoich zajadłych wrogów, że popiera się rozwiązanie najbardziej barbarzyńskie z możliwych. Czy to możliwe, żeby w tym podobnych kategoriach oceniać rewolucję konserwatywną w Niemczech, a także to co po niej nastąpiło – nazizm i II wojnę światową. Patrząc na problem filozoficznie i głęboko wszystko przedstawia się w innych barwach. Aż samo na usta ciśnie się pytanie: Jakie by były moje decyzje gdybym żył w latach 30-tych, decyzje konserwatysty przeświadczonego, że kryształowy pałac jest coraz szczelniejszy, wszystko zmierza w złym kierunku a świat wartości minął bezpowrotnie ?

Nie będziemy się silić odpowiadać na to pytanie, dość powiedzieć, iż podobne kwestie nurtowały konserwatystów i ludzi prawicy początków XX wieku. Mieli oni do wyboru albo zamknąć się w swoich gabinetach i kontemplować „ład prawdziwy” jak czynili to niektórzy konserwatywni filozofowie, którzy w tym celu migrowali z faszystowskich Niemiec do Stanów Zjednoczonych, aby mieć bezpieczniejsze warunki pracy. Inni jednak w rodzących się na ich oczach nowych siłach dostrzegali szansę. Jak pisze Adam Wielomski: „Rewolucyjny konserwatysta nie zamyka się w gabinecie, ponieważ wierzy, że uda mu się zmobilizować masy dla idei narodowej kontrrewolucji.[…] Ten prawicowy desperado czuje się w tym świecie znakomicie, liczy, że ogłupione przez demoliberalny indeferentyzm masy uda mu się rzucić przeciwko rządzącej oligarchii władzy. Właśnie w masach dostrzega swoją szansę. Tutaj pojawia się Jüngerowski Arbeiter – człowiek epoki masowej, zuniformizowany żołnierz ery wojen totalnych, uzbrojony nie w siłę ducha i konserwatywnych wartości, lecz w nowoczesną technikę i heroiczną koncepcję życia”.       

Co się zaś tyczy samego Heideggera, niemałą awanturę o niego (która to już z kolei awantura w ostatnim 50-cio leciu) zainicjowało wydanie w tym roku niepublikowanych wcześniej „Czarnych Zeszytów” filozofa. Awanturę tą relacjonuje ostatni „Przegląd Polityczny”. Niektórzy jej uczestnicy czytający „Zeszyty” nie mają złudzeń: zaangażowanie Heideggera w narodowy socjalizm nie było tylko chwilowym zbłądzeniem lecz kwintesencją jego życia.  Jeżeli w którymś momencie filozof odstąpił od narodowego socjalizmu, to tylko dlatego, że system ten okazał się za mało narodowo-socjalistyczny. Szeroko omawiane są także antysemickie wątki autora. Na tej podstawie niektórzy intelektualiści zupełnie na serio uważają, że jest to już zmierzch myśli niemieckiego filozofa, że będzie go trzeba wykreślić z podręczników filozofii i programów nauczania. Inni uspakajają, pisząc, że Czarne Zeszyty nie wnoszą na dobrą sprawę nic nowego do już od wielu dziesięcioleci znanej wiedzy na temat związków Heideggera z nazizmem i jego inklinacji antysemickich. Tak pisze m. in. polski heideggerysta Cezary Wodziński, który broni myśli niemieckiego filozofa, choć tłumaczy zarazem jego praktyczne zaangażowanie, przez pryzmat myśli.  Zacytujmy Wodzińskiego (a cytat to podobny do refleksji Sloterdijka): „jedynym narodem, który zasługuje na miano dziejowego, są Niemcy. Właściwa mu niesamowitość – budząca grozę i podziw zarazem – zasadza się na jego dziejowej misji. Bycie dziejowym znaczy tu: bycie zdolnym do podjęcia przezwyciężenia metafizyki. Oto niesamowita wielkość jego losu”.         

Podsumowując te wątki, uważam, że nowe odkrycia na temat Heideggera nie podkopią jego legendy a nawet ją wzbogacą. Bez wiadomości o decyzjach politycznych niemieckiego filozofa sama jego nauka byłaby niepełna, dopiero połączenie tych dwóch elementów: dzieło + biografia daje nam pełny obraz sytuacji, niezwykle ciekawą naukę o powikłaniach  politycznych największego tuza myśli XX wieku, który choć sam był do gruntu apolityczny – zmagał się ze swoim niespokojnym duchem i dylematami ostatniego człowieka „końca historii”, a zmagając się miał też odwagę podjąć decyzję, nie tylko zadawać pytanie o „bycie”, ale również na nie odpowiedzieć, i to niezależnie od faktu czy się uznamy, że się pomylił czy też nie.

Michał Graban

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on “Czy istnieje ucieczka z „kryształowego pałacu” ? O Heideggerze, II wojnie światowej i nie tylko”

  1. „jedynym narodem, który zasługuje na miano dziejowego, są Niemcy. Właściwa mu niesamowitość – budząca grozę i podziw zarazem – zasadza się na jego dziejowej misji. Bycie dziejowym znaczy tu: bycie zdolnym do podjęcia przezwyciężenia metafizyki. Oto niesamowita wielkość jego losu” – będą dziejowym narodem, dopóki im Wania ponownie dupy nie skopie, nie nagwałci Niemek i nie narobi małych Kałmuków …

  2. Jak to dobrze, że nic z Heideggera nie zrozumiałem. Czytanie go to prawdziwa mordęga. Ktoś powiedział, że “Niemcy to naród odznaczający się zdumiewającą odpornością na szaleństwo”. Nie mogą usiedzieć na miejscu. Odprężenie psychiczne wyzwala ich dziką naturę. Spinając się rozpętali już dwie wojny światowe, żeby tylko “każda jednostka miała kontakt z tym co nadzwyczajne”. Olśniewająca filozofia. Zastanawiam się, czy apokaliptyczny ucisk ma się odbywać w kryształowym pałacu demoliberalnej nudy, czy jednak przez kontakt z nadzwyczajnością każdej jednostki? Jedno i drugie to totalny utylitaryzm, zaprzeczenie greckiego ideału czystej formy. Wg Arystotelesa celem człowieka nie jest walka ze swoimi popędami (kończąca się zresztą zestawem ruin i zgliszczy) czy przeciw odprężeniu psychicznemu tylko teoretyczna kontemplacja, poznanie, wiedza. Kościół również wyżej cenił życie kontemplacyjne niż czynne i do dzisiaj za św. Pawłem (kontemplatykiem i człowiekiem czynu) modli się w liturgii “o życie spokojne i ciche” na wzór NMP.

  3. “…Zastanawiam się, czy apokaliptyczny ucisk ma się odbywać w kryształowym pałacu demoliberalnej nudy, czy jednak przez kontakt z nadzwyczajnością każdej jednostki?…” – obawiam się, że jedno nie wyklucza drugiego. A co do Niemców, polecam książeczkę “Syndrom Fausta”. Autora nie pamietam. Napisał toto Francuz czy Alzatczyk. W każdym razie – garść bardzo, moim zdaniem, celnych uwag na temat “narodu filozofów i poetów” vel Uebermenschów. Zaprzyjaźniony Bawarczyk powiedział mi kiedyś o Prusakach (Niemcach idealnych?) – “Piotr, to są naprawdę źli ludzie. Po prostu ŹLI!”.

  4. Życie spokojne i ciche nie wyklucza walki z, nazywam to “popędami-jako-łatwizną”, albo “popędami-jako-przedwczesną-gratyfikacją”. Prostacki przykład: zamiast dowodzić własności skomplikowanego algorytmu i doznawać RADOŚCI (a może i SZCZĘŚCIA) podczas mozolnej pracy, oraz po jej zakończeniu, sprawię sobie PRZYJEMNOŚĆ w postaci wypicia pół flaszki wina albo obżarcia się czekolady i pójścia spać. PRZYJEMNOŚĆ kontra SZCZĘŚCIE. Niecierpliwość kontra cierpliwość. Zniechęcenie kontra wytrwałość.

  5. A czemu u licha “ZAMIAST”? “Stereotypowy pogląd głosi, że nadzieja na radość wieczną w innym świecie, jaką żywią ludzie wierzący, nie pozwala im przeżywać prostych radości w tym świecie. Jest to nieco inna wersja marksistowskiego przekonania, że nadzieja innego świata osłabia zaangażowanie w sprawy tego świata. Współczesny niemiecki pisarz ateistyczny Michael Schmidt-Salomon, propagując postawę nowego “oświeconego hedonizmu”, pisze, że aktualne życie ma człowiekowi do zaoferowania: “promienne oczy dziecka, któremu sprawiliśmy radość; uśmiech przypadkowo spotkanego nieznajomego; zapach świeżego chleba o poranku; przygodę żywej wieczornej dyskusji; urok fugi Bacha; piękno obrazu Picassa; ciepło ukochanej osoby”. Nie bardzo wiadomo, dlaczego, zdaniem autora, wymienione sytuacje miałyby sprawiać radość jedynie tym osobom, które odrzuciły istnienie Boga i innego świata. Zapach świeżego chleba o poranku chyba jednakowo cieszy każdego człowieka” [http://www.zycie-duchowe.pl/art-250.o-radosci-i-przyjemnosciach-zycia.htm]. Nie można wypić pół flaszki wina po mozolnej pracy? Wino, kąpiel i przyjaciele to lekarstwa na smutek i trud, jakie podaje św. Tomasz. “Przyjemność należy do definicji cnoty” (Tomasz z Akwinu). Jak jej ktoś nie ma to zostaje mu TYLKO mozolna praca, do której nie ma motywacji i takie dylematy jak Pański “prostacki przykład”, który Akwinata kwituje krótkim: człowieku, zażyj jakiejś przyjemności. Pana podejście jest, moim – głęboko niesłusznym – zdaniem, powszechną przyczyną współczesnego ateizmu. Zdanie Schmidta powtarzają liczni ateusze.

  6. “Podkreślając nieosiągalność stanu pełnej radości w tym świecie, św. Tomasz nie negował bynajmniej wartości dostępnych nam radości. Jego stanowisko staje się bardziej zrozumiałe, gdy sięgnie się do innego fragmentu Sumy – do traktatu o uczuciach (por. STh I-II 22-48). Znajdujemy tam między innymi rozważania na temat relacji pojęcia radości do przyjemności. Otóż przyjemność jest stanem zadowolenia wzbudzonym po osiągnięciu jakiegoś dobra w dziedzinie zmysłowej (por. STh I-II 31, 1). Doznania przyjemne są dostępne także zwierzętom. “Natomiast miano radości przyznajemy jedynie tym przyjemnościom, które budzą się w nas pod wpływem rozumu. Dlatego zwierzętom nie przypisujemy radości, lecz jedynie miano przyjemności (czy zadowolenia)” (STh I-II 31, 3). Pomimo podkreślenia różnicy pomiędzy przyjemnością a radością św. Tomasz zaznacza, że “istoty mające rozum mogą radować się wszystkim, co wzbudza przyjemność” (STh I-II 31, 3). Wymaga to jednak dwóch rzeczy: “osiągnięcia odpowiedniego dobra oraz uświadomienia sobie tegoż osiągnięcia” (STh I-II 32, 1). Jest to ważne spostrzeżenie Akwinaty wskazujące na to, że także stany przyjemności mogą prowadzić do radości (z zachowaniem proporcji), integrować się z innymi radosnymi przeżyciami człowieka. Odrzucenie hedonizmu – poglądu głoszącego, że o wartości życia stanowi przyjemność (gr. hedoné) – nie musi zatem oznaczać potępienia prostych radości i przyjemności dnia powszedniego. Dobra, które stają się źródłem przyjemności i radości, są względne i przemijające. Hedonizm je absolutyzuje, głosząc, że tylko takie dobra istnieją i tylko one mogą być źródłem radości. Trzeba więc na nich się skupić, porzucając obietnice innych dóbr i innych, nieprzemijających radości. Z kolei dla pesymizmu względność i przemijalność dóbr staje się podstawą do uznania złudnego charakteru radości. Chrześcijański realizm, także w wydaniu św. Tomasza, nie wiąże się jednak z żadną z tych skrajności. Osiągnięcie czy realizacja nawet małego dobra dostarcza nam niekłamanej radości, choć jest ona proporcjonalna do swego źródła. Nie należy jej zatem ani absolutyzować, ani negować. Z przytoczonych rozważań św. Tomasza na temat radości płynie zatem między innymi taki wniosek, że radość pojawia się w nas nie wtedy, gdy jej szukamy, lecz wówczas, gdy troszczmy się w naszym życiu o dobro i miłość. Radość jest odblaskiem dobra i miłości w nas. Jeśli zaś troszczymy się o dobro i miłość, wówczas radość może przenikać także przyjemności. Jeśli natomiast brak dobra i miłości, wówczas cieniem na życiu człowieka kładzie się “metafizyczny” smutek, którego nie są w stanie przezwyciężyć nawet pomnażane przyjemności.”[http://www.zycie-duchowe.pl/art-250.o-radosci-i-przyjemnosciach-zycia.htm]

  7. “…Nie można wypić pół flaszki wina po mozolnej pracy? …”- oczywiście, że można, i to jest jak najbardziej OK. Jednakowoż, moim zdaniem, “nowoczesne podejście” to właśnie owo “ZAMIAST”, wynikajace,z co najmniej jednej rzeczy, albo z obu na raz: 1/ życia/działania wbrew sobie (bez, jak to Pan mawia, “przyjemności”, ja to nazywam “radością z zycia”) 2/ z braku wytrwałości. Moim zdaniem, właśnie idealnym podejsciem jest zycie przepełnione radościa z tego co się robi, i z samego faktu życia w ogóle, a to jest mozliwe, gdy “rozpoznamy swoje powołanie” i nie działamy wbrew sobie. Często jest tak, że np. człowiek traktuje tzw. “codzienność” jako jakieś plugawe brzemię, a przyjemnosci są “potem”, albo “zamiast”. W tym miejscu jeszcze małe a propos Pana Ratnika: moim zdaniem, pod pojeciem “przyjemności” rozumie on właśnie te przyjemności “zamiast”, i jako takie, ocenia negatywnie.

  8. “…Pana podejście jest, moim – głęboko niesłusznym – zdaniem, powszechną przyczyną współczesnego ateizmu. …” – to nie jest moje podejście. To jest podejście z mojego tzw. “prostackiego przykładu”. Osobiście uważam, że osiągniecie wysokiego poziomu w czymkolwiek wymaga pozytywnego emocjonalnego stosunku do “tego czegoś”, parafrazując reklamę BMW , “Freude am Agieren” – radość z działania (w reklamie było “Freude am Fahren”, “radość z jazdy”), po prostu lubienie tego czegoś.

  9. “…radość pojawia się w nas nie wtedy, gdy jej szukamy, lecz wówczas, gdy troszczmy się w naszym życiu o dobro i miłość. Radość jest odblaskiem dobra i miłości w nas. ..” – znakomite!

  10. Tak. Można też powiedzieć inaczej: autoafirmacja (samorealizacja) jest zawsze daremna. Jedni to widzą od razu i wpadają w rozpacz, czyli w owe “przyjemności zamiast” (hedonizm) a inni “samorealizują się” do końca życia popadając w utylitaryzm. Obie postawy są niszczące. To bym upatrywał jako wyróżnik mentalności człowieka współczesnego (o ile coś takiego w ogóle jest) a nie to, że lubi przyjemności. Człowiek nie może ich nie lubić. Problem jest w innym miejscu, w tym mianowicie, że swoje “ja” można tylko dostać od innych. Jest to dar, łaska a nie zasługa, owoc pracy rąk naszych. Pan słusznie powiedział o “rozpoznaniu swojego powołania”. Ale rozpoznanie powołanie jest w ogóle niemożliwe, jeśli wcześniej nie doświadczyliśmy miłości. Wtedy nasza (konieczna w życiu) troska o dobro i miłość też jest skażona (jak u Heideggera jego “byt ku śmierci”). I tyle. Trudno tu takiego człowieka karać za egoizm, skoro mu nikt nie okazał miłości. To nie tylko prawda duchowa ale dziś także naukowa, kognitywistyczna (nie psychologi humanistycznej, tylko przyrodniczej nauki o umyśle).

  11. “…Ale rozpoznanie powołanie jest w ogóle niemożliwe, jeśli wcześniej nie doświadczyliśmy miłości. Wtedy nasza (konieczna w życiu) troska o dobro i miłość też jest skażona (jak u Heideggera jego “byt ku śmierci”). …” – zgadza się. I wynikają z tego bardzo konkretne wnioski praktyczne: 1/ małe dzieci należy przede wszystkim kochać, a nie od razu wysyłać na angielski/basen/balet/fortepian … 2/ osobnicy “przeinwestowani” w dzieciństwie, z biegiem czasu przestają błyszczeć, wtapiają się w tło, a często rezygnują z “wmówionego powołania”. Znam przykład prawniczki (mama adwokat), która została zawodową tancerką i akrobatką cyrkową, :-).

  12. Mama wysłała na balet czy na prawo? Sam jestem prawnikiem, robię w prawie i w sądach, mam na temat prawników złe zdanie. A ponieważ nie znam osobiście żadnej zawodowej tancerki ani akrobatki cyrkowej, więc nie mam specjalnych uprzedzeń. Dzieci kocha się trudno, zwłaszcza, gdy zaczynają dorastać. Gdyby człowiek nie znalazł w tym jakiejś przyjemności/radości z pewnością by je pozabijał. Z Pańskiej listy wysłałem dzieci tylko na basen (i kółko teatralne). Na razie.

  13. “…Mama wysłała na balet czy na prawo? …” – mama wysłała na prawo dziewuchę o sporych osiągnięciach (młodzickich i juniorskich) w gimnastyce. Delikwentka chciała iść na AWF,albo na matematykę. No a teraz jest tancerką i akrobatką. Skądinąd przemiła osoba i mająca na prawdę dobrze w głowie, a akrobatyka to świetny sport. Gorąco polecam. Co do dzieci – trzeba kochać jakie są, nawet jak im hormony zaczynaja “pod deklem” mieszać.

  14. 1/Akrobatyka to już niestety nie dla mnie. 😉 Muszę się zadowolić bieganiem i tańcem. 2/”dzieci – trzeba kochać jakie są, nawet jak im hormony zaczynaja “pod deklem” mieszać”. To jeszcze nie hormony – mam nadzieję. Chyba za mocno przykręciłem im śrubę. Ojciec zastępuje dzieciom rozum, gdy go jeszcze nie mają. Ale uczucia poprzedzają rozwiniecie się rozumu. Gdy penetracja dziecięcych uczuć jest zbyt wczesna lub zbyt głęboka, to potem jest neurotyczna reakcja i bunt. Ale dzisiaj musisz “przykręcać” dziecięce uczucia bo jest straszne rozpasanie. Tak czy inaczej, rodzic czuje się podle. Obraz ojca jaki ma dziecko, bardzo rzutuje na jego życie. Wiem po sobie. A w pracy mówią, że jestem jak inkwizycja (ultrakonserwatywny tradycjonalista – he, he). Nie chciałbym, żeby tak uważały moje dzieci … Gdyby podejść do tego po pelagiańsku – człowiek by się załamał.

  15. “…Gdy penetracja dziecięcych uczuć jest zbyt wczesna lub zbyt głęboka, to potem jest neurotyczna reakcja i bunt. Ale dzisiaj musisz “przykręcać” dziecięce uczucia bo jest straszne rozpasanie. …” – owszem, ale można też inaczej, np. pokazując swoje autentyczne pasje, pasje krewnych i przyjaciół. Jeśli serce, umysł i dusza dziecka nie będę puste, to szajs z zewnątrz bedzie miał trudności z przeniknieciem do wnetrza i zainfekowaniem go. No, ale to wymaga poswiecenia dziecku CZASU, a żeby miec czas dla dziecka, to trzeba go mieć samemu, czyli nie gonic za bogactwem. A żeby nie gonic za bogactwem, trzeba być “wystarczająco bogatym”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *