Dlaczego żywimy sentyment dla PRL?

Тот, кто не жалеет о разрушении Союза, не имеет сердца, тот, кто считает, что его можно сейчас восстановить, не имеет головы”.

(Władimir Putin)

Wielu prawicowców wspomina dziś wprowadzenie Stanu Wojennego i oddaje hołd jego autorom. Warto zastanowić się, dlaczego właściwie to robią? Jakie pozytywne, z prawicowego punktu widzenia, skutki przyniósł Stan Wojenny? Bo jakieś przecież przynieść musiał, skoro ocenia się jego wprowadzenie dodatnio.

Przedmiotem sporu wśród historyków jest, czy Stan Wojenny zapobiegł interwencji sowieckiej. Nie posiadam dostatecznej wiedzy, by odpowiedzieć na to pytanie. Być może interwencja taka miałaby miejsce, być może zaś by do niej nie doszło. Gdyby jednak nawet wojska sowieckie weszły do naszego kraju, to wcale nie musiało to oznaczać krwawej wojny. Być może Wojsko Polskie stawiłoby opór i doszłoby do walk jak na Węgrzech w 1956 r. Całkiem jednak również prawdopodobne, że interwencja pociągnęłaby za sobą niewielkie straty, jak w Czechosłowacji w 1968 r. i na Litwie w 1991 r. Stan Wojenny też przyniósł ofiary w ludziach, toteż zapobieżenie domniemanej interwencji sowieckiej nie jest raczej największą korzyścią z jego wprowadzenia.

Między bajki trzeba też włożyć rojenia liberalnej prawicy z przełomu lat 1980’/1990′ – powtarzane niekiedy do dziś przez jej epigonów – o możliwości wprowadzenia w Polsce przez ekipę stanu wojennego „modelu chilijskiego”. Po pierwsze, scenariusz taki znajdował się poza horyzontem myślowym ówczesnych decydentów. Po drugie, wydaje się mało prawdopodobny ze względu na kontekst międzynarodowy. Po trzecie wreszcie, nie ma bynajmniej powodów by ewentualne stworzenie w Polsce neoliberalnej dyktatury traktować jako coś pozytywnego. Rozwijanie tego wątku w tym miejscu zajęłoby zbyt wiele miejsca, ograniczę się więc po prostu do stwierdzenia, że aplikacja neoliberalnej polityki gospodarczej w warunkach polskich jest dziś szeroko i zasadnie krytykowana jako przynosząca fatalne skutki.

Oceniając znaczenie Stanu Wojennego, zgodzić się też wypada z Jackiem Bartyzelem, od kilku lat przypominającym w swoich okolicznościowych komentarzach, że de facto Stan Wojenny nie mógł służyć ratowaniu komunizmu, nawet jeśli części jego zwolenników i być może autorów takie właśnie przyświecały intencje. Bartyzel słusznie dowodzi, że sama natura dyktatury gen. Jaruzelskiego i treść jej polityki znajdowały się na antypodach wizji kreślonej przez ideologów komunizmu. Nie sposób zatem do ujemnych stron Stanu Wojennego zapisać „ratowania komunizmu”. Biorąc pod uwagę, czym była wówczas Polska Ludowa, nie sposób nawet poczynić zarzutu o „przedłużanie agonii komunizmu”.

Rzeczywistym skutkiem wprowadzenia Stanu Wojennego było natomiast przedłużenie istnienia PRL. Niewątpliwie, gdyby „Solidarność” na początku lat 1980′ zwyciężyła i już wówczas rozpoczęłaby się dezorganizacja bloku państw socjalistycznych, również Polska Ludowa upadłaby kilka lat wcześniej. Także gdyby doszło w Polsce do inwazji i następnie do okupacji sowieckiej, społeczeństwo zorganizowałoby konspirację niepodległościową i wobec ogólnego osłabienia w tym okresie ZSRS w stosunku do Zachodu, rozkład PRL byłby kwestią czasu. Każda zatem ocena znaczenia Stanu Wojennego musi brać za punkt wyjścia fakt przedłużenia jego wprowadzeniem istnienia Polski Ludowej.

Pozytywna ocena Stanu Wojennego logicznie zakłada zatem pozytywną ocenę istnienia Polski Ludowej wobec mających nastąpić po jej upadku przemian i kolejnej formy państwowości polskiej w postaci III RP. Odpowiedzmy sobie zatem na pytanie, co takiego kojarzy nam się dziś z PRL, że nie doświadczywszy w zasadzie jej istnienia, żywimy wobec niej pewien sentyment? Przy czym zastrzec od razu należy, że chodzi mi tu o PRL dekady lat osiemdziesiątych, nie na przykład o jej postać z lat 1950′. Kolejnym zastrzeżeniem jakie chciałbym poczynić, jest odżegnanie się od jakiegokolwiek „restauracjonizmu” PRL; tu jest trochę jak ze słowami Putina, który powiedział swego czasu, że „kto nie żałuje rozpadu ZSRS, ten nie ma serca, ten kto jednak uważa, że można go dziś odbudować, nie ma głowy”. Co zatem takiego było w Polsce Ludowej lat 1980′, za czym może tęsknić dziś człowiek prawicy?

Po pierwsze, prymat idei państwowej nad ideą społeczeństwa obywatelskiego. Samo wprowadzenie Stanu Wojennego było zgnieceniem społeczeństwa obywatelskiego przez państwo. Hasłem „Solidarności” były „niezależne (w domyśle: od państwa) związki zawodowe”. Hasłem Stanu Wojennego był ład, na straży którego stać miało państwo.

W porządku organicznym państwo ani nie reguluje, ani nie interweniuje w każdy aspekt życia społecznego, ponieważ spojone więzami lojalności osobistej społeczeństwo organiczne reguluje się samodzielnie – wystarczy mu jedynie sama obecność monarchy jako czynnika integrującego i źródła sił witalnych. Społeczeństwo obywatelskie nie ma jednak nic wspólnego ze społeczeństwem organicznym. Społeczeństwa obywatelskiego nie wiążą ani zależności osobiste, ani honorowe, ani majątkowe. Nie jest ono całością, lecz konglomeratem jednostek i stowarzyszeń. Każda z tych jednostek i każde z tych stowarzyszeń przedstawia rozmaite roszczenia, mając na względzie własny interes. Uzasadnia to organizująca funkcjonowanie społeczeństwa obywatelskiego ideologia liberalna.

Prawica jest zatem przeciwna idei społeczeństwa obywatelskiego. Broni ona społeczeństwa organicznego przed rozbiciem go na jednostki i stowarzyszenia. Broni wspólnoty i autorytetu przed indywidualizmem i egalitaryzmem. Gdy jednak akt zniszczenia jest już dokonany, gdy społeczeństwo organiczne już nie istnieje, na jego ruinach pozostały zaś jedynie jednostki i stowarzyszenia, wówczas prawica opowiada się za przywróceniem porządku dostępnymi metodami – przez państwo.

Nawet w społeczeństwie organicznym monarcha lub jego odpowiednik nie tylko może, ale zobowiązany jest do interwencji, gdy porządek jest zagrożony lub gdy wymaga przywrócenia. Opowieści o królach Ancien Regime’u jako o proto-libertarianach realizujących zasadę „państwa – nocnego stróża” należy włożyć między bajki. Tak więc zgniecenie społeczeństwa obywatelskiego w Stanie Wojennym, zapobieżenie anarchii i choćby powierzchowne przywrócenie jedności wspólnoty politycznej w państwie, należy niewątpliwie uznać za zjawisko pozytywne.

Twierdzenie to odnieść można zresztą do całego okresu PRL, kiedy to jedność wspólnoty politycznej personifikowana była w osobach kolejnych przywódców, rządzących na ogół przez niemal całe dekady i przez to mogących być identyfikowanymi z państwem. Do dziś mówimy przecież o „epoce Gomułki”, „epoce Gierka”, „epoce Jaruzelskiego”, czy o „stalinizmie” który z pewnym przybliżeniem utożsamiać można z „dekadą Bieruta”. Nazwiska pierwszych sekretarzy zapisały się na trwałe w historii. Pod ich rządami dorastały lub wchodziły w dojrzałe życie całe pokolenia, stąd też dzisiejszy sentyment choćby za „czasami Gierka”.

Warto porównać to sobie ze współczesnością, gdy poziom atomizacji wspólnoty politycznej jest nieporównanie wyższy. Czy ktoś z dorastających w latach 1990′ lub współcześnie myśli dziś o swoim dzieciństwie jako o „epoce Wałęsy”, „epoce Buzka”, „epoce Kwaśniewskiego” lub „epoce Tuska”? Postaci te są gdzieś daleko w tle i z latami naszego dzieciństwa prędzej skojarzy nam się serial „Słoneczny patrol” lub zespół „Spice Girls”. Jest to miarą dezorganizacji wspólnoty politycznej, której zabrakło naturalnego centrum grawitacyjnego w osobie suwerena.

Towarzyszy jej widoczne obniżenie prestiżu państwa polskiego. Dzisiejszy człowiek prawicy z podziwem ogląda relacje z parady wojskowej z okazji 1000-lecia państwowości polskiej lub z wizyty gen. Jaruzelskiego w Korei Północnej. Współcześni nam przywódcy starają się symbolicznie odciąć od państwa i władzy, utożsamić zaś ze społeczeństwem obywatelskim. Zachowują się jak biznesmeni, a ich żony jak gwiazdy show biznesu. Rytualny i misteryjny wymiar państwa i polityki oraz „patos dystansu” przywódców politycznych został dziś zredukowany niemal do zera.

Kolejnym pozytywnym skojarzeniem budzonym przez PRL jest ład kulturowy. Wiemy oczywiście, że w PRL były narkotyki, że istniały subkultury, że legalna była aborcja, że pleniła się rozwiązłość i że celowo korodowana była przez władze instytucja rodziny. Dla większości tych patologii warunki stworzyła sama władza komunistyczna. Pomimo tego, mniej się o tym mówiło i nawet jeśli dane zjawisko nie należało do zwalczanego przez służby porządkowe podziemia, to nie było akceptowane społecznie i wyraz temu dawali sami rządzący. Miedzy żoną Władysława Gomułki naprzykrzającą się Kalinie Jędrusik z powodu zbyt dużego dekoltu a Władysławem Frasyniukiem brylującym na „party Playboy’a” jest jednak widoczna różnica.

Pamiętać oczywiście należy, że ten względny ład moralny nie był bynajmniej intencją komunistów i – wręcz przeciwnie – dokładali oni starań by go rozwodnić. Mimo jednak wysiłków postaci takich jak Jerzy Urban, tendencje permisywne narastały w kulturze masowej PRL dużo wolniej niż analogiczne zjawiska na Zachodzie, a otwarci libertyni jak Walerian Borowczyk, Leopold Tyrmand lub Roman Polański musieli emigrować z Polski. Pełną swobodę działania w naszym kraju uzyskali oni dopiero po upadku realnego socjalizmu i rozkładzie PRL.

Rzuca się też w oczy bardziej rodzimy charakter kultury masowej PRL, niż dominującej dziś kosmopolitycznej popkultury anglosaskiej. Ja sam zapamiętałem ze swojego wczesnego dzieciństwa na przełomie lat 1980’/1990′ dobranocki polskie lub z innych krajów słowiańskich, które były po prostu ładniejsze i rozbudzały lepsze uczucia wśród swoich widzów niż agresywne, nadmiernie dynamiczne i wideoklipowe kreskówki lat 1990′ i późniejszych. Wychowany na „Kreciku”, „Zbójniku Rumcajsie” i „Wilku i Zającu”, nigdy nie potrafiłem polubić tych wszystkich „Yatta-manów”, „Czarodziejek z księżyca” i „Tomów i Jerrych”.

Wiąże się z tym większa integracja społeczna w Polsce Ludowej i co za tym idzie – lepsze zaspokajanie przez ówczesne władze społecznej potrzeby bezpieczeństwa, przynależności i akceptacji. PRL nie kojarzy nam się raczej ani ze zjawiskiem wykluczenia społecznego, ani z „wyścigiem szczurów”, bo jedynymi, których poddawano wówczas ostracyzmowi byli zwolennicy zwalczanych opcji politycznych. Poczucie przynależności, wspólnoty, ciepła jest ważne, nadaje bowiem życiu sens. To właśnie za nim tęskni wielu ludzi pamiętających tamte czasy.

Nasuwa się tu jeszcze jedna przewaga Polski Ludowej, mianowicie wytwórczy charakter jej gospodarki. W okresie rządów komunistycznych Polska z kraju w przeważającej mierze rolniczego stała się krajem o gospodarce w przeważającej mierze przemysłowej. Pomimo wszystkich swoich wad, socjalistyczna gospodarka przemysłowa stwarza poczucie przynależności i nadaje działaniom gospodarczym sens głębszy niż tylko zabieganie o wyższe zarobki. Zakłady pracy i osiedla robotnicze posiadały własne bogate życie społeczne, zaś fabryki dawały stabilne zatrudnienie. Poziom konsumpcji nie był wysoki, ale ludziom towarzyszyło poczucie bezpieczeństwa i sensu.

Brak indywidualizmu i pogoni za zyskiem zwiększał dodatkowo to poczucie. Poziom konsumpcji był u wszystkich podobny, zatem ludzie czuli się częścią tej samej wspólnoty. Każdy jeździł przecież maluchem i mieszkał w M-3. Egalitaryzm lekceważący naturalne i funkcjonalne różnice między ludźmi jest oczywiście czymś niesprawiedliwym, ale chodzi mi tu o zwrócenie uwagi na wspólnotowy wymiar życia w tamtych czasach. W społeczeństwie organicznym takie poczucie przynależności powinno być realizowane we wspólnotach naturalnych, przy ich braku jednak nawet surogat w postaci robotniczo-chłopsko-inteligenckiego narodu jest czymś lepszym niż całkowita anomia społeczna z jaką zderzyliśmy się w III RP.

Poczucie sensu i znaczenia możliwe było dzięki wytwórczemu charakterowi gospodarki i dowartościowaniu samej działalności wytwórczej. PRL stworzył pozytywny wizerunek robotnika, rolnika i inteligenta, negatywnym zaś bohaterem jego propagandy był między innymi „bumelant”. Doceniani byli więc ci, którzy coś tworzyli. Kontrastuje to z wzorcami nam współczesnymi, gdy ikoną transformacji kapitalistycznej i najbogatszym Polakiem stał się Jan Kulczyk, który nic po sobie nie zostawił, majątek zdobył zaś wyprzedając i doprowadzając do upadłości firmy stworzone w okresie PRL.

Problem z PRL tkwi w tym, że wszystkie te pozytywne zjawiska, mianowicie „katechoniczny” charakter władzy politycznej, względna wspólnotowość społeczeństwa i wytwórczy charakter gospodarki nie wynikały ani z jej wewnętrznych założeń ideologicznych, ani programowych, tylko były residuami społeczeństwa tradycyjnego. PRL była państwem nowoczesnym i stawiała sobie za cel modernizację. Nie tworzyła konkurencyjnego wobec Zachodu paradygmatu, lecz chciała „dogonić i przegonić Zachód”, innymi słowy – być bardziej „zachodnia” niż Zachód. Jak zauważył Jerzy Eisler1, PRL była jedynie nieudaną podróbą nowoczesnego konsumpcyjnego Zachodu.

Władze Polski Ludowej niszczyły tradycyjne społeczeństwo i tradycyjną kulturę (szlachecką, chłopską, mieszczańską), w ich miejsce promując masyfikację, urbanizację i wulgarną kulturę masową. PRL promowała umasowienie studiów uniwersyteckich, migrację ze wsi do miast i wykorzenienie ze wspólnot organicznych i małych ojczyzn, dając w ten sposób początek kompleksowi wiejskiego pochodzenia i koniec końców przyczyniając się też do postępującego spadku prestiżu „męskich” zawodów związanych z pracą fizyczną na rzecz „kobiecej” pracy biurowej.

Widać to doskonale nawet na przykładzie wytworów kultury samej Polski Ludowej, oddających ówczesne gorące kwestie społeczne, jak cały nurt chłopski w literaturze z Wiesławem Myśliwskim (Pałac) i Julianem Kawalcem (Tańczący jastrząb), czy choćby popularną komedią filmową „Kogel-Mogel”. Nastroje i obietnice konsumpcyjne rozbudzane przez rządców PRL przez cały w zasadzie jej okres, szczególnie intensywnie jednak za rządów Edwarda Gierka w latach 70-tych, stały się wreszcie przyczyną zagłady Polski Ludowej. Z punktu widzenia tradycjonalizmu zaś, właściwe byłoby raczej podnoszenie wywodzonej jeszcze z klasycznej etyki stoickiej zasady autarchii, wyrażanej najlepiej łacińską frazą abstine et sustine, widzącej zaś w samoograniczeniu i przyjętym dobrowolnie niedostatku konsumpcji środek do zapewnienia sobie niezależności i suwerenności nad sobą samym.

Polska Ludowa jako nieudana kopia Zachodu była zatem skazana na klęskę. Brakowało innej niż ta przyjęta na Zachodzie legitymizacji, konkurencyjnego wzorca cywilizacyjnego i zestawu wartości. PRL była zbyt zachodnia, by móc zwyciężyć Zachód. Była zbyt modernistyczna, by być skuteczną odpowiedzią na wyzwanie rzucone Polakom przez nowoczesność. Właśnie dlatego jakiekolwiek próby powrotu i reanimacji PRL nie mają sensu. Projekt ten był od początku wadliwy i miał w siebie wpisany mechanizm swojej własnej zagłady.

Co zatem sprawiło, że mimo wszystko, pewne elementy ładu tradycyjnego (lub choćby ich suplementy) przetrwały w PRL, uległy zaś ostatecznemu rozkładowi w okresie III RP i co tym samym sprawia, że PRL był przy wszystkich swoich wadach czymś lepszym niż jest III RP? Moim zdaniem, był to „zamknięty” charakter ówczesnego państwa i społeczeństwa. Ograniczona swoboda przemieszczania ludzi, idei, towarów i usług – w sensie zarówno dosłownym jak i metaforycznym, pozwoliły stworzyć swoisty „rezerwat”, w którym mogły przetrwać elementy tradycyjnego społeczeństwa i kultury oraz gospodarki wytwórczej. Cenzura, zamknięte granice, reglamentacja kultury, informacji, działalności gospodarczej, aktywności społecznej i obrotu zagranicznego ochroniły nas, przynajmniej częściowo, przed korozyjnym oddziaływaniem Zachodu i liberalizmu. W tym sensie wprowadzenie Stanu Wojennego odsuwało katastrofę i miało charakter katechoniczny.

Czy jednak Stan Wojenny stać się mógł zwrotem historycznym w dziejach naszego kraju i pchnąć nas na przykład na drogę białoruską? Wydaje się to wątpliwe, bo przecież ekipa generała Jaruzelskiego wykorzystała swoją dyktatorską władzę nie do porozumienia z odpowiedzialnymi, patriotycznymi, propaństwowymi i konserwatywnymi środowiskami ówczesnej opozycji, lecz do przekazania władzy nurtowi najbardziej spośród wszystkich liberalnemu, prozachodniemu i postępowemu. Na partnerów do rozmów gen. Jaruzelski i gen. Kiszczak nie wybrali Giertycha czy Łagowskiego, tylko Kuronia i Michnika. Autorzy Stanu Wojennego byli również autorami Okrągłego Stołu.

Zaplecza rządów Jaruzelskiego również nie tworzyli ludzie nurtu moczarowsko-grunwaldowskiego czy (staro)Pax-owskiego, tylko mięczakowaci liberałowie pokroju Mieczysława Rakowskiego. Sam gen. Jaruzelski pod koniec życia starał się usilnie zdobyć uznanie przedstawiając się w roli jednego z „ojców polskiej transformacji”. Również późniejsi przywódcy postkomunistycznej SdRP w rodzaju Millera czy Oleksego nie dorośli do roli bycia polskimi odpowiednikami Łukaszenki czy nawet Mečiara (w ostatnich latach obydwaj przeszli chyba jednak na pozycje bardziej konserwatywne, Oleksy zaś przed śmiercią nawet wrócił do religii).

Katastrofa była zatem prawdopodobnie nieuchronna, choć niewątpliwie Stan Wojenny był drgnięciem we właściwym kierunku i wśród wielu ożywił – złudne jak się okazało – nadzieje. Dziś pozostaje wyciągnąć z niego wniosek, że każde podobne działanie w przyszłości musi mieć za punkt wyjścia dążenie do stworzenia warunków dla narastania nowego ładu organicznego, realizującego zasady autorytetu, wspólnotowości i zakorzenienia. Musi więc to być Antyliberalny Przełom, którego autorzy nie będą mieli ani ambicji stworzenia państwa bardziej zachodniego niż sam Zachód, ani też „dogonienia i przegonienia Zachodu”, lecz zorganizują swój reżym wokół idei odrzucenia zachodniego paradygmatu cywilizacyjnego.

Ronald Lasecki

1 Rozmowa Mazurka: Świat miał Wranglery, my – dżinsy Odra, „Rzeczpospolita” z 14 sierpnia 2015 (dodatek „Plus Minus”).

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *