Dmowski ugodowiec, czyli o upadku bezmyślności neo-endeckiej

Czy zasadnym jest recenzować pracę, która ukazała się przed 98 laty, należy już do kanonu teorii politycznej, a w dodatku wyszła spod pióra autora, który nie tylko nie odpowie, ale i sam traktowany jest bądź jako bezdyskusyjny autorytet, bądź jako równie oczywiste zło wcielone? W tym konkretnym przypadku powody ku temu są co najmniej dwa. Po pierwsze – myśl Dmowskiego bywa wprawdzie przywoływana, ale bardzo rzadko rozumiana i poprawnie interpretowana. Pod drugie zaś i przede wszystkim – „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce” to jedna z tych książek, o których stosunkowo często się mówi – i które wyjątkowo rzadko się czyta.

Wynika to z kilku okoliczności – nie jest to praca tak fundamentalna dla określenia ideologii endeckiej jak „Myśli nowoczesnego Polaka”. Nie analizuje tak głęboko procesów, które doprowadziły do odzyskania przez Polskę niepodległości, jak „Polityka polska i odbudowanie państwa”. Nie jest tak prosta (i krótka), by nadawać się na zbiór aforyzmów dla współczesnych epigonów endecji, jak „Kościół, naród i państwo”. A mimo to – właśnie ze względu na wewnętrzną debatę na temat czym w istocie jest polski ruch narodowy – warto „Upadek…” przeczytać i zrozumieć. Jest to bowiem m.in. opowieść o dojrzewaniu tej formacji przed ponad 100 laty, o jej stopniowym odchodzeniu od długo obecnych w obrębie ruchu pozostałości insurekcyjnych (także kadrowych). To także żywa polemika Dmowskiego z rozwiązaniem austropolskim, wyraz jego obawy o przeniesienie tej propagandy na teren Królestwa, a więc wyraz przeczucia co grozi sprawie polskiej w przypadku przyjęcia postawy politycznej, nazwanej po latach aktywistyczną. A zatem to głos przygotowujący obóz narodowy i sam naród do historycznego porozumienia z władzami rosyjskimi. By było ono jednak osiągalne – jest to przede wszystkim zimny i logiczny akces przywódcy Narodowej Demokracji do obozu błędnie dziś zwanego lojalistycznym. Ściślej zaś – mamy do czynienia z tłumaczeniem czemu to właśnie endecja jest lepszym, naturalniejszym i skuteczniejszym obozem ugodowym, niż konserwatyści z dawnej Kongresówki. Słowem, „Upadek…” jest dziełem o dokładnie przeciwnej wymowie ideowej, niż zwykli mu przypisywać neo-endecy wolący spacery od lektury.

Rzecz jasna, praca ta zawiera także szereg bieżących odniesień oraz elementów zasadniczej krytyki postaw i koncepcji konserwatywnych. Krytyki mniej lub bardziej słusznej i sfalsyfikowanej z perspektywy czasu, nad czym zresztą również warto się pochylić. Czym zaś na pewno „Upadek…” nie jest? Bynajmniej nie wypowiedzeniem wojny obozowi realistów w Królestwie, raczej wykazaniem mu, że mylił się w swych ocenach wobec endecji i wyrażeniem żalu z powodu wcześniejszych nieporozumień. Nie mamy do czynienia z jakimś radykalnym odcięciem się od konserwatyzmu jako prądu myślowego, a tylko z opisem historycznych i bieżących okoliczności związanych z jego słabym (jak konstatował Dmowski) zakorzenieniem w szerszych kręgach społeczeństwa polskiego. I znowu – z tezami Pana Romana można się zgadzać lub nie, z pewnością jednak nie upoważniają jego współczesnych wielbicieli (zwłaszcza tych uważających, że „był prawie tak fajny jak Piłsudski”) do podpierania się autorytetem Dmowskiego w swych małych zagraniach taktycznych, obliczonych na najbliższe kampanie wyborcze.

Jest to bowiem nauka o fundamentalnym znaczeniu, płynąca m.in. z lektury „Upadku…”. Otóż Dmowski przez cały wczesny okres swej działalności zmuszony był lawirować między insurekcyjnymi tendencjami młodzieży, także narodowej – a lękami przeciwników bezsensownych powstań (wyrażonymi choćby przez Erazma Piltza w „Naszych stronnictwach skrajnych”1, pracy często przywoływanej na łamach „Upadku…” jako przedmiot kluczowej dla tematu polemiki). Dmowski musiał nie tracić swej patriotycznej wiarygodności w oczach zwolenników i szerokich mas społecznych, a z drugiej strony udowodnić sceptykom, że nie jest wyjątkowo cynicznym graczem wiodącym naród do kolejnego powstania. W zawoalowanej formie tej zasadniczej dla endecji kwestii poświęcony jest właśnie i omawiany tom. Pomimo jednak odniesionego ostatecznie sukcesu – Dmowski zmuszony był ponosić koszty swej polityki. O części z nich pisze już w „Upadku…” dotykając problemu pracy posłów endeckich do Dumy, innych tylko w książce dotyka, jak geneza pierwszego z dużych rozłamów w obrębie ruchu, czyli tzw. Frondy, prawdziwej matki chrzestnej współczesnej neo-endecji.

Potwórzmy raz jeszcze podstawowe zastrzeżenie – Dmowski tłumaczył „realistom”, że nie jest powstańcem, a patriotom – że nie jest renegatem. Pozostawał aż i tylko Panem Romanem, który wiedział skąd i dokąd wiedzie rodaków. Otóż żaden ze współczesnych epigonów Dmowskim nie jest i jeśli nawet wydaje się kojarzyć skąd wyszedł – to niemal na pewno nie wie dokąd idzie. Jeśli w ocenie tej się mylimy (niczym Piltz obawiający się Dmowskiego) – to będzie to rozczarowanie nader przyjemne. Choć bardzo zaskakujące.

I. Przeciw austropolakom

Pokonanie tendencji do związania sprawy polskiej z polityką dworu wiedeńskiego jest jednym z najważniejszych celów, jakie Dmowski stawiał swemu obozowi przez niemal cały okres przed wybuchem Wielkiej Wojny. Od pierwszych stron poświęcony tej kwestii jest też właśnie „Upadek…”. Dmowski stara się konserwatyzm galicyjski, stańczykowski zdeprecjonować, zohydzić i umniejszyć, byle tylko odebrać mu wszelką atrakcyjność i zniechęcić do naśladowania na terenie Królestwa. Tu bowiem obawia się nie tylko kopiowania jego formy (co również profilaktycznie wyśmiewa), ale też uważa ją za pierwszy krok do przyjęcia również treści rozwiązania austropolskiego, uważanego (jak się okazało – słusznie) za anachroniczne i szkodliwe dla programu wszechpolskiego2. Zastrzeżenia te należy zresztą uznać za uzasadnione w kontekście choćby akcesu części (zdecydowanie mniejszej) konserwatystów Kongresówki („realistów”) do obozu aktywistycznego podczas I Wojny. Warto jednak też zaznaczyć, że sam Dmowski przekonał się, iż większość tego środowiska pozostała na pozycjach umożliwiających zbliżenie z endecją i wytrwała na nich podczas realizowania programu odzyskania przez Polskę niepodległości.

Chodzi bowiem właśnie o nią, o groźbę zmarnowania szansy na polską suwerenność. „Od paru lat w Galicji zaczęto robić przygotowania powstańcze. Chodzi o to, żeby w razie wojny austriacko-rosyjskiej wywołać ruch zbrojny w Królestwie, a jak niektórzy powiadają nawet, żeby ten ruch wywołać niezależnie i tą drogą Austrię w wojnę wciągnąć. Ta robota jest z jednej strony dziełem młodzieży, z drugiej nowych formacji demokratycznych w Galicji: socjalistów, ludowców, postępowców. Jest to znów robota w interesie cudzym, tym się tylko różni od dawniejszych ruchów, że tamte się wiązały z interesami demokracji europejskiej, ten zaś służy interesom dwóch państw — Austrii i Niemiec. [wszystkie podkr. KR] Ręka obca jest tu jeszcze widoczniejsza, niż w przeszłości, a zanik samodzielnej myśli narodowej w tej robocie jest już kompletny. Zdaniem naszym jest to robota, obliczona przez tych, co poza nią stoją, na ostateczne pogrążenie sprawy polskiej3– tym fragmentem Dmowski jasno wyłożył czemu w ogóle napisał i wydał swoją książkę w lutym 1914 r. Jest to praca przeciw przyszłemu NKN-owi, przeciw aktywistom, przeciw zabawie w Legiony. Słowem przeciw temu wszystkiemu, co dziś bez trudu adaptuje się w obręb syntezy insurekcyjno-narodowej, nie bacząc na jej jawną anachroniczność! Otóż bez urazy, ale jakoś łatwiej byłoby chyba odnaleźć następców „chłopców uciekających do Kadrówki” wśród współczesnej „maszerującej prawicy”, niż wśród jej krytyków…

Raz jeszcze trzeba jednak podkreślić – Dmowski nie potępia bynajmniej poprzez Stańczyków konserwatyzmu jako takiego. Przeciwnie, poprzez konserwatyzm, z czysto utylitarnych i bieżących politycznie powodów – uderza w taktykę stańczykowską. By różnica ta była widoczna, warto zauważyć co np. w tej samej książce autor pisze o Podolakach, a więc formacji taktycznie coraz bliższej endekom, a jednocześnie przecież bardziej fundamentalnie konserwatywnej niż Stańczycy4. Że chodzi o taktykę – pokazują także ciepłe słowa, jakie Dmowski znalazł dla reakcyjnych konserwatystów kresowych, wprawdzie bezpośrednio wobec endecji niekiedy jeszcze bardziej niechętnych, niż „realiści”, ale realizujących politykę, którą Pan Roman uznawał za współgrającą ze swoją5

Co naprawę ma przeciw Stańczykom (że nie chcą słuchać Ligi Narodowej, że nie rozumieją konieczności współpracy z Rosją oraz jałowości stawiania na tak bitą kartę, jak Austro-Węgry6) – Dmowski napisać nie mógł i nie chciał. Zarzucał im więc np. błąd taktyczny w postaci nieuobywatelniania warstw ludowych: „Konserwatyzm galicyjski poszedł drogą, która mu się wydawała najprostszą, drogą tłumienia myśli, tamowania postępu politycznego ludu, terroryzowania go wreszcie i demoralizowania, gdy był potrzebny do wyborów7”. Co ważne jednak, Dmowski tylko pozornie pisał w tym przypadku jak demokrata8. W istocie przemawiał przez niego technik polityczny – i dlatego właśnie Wszechpolak. Powinno to jednak postawić przed „Wszechpolakami” współczesnymi pytanie: czemu tak chętnie dają wyraz swemu ekskluzywizmowi, wyjątkowości i dość wyraźnej (acz skądinąd sympatycznej) niechęci do demokracji? Otóż Dmowski był przed ponad 100 laty demokratą nie widząc innej możliwości sięgnięcia po rząd dusz narodowych. Tymczasem nawet deklarując swe otwarcie na ogół społeczeństwa – dzisiejsi epigoni są od powtórzenia drogi Dmowskiego jak najdalsi. Zamiast bowiem rodaków pozyskiwać – zrażają ich pałkarstwem i umyślnym odróżnianiem się (nawet wyglądem zewnętrznym) od „przeciętnego Kowalskiego”. Jeśli współcześni konserwatyści i tradycyjni endecy są źli (bo ci pierwsi „ustawili się w rolach komentatorów i recenzentów”, a cechą drugich jest „nieustanne „mielenie” kwestii ogólnopolitycznych z punktu widzenia tych samych, od lat znanych pozycji i w tym samym, dobrze znanym sobie gronie9) – to w takim razie w czym lepsi i skuteczniejsi są neo-endecy, tak dalece oderwani nie tylko od zaleceń Dmowskiego, ale i od nakazywanej zdrowym rozsądkiem bieżącej taktyki politycznej?

Wracając jednak do „austropolaków” – w walce z nimi Dmowski nie cofał się przed żadnym argumentem, oskarżając np. o utylitarny stosunek do Kościoła, a więc przydając im cechę jak najbardziej własną10! Dmowski zżyma się też, że „oto stronnictwo „konserwatywne” (…)w obozie demokratyczno-narodowym widzi ono współzawodnika do władzy11” – a całym wywodem przyznaje rację temu stwierdzeniu, tłumacząc czemu to endecja, a nie Stańczycy, czy „realiści” winni rządzić (choćby duchowo, a docelowo realnie) Polakami.

Dmowski zapędza się tak daleko, że konserwatystom stawia zarzut podstawowy – że wcale konserwatystami już nie są! „Szeregi jej coraz bardziej pomnażały się ludźmi, którzy wchodzili do stronnictwa nie dlatego że jest ono konserwatywnym, ale że ma w ręku władzę, z nią zaś rozdawnictwo zaszczytów i korzyści. (…) Z konserwatyzmu pozostał tylko wyraz12”. Zgryźliwość ataku była jeszcze większa, gdy Dmowski przechodził do konkretów: „Można zrozumieć, że dość obojętne na dobro całości narodowej partie, socjaliści, ludowcy, postępowcy, partie pielęgnujące ducha rewolucyjnego i wychowane w jakobińskich pojęciach o chwytaniu władzy, korzystają z pierwszej lepszej sposobności do jakiejkolwiek ruchawki. Można i to zrozumieć, że żywioły, uzależnione od organizacji międzynarodowych i widzące cel w służeniu ich planom, zadawalają się dla Polski rolą „klina do rozbijania Rosji”, bez względu na to, jaki los ten klin spotka. Można zrozumieć wreszcie, że żywioły bez czci i wiary polskiej gotowe są kosztem Polski robić karierę austriacką lub służyć wprost za pieniądze. To wszystko można zrozumieć, gdy ma się oczy otwarte, gdy się patrzy głębiej w życie społeczeństwa, gdy się widzi całe kotłowisko nurtujących w nim szlachetnych i podłych, rozumnych i głupich instynktów, ambicji i interesów. Ale jak na to wszystko należy patrzeć ze stanowiska programu konserwatystów krakowskich, tego programu, którego proklamowanie na początku swej kariery uznali oni za największą dla narodu zasługę?… Czyż może być coś bardziej temu programowi przeciwnego? Co powinienby na tę robotę powiedzieć Szujski, gdyby żył, lub Stanisław Tarnowski, gdyby głos w tej sprawie chciał zabrać?13 – pisał Pan Roman uznając, że Stańczycy sprzeniewierzają się własnym zasadom wspierając ruch powstańczy w Galicji14. Była to więc znowu krytyka z pozycji konserwatywnych, a nie anty-konserwatywnych. Co więcej, oparta o geopolitykę, o wyśmiewanie fobii antyrosyjskich i skłonności do „jakiejkolwiek ruchawki” za wszelką cenę – słowem jest to krytyka także dzisiejszej „centroprawicy” („wychowanej w jakobińskich pojęciach o chwytaniu władzy”) i flirtującej z nią współczesnej neo-endecji zachowującej się równie nieodpowiedzialnie, jak epigoni Stańczyków tuż przed Wielką Wojną.

Któż więc w tamtej sytuacji jest prawdziwie godnym miana konserwatysty polskiego? Bez wątpienia endek! I tak pozostało do dzisiaj – pomimo różnic taktycznych, często bardzo poważnych, między zorganizowaną formą konserwatyzmu polskiego (zwłaszcza rozumianego anachronicznie, jako przejaw aktywności społeczno-politycznej wybranej grupy społecznej, czyli części ziemiaństwa) – to właśnie endecja wielokrotnie artykułowała i wdrażała program oparty o wartości zachowawcze i narodowe zarazem15. Kreowanie zasadniczej sprzeczności między tymi dwoma nurtami w oparciu o te taktyczne, historyczne różnice zdań – jest więc naukowo nieuzasadnione.

Widać to wyraźnie w tym fragmentach „Upadku…”, w których Dmowski konserwatystów (w tym nawet Stańczyków) chwali. „(…) stańczycy dyskwalifikowali politycznie demokrację, odmawiali emigracji prawa kierowania polityką narodową i potępiali rządy młodzieży. Gdy chodzi o negatywną stronę tego programu, trzeba przyznać, że mieli całkowitą słuszność. Polityka powstańcza dała Polsce same klęski, klęski straszne, niepowetowane. Prowadząca ją demokracja polska okazała się politycznie niedojrzałą, naiwną, łatwowierną, dała się wyzyskiwać obcym, uczyniła sprawę polską narzędziem cudzych interesów olbrzymim kosztem własnego narodu. Emigracja oddala się prędko duchowo od kraju, zatraca zdolność odczuwania jego potrzeb, jego rzeczywistego dobra, operuje wreszcie w polityce fikcyjnymi siłami. Młodzież nigdzie nie ma danych do dyktowania krajowi polityki, bo do tego więcej, niż do czegokolwiek innego, trzeba doświadczenia, męskiej dojrzałości umysłu i charakteru16– pisał Dmowski. Zatrzymajmy się na chwilę nad tymi kapitalnymi myślami. Miażdżąca krytyka wyalienowanej emigracji to pod piórem Dmowskiego z jednej strony odcięcie się od samych korzeni endecji: od Ligi Polskiej, od Miłkowskiego i od podwójnego grzechu pierworodnego Narodowej Demokracji – insurekcyjnego i emigracyjnego właśnie. Jest to jednak także prorocze ostrzeżenie na przyszłość, które warto przypominać także i dziś wszystkim bezkrytycznym piewcom uchodźstwa i „czystej polityki” prowadzonej (?) bezpiecznie zza wielkiej wody. Jeszcze ważniejsza jest zaś krytyka pajdokracji, którą wielu kolegom pozostaje polecić już bez żadnego dodatkowego komentarza…17

II. Przeciw liberałom

I znowu – jeśli nie insurgentami, „dającymi Polsce same klęski, klęski straszne, niepowetowane” – to kim chcieli być endecy? Po raz kolejny, konserwatystami! „Bo przecie to chyba nie ulega żadnej wątpliwości, że najlepsze pierwiastki konserwatyzmu, które uczciwemu konserwatyście winny być najdroższe, nie w liberalno-kosmopolitycznych prądach znajdą podtrzymanie, ale jedynie w silnym prądzie narodowym, opartym na przywiązaniu do przeszłości i stawiającym sobie za jeden z najgłówniejszych celów wzmocnienie więzów budowy społecznej narodu oraz walkę z prądami rozkładowymi18” – pisał Dmowski, krytykując demoliberalizm (jakbyśmy dziś powiedzieli). A więc – przekładając na współczesne – potępiając nieuzasadnione przyjmowanie miana „konserwatystów” prze ruchy z myślą tą sprzeczne, w istocie osłabiające wartości tradycyjne, chronione przez naród. Mieliśmy takich „konserwatystów” wielu w historii III RP. Także i dziś określenie to bywa przypisywane środowiskom ideowo obcym, insurekcyjnym, socjal-niepodległościowym. A jak by się Dmowski zdziwił, gdyby zobaczył kogo (i kto) określa się mianem narodowców…

Dmowski krytykował we współczesnym sobie konserwatyzmie przede wszystkim obcy mu wtręt – liberalną grupę Włodzimierza Spasowicza19. I choć lektura ośmiu tomów pism tego wybitnego pisarza i prawnika nie potwierdza zasadności wielu krytycznych ocen Dmowskiego, to musi być wzięte pod uwagę, że Pan Roman atakował konkretną część i konkretny program obozu politycznego z kilkunastu pierwszych lat XX stulecia, a nie formację konserwatywną jako taką, w tym z pewnością nie konserwatystów polskich z początku wieku XXI. To dość oczywiste zastrzeżenie wydaje się konieczne ze względu na trudności z recepcją myśli Dmowskiego we współczesnych kręgach epigońskich.

Sam jednak fakt, że Dmowski ostrzegał przed obcą naleciałością na opisywanym ruchu polityczno-ideowym, ma też dla nas dzisiaj spore znaczenie poznawcze. Gdy bowiem Pan Roman pisał: „Była wszakże w tym sosie konserwatywnym podawana strawa liberalna, ale na to, żeby ją rozpoznać, trzeba było ludzi mocnych w doktrynie konserwatywnej, politycznie gruntownie wykształconych, (…)20” – to czyż nie widzimy jak sosem niby-endeckim polewa się dzisiaj „strawę liberalną” obecną choćby w poczytnych felietonach Rafała A. Ziemkiewicza? Gdy zaś Dmowski krytykował petersburski „Kraj”: „Polak, byle mu przyznać, że jest wielkim panem, byle stanąć w obronie jego przywilejów społecznych i interesów ekonomicznych, gotów jest poza tym stać się najdalej idącym liberałem. Liberalizm zaś Kraju był to ów nowoczesny liberalizm kapitalistyczny, giełdowy, któremu wcale nietrudno było robić kompromis z interesami wielkiej własności rolnej21– to czyż nie rozprawiał się jednoznacznie z rakiem „konserwatywnego-liberalizmu”, infekującym dzisiejszy ruch narodowy nie tylko od strony Romana Giertycha?

Walka Dmowskiego z „krajowcami” miała zresztą później różne koleje. Z czołowym ich przedstawicielem, Piltzem – tworzyli wszak razem Komitet Narodowy Polski. Z kolei w uwagach do wydania „Upadku…” z 1938 r.22, Dmowski punktował kontakty tej grupy nawiązane jeszcze przed Wielką Wojną z wysłannikiem niemieckim, Georgiem Cleinowem, za pośrednictwem żydowskiego bankiera Jana Blocha. I znowu więc – opór lidera Narodowej Demokracji miał charakter geopolityczny. Wietrzył on w liberalnej infiltracji wśród konserwatystów wpływy żydowskiej i niemieckie, dostrzegając zagrożenie aktywistyczne. Przekładając na współczesne realia, to konserwatystom podobne rozumowanie każe zachować ostrożność wobec neo-endecji i jej liberalnych tendencji, a zwłaszcza wobec objawianej w jej kręgach kierowniczych sympatii do „bankierów” i „przedsiębiorców” oraz sterowanej przez kręgi „biznesowe” głównej dziś światowej potęgi.

III. Dojrzewanie endecji

Uznając „konserwatywną prawowierność” swojego ruchu – Dmowski przyjmował z dobrodziejstwem inwentarza do twórczego rozwoju także dziedzictwo jego XIX-wiecznej polityki wobec zaborców. Wbrew częstemu przekonaniu tych, którzy z „Upadku…” znają tylko tytuł – nie ma w nim potępienia prób ugody z Rosją podejmowanych w XIX wieku przez zachowawców. Przeciwnie – „Ani czasy Aleksandra I, ani moment działalności Wielopolskiego w historii stosunków polsko-rosyjskich nie zostały dotychczas krytycznie zbadane i głębiej zrozumiane23” – zastrzega jedynie Dmowski zaznaczając, że zwłaszcza tym drugim przypadku jednoznacznie negatywne oceny opierają się na emocjach, a nie na ustaleniach naukowych (warto to stanowisko odróżnić choćby od jasnej krytyki polityki Margrabiego w kwestii żydowskiej). Również z polityki Czartoryskiego wobec Aleksandra I z początku XIX stulecia wyciąga Dmowski wnioski bynajmniej nie anty-ugodowe, pisząc: „Gdyby Czartoryski i jego współcześni zdolni byli oceniać politykę tego monarchy inaczej, niż ze stanowiska sentymentu, gdyby zdolni byli zrozumieć właściwe, kierujące nią motywy, gdyby zdali sobie sprawę z tego, że polityka ta wymaga od Polaków odpowiedniej, równoległej akcji24”. Przecież to jest wołanie o „lojalizm czynny”, o aktywną i świadomą politykę ugodową, a nie jej potępienie!

Stosunek przywódców wczesnej endecji do konserwatyzmu, po okresie młodzieńczego buntu – długo nosił znamiona niespełnionej miłości i kompleksu odrzucenia. „Przez dłuższy czas nie zwracano na tę grupę uwagi, lekceważono ją lub traktowano jako spóźnione, pozbawione żywotności echo dawnych prądów, spisków i planów powstańczych25” – skarżył się Dmowski i ten żal (by nie powiedzieć kompleks) wypełnia sporą część jego rozważań zawartych w „Upadku…”. Rozważań – dodajmy – chyba już zupełnie pomijanych w pseudo-recepcji tej książki, chodzi bowiem o przyznanie się przez przywódcę endecji do szeregu błędów, uwieńczonych w końcu faktycznym przejściem całego obozu na pozycje „realistyczne”, do której to zmiany zresztą wprost nie chciano nazwać.

Przyznawano za to (chociaż mimowolnie) samą niedojrzałość wczesnej endecji, o której świadczyły choćby wyimki z opublikowanej niegdyś wspólnie z „Upadkiem…” pracy „Wykształcenie polityczne”,drukowanej w „Kwartalniku naukowo-politycznym i społecznym” w 1898 r. W artykule tym Dmowski uważał jeszcze, że: „Program walki bezpośredniej o niepodległość, o ile był brany praktycznie, nie zaś pojmowany jako frazes, musiał obejmować przede wszystkim przygotowania do tej walki, szeroko rozgałęzioną działalność konspiracyjną, spiskową26”. Już jednak 7 lat później Dmowski zmuszony był tak opisywać te młodzieńcze deklaracje i porywy: „Byliśmy młodzi, więc nie mogło być mowy o doskonałości metod, ale w całej robocie był instynkt zdrowy, zdrowy sens i zapał szlachetny, które czyniły z niej silną podwalinę przyszłości. (…) W miarę, jak dojrzewaliśmy przy pracy i praca dojrzewała z nami (…)”27. Mówiąc prościej, brzmi to jak: nic nie mieliśmy do powiedzenia, więc działaliśmy, a dopiero potem musieliśmy dojrzeć czyli… z początku byliśmy niedojrzali…

Na czym owa niedojrzałość polegała – Dmowski pisał w samym „Upadku…”: „(…) stronnictwo demokratyczno-narodowe, zwróciwszy główną swą uwagę na położenie wewnętrzne kraju i na przystosowanie się do niego, nie było zdolne przystosować należycie swej polityki do realnych warunków zewnętrznych, do położenia w państwie28”. Chodziło o brak umiejętności poruszania się i zachowania w realiach (nomen omen) Dumy Państwowej, do której narodowa demokracja weszła przebojem, ale też w wyniku niepotrzebnej i szkodliwej rywalizacji z konserwatystami, a co gorsza bez odpowiednio przygotowanych kadr własnych. Efektem był początkowy chaos, skupianie się na deklamacjach, słowem zachowania, które nijak już dziś się nie kojarzą z wizją „młodej endecji”, która z zimną precyzją jedną ręką wychowywała naród, a drugą targowała się z caratem o sprawę polską. By jednak taką skuteczność uzyskać – Ruch Narodowy musiał się najpierw oczyścić i pozbyć martwych gałęzi.

Najszczęśliwszym bodaj dla naszej polityki w owym momencie byłoby, gdyby do reprezentacji kraju weszli w poważnej liczbie ludzie nie nowi w polityce – bo tacy zwykle orientować się nie umieją i głupstwa robią – ale nie zaangażowani za bardzo w walki okresu rewolucyjnego, niezależni zatem w możliwej mierze od podnieconej atmosfery czasów rewolucyjnych29” – przyznawał Dmowski i znowu warto na tę jego myśl spojrzeć z dzisiejszej perspektywy, kiedy to tak łatwo „młodzi”/nowi przywódcy wołają „nie chcemy tych co już byli!” – a mają na myśli „teraz nasza kolej! (chociaż nic nie umiemy i powielimy stare błędy…)”

Tymczasem przejście na pozycje realistyczne było dla endecji tyleż nieuchronne – co trudne. Przede wszystkim ze względu na wlokący się ogon kadrowy. Tych, co myśleli, że są „swoi”, a działali zupełnie na przekór. „Byli więc ludzie z przedrewolucyjnego okresu, zaprawieni w działalności tajnej, ludzie, którzy umieli byli dużo na tym polu zrobić, ale którzy do nowych warunków działania dopasować się nie umieli, którzy często nawet nie rozumieli, że może istnieć jakaś polityka poza organizowaniem tajnych kółek i rozdawaniem pism nielegalnych. Ci ludzie wykonywali w ubiegłym okresie wielką pracę w kierunku, jaki demokracja narodowa sobie nakreśliła, ale myśli politycznej obozu nie rozumieli, nie szli z nią naprzód, im samym i obozowi wystarczyło to, że są praktycznie użyteczni30” – pisał Dmowski, a jakby widział chłopców wyzywających się na blogach, w kominiarkach na twarzy dziarsko porykujących zacne hasła, ale kompletnie bezradnych wobec konieczności odnalezienia się w realiach choćby kampanii wyborczej, tylko już nie do Dumy, ale do ciał o zdecydowanie niższym poziomie merytorycznym.

Sam zresztą obóz narodowy wiedział już wówczas, że zmienić się musi, ale „jego niedawna przeszłość na to nie pozwalała31”. Dlatego właśnie o polityce własnej reprezentacji parlamentarnej Dmowski pisał ze smutkiem: „(…) robiła ona wrażenie polityki, nie orientującej się w położeniu, a liczne jej posunięcia zasługiwały ze stanowiska politycznego realizmu na miano błędów32”. Otóż to! Właśnie „błędów”! Z dużym trudem musiało przyjść Dmowskiemu to wyznanie, ale ono właśnie stanowi clou rozważań zawartych w „Upadku…” Pan Roman jasno pisał jaką stała się polityka endecji w wyniku tej ewolucji: „Do nas należy panować nad swymi ruchami, przystosowywać swe działanie do okoliczności, wywierać silny nacisk w warunkach sprzyjających, oszczędzać narodową energię wtedy, kiedy by miała być bezowocnie zmarnowaną33” – deklarował. Mowa więc oprogramie rozumnej ugody, który został zresztą ostatecznie oprotestowany przez „Frondę”, czyli wspomnianych wcześniej „nie rozumiejących, nieużytecznych i nie idących naprzód z obozem”.

Dmowskiego to jednak nie powstrzymało: „Musiało tedy stronnictwo demokratyczno-narodowe zabrać się bez wahania do zwalczenia tych trudności – przede wszystkim we własnym łonie – które mu stały na drodze w usiłowaniach do sprostania swym zadaniom na terenie parlamentarnym. Było to bodaj najcięższe z zadań, jakie kiedykolwiek przed nim stanęło; spełnienie go pociągnęło dla stronnictwa największe koszty. Koszty te wyraziły się we frondach, secesjach, w osłabieniu liczebnym obozu i w zmniejszeniu jego wpływu. Były one wszakże nieuniknione, ocaliły stronnictwo od znalezienia się w położeniu bez wyjścia i umożliwiły szybką, ale stopniową ewolucję myśli politycznej kraju, chroniąc ją od wielkiego, jednorazowego bankructwa, od moralnej katastrofy34” – pisał twardo i cieszył się z wyników: „obozowi demokratyczno-narodowemu trzeba przyznać, że w miarę jego dojrzewania coraz silniej zapanowywała w nim skłonność do krytycznej rewizji własnych poglądów, własnego programu, do stwierdzania i usuwania własnych błędów35”.

Była to linia zgodna z kierunkiem realizowanym przez krajowych konserwatystów. „(…) kierownicy stronnictwa demokratyczno-narodowego zaczęli dążyć do uczciwego porozumienia się z „realistami36” – podkreślał Dmowski i zżymał się, że „„realiści” nie zdawali sobie sprawy z tego, że taktyka demokracji narodowej w początkach okresu parlamentarnego jest tylko chwilową koniecznością, zdawało im się, że nie będzie ona zdolna tej taktyki porzucić, że będzie się jej bezmyślnie trzymała, jak pijany płota37”. Darujmy przy tym Panu Romanowi małego „focha”, z którego wynika, że wiedział on już wcześniej o błędach własnego obozu, a jedynie czekał na dobry moment, by je naprawić. Zapewne tak było, a Dmowskiego irytowało, że tak długo trwa przestawianie obozu na nowe tory, gdy jednocześnie konserwatyści nie umieli powstrzymać się od małej satysfakcji na łamach swych wydawnictw: „Periodycznie powtarzał się w nich triumfalny refrain: oto demokracja narodowa przeszła na nasze podwórko, oto nauczyła się od nas rozumu, oto przejęła naszą politykę…38” – złościł się Dmowski i znakomicie go rozumiemy, bowiem echa tamtych debat słyszymy i dziś. Gdy bowiem zdarza się nam pochwalić jakiś rozsądny głos pojawiający się po stronie „prawicy maszerującej” – od razu słyszymy z jej strony gniewne parsknięcia, żeby nie głaskać, bo oni tak sami z siebie i od dawna tak myśleli. Cóż, w końcu liczy się efekt…

Również Dmowski wiedział wszak, że Gdy tedy walka o metodę polityki naszej w Dumie nakazywała demokracji narodowej szukać zbliżenia z realistami, zdawano sobie sprawą, że szczere i rzetelne zbliżenie się będzie trudne39,chociaż przecież lider endecji dodawał: „Nie chcę kwestionować kwalifikacji działaczy ugodowych w zakresie „problematów żywotnych”, pewien nawet jestem, że niektórzy z nich mogliby przynieść sporo pożytku40”. Na czym zaś ów pożytek miał polegać? Na uznaniu zasadności i prawidłowości historycznej polityki stańczykowskiej oraz konserwatywnej metody politycznej, przy jednoczesnym dalszym wytykaniu bieżących błędów ich koślawej (podług Dmowskiego) realizacji w ówczesnej Galicji. Już wcześniej Dmowski niechętnie przyznawał: „Polityka stańczykowska, którą popularnie się pojmuje jako odrzucenie zbrojnych walk o niepodległość oraz pogodzenie się z realnymi warunkami i podjęcie realnych zadań na gruncie przynależności do państw obcych, była czymś więcej jeszcze, a pod niektórymi względami czymś zupełnie innym. Gdyby tym tylko była, nie różniłaby się tak gruntownie od polityki np. czeskiej, niewątpliwej polityki realnej, z którą program demokratyczno-narodowy ma w pojęciu walki politycznej duże pokrewieństwa41”. Powtórzmy raz jeszcze to kapitalne zdanie, co Dmowski uznawał za pokrewny sobie program polityczny:

  • odrzucenie zbrojnych walk o niepodległość,

  • pogodzenie się z realnymi warunkami,

  • podjęcie realnych zadań na gruncie przynależności do państw obcych.

Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości, że mówimy o programie stricte ugodowym (popularnie, acz niesłusznie zwanym lojalistycznym)?

IV. Upadek neo-endecji

Równie konserwatywne (pod względem szkoły myślenia, a przecież „Konserwatyzm, jako kierunek polityczny, wyraża się nie tylko w danych zasadach, w danej idei, ale także i w metodzie42) są takie konstatacje: My, Polacy, pod pewnymi względami jesteśmy jednym z najbardziej młodzieńczych narodów w Europie. Trudno gdziekolwiek znaleźć ludzi, którym by, tak jak nam, pozory za treść starczyły, którzy by umieli tyle poświęcić, tyle się wyrzec rzetelnej treści dla zdobycia lub utrzymania pozorów. Rzadko zastanawiamy się nad tym, czym jesteśmy, ale ani na chwilę nie przestajemy troszczyć się o to, za co jesteśmy uważani. Nasz patriotyzm polega na tym, żeby być uważanymi za dobrych Polaków, nasza religijność – żeby wyglądać na dobrych katolików, nasza mądrość – żeby wygłaszać zdania, które przez innych będą uważane za rozumne, nasza kultura – żeby robić to, co robią ludzie cywilizowani, nie zadając sobie nawet pytania, dlaczego i po co to się robi. Ta nasza właściwość nie jest jakimś tragicznym kalectwem charakteru narodowego, nad którym należałoby rozpaczać; jest to tylko wyraz naszej niedojrzałości, wynik naszej historii, która na długi czas, na parę stuleci, przestała być szkołą, wychowującą jednostkę ludzką, posuwającą naprzód jej moralne dojrzewanie43”. Konserwatywne zarówno wg kryteriów sprzed 100 lat, jak i współczesnych. Czy bowiem słowa Dmowskiego nie wyprzedziły argumentów, jakimi dzisiejsi konserwatyści i realiści posługują się wytykając słabości hurrapatriotyzmu? Czyż nie zwracamy uwagi na te same błędy i niedojrzałości neo-endecji, „prawicy maszerującej”, nie mówiąc o różnych politycznych sektach?

Spójrzmy zresztą na jeszcze jeden cytat: „Zwłaszcza w ostatnich czasach wygrywanie bezkrytycznego, ślepego patriotyzmu, schlebianie jego słabym, niebezpiecznym stronom stało się powszechnym sposobem drobniejszych, słabszych grup politycznych, u jednych, mniej dojrzałych umysłowo, z dużą dozą szczerości, u innych, mniej sumiennych, z cynizmem. Pod pokrywką haseł patriotycznych, frazesów, przelicytowujących wszystko i wszystkich, przemyca się do niekrytycznych żywiołów społeczeństwa najszkodliwsze, najbardziej przeciwnarodowe dążenia lub czyni się wysiłki ku zaspokojeniu najbardziej niezdrowych ambicji44”. Gdyby nie był pod nim podpisany Dmowski, czyż nie wzięlibyśmy go za fragment bieżącej publicystyki Adama Wielomskiego czy Jana Engelgarda?

Problem współczesnej maszerującej neo-endecji polega na tym, że błędnie odnajduje się w triadzie określonej przez Dmowskiego jeszcze w odniesieniu do początku XX wielu: „Przed ludźmi, usiłującymi organizować politycznie społeczeństwo polskie pod koniec ubiegłego stulecia, leżały trzy drogi:

  • albo odwoływać się do patriotyzmu, szukać w nim oparcia, biorąc go takim, jakim jest, podsycać go nawet w jego złych stronach, bez względu na to, z jakim to będzie skutkiem dla narodowej sprawy;

  • albo wystąpić z nim do walki, gromić jego zdrożności, czynić go odpowiedzialnym za wszystkie narodowe klęski, bronić swe własne szeregi od zapału patriotycznego jako od największego niebezpieczeństwa;

  • albo wreszcie, uznając z jednej strony, że polityka polska tylko na silnym gruncie patriotycznym może być zbudowana, z drugiej zaś widząc te niebezpieczeństwa, jakie wynikają ze złego wychowania politycznego naszego patriotyzmu – oprzeć się mocno na patriotyzmie, ale zająć względem niego stanowisko nie bierne, lecz czynne, nie schlebiać i nie poddawać się jego złym stronom, jeno pracować nad jego wychowaniem, oczyszczać go z wad i kształcić w nim zalety, do jakich daje podstawę zdrowe poczucie narodowe i szczera, gorąca miłość ojczyzny, stanowiące niewątpliwe właściwości naszego narodu45”.

„Prawica maszerująca” jest z pewnością przekonana, że realizuje scenariusz nr 3, swych krytyków piętnuje jako przedstawicieli wariantu drugiego – a tymczasem w ewidentny sposób zabawia się metodą nr 1. Jest to igranie zapałkami, w dodatku makiawelizm raczej dziecinny – bowiem o dość oczywistych motywach. Neo-endecy szukają swej tożsamości i identyfikacji w eskalowaniu emocji patriotycznych, jeszcze większym nacisku na politykę historyczną, podbijaniu w nieskończoność bębenka fałszywie rozumianej dumy narodowej oraz elementach szowinizmu (nie rozumianego jako wyzwisko, ale stwierdzenie faktu stymulowania wrogości do innych nacji, w przekonaniu, że „sami sobie damy radę bo jesteśmy najlepsi!”). W ten sposób jednak środowisko „Marszu Niepodległości” może mimowolnie, ale staje się faktycznie pepinierą centroprawicy. Spełnia tym rolę podobną, jak JKM w stosunku do kręgów liberalnych. Otóż jeśli MN, MW, ONR utrzymują, że „są tak samo patriotyczne tylko bardziej” niż PiS itp. (bo do tego sprowadza się budowanie tożsamości politycznej wyłącznie na większej ekspresji deklarowanych instynktów patriotycznych) – to z czasem ich młodemu zapleczu odejdzie „bardziej”, a zostanie „tak samo patriotyczne” – wraz ze wzrostem realizmu, spadkiem radykalizmu, czy zwykłą rezygnacją. Podobnie przecież zawsze działo się z fanami JKM – byli „tak samo liberalni jak KLD, czy PO, tylko naprawdę i bardziej”, po czym lądowali właśnie w tych partiach, bo już przestawali wierzyć w „naprawdę” bądź jako przedsiębiorcy latali z łapówkami za koncesje czy do skarbówki – bo już wiedzieli, że „bardziej” się w tej rzeczywistości nie da.

Rzecz jasna wielu sympatyków neo-endecji oburzy się, a przynajmniej zaprzeczy takim wnioskom. Zapewni, że to ze strony „maszerujących” kamuflaż i mimikra, słowem – że to powtórzenie opisanej wyżej drogi Dmowskiego. Sęk w tym, że – jak już wspomniano – jakoś nowego Pana Romana nie widać (bo i nie ten materiał przywódczy). O ile więc w sporze Dmowskiego z Piltzem moglibyśmy może za dobrą monetę przyjąć zastrzeżenia do „Naszych stronnictw skrajnych”, o tyle dziś to jednak ostrożność naczelnego „Kraju” wydaje się postawą bardziej uzasadnioną. „To, co w publikacjach stronnictwa występowało jako podstawa kierunku narodowego, podawał on niewytrawnemu, nie umiejącemu ściśle myśleć czytelnikowi jako punkty programu praktycznego, ideał niepodległości utożsamiał z praktycznym programem powstańczym, ułatwiał sobie zadanie przez przemilczanie najpoważniejszych wynurzeń publicystyki demokratyczno-narodowej, a natomiast sypał pełną garścią cytaty z przemówień i artykułów niedojrzałych studentów, nie dorosłych jeszcze do zrozumienia istoty kierunku, lub z utworów starego emigranta, przechowywanego w obozie narodowym jako szanowna pamiątka przeszłości46” – zżymał się Dmowski. Jednocześnie jednak tym samym przyznawał, że w ruchu jego głos zabierali nader często właśnie owi „niedojrzali studenci”. Ba, że sami liderzy endecji – zanim nabrali rozumu, doświadczenia i dojrzałości – takie właśnie nierozumne rzeczy niekiedy głosili i czynili! I z drugiej strony patrząc, Pan Roman nie chciał się przyznać ani do zwrotów ideowych swego ruchu, ani do sprytnego grania frazeologią powstańczą, czyli po prostu do wykorzystywania naiwności sympatyków. Wtedy jednak to sympatycy byli naiwni, a kierownictwo cwane, teraz zaś zachodzi zjawisko odwrotne…

V. Podsumowanie

Choćby przekartkowawszy sławną, a w istocie nieznaną książkę Dmowskiego o „Upadku myśli konserwatywnej w Polsce” wiemy już więcej niż ci, którzy lekturę tego dzieła zakończyli na tytule. Wiemy, że Dmowski nie tylko nie był wrogiem konserwatyzmu, ale przeciwnie, tak czuł się mu bliski, że własny ruch polityczny uważał za jego lepszą, skuteczniejszą emanację. Wiemy też jak ruch ten się zmieniał i dojrzewał, aby sprostać wizjom i oczekiwaniom swego przywódcy.

Możemy w omawianych pracach Dmowskiego znaleźć także bardzo aktualne zalecenia polityczne, nadające się do niemal bezpośredniego wdrożenia, jak choćby to: „Polityka zdobyczy politycznych może mieć tylko wtedy widoki powodzenia, być polityką realną, gdy się na realnej opiera sile. Taką realną siłą w naszych warunkach jest warstwa ludowa, której polityczne uruchomienie jest niezbędnym warunkiem zwycięstwa. To też w miarę rozwoju walki politycznej w dwóch dzielnicach, posiadających życie konstytucyjne, widzimy występowanie na widownię ludu, który coraz większą wykazuje polityczną świadomość. Ruch ludowy oznacza wprowadzenie do życia kwestii społecznych i nawet tam, gdzie uruchomienie i wyprowadzenie na pole walki politycznej ludu nastąpiło pod innymi hasłami, potrzeby społeczne jego muszą w końcu zająć pierwsze miejsce w dążeniach politycznych47”. Wszak brak bazy społecznej, nieumiejętność jej zorganizowania w kręgach innych niż szalikowskie, czy wcześniej pożyczone od znanej rozgłośni – to wszystko są słabości Ruchu Narodowego nie raz wytykane choćby w publikacjach Konserwatyzm.pl! Postawienie akcentu na kwestie społeczne jest zaleceniem Dmowskiego, a nie skazą endekomuny, z pogardą odrzucaną przez stworzonych do wyższych celów niż gospodarka neo-endeków.

Dalej, w „Upadku…” odnajdujemy krytykę zachowań obserwowanych w wyborach i na ulicach, haseł znanych z popularnych portali i czasopism: „Cierpienia narodu w niewoli, tym silniejsze, że naród ten był wychowany w nadmiernych swobodach, wyżłobiły w duszach tak silną nienawiść do bezpośrednich sprawców tych cierpień, że nienawiść ta u wielu zapanowuje nad miłością ojczyzny. Wyrósł gatunek ludzi, uważających się za najgorętszych patriotów, którzy żyją jedynie myślą zrobienia czegoś złego wrogom ojczyzny, chociażby ojczyzna własna miała wielkimi stratami za to zapłacić. Otóż taki patriotyzm, który myśli przede wszystkim o zemście na wrogu, nie zaś o pożytku własnego narodu, jest niesłychanie groźnym niebezpieczeństwem, bo stanowi prostą drogę do narodowego samobójstwa. Kierowana nim polityka przestaje być polityką polską: rozgląda się ona tylko za wrogami swoich wrogów, ażeby się im wysługiwać, kosztem własnej ojczyzny oddać się im za narzędzie48 – pisał Dmowski, a my już mamy przed oczami manifestacje rusofobów i smoleńszczyków. To wszystko świadczy o ogromnej aktualności i użyteczności tej książki. Nie jest to jednak jej jedyna wartość.

Widzimy bowiem wreszcie, jak po upływie niespełna 100 lat – doszło do szczególnego odwrócenia pojęć. Oto współcześnie istnieją nurty polityczne, które odwołują się do tradycji endeckiej, podczas gdy w istocie stają na pozycjach skrytykowanych przed wiekiem przez Dmowskiego. I przeciwnie – nawet konserwatyści nie poczuwający się do tradycji endeckiej, mimowolnie zmuszeni są do obrony dziedzictwa Dmowskiego, a więc i do formułowania ocen i krytyki zgodnej z jego ideą i szkołą myślenia. Jest to swego rodzaju chichot historii, bowiem profetycznie – i złośliwie – zapowiadał to liderowi endecji przywódca konserwatyzmu, Władysław Leopold Jaworski, pisząc: „Konserwatyzm jest metodą myślenia. Stronnictwo konserwatywne jest polityczną organizacją ludzi, myślących metodą konserwatywną, rozwiązujących problemy polityczne stosownie do czasu i miejsca działania. (…) Gdyby p. Roman Dmowski odróżniał te pojęcia, a raczej, gdyby ich nie identyfikował, byłby przede wszystkim nie mógł pisać o „upadku myśli konserwatywnej w Polsce”, myśl bowiem, metoda myślenia nie może upaść i zniknąć49”.

Kiedy bowiem Pan Roman pisał, zastrzegając, że nie poczuwa się do wyłączności na efektywny konserwatyzm: „Nie przesądzamy, czy w społeczeństwie naszym jest grunt dla obozu istotnie konserwatywnego. Jeżeli jest, to niechże taki obóz powstanie. Ale niech będzie szczerze, uczciwie konserwatywny, niech pracuje rzetelnie nad rozwojem pierwiastków zachowawczych w życiu narodu, niech wzmacnia podwaliny jego wewnętrznej budowy, niech pod firmą konserwatywną nie prowadzi roboty negacyjnej, w gruncie rzeczy rozkładowej, która wszelkiego konserwatyzmu jest zaprzeczeniem50” – to przecież miał na myśli nie tylko swoją sympatię do zachowawczości jako takiej, ale i ostrzegał przed możliwym regresem, degeneracją ideową, groźną także dla własnego nurtu politycznego. Obawy Dmowskiego po kilkudziesięciu latach się spełniły, gdy bezpośredni jego następcy (niekiedy samozwańczy) umieli już tylko formułować hasła negatywne, robić tylko „robotę negacyjną”. To samo zresztą powtarza się i dziś, gdy „prawica maszerująca” wie wprawdzie jakiej Polski nie chce, ale równocześnie nie ma żadnego konkretnego pomysłu jak ojczyznę zmienić i w jaki sposób zabezpieczyć nasze narodowe interesy. Oczywiście, „młoda endecja” też nie od razu była ruchem dojrzałym, świadomym swych celów i metod, zostaje więc cień nadziei, że przynajmniej część młodzieży współczesnej – również przejdzie podobną ewolucję. Cytowany już Jaworski podobnie wszak wzywał Dmowskiego: „Patrząc na to marnotrawstwo sił narodu, na to rozbicie, na tę niezgodę i wzajemne zmaganie się, zapytujemy p. Dmowskiego: czy stać nas na to? Zapytujemy p. Dmowskiego: Długo tego jeszcze będzie? I oto nasza odpowiedź: Gubi nas to, co nas dzieli, a dzieli nas zawiść i pycha51. Lider endecji bez wahania ostatecznie wybrał dobrą odpowiedź, oby i w tym zakresie poszli jego śladem samozwańczy następcy…

Zastrzeżenia (także taktyczne) Dmowskiego do jego rywali politycznych A.D. 1914 to również lekcja propagandy. Nauka prowadzenia ataków niekoniecznie uzasadnionych merytorycznie czy prawdziwych – ale skutecznych, w imię wyższego interesu, jakim jest sprawa polska (zwłaszcza w wymiarze geopolitycznym). Tak skutecznych, że do dziś czynią one „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce” użyteczną broń w bieżącej walce politycznej, choć przecież książka ta powstała prawie 100 lat temu. Geniusz Dmowskiego polega zaś na tym, że jest to broń obosieczna.

Konrad Rękas

Przypisy:

Wszystkie cytaty z „Upadku myśli konserwatywnej w Polsce” za wydaniem w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r.

1Dziś, jak obwieszczają światu pisma wszechpolskie, zasiada w Warszawie władza tajna, która wprawdzie sama nazywa się „Ligą Narodową”, ale która pozwala swoim organom i agencyom tytułować się „Rządem Narodowym”, „prawnie funkcyonującą władzą państwa polskiego”, i która poczuwa się do „kierowania interesami narodu”… Stronnictwo, które z łona jej wyszło, i którem Liga Narodowa „kieruje”, rozporządza kilkunastu pismami we wszystkich częściach Polski i na emigracyi. Program ruchu ten sam, co przed laty czterdziestu: niepodległość, wywalczyć się mająca przez zbrojne powstanie i tak samo, jak w r. 1863, ruch ograniczony tylko do zaboru rosyjskiego” – Scriptor [Erazm Piltz] „Nasze stronnictwa skrajne”, w: „Materyały i myśli polityczne”, przez Kraków, skład główny w drukarni W. L. Anczyca i spółki 1903, str. 8-9

2Konserwatyzm też w Królestwie, o ile na widownię polityczną w okresie popowstaniowym wystąpił, nie był, jak w Galicji i Poznańskiem, wytworem ściśle miejscowym, wytworem warunków życia w kraju i w państwie, ale był niejako echem konserwatyzmu galicyjskiego, jego naśladowaniem, próbą powtórzenia jego polityki w warunkach całkiem odmiennych, nie nadających się do niej” -„Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 15

3op. cit. str. 26

4To wyjście, a raczej próby wyjścia poza granicę jednej warstwy, to zbliżenie się do innych żywiołów społecznych dodało siły moralnej konserwatyzmowi polskiemu we wschodniej Galicji, podniosło jego wartość narodową i zaakcentowało jego ideową szczerość. Jeżeli też można mówić dzisiaj o idei konserwatywnej w Polsce, o idei, która nie stalą się czczym wyrazem, to we wschodniej Galicji można ją jeszcze znaleźć w znacznej mierze” – op. cit., str. 17

5Bez porównania większą samodzielność wykazała myśl konserwatywna na Litwie i Rusi, gdzie poza arystokracją i szlachtą żywioł polski jest bardzo słaby – jakkolwiek zbyt przez sferę ziemiańską lekceważony i gdzie polityka rządu, posługująca się w celu rusyfikacji kraju hasłami często radykalnie demokratycznymi, spowodowała niejako utożsamienie stanowiska konserwatywnego ze stanowiskiem narodowym polskim.” – op. cit., str. 15

6 O czym zresztą Dmowski pisał już sporo wcześniej: „Nas nikt przeciw Niemcom bronić nie będzie. Co do Austrii, co do możności odegrania przez nią jakiejś dodatniej roli w polityce zewnętrznej, nikt nie ma, zdaje się, złudzeń”, „Koniec legendy”, w: „Przegląd Wszechpolski”, sierpień-październik 1905 r., za: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 219

7„Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 12

8Skądinąd w równoległej swojej pracy, Dmowski pisał: „Niezaprzeczenie ta stara polityka „gabinetowa” ma rozmaite wielkie dogodności w porównaniu z polityką nowoczesną, operującą masami; jednakże nie jest ona zdolna dotrzymać jej placu i w starciu z nią jest bita. Konserwatyści zaś galicyjscy tak się zakochali w jej komforcie, że wbrew bijącej w oczy rzeczywistości trzymali się jej uparcie i urządzali się w kraju tak, jakby uważali za zbawienie najdłużej przy jej metodach wytrwać. Nie robili nic dla uświadomienia szerszym masom społecznym interesów i zadań polityki narodowej” – sęk w tym jednak, że Dmowski nie tłumaczył bynajmniej, czy taką ewolucję, polegającą na umasowieniu polityki uważa za korzystną, czy tylko za nieuchronną… – „O bankructwie metody konserwatywnej w polityce galicyjskiej”, za: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 156

9http://robertwinnicki.nowyekran.pl/post/69834,nadchodzi-przesilenie

10 „Bardzo prędko wszakże pokazuje się, że Kościół w pojęciu polityków krakowskich — to tylko narzędzie do służenia pewnym interesom, nic wspólnego z życiem religijnym nie mającym.” „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 19

11 op. cit., str. 21

12 op. cit., str. 21

13 op. cit., str. 26-27

14 „Gdybyśmy się umiejętniej przyglądali naszemu świeżej daty ruchowi powstańczemu w Galicji, dostrzeglibyśmy, że jest on mniej rodzimy, niż to się powierzchownie wydaje, że nie ostatnią jest w nim rola organizacji międzynarodowych, i że tak, jak naiwna młodzież idzie nieświadomie pod ich komendą, one znów same pod komendą obcą służą interesom cudzym (…)” – op. cit., str. 70

15 „W tym życiu okres walki między demokracją a konserwatyzmem jest właściwie zamknięty, a rozpoczął się już okres nowy: jego treść stanowi walka pomiędzy kierunkiem narodowym a mniej lub więcej wyraźnie kosmopolitycznymi epigonami rewolucji francuskiej, zorganizowanymi w partie liberalne, radykalne, postępowe, socjalistyczne itp.” – op. cit., str. 135

16 op. cit, str. 22-23

17 Dla porządku jednak warto zauważyć, że nie samą, ani nie przede wszystkim młodzież Dmowski obciąża winą, krytykując Stańczyków, że „Stwierdzając np. zgubność dla narodu rządów młodzieży, gromili samą młodzież, kiedy należało przecie gromić starsze pokolenia za ich niedbalstwo, niedołęstwo, brak odwagi i niezawisłości zdania, bo tylko dzięki tym wadom starszych pokoleń młodzież zdolna jest krajowi swą politykę narzucać. Młodzież mało jest winna, gdy widzi próżnię na pozycjach, które powinni zajmować starsi, gdy te pozycje bez przeszkody zajmuje i, pozbawiona rozumnego kierownictwa, głupstwa na nich robi” – op. cit., str. 24

18 op. cit, str. 80

19 „Sposób myślenia Spasowicza i ludzi sztab jego stanowiących nic wspólnego z konserwatyzmem nie miał, jednakże gdy mowa o upadku myśli konserwatywnej u nas, trzeba o nim mówić, bo on właśnie i jego ludzie byli bezpośrednimi tego upadku sprawcami” – op. cit., str. 34. Warto też jednak zauważyć, że osobiście samego Spasowicza – Dmowski jak najbardziej doceniał, uznając za przeciwnika godnego uznania: „Spasowicz to była istotnie niepospolicie tęga głowa, przerastająca wszystko, co wydało Królestwo w okresie popowstaniowym, a jednocześnie silna indywidualność, wielka energia, niespożyta zdolność do pracy. Tacy ludzie umieją naginać do siebie najbardziej oddalone duchowo żywioły, zwłaszcza jeżeli są zręczni, praktyczni, przebiegli” – op. cit., str. 35

20 op. cit, str. 38

21 op. cit., str. 38

22 op. cit., str. 35-36

23 op. cit., str. 32

24 op. cit., str. 67

25 op. cit., str. 50

26 „Wykształcenie polityczne”,w: „Kwartalniku naukowo-politycznym i społecznym” w 1898 r., za: w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 233

27 „Koniec legendy”, w: „Przegląd Wszechpolski”, sierpień-październik 1905 r., za: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 185

28 Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 109

29 op. cit, str. 96-97

30 op. cit., str. 99

31 op. cit., str. 102

32 op. cit., str. 102

33 „Koniec legendy”, w: „Przegląd Wszechpolski”, sierpień-październik 1905 r., za: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 207

34 „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 104

35 op. cit., str. 58

36 op. cit., str. 104

37 op. cit., str. 113

38 op. cit., str. 116-117

39 op. cit., str. 115-116

40 „Koniec legendy”, w: „Przegląd Wszechpolski”, sierpień-październik 1905 r., za: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 203

41 op. cit., str. 212

42 „O bankructwie metody konserwatywnej w polityce galicyjskiej” w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 151

43 „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 131

44 op. cit., str. 78

45 op. cit, str. 77

46 op. cit., str. 85

47 „Wykształcenie polityczne”,w: „Kwartalniku naukowo-politycznym i społecznym” w 1898 r., za: w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 239

48 „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 76

49 Władysław Leopold Jaworski, „Dmowski o konserwatystach”, Warszawa 1914, za: http://www.omp.org.pl/stareomp/index9e57.html?module=subjects&func=viewpage&pageid=682

50 „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r. , str. 144-145

51 Władysław Leopold Jaworski, „Dmowski o konserwatystach”, Warszawa 1914, za: http://www.omp.org.pl/stareomp/index9e57.html?module=subjects&func=viewpage&pageid=682

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

0 thoughts on “Dmowski ugodowiec, czyli o upadku bezmyślności neo-endeckiej”

  1. Artykuł (prawie) bardzo dobry pod względem przywoływania pewnych faktów no i forma też dobra (przypisy), tylko szkoda że autor musiał znowu zademonstrować swoją ogromną niechęć do ruchu Narodowego, widać 11 listopad tuż, tuż tak więc trzeba zacząć kopać i walić ślepakami zamiast zastanowić się właśnie, iż 100 lat temu były inne uwarunkowania geopolityczne niż teraz, zagrożenia były inne… no i ułomności Polaków też. Ja też uważam Ruch Narodowy w Polsce za słaby póki co i z bardzo ogólnikowym programem politycznym… jednak konserwatyści nawet z tego portalu w ogóle nie mają żadnego programu politycznego i to już ich stawia niżej nawet od naszpikowanego ułomnościami RN..

  2. Niestety znajomość klasyków spada. To słuszne spostrzeżenie Rękasa. W ogóle poziom intelektualny prawicy nie jest za wysoki. Internet był postrzegany jako nowa szansa dla rozwoju myśli, miał być narzędziem społ. obywatelskiego. Tymczasem portale myśli czyta (bardzo często tylko do nich zagląda) nie więcej niż kilkaset osób co w dużym społeczeństwie polskim jest mniej niż kropelką. Czytelnictwo spada. Dane Biblioteki Narodowej mówią jasno, że ponad 80 % Polaków praktycznie nie czyta w Internecie tekstów większych od 3 ekranów. Ludzie myśli to nadal awangarda. Rzecz w tym by masy dały się przekonać do częsci fundmentaliów które są depozytem tej awangardy. Tego nie mamy!

  3. Panie Marcinie, złośliwych? Wszak parę razy w tekście daję wyraz nadziei, że Marsz wyda dobre owoce. Ignorancja co do podstaw ruchu, ale także celowe zaciemnianie jego celów raczej temu nie posłużą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.