Jestem Europejczykiem

Wielokrotnie w rozmaitych dyskusjach przypisywano mi poglądy geopolityczne których w rzeczywistości nie żywię, ani nigdy nie żywiłem. Pyta się więc mnie niekiedy, czy jestem nacjonalistą. Lepiej mnie znający, twierdzą czasem, że jestem zwolennikiem eurazjatyzmu. Jeszcze inni uważają, że jestem nihilistą popierającym wszystko co szkodzi ludom zachodnim w myśl zasady „im lepiej, tym gorzej”. Ciągłe wyjaśnienie moich faktycznych poglądów jest męczące i zabiera zbyt dużo czasu, zatem postanowiłem zebrać je w jednym tekście i zaprezentować we względnie kompletnej postaci prywatnego manifestu.

Być może pisanie o sobie zostanie odebrane jako dowód egotyzmu i braku skromności. Być może dla osób postronnych wywód ten nie będzie zbyt interesujący (prywatne przemyślenia osób trzecich są, obiektywnie rzecz biorąc, niezbyt zajmujące). Dla pewnej jednak grupy moich rozmówców będzie zgromadzonym w jednym miejscu zbiorem odpowiedzi na ich pytania i wątpliwości. Pozostali też być może znajdą tu coś interesującego, bo pisząc o sobie, staram się niekiedy jednak wspierać zewnętrznymi wobec mojej osoby konkretnymi faktami.

  1. Nie jestem eurazjatą

Na początek zatem, nie jestem eurazjatą. Eurazja to geopolityczna przestrzeń zajmowana przed 1991 r. przez nieistniejący dziś już Związek Sowiecki, do której to przestrzeni Polska się nie zalicza. Zachodnimi granicami geopolitycznymi Eurazji są Morze Bałtyckie na północy i pasmo Karpat na południu. Granice południowe biegną wzdłuż gór Kaukazu, Elbrusu i Kopet Dag. Granicami południowo-wschodnimi są Hindukusz i Tien Szan, granicami wschodnimi zaś – Góry Wierchojańskie. Jak łatwo zauważyć, Eurazja nie ma naturalnych granic zachodnich na Niżu Europejskim, stąd też odcinek między Bałtykiem i Karpatami był drogą, przez którą ośrodki siły z Europy dokonywały projekcji swoich wpływów na obszar eurazjatycki, eurazjatyckie ośrodki siły zaś – na obszar europejski. W związku z tym, pojawiają się niekiedy, także w Polsce, koncepcje geopolityczne wiążące nasz kraj z Rosją i z Eurazją, wydają się one jednak błędne z kilku powodów.

Po pierwsze, Polska pozostaje dla Rosji wysuniętym, izolowanym i nie dającym się bronić punktem strategicznym, regularnie porzucanym w sytuacji zagrożenia atakiem z zachodu. Widać to było dobrze na przykładzie koncepcji strategicznych rozwijanych przez Rosję carską w stosunku do przyłączonego do niej Królestwa Polskiego. „Kraj Nadwiślański” spisywany był z góry na straty, zarówno w okresie wzrostu napięcia podczas wojny krymskiej, jak i w przededniu pierwszej wojny światowej, gdy Rosjanie najpierw zaniechali rozbudowy w Polsce fortyfikacji, następnie zaś w ogóle zaczęli je systematycznie niszczyć, bojąc się by nie wpadły w ręce wroga.

Również w okresie Zimnej Wojny w Waszyngtonie i Moskwie rozwinięto doktrynę tzw. „elastycznego reagowania”, która dopuszczała toczenie przez protagonistów „ograniczonej wojny nuklearnej” na terenie Europy – pomiędzy Atlantykiem a Bugiem. Limitowane uderzenia atomowe na terenie państw zwasalizowanych przez obydwa supermocarstwa miały zmniejszyć ryzyko wybuchu wojny totalnej i ograniczyć ich własne straty wojenne. W przypadku Kremla oznaczało to zatem, oczywiste skądinąd, traktowanie jego środkowoeuropejskich sojuszników jako podmiotów drugiej kategorii, położonych w innej przestrzeni niż sam ZSRS.

Jak pisałem o tym w innym miejscu, po kryzysie ukraińskim, gdy okazało się że Rosja nie jest w stanie być skutecznym gwarantem bezpieczeństwa na obszarze eurazjatyckim, a także nie jest w stanie stać się spoiwem funkcjonalnego regionalnego eurazjatyckiego subsystemu międzynarodowego, zakładanie że Moskwa byłaby zdolna i zainteresowana zagwarantować bezpieczeństwo i warunki rozwoju naszemu państwu, szczególnie w warunkach prawdopodobnej rywalizacji z Zachodem, nieuniknionej w sytuacji powstania geopolitycznej osi rosyjsko-polskiej, jest zupełnie bezpodstawne, a dostosowanie polskiej polityki zagranicznej do takiego założenia, musiałoby przynieść katastrofalne skutki.

Po drugie, Eurazja – wbrew twierdzeniom samych eurazjatów – nie stanowi odrębnego ośrodka cywilizacyjnego. Wrócę do tego wątku jeszcze później, na razie zatem ograniczmy się do stwierdzenia, że rosyjski handel zagraniczny, rosyjska technologia i cywilizacja, rosyjskie inspiracje kulturowe nakierowane są bądź czerpią – w pewnym sensie na nieszczęście Rosji – z Europy. Dalekowschodni kierunek zagranicznej polityki ekonomicznej Rosji (stosunki z Chinami, Japonią, Republiką Korei) odgrywa rolę drugorzędną, zajmując około 20% obrotów zagranicznych Moskwy. Prognozowana czasem reorientacja Rosji z Zachodu ku Azji jest zatem mało prawdopodobna, wymagałaby bowiem zupełnej przebudowy struktury gospodarczej i tożsamości tego kraju.

Bardziej prawdopodobna (a w świetle najnowszych wydarzeń na Ukrainie – być może też celowa) jest tego rodzaju reorientacja państw środkowoazjatyckich i pacyficznych prowincji samej Rosji, Moskwa jednak związana będzie w przewidywalnej przyszłości priorytetowym charakterem zachodniego wektora swej polityki zagranicznej.

Posiadając dwa-trzy (Moskwa, Sankt Petersburg, Ural – ze straconą właśnie Ukrainą byłyby cztery) własne centra technologiczne i przemysłowe, Eurazja jest cywilizacyjnie i technologicznie zapóźniona w stosunku do otaczających ją krajów Rimlandu. Znaczenie geopolityczne Eurazji, jak zauważył Halford John Mackinder (1867-1941), bierze się z jej osiowego położenia, nie zaś z jej potencjału własnego. Eurazja sama nie jest mocarstwem, lecz jest osią obrotową planetarnej geopolityki, dzięki której panujące nad nią mocarstwo z wewnętrznej strefy brzegowej, dysponujące właściwym tej strefie wysokim potencjałem własnym, staje się potęgą dominującą nad światem.

Nie będąc eurazjatą, jestem jednak przyjacielem Eurazji. Uważam mianowicie, że Eurazja stanowić powinna przestrzeń zintegrowaną geopolitycznie w postaci imperium ze stolicą w Moskwie. Eurazja powinna być mocarstwem odgrywającym aktywną rolę w światowej polityce. Powinna rozwijać swój potencjał, twórczo nawiązując do całej swojej bogatej spuścizny historycznej. Zamieszkujące ją etnosy także winny wszechstronnie się rozwijać we wzajemnej harmonii, nie zaburzając przy tym istniejącej między nimi równowagi. Jako Europejczyk, chciałbym widzieć Eurazję jako przestrzeń tradycji, kultury i twórczości. Jako przestrzeń tożsamości i sprawiedliwości społecznej. Jako przestrzeń, w której duch ludzki przezwyciężając swoje własne „ja”, wznosiłby się ku Bogu.

2. Nie jestem człowiekiem Zachodu

Nie identyfikując się jako eurazjata, nie jestem też człowiekiem Zachodu. W wymiarze geopolitycznym kategoria Zachodu upowszechniła się w XX wieku jako teoretyzacja związków europejskich państw liberalnych (UK, Francji, Belgii, Włoch) ze Stanami Zjednoczonymi w okresie międzywojennym. W latach Zimnej Wojny zaczęto jej używać polemicznie wobec „wschodniego” bloku sowieckiego i utożsamiono ze strefą wpływów Waszyngtonu. W okresie pozimnowojennym „Zachód” zaczął być tożsamy z krajami o ustabilizowanej tożsamości demoliberalnej i objął nie tylko dalekowschodnich (sic!) i austronezyjskich satelitów USA, ale również przesunął się na wschód w Europie, pochłaniając większość krajów środkowej i wschodniej części naszego Kontynentu i zapuszczając macki w pozostałych. Kategoria „Zachodu” współcześnie opisuje zatem świat demoliberalny i identyfikowanie się z Zachodem jest równoznaczne z identyfikowaniem się z demoliberalizmem.

Nie utożsamiam się również z historycznie rozumianym, przednowoczesnym Zachodem łacińskim. Przede wszystkim dlatego, że pojęcie to straciło dziś jakikolwiek materialny desygnat. Określanie się przez odniesienie do niego świadczy o utracie kontaktu ze współczesnością i nostalgicznym epigoństwie.

Średniowieczny Okcydent tożsamy był z obszarem wyłonionego po schizmie 1054 r. zachodniego chrześcijaństwa i kultury łacińskiej, przede wszystkim w środowisku której zachodnie chrześcijaństwo trwało aż do ostatecznego rozkładu tej kultury w warunkach później nowoczesności końca XX wieku. Okcydent rozszerzył się i objął jeszcze w Średniowieczu region Europy Bałtyckiej, dotarł na arktyczne peryferia Europy Atlantyckiej, w epoce nowożytnej zaś objął śródziemnomorskie peryferia południowej Europy (Andaluzja, Algarve, Sycylia) oraz wyspy Atlantyku i Amerykę. Jedność geopolityczną i wyznaniową historycznego Zachodu rozbiła jednak w międzyczasie Reformacja. Kraje, w których zwyciężyły heretyckie wobec rzymskiego nurty chrześcijaństwa, nadal co prawda identyfikowały się i były identyfikowane przez podmioty trzecie jako kraje zachodnie, zniszczony został jednak zachodnio-łaciński uniwersalizm ideowy.

Zwróćmy tymczasem uwagę na bardzo wyraźną różnicę pomiędzy Zachodem w rozumieniu historycznym, a Zachodem w rozumieniu współczesnym: do tego drugiego nie są zaliczane zlatynizowane w znacznej mierze kraje Ameryki Południowej i Środkowej, podczas gdy wyraźnie identyfikowały się one jako kraje romańskiego Zachodu (bardzo silnie np. w Brazylii) i tak były też identyfikowane w swoich dawnych metropoliach kolonialnych.

Historyczny Zachód przestał istnieć wraz ze zniszczeniem kultury łacińskiej i obumarciem rzymskiego chrześcijaństwa w epoce nowoczesnej oraz z analogicznymi procesami zachodzącymi w protestanckich krajach Europy Bałtyckiej (najpóźniej – przypadki Niemiec i Szwecji) i Europy Atlantyckiej (najwcześniej – przypadki Danii, Niderlandów i Wielkiej Brytanii). W epoce nowoczesnej Zachód przedefiniowano jako kraje oświecone i liberalne, które to rozumienie tego terminu obowiązuje do dziś. W tym nowym znaczeniu, szczególnie od czasów wykształcenia się wspólnoty atlantyckiej w czasach Zimnej Wojny, jak wspomniałem wcześniej, nie ma już miejsca dla romańskich krajów Ameryki.

Skoro zatem historyczny Okcydent nie istnieje, nie miałoby sensu, bym się z nim dziś identyfikował. Śmiertelny cios światu średniowiecznej Christianitas zadało podpisanie w 1648 r. w Münster i w Osnabrück traktatów kończących wojnę trzydziestoletnią, a dobiła ją rewolucja francuska z 1789 r. Rozwijająca się od początku XIX w. własną drogą Iberoameryka straciła w międzyczasie swój romański charakter, zaś zwycięstwa wyborcze Evo Moralesa (ur. 1959) w Boliwii (2005) i Ollanty Humala (ur. 1962) w Peru (2011) wydają się początkiem kształtowania nowej, wolnej od syndromu postkolonialnego tożsamości tego kontynentu. Okcydent jest dziś martwy, zatem za utożsamianiem się z nim przemawia równie mało, co za identyfikowaniem się dziś z antycznym Rzymem.

3. Nie jestem łacinnikiem

Podobnie jak „Eurazja”, tak również „Zachód” jest kategorią geopolityczną, nie kulturową. Nie ma i nie było czegoś takiego jak „kultura zachodnia” – Zachód istniał jako słabo zorganizowana (brak jednoczących jego kraje struktur imperialnych) przestrzeń geopolityczna. Wiodącą rolę na jego terenie odgrywała do czasu Reformacji i narodzin nowoczesności kultura łacińska, choć zawsze obecne były w nim też kultury peryferyjne (np. relikty kultur celtyckich na zachodzie, kultura lapońska na północy, kultury koczowników żydowskich i cygańskich itp.).

Kultura łacińska w czasach nowożytnych występowała w trzech różniących się od siebie znacznie odmianach regionalnych. Najważniejszą z nich i zarazem pierwotną wobec dwóch pozostałych była odmiana śródziemnomorska (półwyspy: Apeniński i Iberyjski, Francja, Walonia, południowe i zachodnie kantony Szwajcarii, peryferia w Dalmacji i na wyspach zachodniego Śródziemnomorza).

Najbliższą nam była wyrosła na różnorodnym (słowiańskim, turańskim, bałtyjskim, germańskim) podłożu etnicznym odmiana orientalna (środkowoeuropejska). Zajmowała ona kontynentalne kraje południowej flanki Morza Bałtyckiego (Polska, Litwa, zachodnie peryferia Rusi) i większość krajów Europy Dunajskiej (Austria, Czechy, Słowacja, Węgry, Chorwacja właściwa, Transylwania) – historycznie zatem, środkowoeuropejska odmiana kultury łacińskiej ukształtowała się w granicach monarchii Jagiellonów i Habsburgów.

Ostatnią wreszcie odmianą kultury łacińskiej jest kształtująca do niedawna oblicze krajów znacznej części Ameryki odmiana romano-amerykańska. Każda z wymienionych odmian regionalnych posiadała oczywiście swoje warianty narodowe i krajowe, na przykład narodowym wariantem środkowoeuropejskiej odmiany kultury łacińskiej była kultura polska.

Ważne by w tym miejscu zaznaczyć, że podobnie jak nie istnieje dziś chrześcijański Okcydent jako kategoria geopolityczna, tak nie istnieje też dziś łacińskość jako kategoria kulturowa. Liberalizm zastąpił rzymskie chrześcijaństwo w charakterze siły kształtującej sposób myślenia ludzi i rzeczywistością w której żyjemy jest Zachód rozumiany jako geopolityczny blok państw liberalnych, identyfikujący się poprzez swój liberalizm. Kultura łacińska jest dziś martwa.

Kultury łacińskiej już nie ma, zatem nie da się być dziś jej kontynuatorem, gdyż nie adaptuje się ona do zachodzących w świecie zmian, ani nie rozwija. Jest jedynie wspomnieniem tego, czym była w czasach gdy jeszcze była żywa. Epigoni kultury łacińskiej nie mogą być przez to twórczy, gdyż ich identyfikacja odnosi się do warunków już nieistniejących, a to, co mówią i piszą wobec warunków współczesnych, jest wobec tego bezwartościowe.

Można jednak i należy z kultury łacińskiej czerpać, czyniąc to jednak refleksyjnie i krytycznie. Kultura łacińska w jej środkowoeuropejskiej odmianie stanowi jeden z najważniejszych elementów naszego dziedzictwa historycznego i odpowiednio odczytana, może się stać inspiracją dla przyszłości. Przyszłość ta jednak nie będzie prostą restauracją kultury łacińskiej, gdyż coś takiego jest zarówno niemożliwe, jak i niecelowe. Niemożliwe, gdyż warunki zewnętrzne uległy zbyt głębokim przemianom, by można było ożywić kulturę upadłą w Polsce przed około stu laty. Niecelowe, gdyż kultura ta – szczególnie w swojej polskiej odmianie – niepozbawiona była oczywistych wad i słabości.

4. Nie jestem nacjonalistą

Jako tradycjonalista i przeciwnik modernizmu, nie jestem również nacjonalistą. Uzasadnienie tego stwierdzenia przedstawiałem już w kilku innych tekstach, zatem w tym miejscu powstrzymam się od bardziej rozbudowanej argumentacji. Pozostańmy zatem przy konstatacji, że nacjonalizm jest produktem nowoczesności z jej demokratyzmem i liberalizmem. Nacjonalizm miał nadać nową tożsamość społeczeństwu, którego tradycyjną strukturę stanową rozbiła rewolucja, zaś tradycyjne tożsamości przeorał liberalizm. Nacjonalizm jest zatem antytezą społeczeństwa stanowego.

Albo jest się kontrrewolucjonistą i tradycjonalistą, albo nacjonalistą i zwolennikiem nowoczesności. Osobiście, zawsze swoich korzeni ideowych doszukiwałem się w doktrynie politycznej kontrrewolucji, a tożsamości ideowej – w filozofii politycznej tradycjonalizmu.

Nacjonalizm był nurtem odpowiedzialnym za zniszczenie świata, z którym identyfikowałbym się żyjąc zanim jeszcze został on doszczętnie zniszczony i kiedy można jeszcze było go ratować lub odbudować. Nacjonalizm to część modernistycznego i liberalnego anty-świata zrodzonego rewolucją z 1789 r. Nacjonalizm to porewolucyjna schizma od bytu, nierzeczywistość która nie miała prawa się wydarzyć.

Nie zmienia tej opinii istnienie kontrrewolucyjnych nurtów nacjonalizmu, ani fakt że z czasem ścieżki nacjonalizmu i liberalizmu się rozeszły. Nacjonalizm – trzecia z modernistycznych teorii politycznych, proponował inny niż liberalizm i komunizm wariant nowoczesności. Ścieżka nacjonalistyczna miała być, odmienną niż dominujący po II wojnie światowej zachodni model liberalny, drogą społecznej modernizacji, tak więc przejścia od społeczeństwa tradycyjnego do społeczeństwa nowoczesnego.

Taką modernizującą rolę nacjonalizm odgrywał w krajach „trzeciego świata”, niekiedy pozwalając zamieszkującym je ludom zachować elementy ich tradycyjnej tożsamości i blokując rozprzestrzenianie się wśród nich liberalizmu i marksizmu– w tym tkwiła podstawowa wartość nacjonalizmu. Wciąż jednak nacjonalizm pozostawał ruchem społecznej modernizacji, postulującym porzucenie tradycyjnych tożsamości i zbudowanie nowej tożsamości nowoczesnej.

Nacjonalizm kontrrewolucyjny, żywy w niektórych krajach europejskich i romano-amerykańskich między połową XIX a połową XX wieku, nie przedstawiał programu integralnie tradycjonalistycznego, lecz integrował w sobie treści nowożytne i nowoczesne, nabierając charakteru ideowo hybrydalnego. Być może miało to swoje uzasadnienie w epoce nowoczesnej, jednak wraz z obecnym rozkładem nowoczesności, możemy szczęśliwie uwolnić się od nowoczesnych obciążeń ideowych i oczyścić tradycjonalizm z modernistycznej rdzy nacjonalizmu.

5. Europa jako wola i przedstawienie

Europa o której piszę i z którą się identyfikuję nie wyłoni się z restauracji ładu przednowoczesnego. Nie mogłoby tak być, gdyż Europa jako kategoria czy to kulturowa, czy geopolityczna nie istniała nigdy w historii. Europa była pojęciem geograficznym. Na jej obszarze istniały kultury i żyły ludy romańskie, słowiańskie, bałtyjskie, turańskie, żydowskie, germańskie, które nie tworzyły jednej całości ani na płaszczyźnie geopolityki, ani świadomości.

Kraje bałkańskie znajdowały się we władaniu Imperium Osmańskiego, Skandynawia i Eurazja rozwijały się własnym rytmem, Śródziemnomorze wykształciło nieco inne tradycje niż Atlantyk etc. W Europie istniały organizmy polityczne muzułmańskie, chrześcijańskie zachodnie, chrześcijańskie wschodnie, protestanckie, do czasu również pogańskie, a w epoce nowoczesnej – także ufundowane na nowoczesnych ideologiach. Te wszystkie światy były od siebie nawzajem odrębne i nie mają wspólnej przeszłości.

Europa nie ma wspólnej przeszłości, musi jednak mieć wspólną przyszłość, jeśli zamieszkujące ją ludy mają mieć przed sobą jakąkolwiek przyszłość. Europa nie jest tym, co było, ale tym, co trzeba dopiero stworzyć. Europa jest wyzwaniem, które rzuca nam przyszłość. Jej gmach trzeba dopiero wznieść – czerpiąc z historii i kultur ludów europejskich, nie odtwarzając ich jednak w formach znanych z przeszłości. Europa ma być nową i lepszą niż dotychczasowe formą życia ludów naszego Kontynentu. Ma przezwyciężać dawne słabości i unikać dotychczasowych błędów popełnionych przez Europejczyków. Europa ma się narodzić na nowo, a nie reanimować trupy swojej przeszłości. Europa jest projektem przyszłości, urzeczywistnienie tej przyszłości wymaga zaś przezwyciężenia obciążeń przeszłości. Projekt europejski nie wymaga odrzucenia przeszłości, ale jej przezwyciężenia.

Znaczy to, że z przeszłości powinniśmy czerpać, nie powinniśmy jednak być jej niewolnikami. Dziedzictwo średniowiecznego Zachodu, kultury łacińskiej – szczególnie w najbliższej nam jej odmianie łacińskiej, a nawet tradycjonalistyczne i twórcze elementy dające się niekiedy dostrzec w niektórych odmianach nacjonalizmu są spadkiem pozostawionym nam przez historię, z którego czerpać powinniśmy pełnymi garściami. Więcej nawet – musimy z niego czerpać, bo żadnych innych zasilających naszą tożsamość źródeł nie mamy. Naszym obowiązkiem jest jednak również wyjście poza ograniczenia przeszłości, by nie powielać błędów naszych przodków. Europa nie będzie restauracją ani Hiszpanii za panowania Królów Katolickich, ani Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ani Austro-Węgier za panowania Franciszka Józefa.

Przede wszystkim zatem, odrzucić musimy resentymenty narodowe, które w przeszłości wielokrotnie doprowadziły już Europę do katastrofy. Unii Europejskiej, przy wszystkich jej niedostatkach, zawdzięczamy wielkie dobrodziejstwo w postaci spacyfikowania konfliktu francusko-niemieckiego. Traktat Elizejski zawarty przez Paryż i Bonn w 1963 r. to prawdopodobnie najbardziej doniosłe wydarzenie na naszym Kontynencie w ostatnim półwieczu.

Jego znaczenie potrafił docenić tak wybitny i przenikliwy umysł, jak Ernst Jünger. Niemiecki tradycjonalista, który nowoczesność chciał przezwyciężyć poprzez doprowadzenie jej do jej krańcowych postaci i przyspieszyć w ten sposób jej załamanie, jest postacią-symbolem XX-wiecznej Europy. Lata jego życia (1895-1998) przypadają na czas kryzysu nowoczesności i zarazem upadku Europy. Doświadczenie jego życia jest emblematyczne dla doświadczenia pokoleń straconego dla Europy stulecia. Wewnętrzna emigracja Jüngera po upadku Hitlera jest aż nadto oczywistym świadectwem sytuacji, w jakiej zachodnia Europa znalazła się po tragicznym dla siebie amerykańskim podboju w latach 1944-1945 (wspomnienie o którym do dziś, ku urągowisku poległych wówczas bohaterskich obrońców Kontynentu, celebrowane jest przez zachodnich przywódców w dzień rozpoczęcia inwazji na wybrzeża Francji). Za kilkadziesiąt lat mówić więc będziemy o XX wieku jako o wieku Jüngera, tak jak dziś mówimy o wieku XVIII jako o wieku Woltera lub o pierwszej połowie wieku XIX jako o epoce Goethego. Tym większego znaczenia nabiera poparcie Jüngera dla pojednania francusko-niemieckiego. Jünger był tym, który nie zapominając o przeszłości i będąc z niej dumnym, dokonał przezwyciężenia tego, co było w niej obciążeniem. Niemiecki pisarz nie był epigonem przeszłości, ale wyciągał z niej wnioski na przyszłość.

Tego samego rodzaju pojednanie dokonało się, w zasadzie, na mniej pozornie znaczącym – ze względu na relatywnie niewielki potencjał własny Polski – odcinku polsko-niemieckim w 1965 r. Był to jeden z ostatnich przykładów aktywnej polityki Kościoła katolickiego, formującego rzeczywistość wedle wskazań wiary chrześcijańskiej. W przeciwieństwie do Traktatu Elizejskiego, późniejszy o dwa lata apel chrześcijańskich hierarchów z Polski i Niemiec nie miał co prawda wymiaru europejskiego, tylko dwustronny i chrześcijański, bez wątpienia jednak miał znaczenie w otwarciu drogi do budowy „rodzinnej Europy”, która bez tego kroku nie byłaby możliwa. Pomimo bowiem zakorzenionej w Polsce germanofobii, pomimo niemieckich resentymentów wobec Polski, pomimo wreszcie obstrukcji komunistycznych władz w Warszawie i niechęci chadeckiej ekipy w Bonn, list biskupów polskich do biskupów niemieckich z 1965 r. był przełomem w stosunkach obydwu narodów i państw.

Przed nami leży zadanie jeszcze jednego wielkiego pojednania, które położyć może podwaliny pod powstanie Wielkiej Europy. Chodzi mianowicie o wielkie pojednanie europejsko-rosyjskie. Wielka Europa nie powstanie bez współpracy z Rosją, zatem bez zawiązania ścisłych i przyjaznych stosunków niemiecko-rosyjskich i europejsko-erazjatyckich. Ze względu na sięgające tysiąca (a cofając się do Antyku – nawet 1600) lat rozdzielenie europejskiego Zachodu i Wschodu i nagromadzone w tym czasie wzajemne pretensje będzie to zadanie wyjątkowo trudne. Jest jednak konieczne, jeśli Europa ma stać się uprawnionym dziedzicem Cesarstwa Rzymskiego, którego spadkobiercami czują się zarówno Europejczycy z zachodu, jak i ze wschodu Kontynentu. Ani jednak Rosja nie jest „czwartym Rzymem”, ani europejski Zachód nie posiada wyłącznych praw do klasycznego dziedzictwa antycznego. Obydwa te ekskluzywistyczne roszczenia są uzurpacją każdego ze zgłaszających je ośrodków. Powinność nakładana na dziedziców cywilizacji antycznej wymaga powrotu do rzymskiego uniwersalizmu, to jest odrzucenia podziału na europejski Zachód i europejski Wschód.

W tym miejscu, zgodnie z poczynioną wcześniej obietnicą, wróćmy do zagadnienia miejsca Eurazji wobec Europy. Jest to zagadnienie bardziej złożone, niż na początku może się wydawać. Geopolitycznym i historycznym rdzeniem Eurazji jest Rosja. Państwowość rosyjska, choć z czasem przybrała postać imperialną i rozciągnięta została na ludy nieruskie, została zbudowana przede wszystkim na ruskiej podstawie etnicznej. Etnos ruski jest centralnym filarem Rosji, choć wspiera się ona również na dziesiątkach mniejszych filarów pobocznych. Nie wszystkie z tych pomniejszych ludów są ludami europejskimi. Zarazem Ruscy bez wątpienia są jednym z ludów europejskich.

Ruś Kijowska była we wczesnym Średniowieczu typowym dla swojego regionu prowincjonalnym państwem aryjskich barbarzyńców. Ruscy są Słowianami, posługują się jednym z języków indoeuropejskich, zamieszkują ten sam region geopolityczny ukształtowany przez podobne warunki przyrodnicze, jak inne ludy zamieszkujące nad Bałtykiem. Ruś we wczesnym Średniowieczu przyjęła chrześcijaństwo za pośrednictwem będącego kontynuacją antycznego Rzymu imperium bizantyjskiego, skąd też przejęła podstawowe kody kulturowe.

Mamy zatem w przypadku Rosji sytuację, w której będący główną podstawą jej państwowości etnos ruski jest jednym z etnosów europejskich, na jej terenie żyje jednak wiele również stanowiących dla niej oparcie ludów nieeuropejskich. Rosja zatem jednocześnie „jest” i „nie jest” częścią Europy. Rosję łączą też silne związki z państwami posowieckimi, z których niektóre są w pełni europejskie (np. Białoruś, Ukraina, Litwa), inne poczuwają się do europejskości pomimo geograficznej przynależności do Azji (np. Gruzja, Armenia, Kazachstan), jeszcze inne zaś identyfikują się jako azjatyckie, choć zachowują bliskie związki z Rosją (np. Tadżykistan, Azerbejdżan, Kirgizja).

Za pośrednictwem Rosji wpływy europejskie promieniują na azjatyckie i nie w pełni europejskie państwa Azji. Poza tym Rosja posiada rozmaite interesy nie dające się wpisać w europejski kontekst polityczny. Rosja i cała przestrzeń eurazjatycka, taka jaką opisałem na początku tekstu, są też zbyt duże, by jako zjednoczony podmiot terytorialno-polityczny znaleźć się w jednym organizmie imperialnym z pozostałymi państwami Europy. Europa i Eurazja są dwoma różnymi przestrzeniami geopolitycznymi. Z drugiej strony, Rosja zachowując swoją specyfikę, nie jest, jak nadmieniłem wcześniej, w pełni samodzielnym biegunem politycznym. Jej specyfika wynika z eurazjatyckiego położenia, nie z odrębności będącego etnicznym kręgosłupem Eurazji etnosu ruskiego. Nie ma żadnej odrębnej cywilizacji eurazjatyckiej, której ośrodkiem byłaby Rosja. Jest kultura europejska obecna w swojej ruskiej odmianie w bardzo specyficznej przestrzeni eurazjatyckiej, gdzie miesza się i nakłada na inne kultury. Specyfiką Eurazji jest jej przestrzeń, nie odmienny paradygmat kulturowy.

Eurazja zatem nie powinna i na dłuższą metę nie może być samodzielnym biegunem geopolitycznym. Wyrwany z europejskiej gleby, etnos ruski musiałby duchowo i fizycznie skarleć i wreszcie obumrzeć, ze spróchniałym ruskim kręgosłupem zaś, Eurazja musiałaby ulec dezintegracji. Przeznaczeniem Eurazji jest więc ścisły związek z Europą, wobec której pozostawać powinna czymś w rodzaju cieszącej się autonomią pogranicznej „marchii”. W dzisiejszych warunkach oznaczać by to musiało geopolityczną oś Paryż-Berlin-Moskwa i konfederację Unii Europejskiej i Unii Eurazjatyckiej, stopniowo zrastających się w coraz ściślejszy związek, przezwyciężając ostatecznie skutki fatalnej decyzji Teodozjusza Wielkiego z 395 r.

Nie da się przecenić w tym procesie roli chrześcijaństwa. W Kościele zachodnim o „dwóch płucach Europy” pisał włączony niedawno w poczet świętych papież Jan Paweł II. Antagonizujące niepotrzebnie wschodnich chrześcijan błędy jego rosyjskiej polityki naprawione zostały przez jego następcę, Benedykta XVI, który dokonał niezbędnych zmian na stanowiskach biskupich i w ten sposób wygładził wzajemne stosunki obydwu Kościołów. Znaczenie pontyfikatu Franciszka będzie polegało najprawdopodobniej na milczącej rezygnacji przez Kościół rzymski z dążenia do narzucenia wschodnim chrześcijanom zwierzchności papieskiej, co najpewniej ukształtuje wzajemne stosunki zachodnich i wschodnich chrześcijan w sposób postulowany przez tych ostatnich: Kościół rzymski stanie się po prostu uczestnikiem szerszej chrześcijańskiej wspólnoty wielu kościołów, spajanej trwaniem przez nie przy ortodoksji, nie zaś formalną podległością jednemu centrum decyzyjnemu. Stan taki nie budzi mojego entuzjazmu, bo uważam że nie pozwala on zrealizować w pełni jedności chrześcijaństwa, jest jednak najpewniej jedynym stanem możliwym w przewidywalnej przyszłości. Rezygnacja przez Franciszka z kolejnych atrybutów monarszych oraz międzyeklezjalny dialog Kościoła rzymskiego z Kościołami wschodnimi z pewnością przybliżać będzie takie rozwiązanie. Na lokalnym gruncie polskim z pewnością krokiem w tym kierunku była wspólna deklaracja abp. Michalika i patriarchy Cyryla z 2012 r.

Pamiętać przy tym trzeba, że choć będzie to sprzyjać europejsko-rosyjskiemu pojednaniu na fundamencie chrześcijaństwa, to celem tych zabiegów nie jest realizacja europejskiej racji stanu. Chrześcijaństwo jest religią uniwersalną i potencjalnie zdolną do przeniknięcia wszystkich kultur oraz zadomowienia się we wszystkich regionach geopolitycznych. Cele chrześcijaństwa mają charakter soteriologiczny i eschatologiczny, nie geopolityczny. Fakt, że chrześcijaństwo w przeszłości najsilniejsza pozycję zdobyło sobie w Europie, nie powinien prowadzić nas na manowce utożsamiania go z europejskością ani z „cywilizacją łacińską”. Nie zmienia to faktu, że chrześcijaństwo ułatwia wielkie europejskie pojednanie, resentymenty, nienawiść i uprzedzenia nie dadzą się bowiem uzasadnić na jego gruncie. Chrześcijański porządek miłości prowadzi nas zatem do wybaczenia, umożliwiając budowę wspólnej przyszłości z tymi, którzy są nam bliscy, przyjaznych stosunków zaś z pozostałymi.

Wielkie pojednanie europejsko-rosyjskie jest wyzwaniem stawianym Europejczykom przez przyszłość. Sprostanie mu wymaga wysiłku woli i świadomości stojącego przed nami celu. Potrzebni będą do tego „ludzie czynu”, o których pisał Oswald Mosley (1896-1980). Europę należy w tym celu uczynić politycznym mitem, o jakich pisał Georges Sorel (1847-1922), a które są podstawą politycznej mobilizacji. Zmobilizowani przez Europę jako mit polityczny przywódcy będą musieli dysponować siłą woli, o czym pisali Julius Evola (1898-1974) czy też Aleister Crowley (1875-1947).

Wszystkiemu temu stoją na przeszkodzie liberalny ekonomizm i technokratyzm, postmodernistyczna depolityzacja i śmierć ideologii zapowiadana już przez Oswalda Spenglera (1880-1936), a zdiagnozowana przez Daniela Bella (1919-2011). Dzisiejsza niewydolność i niedecyzyjność Unii Europejskiej, która bardziej przypomina odbicie Europy w krzywym zwierciadle, niż prawdziwą „europejską Europę”, to przeszkody postawione nam na drodze do Europy przez postmodernizm. Projekt europejski musi być powrotem do polityczności, zatem będzie skierowany przeciwko postmodernizmowi. Imperium Europejskie to projekt skierowany „przeciwko światu ponowoczesnemu”. Jego zadaniem jest nadać na powrót bezkształtnej postmodernistycznej magmie polityczną formę odbijającą świat idei będących „myślami Boga”.

Imperium Europejskie jest też kategorią antagonistyczną wobec nowoczesności, gdyż nie da się pogodzić z będącymi wytworami modernizmu ideologiami: liberalizmem, marksizmem i nacjonalizmem. Szczególnie dobrze widać tę sprzeczność na przykładzie nacjonalizmu: istnieć może albo imperium Europejskie, albo suwerenne politycznie państwa narodowe. Europa wymaga przezwyciężenia państw narodowych, które ją rozrywają. Państwa te nie zanikną całkowicie, ale obumrzeć muszą jako suwerenne jednostki polityczne. W Imperium Europejskim mogą istnieć nadal jako jej podmiotowi członkowie, na pewno jednak nie jako suwerenni uczestnicy stosunków międzynarodowych.

Również jałtański paradygmat nienaruszalnych granic państwowych nie jest wart obrony. Rozpad kilku państw postkomunistycznych w środkowej Europie w latach 90-tych i obecne zakwestionowanie granic Ukrainy skatalizować powinno secesjonistyczne ruchy w Szkocji, Katalonii, Walonii i w innych krajach. Procesom tym należy sprzyjać i je popierać, gdyż nowoczesny i zimnowojenny ład polityczny w Europie jest głęboko niesprawiedliwy i oparty na nacjonalistycznym kłamstwie: dekretuje sztuczne narodowe „wspólnoty wyobrażone”, tłamsi zaś naturalne wspólnoty etniczne i regionalne. Ład westfalsko-jałtański powinien zostać porzucony wraz z pozostałymi miazmatami modernizmu. Ponowoczesność go rozkłada i bardzo dobrze. Z naszego, tradycjonalistycznego punktu widzenia, możemy tylko, jak wspomniany wyżej Ernst Jünger, skakać z radości na ruinach modernistycznej nierzeczywistości „wolnego rynku”, państwa narodowego, rodziny nuklearnej, podmiotowości obywateli, a także ładu westfalskiego i jego jałtańskiej aktualizacji.

Imperium Europejskie jest więc postulatem tradycjonalistycznym. Nie konserwatywnym, gdyż nie postuluje konserwowania czegokolwiek. Nie kontrrewolucyjnym, gdyż rewolucja zwyciężyła nad swoimi przeciwnikami jeszcze w XIX wieku. Nie prawicowym ani lewicowym, gdyż ponowoczesność szczęśliwie dezaktualizuje XX-wieczną dychotomię prawicy-lewicy. Nie tradycyjnym, gdyż ład tradycyjny został zniszczony przez kolejne rewolucje i zastąpiony liberalnym chaosem. Jest postulatem tradycjonalistycznym, gdyż Tradycja wraca w nim jako zobiektywizowana i świadoma samej siebie.

Europa oderwała się od swojej istoty w toku kolejnych rewolucji, którymi były: rozpad ekumeny chrześcijańskiej na część zachodnią i wschodnią; bunt Kościoła na Zachodzie przeciwko Imperium Rzymskiemu; bunt niższego kleru przeciwko papieżowi i biskupom w czasach Reformacji; możliwe dzięki temu upodmiotowienie stanu rycerskiego wobec monarchy, degenerujące większość europejskich monarchii do postaci „ukoronowanych republik”; mieszczańskie rewolucje lat 1789-1848 (określonych przez historyka XIX stulecia Erica Hobsbawna jako „era rewolucji”), których symbolem stała się rewolucja we Francji w 1789 r.

Średniowieczna Christianitas była tezą, modernizm i rewolucja były jej antytezą. Syntezą, w której odzyskana zostanie pierwotna jedność, będzie Imperium Europaeum. Przeznaczeniem Europy, podobnie jak przeznaczeniem człowieka który popełnił grzech pierworodny, jest upadek spowodowany grzechem rewolucji negującej chrystianizm. Jak jednak wiemy z metafizyki gnostyckiej, między innymi z traktatu Pistis Sophia, upadek jest początkiem świadomego wysiłku, dokonując którego, dusza zbliża się na powrót do Boga – tym razem mogąc Go już kontemplować świadomie. Europa także musiała upaść na dno, by tym razem świadomie powrócić do prawdy. Imperium Europejskie będzie tym powrotem, gdyż będzie powrotem Europy do chrześcijaństwa.

Ronald Lasecki

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.