Engelgard (rec.): Ziemkiewicza zmagania z rzeczywistością

Rafał A. Ziemkiewicz (RAZ) jest nieformalnym liderem Stowarzyszenia ENDECJA, a jednocześnie wziętym publicystą, kojarzonym do niedawna (?) z szeroko pojętym obozem władzy, czyli z PiS-em. Jego coraz większy krytycyzm wobec tego ugrupowania pozwala na zadanie pytanie – czy tak jest nadal? Odpowiedzi można szukać w wydanej właśnie książce „Sanacja czy demokracja”.

Tytuł książki ma świadczyć o jej „endeckiej” proweniencji, słowo „sanacja” jest tu bowiem użyte w pejoratywnym kontekście. Jak wiadomo w tradycji obozu narodowego ten okres historii (1926-1939) był oceniany bardzo surowo, by wspomnieć tylko wnikliwą analizę dokonaną przez Stanisława Głąbińskiego czy Władysława Konopczyńskiego. Tytuł książki RAZ-ma ma nawiązywać do tamtej krytyki. Z drugiej strony autor dystansuje się w ten sposób od narracji opozycji, która wmawia, że rządy PiS to powrót do PRL-u. Jeśli już jakiś powrót, to do wzorców sanacji – przekonuje RAZ, co pewnie jest znacznie bliższe prawdy niż bzdury o recydywie PRL z okresu Władysława Gomułki

Na książkę składa się zbiór artykułów RAZ-a z ostatnich dwóch lat. Czytając je po kolei człowiek zadaje sobie pytanie – w jakim miejscu jest teraz autor? Od euforii po obaleniu rządów „michnikowszczyzny” do wzrastającego z miesiąca na miesiąc dystansu wobec obozu „dobrej zmiany”. Taką samą ewolucję, jeśli nie większą, obserwujemy w przypadku Łukasza Warzechy. Ponieważ wpływ obu na prawicową opinię publiczną jest spory, na pewno taka ewolucja nie wzbudza zachwytu w partii rządzącej.

RAZ stara się jednak równoważyć swój antypisowski krytycyzm zjadliwymi artykułami wymierzonymi w „totalną opozycję”. Nie chodzi tu tylko o jakiś wentyl bezpieczeństwa, choć i są tacy, którzy tak twierdzą, ale o przekonanie, że między „totalną opozycją” a coraz bardziej nieobliczanym PiS-em – jest jakaś przestrzeń polityczna, którą mogłaby wypełnić nowa formacja. Tak czy inaczej RAZ zaczyna swoją narrację od filipik przeciwko opozycji. Oto próbka:

„Dorobek – znowu śmiesznie to brzmi – „intelektualny” opozycji totalnej, salonów michnikowszczyzny i ufutrowanej grantami „rozporkowej lewicy”, małpującej zachodnie campusy, sprowadza się do poniżenia Jarosława Kaczyńskiego w „dyskusjach” prowadzonych we własnym, hermetycznym światku. Wyszydzane są jego wzrost, jego starokawalerstwo, szczególny stosunek do rodziców (silnie podkreślany emocjonalny związek z matką i całkowita nieobecność w rodzinnej pamięci ojca, skądinąd ciekawa wspólna cecha Jarosława i śp. Lecha z marszałkiem Piłsudskim) – miesiącami potrafią „eksperci” opozycji oddawać się „kuchennej psychoanalizie” Prezesa, deliberując o tym, jakie kompleksy i urazy sprawiają, że tak bardzo nienawidzi lepszych i mądrzejszych od siebie, tak bardzo chce nam wszystkim odebrać wolność, wyprowadzić z Europy i przyłączyć do putinowskiej Rosji. Od czasu do czasu, dla odmiany, przerzucając się na równie głębokie uwagi o tym, jak ciemna i tępa musi być ta hołota, która na „takie coś” głosuje, oraz krzepiąc się nadzieją, że jeśli jeszcze raz powie to wszystko jakoś mocniej, ostrzej, bardziej wyraziście, to jednak ta ciemna hołota się „przebudzi” i wyjdzie na ulice, a z Zachodu przybędzie z odsieczą Tusk na białym koniu albo zgoła Timmermansie, i wreszcie znowu będzie tak, jak było.

Zapleczem „opozycji totalnej” nie są think tanki i eksperci, ale kilkanaścioro wciąż tych samych pajaców, głównie aktorek i aktorów oraz beneficjentów dawnego układu ze światka prawniczego i uczelnianego, którzy dosłownie wyrzygują na łamach swe frustracje, resentymenty oraz furie, skutecznie przekonując coraz liczniejszych Polaków, że jeśli alternatywą dla rządów PiS jest ta gromada jajogłowych błaznów, drobnych cwaniaczków i aferzystów połączonych wspólną pogardą dla przeciętnego Polaka oraz chęcią dalszego dojenia i strzyżenia go tak, jak to robili od ćwierć wieku, to po prostu nie ma żadnej alternatywy i PiS, jakikolwiek by był, rządzić po prostu musi”.

Pogarda dla opozycji wydaje się w przypadku RAZ szczera, choć jest – jak to u publicysty – nieco przerysowana. Dla nas jednak nie ta część publicystyki jest najciekawsza, lecz to co ma do powiedzenia na temat PiS-u. Już we wstępie czytamy:

„Jednak podczas gdy upadła elita wciąż nie może się pogodzić z tym, że już nie imponuje, nie jest słuchana i nie jest w stanie nikogo swymi jeremiadami przestraszyć – elita nowa, której stworzenie i ustanowienie u steru narodu jest wielkim, życiowym celem Jarosława Kaczyńskiego, nie potrafi wyjść z oblężonej twierdzy, w której się ukształtowała i spędziła swe najlepsze, pionierskie lata. Wciąż przeżywa i odreagowuje lata „dorzynania watahy”, brutalnego wypychania z dyskursu publicznego, szykan i „przemocy symbolicznej”, wciąż ma przed oczami obrazy z formacyjnych filmów, takich jak „Pogarda” Joanny Lichockiej czy „Krzyż” Ewy Stankiewicz, skrzykniętą przez rządowe wówczas media na Krakowskie Przedmieście żulię szczającą na smoleńskie znicze, wrzeszczącą do modlących się staruszek: „Pokaż cycki!” i zachwalaną przez „autorytety” jako „wspaniała, nowoczesna młodzież”, rozpraszająca swym poczuciem humoru „duszne wyziewy polskiego mesjanizmu”. Wciąż ma przed oczami wypełnioną luminarzami kultury i gwiazdami galę festiwalu w Gdyni, gdzie wyfraczeni panowie i panie w wieczorowych sukniach „ryją” ze śmiechu jak ludożera w prowincjonalnej remizie, bo pajac na scenie powiedział „tupolew”.

okl RAZ.jpg

I te obrazy, generujące spajające rządzący obóz uczuciowe uniesienie, przysłaniają im zupełnie Polskę i jej przyszłość. Nieważne – kilkakrotnie powtórzy się to zdanie w zebranych tu tekstach – jaka będzie Polska, ważne „czyja”. Cała retoryka obozu rządzącego, a co najmniej tej jego najtwardszej, najbardziej PiS-owskiej części, sprowadza się do „odzyskiwania”, „oczyszczania”, usuwania przeszkód dla zmiany. Jak gdyby było obiecane od samego Boga, że kiedy Polska będzie „nasza” – Polaków, katolików, patriotów – to już będzie dobra „ipso facto”.

A jeśli nie będzie? To będzie znaczyło, że widocznie wciąż jeszcze nie jest wystarczająco nasza. Że wróg gdzieś się okopał, blokuje, przeszkadza, sypie piach w tryby i wsadza kij w szprychy. Trzeba go ostatecznie usunąć i „odzyskać” instytucje czy obszary życia publicznego, nad którymi wciąż panuje. Jednak by to zrobić, trzeba uderzyć w tych, którzy go chronią, dzięki którym mógł się tam okopać i prowadzić swą krecią robotę. A kto chroni „ubekistan”? Ci, którzy próbują widzieć Polskę jako normalne państwo, a politykę nie jako wojnę dobra ze złem, tylko jako wspólne dobro wszystkich Polaków bez względu na ich przekonania i spory, którzy chcą studzić emocje, szukać rozwiązań instytucjonalnych, a nie personalnych, czyniących Polskę lepszą, a nie tylko naszą. Jak silny w PiS i jego zapleczu jest taki sposób myślenia oraz jak podatny na wyrosłą z niego demagogię jego elektorat, pokazał wybuch PiS-owskiej nienawiści wobec prezydenta Dudy po tym, jak zawetował on napisane na kolanie ustawy „reformujące” (a w istocie tylko biorące go na jeszcze krótszą polityczną smycz) wymiar sprawiedliwości”.

Podczas konfliktu jaki miał miejsce między PiS a ośrodkiem prezydenckim – RAZ opowiedział się po stronie tego drugiego. Wyrazem tego był głośny artykuł pod wymownym tytułem „PiS i jego świrowisko”. Owo świrowisko to potężna frakcja Antoniego Macierewicza i koncernu „Gazety Polskiej”. Czytamy na ten temat:

„Nigdy jeszcze nie ujawnił się z taką mocą wewnętrzny spór w PiS, a szerzej – w całym obozie tradycjonalistycznym, pomiędzy tymi, którzy wyznają logikę rewolucji, a tymi, którzy wyznają logikę demokracji. Jednych i drugich połączyła wcześniej świadomość, że Polska nie może pozostawać „państwem teoretycznym”, rządzonym na sposób latynoski przez rodzimy odpowiednik „partii instytucjonalno-rewolucyjnej”, oraz zgoda co do podstawowych zmian. Ale wizja, co robić dalej, jest krańcowo odmienna. Jedni myślą w kategoriach „jaka Polska” – drudzy „czyja Polska”. Pierwsi chcą budowy trwałych instytucji, zdolnych sprawnie funkcjonować także po ewentualnej zmianie władzy. Drudzy nie potrafią myśleć o niczym innym niż o usuwaniu z instytucji „onych” i przejmowaniu ich przez „naszych”, gwarantujących słuszny kierunek i dalsze „reformowanie”.

Partia rządząca ma dwie możliwości. Albo swoje „świrowisko” zmarginalizuje i zepchnie ku postaciom w typie „pastora” Chojeckiego, albo da im się zepchnąć na równię pochyłą wykrywania i demaskowania kolejnych odchyleń, wypaczeń, spisków i zdrad oraz czyszczenia i zwierania szeregów, które w dalszej perspektywie obrzydzą PiS wyborcom i zadecydują o jego upadku. Logika rewolucji nie daje się bowiem pogodzić z logiką demokracji, a paliwa dla rewolucji w Polsce, na szczęście, nie ma”.

Takie stanowisko zdawałoby się sugerować, że RAZ może być uczestnikiem wewnątrzpisowskiego sporu, jaki ujawnił się po wetach Andrzeja Dudy. Wtedy to tygodnik „Do Rzeczy” wyraźnie poparł prezydenta. Widać też wyraźnie, że w ostatnich tekstach zamieszczonych w tym wyborze dominuje jednak krytyka PiS, a filipiki przeciwko opozycji pojawiają się rzadziej niż np. rok temu. Szczególną irytację autora budzi tzw. polityka informacyjna partii rządzącej:

„PiS, który w czasie wyborów miał sprawny sztab PR-owców, przemyślaną strategię wizerunkową i doskonale komunikował się ze zwolennikami w Internecie, zupełnie to wszystko zatracił. Sposób, w jaki wykorzystuje przejęte media państwowe, budzi litość i trwogę, bombastyczne slogany na paskach TVP śmieszą, a po społecznościówkach hula jakieś pospolite ruszenie świrów, agregujących wizję świata a la dr Targalski. W tej sytuacji szukanie przyczyn, dla których wśród młodych rozszerza się moda na bycie anty-PiS, w „astroturfingu” i innych manipulacjach wrogich ośrodków dywersyjnych Sorosa nieodparcie przypomina peerelowskie demaskowanie powiązań opozycji z „rewizjonistami z Bonn” i CIA (…) Inną podstawową sprawą, o której zapominać nie wolno, jest ta, że w swej masie ludzie szukają przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Właśnie fakt, że im to poczucie zaburzał, było przez długie lata przyczyną „niewybieralności” PiS. Dopiero pokazanie nowych liderów i zmiana retoryki odblokowała możliwość wyjścia poza żelazny, „smoleński” elektorat. Od wyborów jednak, jak wielokrotnie na tych łamach zauważaliśmy, PiS obsługuje wyłącznie emocje owego żelaznego elektoratu, zupełnie lekceważąc „normaliów”. Dopóki sprawy szły w dobrą stronę, dopóty rezultaty tej polityki nie rzucały się w oczy. Przy próbie „legislacyjnego blitzkriegu” – musiały”.

Można zgodzić się z większością analiz RAZ-a, syntetycznie przedstawionych choćby w tekście „Nie wystarczy nie kraść”. Odnosi się jednak wrażenie, że jest to krytyka formułowana nadal z pozycji wewnętrznych partii rządzącej. Autor nie kwestionuje bowiem żadnej z kardynalnych zasad ideologicznych i programowych PiS, takich jak polityka zagraniczna (prócz kwestii relacji z Ukrainą), tzw. dekomunizacja (czy szerzej polityki historycznej w o odniesieniu np. do PRL), stosunek do Lecha Wałęsy itp. Autora denerwuje przede wszystkim radykalne skrzydło i tupet koncernu „Gazety Polskiej” (choć sam przez lata był publicystą tego tygodnika), denerwuje go kult smoleński, miesięcznice itp. To dużo – ktoś powie, to może nawet uderzenie w sam kościec ideowy obecnego obozu władzy. Być może to prawda, ale tylko na tym etapie. Ta karta nie jest jeszcze do końca zapisana. Na pewno jednak warto przeczytać i to, co już zostało napisane.

Jan Engelgard
Rafał A. Ziemkiewicz, Sanacja czy demokracja”, Warszawa 2017, ss. 320.
Myśl Polska, nr 3-4 (14-21.01.2018)

[Głosów:7    Średnia:4.3/5]
Facebook

1 thought on “Engelgard (rec.): Ziemkiewicza zmagania z rzeczywistością”

  1. Czytając red. Ziemkiewicza nie widzę sprzeczności. Po prostu nie jest zwolennikiem jakiejś zamkniętej idei, ładnej ale mało popularnej. Stara się odnosić do aktualnej sytuacji w Polsce, krytycznie ją oceniać, a aktorów tej sceny ustawiać według dobra Polski. Nie zawsze wizja taka podoba się na prawicy. Niektórzy wolą całą scenę polityczną III RP wkładać w worek zdrajców, kupionych przez zagraniczne centra (wywiady?) i nie wysilać się w analizie programów, taktyki i osób. To, że ktoś jest nacjonalistą albo monarchistą, nie znaczy, że ma prowadzić dialog tylko i wyłącznie w swoim środowisku. Nie traci swoich poglądów ale wchodzi w dyskurs, w polemikę, ocenia. A i sprzedawczyk sprzedawczykowi nierówny. Jeżeli RAZ cieszy się z przegranej tzw. salonu i ze zwycięstwa PIS, to nie znaczy, że potem efektów ,,dobrej zmiany” nie ma prawa krytykować. Cel – dobro Polski, a taktyka jest elastyczna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *