Galicyjski wkład w pogrzeb PRL

W wyborczym plebiscycie z czerwca 1989 roku każdy głosujący, oprócz karty zawierającej nazwiska kandydatów do Sejmu i Senatu, miał także do dyspozycji listę krajową. Tą drogą trzydziestu pięciu wysokich funkcjonariuszy z instytucji skupionych w PRON miało mieć zagwarantowane miejsca na Wiejskiej.

Siadając do obrad przy Okrągłym Stole ówczesna strona rządowa dysponowała przygotowanymi przez swoich ekspertów propozycjami zmian w ordynacji wyborczej. Większość z nich miała jednak charakter kosmetyczny i jak przyznawali wysocy rangą towarzysze z PZPR – nie przystawała do rzeczywistości i oczekiwań społecznych.

Nie lepiej było po stronie opozycyjno-solidarnościowej, która w sprawach okołowyborczych, była w „głębokim lesie”. Widząc to nieprzygotowanie „drużyny Wałęsy” komuniści złożyli ofertą tzw. niekonfrontacyjnych wyborów. Miała się ona sprowadzać między innymi do wspólnej kartki wyborczej oraz „ekumenicznej” listy krajowej. Rakowski obok Geremka? Barcikowski z Kuroniem? Kania razem z Michnikiem? A na dodatek Frasyniuk pod rękę z Urbanem i Kiszczakiem? Wobec groźby zatarcia różnic między stronami sporu o Polskę, co mogłoby prowadzić do wzrostu popularności sił antysystemowych, obawiająca się takiego scenariusza konstruktywna opozycja odrzuciła „pojednawczą” ofertę PRL-owskich notabli.

Pod obrady trafiła, więc formuła 65:35. Miała ona zagwarantować, że 299 mandatów w Sejmie trafi do obozu władzy. Przy czym 35 mandatów (niespełna 8 proc.) miało zostać rozdysponowanych w ramach tzw. listy krajowej. Najpierw w kuluarach, a następnie przy stoliku ds. refom politycznych ustalono warunki ważności wyboru znajdujących się na niej kandydatów. Miało być to 50 proc. głosów w skali kraju, w pierwszej i jedynej turze głosowania. Bez żadnego planu awaryjnego.

Skąd takie zadufanie i pewność siebie u partyjnych towarzyszy? Miały one swoje podłoże w zamkniętym świecie koterii Komitetu Centralnego oraz jego niższych rangą szczebli i nosiły znamiona tego, co określa się mianem „urzędowego optymizmu”. Były także wynikiem diagnozy społecznej, której podłożem były dostarczane liderom PZPR wyniki sondaży, nadzorowane przez pierwszego socjometrię Polski Ludowej – płk Stanisława Kwiatkowskiego. Przy czym wiarę dawano tylko tym statystycznym danym, które pozwalały oglądać świat w różowych, a precyzyjnie rzecz ujmując, czerwonych okularach.

W dniu 7 kwietnia 1989 roku Sejm PRL IX kadencji przegłosował ordynacje wyborcze. Z listy krajowej startować miało 17 kandydatów związanych z PZPR, 9 z Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego, po 3 ze Stronnictwa Demokratycznego i PAX, 2 z Unii Chrześcijańsko-Społecznej i 1 z Polskiego Związku Katolicko-Społecznego. Od początku kampanii wyborczej stanowisko Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w sprawie listy krajowej było niejasne, cp powodowało zamieszanie w niekomunistycznym elektoracie.

Trzymając się bowiem reguł porozumienia z Magdalenki, zmaterializowanego przy Okrągłym Stole, strona opozycyjna nie chciała narazić się na zarzuty „nieczystej gry”, poprzez nawoływanie do „odstrzelenia” PRL-owskich dygnitarzy. Jednak w przygotowanej „ściągawce wyborczej”, sugerowano skreślanie nazwiska po nazwisku. Argumentowano, że wobec jednorazowego aktu wyborczego względem listy krajowej, jej odrzucenie zmieni proporcje w nowym rozdaniu parlamentarnym, poprawiając zdobycze strony solidarnościowej w Sejmie o 3 pkt. proc.

Głos w rzeczonej sprawie zabrał też Lech Wałęsa, który ku zaskoczeniu wszystkich wezwał do nieskreślania kandydatów z listy krajowej. Zapowiedział, że uczyni to tylko w przypadku jednego nazwiska.

W maju doszło do zatwierdzenia, we własnym gronie, a więc bez większych zgrzytów, „krajówki”. PZPR oddelegowała między innymi Kazimierza Barcikowskiego, wiceprzewodniczącego Rady Państwa, Władysława Bakę, Stanisława Cioska, Józefa Czyrka, Stanisława Kanię, Czesława Kiszczaka i reżysera Jerzego Kawalerowicza. Ponadto z puli „czerwonych” trafił Alfred Miodowicz z OPZZ, ówczesny premier Mieczysław Rakowski, minister obrony z ekipy stanu wojennego Florian Siwicki, czy Dyrektor Państwowego Teatru Żydowskiego w Warszawie Szymon Szurmiej. ZSL reprezentował między innymi szef partii, a zarazem ustępujący Marszałek Sejmu Roman Malinowski oraz profesor Mikołaj Kozakiewicz. W szranki wyborcze stanęli też szef SD Jerzy Jóźwiak, przewodnicący PAX Zenon Komender, szef UCHS Kazimierz Morawski i Jerzy Gwiżdż (PZKS).

Promocja kandydatów z listy krajowej przebiegała, podobnie jak w przypadku koalicyjnych list sejmowych i senackich, wyjątkowo mało sprawnie i efektywnie. Pierwszy i ostatni spin doctor PRL – Stanisław Ciosek, wraz z licznym gronem eksperckim, nie stanęli na wysokości zadania. Zresztą nie mieli łatwego zadania. Pomimo przewagi finansowej i dominacji w mediach w maju, czy czerwcu 1989 roku, trudno było oczekiwać entuzjazmu dla starych, zgranych PRL-owskich kart.

Ten „towar” z listy krajowej okazał się nieświeży, co potwierdzili wyborcy w pierwszej turze głosowania. Lekturze oficjalnych wyników w partyjnych gabinetach PZPR, ZSL, czy SD musiał towarzyszyć wyjątkowo „wisielczy” nastrój. Tylko 3 z 264 kandydatów koalicji uzyskało mandaty w pierwszym podejściu. Niemal całą wolną pulę do Sejmu i Senatu wzięli kandydaci KO „S”. Na domiar złego szczególnie interesująca nas lista krajowa, z wyjątkiem dwóch szczęśliwców, przepadła.

Adam Zieliński, PZPR-owski prezes NSA prześliznął się przez próg uzyskując nieco mniej niż 51 proc. głosów, podobnie jak profesor Mikołaj Kozakiewicz z ZSL. Najbardziej polegli komuniści: Barcikowski, Czyrek, Kania i Ciosek (od 39 do 42 proc. głosów). Niewiele lepiej wypadł Miodowicz, Siwicki i Kiszczak. W środku stawki znaleźli się zwykle kandydaci sojusznicy z innych niż PZPR ogniw wchodzących w skład PRON-u. Jednak w ujęciu regionalnym, zwanym geografią wyborczą, skala akceptacji dla listy krajowej, była zróżnicowana.

Zdecydowana większość głosujących mieszkańców dawnego zaboru austro-węgierskiego, zwanych potocznie Galonami (od Galicji) głosowała na „nie”. Podobnie uczyniła nieco ponad połowa wyborców z byłego zaboru rosyjskiego (Kongresówki). Zdecydowanie korzystniej „krajówka” wypadła na Górnym Śląsku i na tzw. ziemiach odzyskanych, gdzie skreślenia kandydatów w całości dokonał tylko co czwarty głosujący. Największy odsetek głosujących „bez skreśleń” wystąpił w części dawnego zaboru pruskiego (Wielkopolska i Pomorze), które weszły w skład odrodzonej Polski po 1918 roku.

Prosty rachunek matematyczny wskazuje, że gdyby nie determinacja Galonów do odrzucenia „PRL-owskich kwiatków” z listy krajowej, jej kandydaci prawdopodobnie w komplecie, zasiedliby w ostatnim Sejmie Polski Ludowej. To, że nie oglądaliśmy z mównicy w roli posłów: Rakowskiego, Kanii, Barcikowskiego, czy Kiszczaka, a więc to, co najlepsze do zaproponowania Polakom miała w czerwcu 1989 roku PZPR, zawdzięczamy mieszkańcom Krakowa, Stalowej Woli, Nowego Targu, czy Krosna. Silny antykomunizm mieszkańców dawnej Galicji, wyrażony w kontraktowych wyborach, nie był jednak dziełem przypadku. W okresie międzywojennym tereny te pozostawały bastionem centroprawicowego PSL „Piast”. W czasie II wojny światowej znaczący był antynazistowski opór. Po jej zakończeniu to tu, obok Lubelszczyzny i zachodniego Podlasia, koncentrował się główny opór wobec władzy ludowej. Kontestacja „moskiewskich porządków” do 1989 roku, połączona z dużą religijnością, dały efekt (do dziś) w postaci najwyższego odsetka wyborców odrzucających lewicę w jakiejkolwiek postaci.

Marcin Palade

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *