Ja nic nie robiłem złego. Opowiadanie

– Ja nic nie robiłem złego. Byłem tylko sekretarzem[1] koła gminnego partii. Tak, to prawda, jak szczeniaki wymalowali płot przed remizą, że to niby „wrona orła nie pokona”[2], to w Komitecie Wojewódzkim[3] podałem nazwiska tego Bolesława i Bogumiła, bo się pytali. Wcale ich nie zamknęli, nawet nie wzywali rodziców do milicji, nie było żadnych prześladowań. To ja się bałem, przecież w 50-tych latach zabijali naszych bez ostrzeżenia. A jak generał wprowadził stan wojenny, to my się mogli wszystkiego spodziewać.

–I co zawsze byłeś tym sekretarzem?

– Tak, ale jeszcze sołtysem. Wybierali mnie stale, bo miałem chody na górze. Ludzie mieli do mnie zaufanie A dzisiaj mówią, że ja jestem przestępcą. Ja nic nie robiłem złego, to te durnie, co walczyli z władzą ludową to dopiero łotry!

– A w gminie ktoś jeszcze należał do partii?

– Tylko naczelnik i dyrektor domu kultury, i jeszcze dyrektor szkoły, i jego żona, co ruskiego uczyła. Ale za to w województwie, to „od groma”. Jak generał wprowadził stan wojenny, to w mieście aż ponad 800 chłopa zgłosiło się do ochrony Komitetu Wojewódzkiego i Komitetu Miejskiego partii[4]. Byliśmy najlepsi w kraju. Niechby spróbowali, to byśmy im pokazali, jak wygląda nasza siła. Szkoda żeśmy tego gówna nie rozpieprzyli do końca. Byłby teraz spokój.

– Często bywałeś w Komitecie Wojewódzkim? Pytali cię wtedy o nastroje?

– Nie pytali, jeździłem tam na szkolenia raz w miesiącu i po przydziały. Ja woziłem ze sobą raporty, a tam pisałem jak, który i kiedy nadawał na władzę. Nie było dużo tych nazwisk. A i tak pokazywałem na te moczymordy, co i tak pożytku z nich żadnego nie było. O na ten przykład, Mirka spod lasu wskazałem jako groźnego, debil jeden wygrażał, że spali mnie z całym obejściem, i że komunistów to on powybija do nogi. Potem musiałem ostrzec przed katechetą, co to ze stolicy przyjechał i zamiast o Bogu, to niby o obowiązkach do ojczyzny gadał, a tak naprawdę uczył do buntu. Moje raporty dawali innym za przykład. Dobrze było, dostałem przydział[5] na traktor, na cement, na pustaki, wygrywałem konkursy wojewódzkie na dobrze prowadzone gospodarstwo.

– Mówisz, że dostawałeś przydziały? Inni zaś czekali w sklepach, w kilkudniowych kolejkach i często bez efektu. Czy ty pierwszy  wybudowałeś się w gminie?

– Wcale nie! Pierwszy postawił sobie dom dyrektor domu kultury. Zresztą bycie w partii opłacało się. Żyło się na west. A i gmina dostała asfaltową drogę, wóz strażacki i ośrodek zdrowia. Wszystko dzięki partii, wszystko dzięki nam. Władza dbała o swoich, my dbaliśmy o władzę i porządek w gminie. Na 1-go Maja flagi czerwone i nasze musiały być rozwieszone proporcjonalnie. Tylko proboszcz się nam wyłamywał. Na 3-go Maja, w święto kościelne, organizowaliśmy przed południem pokazy strażackie, mecze piłki nożnej, festyny z kapelą ludową. Jak ksiądz przeniósł nabożeństwo na 18-tą, to my nasze imprezy na 17-tą. Jak proboszcz znowuż wrócił na przedpołudnie, tak my, zaczynamy wszystko od 8-mej rano i tak w kółko woziliśmy się z „czarnym”. No oczywiście jak święto wypadało w niedzielę, to czadu zawsze dawaliśmy przed południem. Myśmy 3-go Maja traktowali jako poligon walki o ludzi, o ich wolność, bo przecież: „religia to opium dla ludu”. To była cała organizacja; wydzielałem zadania i co do joty rozliczałem każdego. Na rocznicę Rewolucji Październikowej akademie były w szkole, fajne takie, podniosłe. Raz tylko poszło nie tak jak trzeba. Moja córunia już od miesiąca uczyła się na pamięć takiego wiersza, co to w nim stoi: „zwycięstwo, wolność , Lenin”. Pięknie mówiła z pamięci. Jest już dzieciak na scenie, zaczyna: „Już z Aurory wystrzał padł…”, gdy nagle synalek nauczycielki od polskiego rzuca mojej córuni, prosto pod nogi kapciucha. To takie podpalone pudełko zapałek z kawałkami plastiku. Smród, czarny dym, moja córunia w płacz, na sali pisk, szamotanina, otwieranie okien. Chwyciłem rozdygotaną córunię i wyniosłem na boisko, na powietrze. Oczywiście zajście to opisałem jako zamach na moją córkę i faktyczny powód przerwania akademii. Syna polonistki opisałem jako szczególnie niebezpiecznego drania, który z mlekiem matki wyssał zamiłowanie do rozrabiania. Ot, taki chuligański wybryk. Na 22 Lipca zawsze u nas była zabawa gminna z orkiestrą wojskową i beczki z piwem do wygrania w zawodach na przeciąganie liny, na piłowanie drzewa, na ręczne koszenie trawy. Wieszaliśmy wtedy dużo czerwonych flag, no, bo w końcu ruscy nas wyzwolili. 

                                                                          ***

   Bolesław i Bogumił mają już 40 parę lat, są kawalerami. Gospodarzą na swoich ojcowiznach, ziemi V i VI klasy, jeden na 8 ha, drugi na 9,5 ha. Uda się im niekiedy ziemniak, ale przeważnie to bagna i trawa. Z hodowlą mlecznych krów nic nie wyszło. Wymagania urzędników, niby wykonawców dyrektyw unijnych, były zbyt wygórowane. Zresztą dopłaty unijne do hektara ( a faktyczne, dopłaty z pieniędzy nas wszystkich,  z podatków VAT-owskich) są zbyt liche, aby rozwinąć jakąkolwiek działalność. W obejściu ich obu jakieś niedopatrzenie, wiadomo – brak kobiecej ręki. Wszystkie atrakcyjne dziewczęta już dawno uciekły do miasta, gdzie za lichą pensję z byle jakiej pracy lub za socjal malują sobie paznokcie rąk i stóp, byle tylko nie wracać na wieś i nie wyrzucać gnoju widłami brudu i potu. Gdy Bolesława i Bogumiła najdzie chandra, topią swój smutek w butelce bimbru i narzekają na  los, w którym to nawet „wiatr wieje im po oczach”. Jakie zaklęcie negatywnych dni ciąży na Bolesławie i Bogumile? Nieudacznictwo? – Tak twierdzą sąsiedzi i ci, którym  „pieniądze same wpadają do kieszeni”. Opilstwo? Łatwa wymówka dla postronnych, którzy nie mają chęci wysłuchać ich żali.

   Gdy Bolesław i Bogumił zdawali na studia mieli średnią z egzaminów jeden 4,7, drugi 4,5, lecz nie zostali przyjęci „z braku wolnych miejsc”. Próbowali jeszcze przez następne trzy lata i zawsze to samo: „nie przyjęci z braku wolnych miejsc”. Za trzecim razem,  ojciec Bolesława wybrał się do samego rektora, miał ze sobą , co trzeba i… nic. Wrócił przygaszony, nad wyraz smutny. Mówił coś o systemie, o zniewoleniu, o przegranej wojnie i tak jakoś zastygł w niemocy, że już wtedy Bolesław musiał przejąć gospodarkę.

   Wydawało się, że po  przewrocie w 1989 roku wszystko zmieni się na dobre, lecz jak rozdawali ziemie po państwowym gospodarstwie, nic im nie przypadło. Wójtem był wtedy były dyrektor domu kultury. Wytknął Bolesławowi i Bogumiłowi ich rzekomą „niegospodarność, nikłe umaszynowienie gospodarki, brak szerokiego spojrzenia na uprawę ziemi”.

   Wreszcie, gdy zaczęli rozdawać pieniądze niby z Unii, to w Agencji akurat kierownikiem był sekretarz z dawnego Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Bogumił, który dobrze go pamiętał z imprez na 22 Lipca, chyba niepotrzebnie krzyknął do niego per „towarzyszu” i to „wystarczyło”.  Powiedzieli wtedy, że „projekt był źle napisany”. Gdy pewnego razu wysyłali na darmowe szkolenie do farmy we Francji, pojechał zięć dawnego sekretarza gminnego koła partii, jako propaganda polsko-unijnego sukcesu na wsi. 

   Z Mirkiem spod lasu było jeszcze gorzej. Wszystko zaczęło się od tego, kiedy wezwali go do naczelnika gminy. Okazało się, że w księgach podatkowych nie było wpisu za trzy lata wstecz. Fakt ten zmuszał naczelnika do wszczęcia procedur egzekucyjnych. Uruchomił je aż nazbyt skwapliwie, tym bardziej, że dowiedział się o braku potwierdzeń opłat. Mirek zużył je jako podpałkę w piecu.

   Wczesnym rankiem zjawił się u niego komornik z asesorem i dwóch milicjantów. Już zaczęli opisywać stan obejścia, gdy z obory wyskoczył Mirek z widłami  w ręku. Frajda była na całego. Asesor przeskoczył drewniany płot, zahaczył spodniami o sztachetkę i już bez wierzchniego odzienia, rzucał dużymi skokami drogą między zabudowaniami sąsiadów. Komornik pędził przez kartoflisko, a pękaty brzuch jakoś tak śmiesznie drgał w rytm tego pędu, że nawet dzieciaki śmiały się w głos. Najlepsi byli milicjanci. Biegli środkiem drogi jedną ręką trzymając pałkę zaczepioną u swojego boku, drugą czapkę by im nie spadła. Mirek szalał tym czasem po swoim obejściu i wygrażał już teraz na poważnie, że „wybije do nogi”. Po godzinie zjawiła się karetka pogotowia i łazik z czterema milicjantami. W sumie na zagrodę Mirka spod lasu szturm przepuściło dziesięciu mężczyzn. Najgorsi byli ci w białych kitlach z kaftanem bezpieczeństwa w rękach.

   Inwentarz skwapliwie przejęli sąsiedzi. Dom, stodołę i oborę niby zapieczętowali i zostawili na pastwę losu.

   Rozpoznanie u Mirka schizofrenii paranoidalnej o łagodnym przebiegu dało mu przywileje wyjść do parku bez zezwoleń. Wpadał jednak zawsze wtedy, gdy ordynator chcąc uzasadnić potrzebę jego odizolowania, zadawał mu wciąż to samo pytanie: „Czy kamienie rosną?”. Mirek opowiadał twierdząco. „Przecież jak na każdą wiosnę orałem pole, to kamienie wyłaziły spod ziemi, więc chyba rosną!”. Na szczęście stary ordynator poszedł na emeryturę. Nowy natomiast w ciągu jednego dnia wypisał Mirka ze szpitala. Dał nawet adres adwokata, który za 20% wygranego odszkodowania może poprowadzić sprawy w sądzie. Nadto zaopatrzył go w opinię lekarską, z której wynikało, że pacjent był przetrzymywany  8 lat w szpitalu psychiatrycznym z przyczyn innych niż medycznych.

   Mirek wygrał jeden milion złotych, co po odliczeniu kosztów na adwokata i podatki dało mu ponad 700 000 złotych. Lecz czy pieniądze zwróciły mu szczęście domu spod lasu?  Nie odkupił swojej ziemi, sąsiedzi za bardzo się do niej przywiązali. Dom rozkradli ze wszystkiego, rozebrali nawet piec kaflowy, stodołę zburzyli, bo dzieciaki ukrywały się tam na paleniu papierosów i podciąganiu wina, obora zniknęła, a cegły z niej posłużyły miejscowym na przybudówki, garaże i inne bardzo potrzebne obiekty. Kupił więc odłogi gminne, V i VI klasy ziemię, ponad 20 ha. Został sąsiadem Bolesława i Bogumiła.  Wydawałoby się, że sprawiedliwości stało się zadość, lecz niestety wójtem ponownie wybrano dawnego dyrektora domu kultury.

   Schody zaczęły się, gdy Mirek postanowił postawić dom i oborę wysokiej klasy dla 20 krów.  Wójt, starosta, starosta, wójt i tak wciąż w kółko. Zezwolenie, certyfikat, unijna dyrektywa, „no i cóż ja biedny wójt mogę na to począć?”.  Dziewczyna, co kiedyś prowadziła księgi podatkowe, była teraz skarbnikiem gminy – niezwykle ważna osoba, trzymająca wszystko w ręku liczb i faktur. Na widok Mirka szeptała zawsze, że „z nim ostrożnie, bo to wariat”. Nie otrzymał zezwolenia, ciągle jakieś zastrzeżenia formalno-prawne. Wykopał więc ziemiankę, obłożył mchem, obelkował starannie i planował następne posunięcie. Kupił krowy, które za zgodą Bolesława i Bogumiła jakoś poupychał w ich oborach. Ale miał łąki, miał trawę zawsze bujną, zawsze zdrową naturalnie nawożoną. Zazdrościli mu tych łąk niepomiernie. Wszyscy byli zaskoczeni, kiedy poszło po okolicy, że Mirek nie bierze dopłat unijnych (czyli pieniędzy z naszych podatków VAT-owskich). Już teraz mógł zgodnie z prawem zatrzymać urzędników gminno-unijnych przy  bramie. Żeby było jeszcze wyraźniej, postawił koło swojej ziemianki kilkumetrowy maszt, na którym zawiesił polską flagę narodową.

   Katecheta musiał wyprowadzić się z parafii jeszcze w połowie roku szkolnego. Najpierw wyjątkowo szybko proboszcz, który go bronił, dostał przeniesienie. Nowy zaś nie wyobrażał sobie dalszej pracy katechety. Do tego wszystkiego rozeszła się paskudna plotka, że „nauczyciel religii zbyt bardzo interesuje się  chłopcami”, a przecież przygotowywał ich do ministrantury.

   W Warszawie próbował pracy w kilku miejscach, lecz wszędzie po paru miesiącach był usuwany bez podania powodu.

   W „wolnej” Polsce zatrudnił się w zdekomunizowanej codziennej gazecie. Szło mu dobrze. Był poczytny. Jednak, gdy gazeta przeszła w ręce niemieckiej firmy, naczelnym został były lektor z Komitetu Centralnego PZPR. Oczywiście w ramach redukcji etatów, poszukującej oszczędności, stracił pracę bez prawa do zasiłku z tak zwanych „grupowych zwolnień”. Głodował, korzystał z jadłodajni przy kościele Sióstr Wizytek. Przestał o siebie dbać, tak iż w końcu ludzie zaczęli go wymijać łukiem szerokości chodnika, odwracając głowy łagodnego powonienia. Stracił mieszkanie. Socjalnego nie dostał. Zaczął spać na dworcu Centralnym, z którego gorliwi ochroniarze wypędzali go kilka razy w nocy. 

   Nauczycielka języka polskiego została zwolniona w trybie natychmiastowym. Nie było mowy, aby podjęła pracę nawet jako bibliotekarka w szkole. Musiała wyjechać do Warszawy i wszystko zacząć od początku. Przy ogromnej protekcji dostała pracę w przedszkolu zakładowym przy fabryce im. „Rewolucji Październikowej”. Mąż rzucił ją nazbyt skwapliwie. Ponoć znalazł sobie młodszą. Syn otrzymał dozór kuratoryjny i wraz z matką musiał zgłaszać się do sądu rodzinnego raz w tygodniu. Nie wiadomo, czy zabrakło opieki, czy też wpadł w niewłaściwe koleżeństwo, fakt pozostaje faktem – syn nauczycielki wziął udział w napadzie na sklep jubilerski. Sąd był bezlitosny. Pięć lat i pół roku utraty wolności brzmiał wyrok, zresztą zgodny z KPK obowiązującego w latach reżimu generała.

   W poprawczaku przerobili go na człowieka kryminału. Wytatuowany na każdym palcu prawej ręki literami wiedzy grypsowej, pozostawił sobie trwałą pamiątkę okresu dojrzewania. Był szorstki, ordynarny wobec matczynych utyskiwań. Kombinował na bazarze Różyckiego, a że inteligencję miał w genach, wkrótce dorobił się szacunku w światku warszawskich meneli.

   Gdy nastąpił tak zwany przewrót, w 1989 roku, zgłosił się do policji, chciał w niej pracować. Myślał, że to możliwe. Jednak o opinię na jego temat poproszono dawnego sekretarza koła gminnego PZPR, który na ten czas działał w okręgowej komisji weryfikacyjnej NSZZ „Solidarność” i naturalnie przepadł sromotnie, tym bardziej, że jego wyrok, za napad na sklep jubilerski, zatarł się niecały miesiąc wcześniej.


[1] Sekretarz w PZPR, partii rządzącej Polską w latach 1944 – 1989, odpowiadał funkcji przewodniczącego zarządu .

[2] WRON – Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, faktyczne ciało sprawujące władzę w Stanie Wojennym 1981-1984.

[3] Organa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR)  pokrywały się z administracyjnym podziałem Polski.

[4] Był to ewenement na skalę Polski, iż w mieście liczącym niecałe 37000 mieszkańców, do ochrony budynków rządowych (faktycznie partyjnych) zgłosiło się, na ochotnika, ponad 800 mężczyzn. Do dyspozycji mieli pałki i gaz łzawiący, dowódcy -  pistolety z ostrą amunicją.

[5] „Przydział” – w sklepach brakowało towaru, gdyż musieliśmy płacić Rosji haracz przyjaźni. Stąd powstały przydziały na towary jako między innymi nagroda za dobrze pełnioną funkcję w partii i tzw. „służbie społecznej”. Reglamentacja towarów była hierarchizowana, kto im wyżej w partii, czy też w resortach bezpieczeństwa narodowego (UB, MO, ORMO),  tym lepiej mógł się w nie zaopatrzyć.

Zenon Dziedzic

a.me.

[Głosów:0    Średnia:0/5]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *