“IPN stał się ważniejszy od Chrystusa”

To cytat z listu prof. Andrzeja Romanowskiego do redakcji „Tygodnika Powszechnego”, w którym informował o zakończeniu współpracy z tym pismem.  W wydanej właśnie książce, będącej zbiorem publikacji z lat ostatnich, Romanowski dokonuje swojego rozrachunku ze swoim własnym środowiskiem ideowym, czyli z „Tygodnikiem Powszechnym” i Unią Wolności, a szerzej z establishmentem III RP. Jest to rozrachunek gorzki. Ta książka jest głosem protestu, manifestem przeciwko temu, co się w Polsce dzieje.

Autor tej książki wywodzi się ze środowiska, które było odległe od tradycji narodowej, a nawet jej wrogie. Co prawda Andrzej Romanowski miał przez krótki czas związek z Ruchem Młodej Polski (RMP), ale jego macierzyste środowisko to „Tygodnik Powszechny”, a po 1990 roku także ROAD, UD i UW. Dzisiaj jest redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego (pierwszym redaktorem był prof. Władysław Konopczyński). Polityką już się nie zajmuje, odszedł od niej świadomie, tak samo jak pożegnał się z „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest – jakby można powiedzieć – na marginesie głównego nurtu, ale nie jest to do końca ścisłe. Romanowski bowiem nie milczy, pisze artykuły, pamflety i ostre repliki. Jest niczym wyrzut sumienia dla środowiska i nurtu, z którym kiedyś utożsamiał się bez reszty. Zbliżył się do takich wybitnych naukowców i publicystów, jak prof. Andrzej Walicki, prof. Bronisław Łagowski, czy Marcin Król. To jest w tej chwili swego rodzaju szkoła krakowska bis, nawiązująca do tamtej z XIX wieku, do Szujskiego, Bobrzyńskiego, Kalinki, ale i do Dmowskiego. Ci wybitni myśliciele są jawnie lekceważeni przez media, establishment polityczny i przez własne środowisko. Dlaczego? Bo piszą rzeczy niepopularne, bo mówią, że w naszym życiu politycznym i intelektualnym zalęgło się wariactwo, cynizm, brak poszanowania dla historii i zwyczajne prostactwo. Bo piszą, że IPN wcale nie jest instytucją pielęgnującą pamięć narodową, tylko czymś w rodzaju policji pamięci, zajmującą się „fałszowaniem historii” (Łagowski), Instytutem Polowania Narodowego (Romanowski).

Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, bo – paradoksalnie – zgadzam się z autorem w 80 procentach. Ktoś powie – jak to jest możliwe? Ano jest, bo także my, na łamach „Myśli Polskiej”, staramy się od lat nie ulegać nowym modom, nowym wersjom polskiej historii, bo my także mamy na własnym podwórku ten sam problem – pojawianiem się całej masy radykałów, rewolucjonistów ostatniej godziny, stawiających na ławie oskarżonych dawnych działaczy narodowych, sprowadzających dzieje wielkiego obozu Narodowej Demokracji do powojennej partyzantki, kryjącej się pod terminem „żołnierze wyklęci”. Tak oto z Romanowskim łączy nas sprzeciw wobec prostackiej, czarno-białej wizji najnowszych dziejów Polski, sprzeciw wobec prób zakrzyczenia głosu rozsądku. I to jest już bardzo wiele.

Romanowski jest ostry w swoich sądach, bo jego rozczarowanie tym czego dokonała Solidarność po 1990 roku jest wielkie. Nie tylko zresztą Solidarność, ale także jego rodzime środowisko – „Tygodnik Powszechny”. Z pisma umiaru i rozsądku przekształciło się w organ lustracyjny, płynący z głównym nurtem „wariactwa”. Autor pisze: „Bakcyl autodestrukcji jest niewątpliwie wmontowany w nasze państwo. Można rzec nawet: to, co było siłą III RP – antykomunizm i katolicyzm – stało się z czasem jej słabością i przekleństwem. Bo przecież antykomunizm wyrodził się w programy dekomunizacji, dezubekizacji i lustracji  (…) Dziś w enuncjacjach PiS słychać nie tylko dawne szlacheckie pieniactwo. Słychać kalki, czasem wręcz cytaty mowy PRL-owskiej, nawet te w rodzaju „odrąbywania rąk”. I słychać też ton nihilizmu, a wreszcie i ślepy kult władzy, najlepiej silnej. Jakby dopiero teraz, po stuleciach niewoli, uwidocznił się w nas naprawdę stygmat wschodu”.

PiS to radykalna odmiana tej ideologii destrukcji, ale PiS nie mógłby rozwinąć skrzydeł, gdyby nie „pomoc” innych sił, z pozoru bardziej umiarkowanych. I tu Romanowski wskazuje na kardynalne błędy własnego środowiska. IPN to nie był pomysł PiS-u, które w czasie tworzenia ustawy nie liczyło się jeszcze. IPN to dziecko AWS i UW. Autor nie zgadza się z tym, że w okresie prezesury Leona Kieresa było dobrze, dopiero potem stało się źle. Nie, „spirala wariactwa” zaczęła się kręcić już wtedy, bo sama ustawa jest złem samym w sobie, jest sprzeczna z Konstytucją i porządkiem prawnym. „Lustracja” o. Konrada Hejmo, która wstrząsnęła Romanowskim miała miejsce w czasie prezesowania Leona Kieresa, zachwyceni nią byli i „Tygodnik Powszechny”, i abp Józef Życiński. Winny jest także Kościół, który nigdy nie zdobył się na protest, aż doczekał się afery z abp. Stanisławem Wielgusem i innymi duchownymi. Winne są też media, które z lustracji uczyniły krwawe igrzyska, w których ofiara nie ma żadnych szans.

Drugą katastrofą, obok lustracji, jest kreowanie tzw. polityki historycznej, będącej niczym innym tylko prymitywną propagandą w najgorszym stylu. W istocie IPN zajmuje się nie utrwalaniem pamięci narodowej, ale amputowaniem całych wielkich fragmentów naszych dziejów. „Milczy się tu na ogół o tradycji socjalistycznej, zaś tradycję nacjonalistyczną poddaje się takiemu zamuleniu, że gubią się w niej wszystkie sensy. Cóż więc stąd, że myśl Narodowej Demokracji (podobnie jak na przykład myśl konserwatywna) zasługuje na rewaloryzację? Cóż stąd, że tego właśnie dokonywano w III RP? Dziś o rewaloryzacji nie ma jednak mowy – w naszym życiu dominują wyświechtane formułki, odarte ze znaczeń. Dominują też wspomniane niekonkretność i mglistość, umożliwiające rozmaitą interpretację” – pisze autor. Zwracam uwagę czytelników na fragment o Narodowej Demokracji. Zgadzam się z nim całkowicie – dzieje ND ulegają „zamuleniu”, o czym już pisałem. Istota myśli narodowej, jej dziedzictwo jest poddawane drastycznej obróbce, po której zostaje już tylko Brygada    Świętokrzyska NSZ i inne oddziały leśne. Wszystko podporządkowane jest idei totalnego antykomunizmu (w istocie zaś antypeerelizmu).

Romanowski upomina się kilka razy o pamięć o Dmowskim jako polityku wielkiej miary, realiście i  myślicielu politycznym. Przypomina, że to właśnie myśl Dmowskiego była inspiracją dla najbardziej przez niego cenionego polityka związanego z „Tygodnikiem Powszechnym” i ZNAKIEM – Stanisława Stommy. Dlatego oburza się (słusznie), że obecnie przeciwstawia się zasługi „leśnych” takim ludziom jak Stomma, pisząc o nim, że był „pożytecznym idiotą”. Tymczasem: „Znacznie więcej od „leśnych” uczynili dla sprawy niepodległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły w (nielicznych wprawdzie) czasopismach. Pamiętam z dzieciństwa i młodości wielu takich ludzi – to oni kształtowali moje pokolenie, to oni zostawili w Polsce posiew ideowy, który z czasem rozwinął się w Solidarność. Bo czy naprawdę trzeba przypominać, że Solidarność świadomie z walki zbrojnej rezygnowała? Wszak narodziła się ona z inicjatyw legalnych i półlegalnych, z Klubów Inteligencji Katolickiej i z rewizjonistów PZPR… jednak na pewno nie z „podziemia niepodległościowego”, nie z walki zbrojnej! Ale ta PRL-owska „praca organiczna” już IPN-u nie interesuje”.

W tym dziele budowania niepodległości (ducha) zasługi mają nie tylko środowiska wymienione przez autora. W tym fragmencie nie godzę się na takie ograniczanie „zasłużonych”. Autor jest pod wyraźnym wpływem czarnej legendy Bolesława Piaseckiego i PAX-u, nie jest skłonny do bardziej wyważonych ocen. A przecież to także PAX ma ogromne zasługi w tym dziele, o którym pisze. Oba środowiska w okresie po 1945 roku ze sobą rywalizowały, ale tak naprawdę „jechały na tym samym wózku”, co obecnie widać bardziej niż kiedykolwiek. „Tygodnik Powszechny” budował swój image niejako kosztem PAX-u, mówił: „my jesteśmy dobrzy, oni są źli”. Radykałowie, tacy jak Roman Graczyk, autor „demaskatorskiej” książki „SB wobec „Tygodnika Powszechnego”, zepchnęli jednak środowisko Stommy i Kisielewskiego w te same rejony, w których od lat znajduje się PAX i Piasecki. Mam nadzieję na dyskurs w tej sprawie z samym prof. Romanowskim, którego miałem przyjemność i zaszczyt poznać osobiście nie tak dawno.

Wracajmy jednak do IPN-u. W opinii autora jedynym co można zrobić, to rozwiązać tę instytucję, zastąpić ją Instytutem Badania Najnowszej Historii Polski, a dokumenty przekazać do Archiwum Akt Nowych.  I dalej: „Natomiast Biuro Edukacji Publicznej, z którego zawsze płynęła mniejsza (za Kieresa) lub większa (za Kurtyki) manipulacja historią, należy bez wątpienia rozwiązać”. Wreszcie wniosek końcowy: „Pewne jest jedno: IPN musi zniknąć. Instytucja ta będzie nas teraz łudziła kolejnymi książkami i udowadniała, jak bardzo jest potrzebna. Nie, nie jest. Jest nie do utrzymania w państwie demokratycznym. Jest nie do pogodzenia z porządkiem chrześcijańskim. Badanie histrioni najnowszej trzeba zacząć w Polsce od nowa”. Mocno powiedziane.

W tym miejscu nasuwa mi się jedna uwaga. Problem nie tkwi jedynie w fatalnej ustawie i samej instytucji. Te błędy nie narodziły się z niczego – są one wynikiem dominacji w elitach solidarnościowej pewnego typu mentalności, owego „bakcyla autodestrukcji”, jak określił to autor. I to jest główny dzisiaj problem. IPN można nawet zreformować, „poprawić”, pchnąć go na prawidłowe tory. Ale jak walczyć z chorą mentalnością? Z nowym (starym) patriotyzmem naznaczonym irracjonalnością i mistycyzmem. Autor tak go określa: „Na ogół w miejsce różnorodnej tradycji – historycznej, kulturowej, politycznej – weszła już ostatecznie mistyka krwi, męczeństwa i ofiary, symbolika wiecznego powrotu do polskiej Golgoty: Katynia. Ten nasz obecny patriotyzm, ostatecznie już skodyfikowany, krwią opieczętowany, w podziemiach wawelskich złożony – został zaakceptowany choćby w tym tylko sensie, że w tradycji polskiej nie mieści się przesuwanie trumien. Można więc rzec: na takie przeżywanie patriotyzmu zostaliśmy skazani. Ale nie wolno milczeć, gdy widzi się, jak bardzo jest to groźne. I nie tylko dlatego, że jest irracjonalne”.

Książkę prof. Andrzeja Romanowskiego uznać należy za jeden z ważniejszych głosów na temat naszej współczesności, jaka ukazała się w latach ostatnich. Nie ma znaczenia to, że w kilku punktach budzi ona chęć polemiki. To nie ma jednak zasadniczego znaczenia, bo są to w chwili obecnej kwestie jednak drugorzędne. Ważniejsze i bardziej niepokojące jest coś innego – tak ważny głos nie został w ogóle zauważony przez media, przez tzw. ośrodki opiniotwórcze. Jedyna, do tej pory, duża recenzja ukazała się w „Przeglądzie”, a jej autorem był prof. Andrzej Walicki. To świadczy o jednym – świat polityczny i medialny III RP nie jest przygotowany na poważną dyskusję o nas samych.

Jan Engelgard

Andrzej Romanowski, „Wielkość i upadek >Tygodnika Powszechnego< oraz inne szkice”, Universitas, Kraków 2011, ss. 308.

Myśl Polska, nr 7-8 (12-19.02.2012)

Za: http://sol.myslpolska.pl/2012/02/ipn-stal-sie-wazniejszy-od-chrystusa/

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on ““IPN stał się ważniejszy od Chrystusa””

  1. Rozmawiałem z p. red. Stommą na temat po-przełomowej sceny politycznej i odniosłem wrażenie, że został on wpuszczony w maliny przez michnikowszczyznę. Otóż wmówiła mu ona, że rok 89 oznacza powrót do przedwojnia, a więc zaraz wymaszerują korporanci robić getto ławkowe, więc jemu przypada znowu rola “Odrodzenia”. Natomiast abstrahując od niechęci p. Redaktora wobec antysemityzmu i endeckiej nazwy – to ex definitio wygłaszał on stricte endeckie opinie na temat polityki bieżącej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

“IPN stał się ważniejszy od Chrystusa”

W wydanej właśnie książce, będącej zbiorem publikacji z lat ostatnich, Romanowski dokonuje swojego rozrachunku ze swoim własnym środowiskiem ideowym, czyli z „Tygodnikiem Powszechnym” i Unią Wolności, a szerzej z establishmentem III RP. Jest to rozrachunek gorzki. Ta książka jest głosem protestu, manifestem przeciwko temu, co się w Polsce dzieje.

Autor tej książki wywodzi się ze środowiska, które było odległe od tradycji narodowej, a nawet jej wrogie. Co prawda Andrzej Romanowski miał przez krótki czas związek z Ruchem Młodej Polski (RMP), ale jego macierzyste środowisko to „Tygodnik Powszechny”, a po 1990 roku także ROAD, UD i UW. Dzisiaj jest redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego (pierwszym redaktorem był prof. Władysław Konopczyński). Polityką już się nie zajmuje, odszedł od niej świadomie, tak samo jak pożegnał się z „Tygodnikiem Powszechnym”. Jest – jakby można powiedzieć – na marginesie głównego nurtu, ale nie jest to do końca ścisłe. Romanowski bowiem nie milczy, pisze artykuły, pamflety i ostre repliki. Jest niczym wyrzut sumienia dla środowiska i nurtu, z którym kiedyś utożsamiał się bez reszty. Zbliżył się do takich wybitnych naukowców i publicystów, jak prof. Andrzej Walicki, prof. Bronisław Łagowski, czy Marcin Król. To jest w tej chwili swego rodzaju szkoła krakowska bis, nawiązująca do tamtej z XIX wieku, do Szujskiego, Bobrzyńskiego, Kalinki, ale i do Dmowskiego. Ci wybitni myśliciele są jawnie lekceważeni przez media, establishment polityczny i przez własne środowisko. Dlaczego? Bo piszą rzeczy niepopularne, bo mówią, że w naszym życiu politycznym i intelektualnym zalęgło się wariactwo, cynizm, brak poszanowania dla historii i zwyczajne prostactwo. Bo piszą, że IPN wcale nie jest instytucją pielęgnującą pamięć narodową, tylko czymś w rodzaju policji pamięci, zajmującą się „fałszowaniem historii” (Łagowski), Instytutem Polowania Narodowego (Romanowski).

Czytałem tę książkę z wypiekami na twarzy, bo – paradoksalnie – zgadzam się z autorem w 80 procentach. Ktoś powie – jak to jest możliwe? Ano jest, bo także my, na łamach „Myśli Polskiej”, staramy się od lat nie ulegać nowym modom, nowym wersjom polskiej historii, bo my także mamy na własnym podwórku ten sam problem – pojawianiem się całej masy radykałów, rewolucjonistów ostatniej godziny, stawiających na ławie oskarżonych dawnych działaczy narodowych, sprowadzających dzieje wielkiego obozu Narodowej Demokracji do powojennej partyzantki, kryjącej się pod terminem „żołnierze wyklęci”. Tak oto z Romanowskim łączy nas sprzeciw wobec prostackiej, czarno-białej wizji najnowszych dziejów Polski, sprzeciw wobec prób zakrzyczenia głosu rozsądku. I to jest już bardzo wiele.

Romanowski jest ostry w swoich sądach, bo jego rozczarowanie tym czego dokonała Solidarność po 1990 roku jest wielkie. Nie tylko zresztą Solidarność, ale także jego rodzime środowisko – „Tygodnik Powszechny”. Z pisma umiaru i rozsądku przekształciło się w organ lustracyjny, płynący z głównym nurtem „wariactwa”. Autor pisze: „Bakcyl autodestrukcji jest niewątpliwie wmontowany w nasze państwo. Można rzec nawet: to, co było siłą III RP – antykomunizm i katolicyzm – stało się z czasem jej słabością i przekleństwem. Bo przecież antykomunizm wyrodził się w programy dekomunizacji, dezubekizacji i lustracji (…) Dziś w enuncjacjach PiS słychać nie tylko dawne szlacheckie pieniactwo. Słychać kalki, czasem wręcz cytaty mowy PRL-owskiej, nawet te w rodzaju „odrąbywania rąk”. I słychać też ton nihilizmu, a wreszcie i ślepy kult władzy, najlepiej silnej. Jakby dopiero teraz, po stuleciach niewoli, uwidocznił się w nas naprawdę stygmat wschodu”.

PiS to radykalna odmiana tej ideologii destrukcji, ale PiS nie mógłby rozwinąć skrzydeł, gdyby nie „pomoc” innych sił, z pozoru bardziej umiarkowanych. I tu Romanowski wskazuje na kardynalne błędy własnego środowiska. IPN to nie był pomysł PiS-u, które w czasie tworzenia ustawy nie liczyło się jeszcze. IPN to dziecko AWS i UW. Autor nie zgadza się z tym, że w okresie prezesury Leona Kieresa było dobrze, dopiero potem stało się źle. Nie, „spirala wariactwa” zaczęła się kręcić już wtedy, bo sama ustawa jest złem samym w sobie, jest sprzeczna z Konstytucją i porządkiem prawnym. „Lustracja” o. Konrada Hejmo, która wstrząsnęła Romanowskim miała miejsce w czasie prezesowania Leona Kieresa, zachwyceni nią byli i „Tygodnik Powszechny”, i abp Józef Życiński. Winny jest także Kościół, który nigdy nie zdobył się na protest, aż doczekał się afery z abp. Stanisławem Wielgusem i innymi duchownymi. Winne są też media, które z lustracji uczyniły krwawe igrzyska, w których ofiara nie ma żadnych szans.

Drugą katastrofą, obok lustracji, jest kreowanie tzw. polityki historycznej, będącej niczym innym tylko prymitywną propagandą w najgorszym stylu. W istocie IPN zajmuje się nie utrwalaniem pamięci narodowej, ale amputowaniem całych wielkich fragmentów naszych dziejów. „Milczy się tu na ogół o tradycji socjalistycznej, zaś tradycję nacjonalistyczną poddaje się takiemu zamuleniu, że gubią się w niej wszystkie sensy. Cóż więc stąd, że myśl Narodowej Demokracji (podobnie jak na przykład myśl konserwatywna) zasługuje na rewaloryzację? Cóż stąd, że tego właśnie dokonywano w III RP? Dziś o rewaloryzacji nie ma jednak mowy – w naszym życiu dominują wyświechtane formułki, odarte ze znaczeń. Dominują też wspomniane niekonkretność i mglistość, umożliwiające rozmaitą interpretację” – pisze autor. Zwracam uwagę czytelników na fragment o Narodowej Demokracji. Zgadzam się z nim całkowicie – dzieje ND ulegają „zamuleniu”, o czym już pisałem. Istota myśli narodowej, jej dziedzictwo jest poddawane drastycznej obróbce, po której zostaje już tylko Brygada Świętokrzyska NSZ i inne oddziały leśne. Wszystko podporządkowane jest idei totalnego antykomunizmu (w istocie zaś antypeerelizmu).

Romanowski upomina się kilka razy o pamięć o Dmowskim jako polityku wielkiej miary, realiście i myślicielu politycznym. Przypomina, że to właśnie myśl Dmowskiego była inspiracją dla najbardziej przez niego cenionego polityka związanego z „Tygodnikiem Powszechnym” i ZNAKIEM – Stanisława Stommy. Dlatego oburza się (słusznie), że obecnie przeciwstawia się zasługi „leśnych” takim ludziom jak Stomma, pisząc o nim, że był „pożytecznym idiotą”. Tymczasem: „Znacznie więcej od „leśnych” uczynili dla sprawy niepodległości ci, którzy zachowali niepodległego ducha: przekazywali niesfałszowaną historię, tak w domu, jak w PRL-owskiej szkole, wygłaszali odważne kazania w kościele, pisali uczciwe artykuły w (nielicznych wprawdzie) czasopismach. Pamiętam z dzieciństwa i młodości wielu takich ludzi – to oni kształtowali moje pokolenie, to oni zostawili w Polsce posiew ideowy, który z czasem rozwinął się w Solidarność. Bo czy naprawdę trzeba przypominać, że Solidarność świadomie z walki zbrojnej rezygnowała? Wszak narodziła się ona z inicjatyw legalnych i półlegalnych, z Klubów Inteligencji Katolickiej i z rewizjonistów PZPR… jednak na pewno nie z „podziemia niepodległościowego”, nie z walki zbrojnej! Ale ta PRL-owska „praca organiczna” już IPN-u nie interesuje”.

W tym dziele budowania niepodległości (ducha) zasługi mają nie tylko środowiska wymienione przez autora. W tym fragmencie nie godzę się na takie ograniczanie „zasłużonych”. Autor jest pod wyraźnym wpływem czarnej legendy Bolesława Piaseckiego i PAX-u, nie jest skłonny do bardziej wyważonych ocen. A przecież to także PAX ma ogromne zasługi w tym dziele, o którym pisze. Oba środowiska w okresie po 1945 roku ze sobą rywalizowały, ale tak naprawdę „jechały na tym samym wózku”, co obecnie widać bardziej niż kiedykolwiek. „Tygodnik Powszechny” budował swój image niejako kosztem PAX-u, mówił: „my jesteśmy dobrzy, oni są źli”. Radykałowie, tacy jak Roman Graczyk, autor „demaskatorskiej” książki „SB wobec „Tygodnika Powszechnego”, zepchnęli jednak środowisko Stommy i Kisielewskiego w te same rejony, w których od lat znajduje się PAX i Piasecki. Mam nadzieję na dyskurs w tej sprawie z samym prof. Romanowskim, którego miałem przyjemność i zaszczyt poznać osobiście nie tak dawno.

Wracajmy jednak do IPN-u. W opinii autora jedynym co można zrobić, to rozwiązać tę instytucję, zastąpić ją Instytutem Badania Najnowszej Historii Polski, a dokumenty przekazać do Archiwum Akt Nowych. I dalej: „Natomiast Biuro Edukacji Publicznej, z którego zawsze płynęła mniejsza (za Kieresa) lub większa (za Kurtyki) manipulacja historią, należy bez wątpienia rozwiązać”. Wreszcie wniosek końcowy: „Pewne jest jedno: IPN musi zniknąć. Instytucja ta będzie nas teraz łudziła kolejnymi książkami i udowadniała, jak bardzo jest potrzebna. Nie, nie jest. Jest nie do utrzymania w państwie demokratycznym. Jest nie do pogodzenia z porządkiem chrześcijańskim. Badanie histrioni najnowszej trzeba zacząć w Polsce od nowa”. Mocno powiedziane.

W tym miejscu nasuwa mi się jedna uwaga. Problem nie tkwi jedynie w fatalnej ustawie i samej instytucji. Te błędy nie narodziły się z niczego – są one wynikiem dominacji w elitach solidarnościowej pewnego typu mentalności, owego „bakcyla autodestrukcji”, jak określił to autor. I to jest główny dzisiaj problem. IPN można nawet zreformować, „poprawić”, pchnąć go na prawidłowe tory. Ale jak walczyć z chorą mentalnością? Z nowym (starym) patriotyzmem naznaczonym irracjonalnością i mistycyzmem. Autor tak go określa: „Na ogół w miejsce różnorodnej tradycji – historycznej, kulturowej, politycznej – weszła już ostatecznie mistyka krwi, męczeństwa i ofiary, symbolika wiecznego powrotu do polskiej Golgoty: Katynia. Ten nasz obecny patriotyzm, ostatecznie już skodyfikowany, krwią opieczętowany, w podziemiach wawelskich złożony – został zaakceptowany choćby w tym tylko sensie, że w tradycji polskiej nie mieści się przesuwanie trumien. Można więc rzec: na takie przeżywanie patriotyzmu zostaliśmy skazani. Ale nie wolno milczeć, gdy widzi się, jak bardzo jest to groźne. I nie tylko dlatego, że jest irracjonalne”.

Książkę prof. Andrzeja Romanowskiego uznać należy za jeden z ważniejszych głosów na temat naszej współczesności, jaka ukazała się w latach ostatnich. Nie ma znaczenia to, że w kilku punktach budzi ona chęć polemiki. To nie ma jednak zasadniczego znaczenia, bo są to w chwili obecnej kwestie jednak drugorzędne. Ważniejsze i bardziej niepokojące jest coś innego – tak ważny głos nie został w ogóle zauważony przez media, przez tzw. ośrodki opiniotwórcze. Jedyna, do tej pory, duża recenzja ukazała się w „Przeglądzie”, a jej autorem był prof. Andrzej Walicki. To świadczy o jednym – świat polityczny i medialny III RP nie jest przygotowany na poważną dyskusję o nas samych.

Jan Engelgard

Andrzej Romanowski, „Wielkość i upadek >Tygodnika Powszechnego< oraz inne szkice”, Universitas, Kraków 2011, ss. 308.

http://www.myslpolska.pl/

aw

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

0 thoughts on ““IPN stał się ważniejszy od Chrystusa””

  1. A ja w końcu zalecam aby oceniać IPN racjonalnie a nie irracjonalnie. Miałem w rekach wiele prac wydanych przez IPN, jedne był słabsze a jedne były lepsze pod względem warsztatowym, ale podobnie jest z opracowaniami innych wydawnictw, PAN, wydawnictwa uniwersyteckie czy prywatne. W mojej opinii IPN nie jest bez wad, ale z pewnością jest jednym z największych instytucjonalnych sukcesów w naszym kraju po 1989 roku. Mam nadzieję że z czasem będzie to co raz bardziej widoczne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *