Kiedy ideologia zwycięża nad rzetelnością

Książka Jolanty Mysiakowskiej-Muszyńskiej pt. 'Zabiegi o legalizację Stronnictwa Narodowego w kraju w latach 1945-1947′ [1] traktuje o jednym z najbardziej dramatycznych epizodów w historii ruchu narodowego. W artykule opublikowanym na łamach „Dziejów Najnowszych” (nr 3/2011): „Zabiegi o legalizację Stronnictwa Narodowego w kraju w latach 1945-1947”, będącym autoreferatem pracy doktorskiej, na podstawie której przygotowana została omawiana publikacja, autorka zarysowała cel pracy.

Miało nim być „wypełnienie luki w polskiej historiografii i wprowadzenie do obiegu naukowego nowych faktów i ustaleń badawczych” dotyczących „analizy koncepcji ideowo-politycznych środowiska Komitetu Legalizacyjnego SN” oraz „zagadnienie stosunku emigracyjnego kierownictwa Stronnictwa Narodowego do tej inicjatywy” [2].

Pisano już na ten temat nie raz, ale były to tylko przyczynki, by wymienić artykuły Tomasza Biedronia [3]. Mysiakowska, korzystając z dostępnych po 1989 roku materiałów źródłowych, poszerzyła naszą wiedzę, co jest niewątpliwie mocną stroną tej pracy. Nieznane były do tej pory niektóre akta MBP (potem MSW), znajdujące się obecnie w gestii Instytutu Pamięci Narodowej. Książka przynosi więc sporo nowych faktów, jednak na tym kończą się jej zalety, albowiem prezentowane w niej opinie i oceny są skażone od samego początku ideologicznym nalotem, tak obecnie modnym w pracach młodych historyków.

Jak pisał niedawno prof. Andrzej Romanowski, historycy ci widzą pojedyncze drzewa, ale nie widzą lasu [4]. Tak jest i tym razem – autorka w ogóle nie daje tzw. tła ogólnego, nie ma rozdziałów poświęconych opisowi ówczesnej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej, nie ma porównania stanowiska obozu narodowego z innymi obozami politycznymi, nie ma analizy nastrojów społecznych po klęsce powstania warszawskiego, nie ma analizy stosunku np. PSL i Stronnictwa Pracy do prób wznowienia działalności przez SN, nie ma wreszcie analizy stosunku ZSRR do omawianej kwestii. Gdyby praca Mysiakowskiej ograniczyła się wyłącznie do przedstawienia materiału faktograficznego, można by ją ocenić pozytywnie. Ale gubią ją przesiąknięte nachalnym dydaktyzmem oceny i komentarze. Czasami odnosi się wrażeniem, że pisane przez kogoś innego.

Książka ma więc wszystkie negatywne cechy tzw. szkoły historycznej IPN. W czym to się objawia? Po pierwsze, autorka stosuje specyficzną, zideologizowaną nomenklaturę. Pisze np., że działacze Stronnictwa Narodowego w roku 1945-1946 dążyli do powstania „jawnej opozycji antykomunistycznej” (s. 47). Takiego terminu wówczas nie było i nie to było głównym motywem działań ludzi skupionych w Komitecie Legalizacyjnym SN. Dobrze, że autorka nie użyła terminu „opozycja demokratyczna”, co jest nagminne przy opisywaniu aktywności społecznej i politycznej przed 1989 rokiem.

Z uporem używa także terminu „tzw. Ziemie Odzyskane”, mimo że we wszystkich enuncjacjach szeroko pojętego obozu narodowego nigdy nie używano pogardliwego terminu „tak zwane”. Termin ten jest produktem „polityki historycznej” III RP i ma służyć deprecjonowaniu polityki PRL w odniesieniu do Ziem Zachodnich. Takie myślenie i taka nomenklatura były obce ludziom z SN, także tym, którzy działali na emigracji [5]. Autorka notorycznie używa też określników typu ideologicznego dla opisania rzeczywistości po 1945 roku, często odnosi się wrażenie, jakby tekst nie był pisany przez historyka, którego zadaniem jest opis tego co się działo i próba wyjaśnienia problemu, tylko przez członka konspiracyjnej grupy walczącej z władzami komunistycznymi.

Ale nie to jest jeszcze najgorsze. To co zdumiewa, to całkowicie tendencyjna i nacechowana prezentyzmem interpretacja źródeł. Dla autorki największym problemem było wyjaśnienie całkowitej rozbieżności między postrzeganiem sytuacji Polski po 1945 rokiem pomiędzy politykami z Komitetu Legalizacyjnego (m.in. Władysława Jaworskiego, Stanisława Rymara, Józefa Bilana, Karola Stojanowskiego, Szymona Poradowskiego, czy współdziałającego z nimi Stanisława Kozickiego) a tkwiącym w konspiracji Zarządem Głównym SN i centralą w Londynie. Jak wiadomo Komitet Legalizacyjny stanął na gruncie postanowień konferencji w Jałcie i akceptował politykę Stanisława Mikołajczyka. Jego aktywność przypadła tuż po tym jak powstał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej (TRJN), uznany przez mocarstwa zachodnie za legalny rząd polski. Próba legalizacji SN była w tej sytuacji akceptacją nowej rzeczywistości politycznej, to nie podlega żadnej kwestii. Co więcej, politycy Komitetu zdecydowanie odrzucali politykę negacji i politykę konspiracji, uznając ją za szaleństwo. Wyrazili to jasno zarówno w liście do Bolesława Bieruta, jak i w innych enuncjacjach programowych. W liście do Bieruta pisali:

„Stronnictwo Narodowe wysunęło [jako] pierwsze już w poprzedniej wojnie światowej program granic zachodnich, daleko sięgających poza granice ustalone w Wersalu, a w okresie wojny obecnej, wysunęło żądanie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Natomiast zawsze Stronnictwo Narodowe uważało, że stosunki z sąsiadem wschodnim należy układać na zasadzie pokoju i przyjaźni.

W obecnej, dziejowej dla Polski chwili, kiedy jasnym się staje, że nie tylko Naród Polski – co jest naturalnym jego prawem – dąży do odbudowy i zachowania swej pełnej suwerenności, ale że i wszystkie rządy narodów sprzymierzonych wielką do takiego Państwa Polskiego przywiązują wagę, Stronnictwo Narodowe podaje Panu Prezydentowi i Tymczasowemu Rządowi Jedności Narodowej co następuje: Stronnictwo Narodowe, zgłaszając wniosek o swą legalizację, pragnie w ten sposób przyczynić się do ewolucji stosunków w kierunku sprawiedliwego i pokojowego współżycia wszystkich Polaków, a więc do prawdziwej pacyfikacji kraju i do uniknięcia rozlewu krwi polskiej w bratobójczej walce” [6].

Mimo to autorka uważa, że między takim stanowiskiem a stanowiskiem SN w konspiracji i w Londynie – nie było żadnej różnicy, poza taktyczną. Pisze np., że autorzy taktycznie nie pisali w tych dokumentach o swoim „tradycyjnym antykomunizmie” i o swoje niezgodzie na „zagarnięcie przez Związek Sowiecki Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej” (s. 94). Jest to teza całkowicie pozbawiona podstaw. Autorka co jakiś próbuje sugerować, że te dwie kwestie – „antykomunizm” i „Kresy Wschodnie” – były wręcz fundamentem ideologii obozu narodowego, co wskazuje na to, że nie rozumie istoty tego obozu politycznego. Pisze o tym tak:

„Co charakterystyczne i co warto podkreślić, członkowie Komitetu Legalizacyjnego SN – formułując koncepcje granic powojennej Polski – w żaden sposób nie mogli odnieść się do kwestii zagrabienia przez Związek Sowiecki Kresów Wschodnich II RP. Rzecz jasna z analogicznych powodów, dla których nie wspominali o działaczach narodowych zamordowanych w czasie II wojny światowej przez Sowietów bądź po jej zakończeniu w ubeckich kazamatach. Podobnie jednak jak w przypadku ofiar, tak i tym razem utrata Kresów była dla ruchu narodowego tematem o ogromnym znaczeniu. Świadczy o tym bardzo wiele artykułów opublikowanych na łamach prasy konspiracyjnej, związanej nie tylko ze Stronnictwem Narodowym, ale również innymi strukturami politycznymi i zbrojnymi, reprezentującymi szeroko pojmowany polski ruchu narodowy” (s. 96).

Wybiegając nieco naprzód, atakując publicystykę wydawanego przez grupę Bolesława Piaseckiego tygodnika „Dziś i Jutro”, takie same przemilczenia (nie poruszanie kwestii granicy ryskiej i brak „antykomunizmu”) autorka uznaje za dowód „nienarodowego” charakteru tego środowiska. Pomijam już fakt, że formułowanie takich wniosków i stawianie takich problemów świadczy o tym, że autorka nie rozumie ówczesnych realiów, a punktem odniesienia dla niej są nic nie znaczące, biuletyny radykalnych organizacji podziemnych, przypominające raczej wzniosłe manifesty, a nie prawdziwą publicystykę polityczną.     

Jednocześnie, starając się jakoś wytłumaczyć entuzjastyczne wręcz zaangażowanie się ludzi obozu narodowego w sprawę zagospodarowanie Ziem Zachodnich, pisze:

„Te, jedynie zasygnalizowane w dokumencie z 23 sierpnia 1945 r., koncepcje polityczne wysuwane przez członków Komitetu Legalizacyjnego SN wymagają jednak głębszej i umiejętnej interpretacji pozwalającej umieścić je w szerszej perspektywie myśli politycznej Narodowej Demokracji. Należy bowiem pamiętać, że ich dosłowne odczytanie może prowadzić do błędnego wniosku jakoby po zakończeniu II wojny światowej w myśli politycznej Stronnictwa Narodowego i sprawujących władzę komunistów doszło do zbieżności w formułowanych celach politycznych i koncepcjach kształtu powojennej Polski, np. w kwestii zagospodarowania tzw. Ziem Odzyskanych czy polityce wobec Związku Sowieckiego, często celowo bezkrytycznie interpretowanej przez pryzmat tzw. orientacji „na Rosję” Romana Dmowskiego (którą winniśmy określać mianem orientacji proalianckiej)” (s. 97).

Zaiste talmudyczna to interpretacja. Nie wiem co tu podziwiać, próbę odwrócenia kota ogonem, czy też – jeśli autorka wierzy w to co pisze – brak umiejętności rozumienia tego co się czyta. Zresztą, wystarczało skonfrontować poglądy wyrażane na ten temat przez ludzi skupionych w Komitecie (np. Karola Stojanowskiego), by łatwo dojść do wniosku, że to Ziemie Zachodnie były centralnym punktem ich zainteresowania i że akurat w tej kwestii ich poglądy na kształt terytorialny Polski nie odbiegały od tego co głosiła PPR.

Znamienne jest to, że autorka, opisując różne odłamy obozu narodowego, pominęła całkowitym milczeniem, mimo istnienia solidnej literatury na ten temat, działalność ludzi skupionych w Instytucie Zachodnim z prof. Zygmuntem Wojciechowskim na czele. Ideologia Instytutu  i jego działalność cieszyły się wtedy ogromną popularnością i aprobatą polityków Komitetu Legalizacyjnego SN. Dla nich najważniejsze były właśnie te kwestie, o których pisali w memoriale. Byli na tyle rozsądni, żeby wiedzieć, że negacja postanowień jałtańskich zamyka jakąkolwiek perspektywę pozytywnego działania dla Polski. Obce im były radykalne hasła nieprzejednanych, którzy pisali w różnych pisemkach o walce na śmierć i życie o granicę ryską i o Kresy.

Ale autorka ma problem nie tylko z tą kwestią. Komitet Legalizacyjny SN odrzucał także pomysły tkwienia w konspiracji i czekania na nową wojnę. Sama pisze np. o jednym ze spotkań przedstawicieli Komitetu z reprezentującym konspiracyjny Zarząd Główny SN Leonem Mireckim. Pisze tak:

„Kwestia konieczności trwania w konspiracji stała się również przedmiotem rozmów Leona Mireckiego z przedstawicielami grupy krakowskiej, skupionej wokół Stanisława Rymara. Niestety z dostępnych materiałów archiwalnych nie udało mi się ustalić dokładnej daty spotkania. Możemy jedynie domniemywać, iż miało ono miejsce latem 1945 r. Wówczas to w mieszkaniu Stanisława Kozickiego w Krakowie zebrali się wspomniany już Leon Mirecki, a także Stanisław Rymar, Stanisław i Józef Zielińscy oraz Włodzimierz Bilan. Byli oni zgodni co do konieczności zaniechania dalszej pracy organizacyjnej w konspiracji. W ich przekonaniu „konspiracja może zbałkanizować Polskę, że wynikała z romantyzmu, jest sprzeczna z rozumem politycznym i doktryną endecką, że doprowadza do wyniszczenia ludzi i spowoduje, że cały atak Rządu pójdzie na SN i dotknie przede wszystkim nas – jako ludzi żyjących legalnie i znanych ze swych przekonań”. Odrzucając ten pogląd, Mirecki oświadczył, że „prezydium SN uznaje Komitet Legalizacyjny za rozłam”. Pojawiały się wręcz opinie, iż członkowie Komitetu Legalizacyjnego, a także całe jego zaplecze polityczne, odeszli od zasadniczej strategii politycznej Stronnictwa Narodowego, w związku z tym uważano ich za „odszczepieńców” (s. 79).

Jak w tej sytuacji można twierdzić, że między ośrodkiem konspiracyjnym (londyńskim) a Komitetem nie było praktycznie różnic poza taktyką?! Jak można twierdzić, że w memoriale do Bieruta jego sygnatariusze blefowali, ukrywając swoje prawdziwe poglądy, a praktycznie byli tego samego zdania co Londyn? W takim razie pytanie brzmi – dlaczego podczas spotkań we własnym gronie powtarzali to samo co w memoriale? To jasne – bo alternatywę, jaką podsuwał im Londyn odrzucali jako oderwaną od realiów. A co proponował Londyn? Podczas kolejnych wizyt emisariuszy z Londynu (Konrad Niklewicz i Edward Sojka) zarysowano następującą wizję: żadnych działań legalnych, stać na gruncie niepodległości i nienaruszalności granicy wschodniej, odciąć się od Wojciecha Trąmpczyńskiego z Poznania, wystrzegać się Mikołajczyka, czekać na wybuch wojny, która będzie na pewno. Jak przytacza sama autorka, „komisja legalizacyjna zajęła stanowisko negatywne” wobec tak postawionych postulatów (s. 122).

I trudno się dziwić. Owszem, politycy skupieni w Komitecie Legalizacyjnym SN byli wyznawcami tej samej ideologii co działacze z Londynu i konspiracji, ale w tym konkretnym czasie dokonali całkowicie odmiennej analizy sytuacji Polski i nie ma sensu tego tuszować i zakłamywać. Ta różnica zdań miała także o wiele głębszą przyczynę. Ludzie tzw. starej endecji (Kozicki, Rymar), ale także przedstawiciele „młodych” (Poradowski, Bilan) – wyraźnie kwestionowali dominujący od lat 30. XX wieku zwrot ku romantyzmowi politycznemu, objawiający się w formułowaniu maksymalistycznych programów, w których ideologia miała pierwszeństwo przed polityką realną, wypracowaną przez Romana Dmowskiego na początku wieku. Koniec wojny uzmysławiał im nie tylko nieprzydatność ideologicznego neoromantyzmu, ale i jego szkodliwość. To nie jest żadna ujma i coś wstydliwego. Piszmy o historii, która się wydarzyła, a nie piszmy ideologicznych elaboratów. Próba przeinaczania historii przez autorkę omawianej tutaj pracy i w dodatku wmawianie, że inna interpretacja świadczy o „nieumiejętność analizy źródeł” jest doprawdy groteskowa. Zastanawiam się tylko czy naukowcy, którzy byli recenzentami tej pracy dokładnie ją przeczytali? A jeśli tak – to dlaczego nie dostrzegli niczego niepokojącego?

Ale to nie koniec. Osią przewodnią książki jest udowodnienie złowrogiej działalności Bolesława Piaseckiego i Grupy „Dziś i Jutro”. Autorka za Józefem Światło oskarża Piaseckiego o to, że podczas przesłuchań wydał NKWD i Informacji Wojskowej całą siatkę swojej organizacji, w wyniku czego „wielu aresztowano i zginęło”. Problem w tym, że opisałem to bardzo dokładnie w swojej książce „Wielka gra Bolesława Piaseckiego”, zamieszczając w niej wszystkie znane protokoły przesłuchań. Ustaliłem także, że Piasecki mówił w nich o ludziach, którzy i tak się ukrywali, a których adresów nie znał. Nie było żadnego przypadku aresztowania czy zamordowania w związku z tymi zeznaniami. Jednak autorka nie tylko, że nie odnosi się do tych ustaleń, to w dodatku nie była łaskawa wspomnieć o nich w formie przypisu. A przecież wypadałoby zapytać – konkretnie kogo aresztowano i kogo zamordowano? Zacytowanie jedynie opinii Józefa Światły, bez jej wersyfikacji, jest niczym innym tylko milczącą zgodą z tym, co on mówił, na wersję lansowaną przez jednego z najbardziej odrażających ludzi z ekipy płk. Józefa Goldberga-Różańskiego.

Dalej autorka twierdzi, że w swoje książce jakoby stawiam tezę, że to „działalność stronników Piaseckiego była ziszczeniem planów o podjęciu  jawnej działalności  politycznej po roku 1945 przez struktury błędnie utożsamiane z obozem narodowym” (s. 94). Pomijam już wtręt o „strukturach błędnie utożsamianych z obozem narodowym” (wnoszę, że chodzi o Grupę „Dziś i Jutro”). W książce „Wielka gra Bolesława Piaseckiego” pisałem jedynie o tym, że ogólna ocena sytuacji Polski dokonana przez Piaseckiego w 1945 roku nie odbiegała zbytnio od tego, co myślało wielu ludzi szeroko pojętego obozu narodowego, czego dowodzi choćby działalność i poglądy polityków Komitetu Legalizacyjnego. Postulat zaprzestania konspiracji, pracy pokojowej dla Kraju, priorytet związany z Ziemiami Zachodnimi, odrzucenie złudzeń związanych z nadziejami na wybuch III wojny światowej – to było wspólne w myśleniu wielu ludzi obozu narodowego. Nie przesądzało to o wyborze drogi politycznej, o pomyśle na aktywność. Zresztą w tym czasie nikt do końca nie wiedział, komu się powiedzie, kto do końca ma rację.

Komitet Legalizacyjny SN uważał, że trzeba pójść drogą Stanisława Mikołajczyka i zalegalizować Stronnictwo, co oznaczało zgodę na udział w wyborach. Można nazwać tę orientację mianem jałtańskiej. Taka droga miała poparcie Zachodu, ale tylko w przypadku PSL. Jak pisze sama autorka, Wielka Brytania nie miała zamiaru upominać się o legalizację SN, gdyż uznawała to ugrupowanie za „profaszystowskie”. W tym kontekście, przy braku akceptacji PPR, ale i PSL (tę sprawę trzeba było zbadać, a nie snuć teorie spiskowe związane z Piaseckim) – inicjatywa Komitet nie miała szans na powodzenie. Charakterystyczne jest jednak to, że jego członkowie nadal próbowali zaistnieć politycznie, już nie jako SN. Brali udział w rokowaniach na temat powołania partii pod patronatem Episkopatu, a potem na jesieni 1946 – konsultowali się z Wojciechem Trąmpczyńskim w Poznaniu. W obu tych inicjatywach brała udział Grupa „Dziś i Jutro”.

Dyskusyjna wydaje się być zatem próba przeciwstawienia inicjatywy środowisk krajowych SN  równolegle rozwijającej się grupie skupionej wokół Bolesława Piaseckiego. Czekający na publikację „Dziennik” Jana Dobraczyńskiego, prowadzony od powrotu pisarza do kraju w maju 1945 roku, świadczy jednoznacznie, że w tym okresie oba środowiska pozostawały w kontakcie. Świadczyć o tym może chociażby zapis, którego Dobraczyński dokonał w dniu 25 sierpnia 1945: „Przyszedł ks. Poradowski i mówił o projekcie zarejestrowania Stronnictwa Narodowego. Podobno taką akcję podjął Władek Jaworski”. Nie jedyny to zresztą ślad w „Dzienniku”, będący dowodem na kontakty autora „Najeźdźców” z członkami Komitetu Legalizacyjnego. Wzmianki o spotkaniach podawane są co prawda w sposób dość lakoniczny i skrótowy, co można tłumaczyć względami bezpieczeństwa, świadczą jednak dobitnie o zaufaniu, jakim cieszył się Dobraczyński w środowisku endeckich „legalistów”.    

Tymczasem Mysiakowska, snując teorie spiskowe dotyczące złowrogiej działalności Bolesława Piaseckiego, który chciał wciągnąć do „kolaboracji” ludzi z SN, posuwa się do jawnych kłamstw i przeinaczeń. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest krytyczne odniesienie się do mojej książki „Wielka gra Bolesława Piaseckiego” bez zacytowania jej fragmentu. Pisze tak:

„Przykładem podobnej manipulacji może być chociażby wydana w 2008 r. popularnonaukowa praca Jana Engelgarda pt. „Wielka gra Bolesława Piaseckiego”. Autor powiela kalki stosowane przez propagandę komunistyczną, sugerując jakoby po 1945 r. konspiracyjne Stronnictwo Narodowe, a także żołnierze podziemia niepodległościowego związani z ruchem narodowym brali udział w tzw. walce bratobójczej. Nieumiejętnie interpretując treść memoriału Komitetu Legalizacyjnego SN z sierpnia 1945 r. i wyrywając ją z kontekstu historycznego, Engelgard nie dostrzega, że w sferze ideowej i światopoglądowej poglądy środowiska Komitetu były zbieżne z tymi wyznawanymi przez konspiracyjne SN i jego kierownictwo pozostające na emigracji. Zob. J. Engelgard, Wielka gra Bolesława Piaseckiego, Warszawa 2008, s. 129 i nast.” (s. 94).

O „umiejętnym” odczytaniu źródeł przez Mysiakowską już pisałem. Teraz znowu to powtarza atakując termin „walka bratobójcza”. Problem w tym, że użyli go autorzy memoriału do Bolesława Bieruta, a nie ja (choć nawiasem mówiąc się z nimi zgadzam). Z kim więc Mysiakowska polemizuje? Nie stać jej było na zacytowanie tego, co ja pisałem, więc cytuję inkryminowany fragment z mojej książki:

„Dokument [czyli Memoriał Komitetu do Bolesława Bieruta] był typowy dla „ducha czasu”, autorzy podkreślali i uwypuklali te kwestie, które w realiach roku 1945 nie mogły uchodzić za kontrowersyjne. Położenie akcentu na problem zagospodarowania Ziem Zachodnich i konieczność zapobieżenia wojnie domowej był obecny w prawie każdej publicznej enuncjacji środowisk narodowych w tym czasie. Był wszakże jeden fragment wątpliwy – o tym, że stronnictwo nie prowadzi uczestniczy „w bratobójczej walce”. Problem polegał na tym, że z punktu widzenia czysto formalnego władze konspiracyjnego SN nie tylko nie miały zamiaru się ujawnić, ale szykowały się do walki w razie wybuchu nowej wojny. Co prawda oddziały partyzanckie NSZ, które były najbardziej nieprzejednane, nie były podległe SN, ale i tak powszechnie uznawano je za narodowe, nie dostrzegano niuansów organizacyjnych. Działały za to oddziały Narodowego Zjednoczenia Wojskowego (NZW), podległe strukturze konspiracyjnej SN. Większa część konspiracyjnych władz SN była przeciwna walce zbrojnej, ale nie miała wpływu na to, co się działo w terenie – partyzantka wymknęła się spod kontroli, często decydowały warunki lokalne, część ludzi walczyła, bo nie miała wyjścia, inni robili to z przekonania. Brak koordynacji był bardzo widoczny.

Jak wynika z przeprowadzonych ostatnio badań, Komitet Legalizacyjny miał kontakty z konspiracyjnym kierownictwem SN – pośredniczyli w tym Leon Dziubecki, ks. Władysław Matus i Zygmunt Lachert. Oba ciała chciały skoordynować działania – rozważano nawet dwutorowość funkcjonowania struktur SN – legalną i konspiracyjną. Pojawiły się jednak poważne rozbieżności – politycy skupieni w Komitecie Legalizacyjnym uważali tkwienie w konspiracji za bezsensowne i szkodliwe. Np. Władysław Jaworski, jeden z najpoważniejszych polityków SN w tym czasie, w dokumencie datowanym na 6 września 1945 roku, pisał wyraźnie, że „konspiracja jest szkodliwa zarówno dla Państwa, jak i dla SN”. „Grupa działająca w konspiracji nie ponosi właściwie przed nikim odpowiedzialności za to, co robi. Nie jest kontrolowana przez opinię publiczną, kontrola przez państwo jest bardzo utrudniona i z natury rzeczy nosi charakter represji policyjnych. Grupa taka, nie bojąc się odpowiedzialności, często traci poczucie odpowiedzialności za swe czyny i posunie się coraz dalej, do rzeczy wręcz szkodliwych”. To było stanowisko ostre, ale mieściło się w tradycji „starej endecji”, która zawsze kontestowała postawy „liberum conspiro”.

Jest jasne, że nie spotkało się to z entuzjazmem działaczy tkwiących w konspiracji, którzy mieli w dodatku pełne poparcie Londynu i prezesa Tadeusza Bieleckiego. Próba znalezienia jakiegoś modus vivenedi nie była możliwa z jednego tylko powodu – politycy skupieni w Komitecie Legalizacyjnym uznawali postanowienia konferencji w Jałcie, a władze SN w Londynie i podziemne kierownictwo SN – nie. Londyn stał na gruncie sprzeciwu i stawiał na kolejną wojnę, w kraju taka postawa nie była jednak zbyt popularna. Nawet w strukturach podziemnych byli ludzie, którzy nie wierzyli w rychłą zmianę sytuacji geopolitycznej Polski – tkwili w podziemiu, bo nie wierzyli w dobrą wolę władz” [7].

Jak nazwać takie „zabiegi” w pracy naukowej? Jak nazwać oszukiwanie czytelników? Co to w ogóle ma wspólnego z rzetelnością badacza historii!?

Kończąc już wątek związany z Bolesławem Piaseckim, zacytuję jeszcze jeden „odkrywczy” fragment z książki Mysiakowskiej, świadczący o tym, że pomyliła się jej rola badacza z rolą zaangażowanego propagandzisty podziemia zbrojnego Anno Domini 1945. Komentując fragment jednego memoriałów Piaseckiego, pisanego jeszcze w czasie uwięzienia, w którym wspomniał on, że jego ocenę sytuacji mogą podzielać „starzy narodowcy, towarzysze Romana Dmowskiego”, którzy mogliby włączyć się w działalność legalną – autorka wysuwa taki oto wniosek: „Efektem tego zaprezentowania swych wpływów politycznych była próba uplasowania „starych” działaczy jako potencjalnych kolaborantów reżimu komunistycznego, zrzucając nań odium swej własnej zdrady” (s.197). Używanie słowa „zdrada” wymagałoby doprecyzowania, bo jest to termin raczej z arsenału słownictwa politycznego, a nie naukowego. Rozumiem, że „zdrada” to w tym konkretnym przypadku podjęcie działalności legalnej, bo o tym pisał Piasecki. Dla autorki zaś oznacza to „kolaborację z reżimem komunistycznym”. Pomijam drobiazg, że taki termin jest propagandowym sloganem. W realiach roku 1945, po utworzeniu Tymczasowego Rządu  Jedności Narodowej, trudno tak to określać. Ale gdyby nawet, to „zdrajcami” autorka musiałaby nazwać nie tylko Piaseckiego i Grupę „Dziś i Jutro”, ale także PSL Stanisława Mikołajczyka, Stronnictwo Pracy Karola Popiela, redakcję „Tygodnika Powszechnego” i „Tygodnika Warszawskiego”. Ba, takimi „zdrajcami” byli też politycy z Komitetu Legalizacyjnego SN! Wszystkie te ośrodki „zdradziły” rząd w Londynie i granice wschodnią, wszystkie zaakceptowały postanowienia konferencji w Jałcie. Dlaczego więc autorka tylko działalność Bolesława Piaseckiego określa mianem „zdrady”? Oto jest pytanie.

Tak wygląda „rzetelność” badaczki, uzyskującej stopień doktorski. Zamiast uczciwe podjąć dyskusję, pisze o jakichś „kalkach komunistycznej propagandy”. A ja sądzę, że jej książka, pełna luk, fałszywych kierunków badawczych, żonglowania źródłami zgodnie z góry ustaloną tezą – jest właśnie klasycznym przykładem powielania „propagandowych kalek”, już nie „komunistycznych”, ale „antykomunistycznych”.

Na koniec mam dla autorki małą niespodziankę. Włożyła wiele wysiłku, by znaleźć dyskredytujące Bolesława Piaseckiego enuncjacje ludzi obozu narodowego. Poszukiwania się nie powiodły. Jedynie Adam Doboszyński, jak twierdził konfident UB z celi, wypowiadał się o nim z nienawiścią, co zresztą nie najlepiej o nim świadczy, bo Piasecki i Zygmunt Przetakiewicz robili wszystko, by uratować mu życie. Nawiasem mówiąc jakoś autorce nie przeszkadza, że tenże Doboszyński „sypał” w czasie śledztwa, o czym świadczą ujawnione w tych latach dokumenty (nie formułuję żadnej oceny moralnej w tej sprawie). Ba, to w wyniku jego niefrasobliwości i braku odpowiedzialności aresztowano wielu polityków SN, także z byłego Komitetu Legalizacyjnego. Ale ta informacja wyraźnie „nie pasowała” autorce do konstrukcji całości. Widocznie podwójne standardy w podejściu do materiału źródłowego to obecnie coś naturalnego.

Ale ad rem. W Archiwum Stronnictwa Narodowego na Wychodźstwie, które znajduje się obecnie w Muzeum Niepodległości w Warszawie – znalazłem korespondencję dotyczącą oceny Bolesława Piaseckiego. W liście do prezesa Tadeusza Bieleckiego, wysłanym z Fryburga w dniu 9 maja 1946 roku, Mieczysław Sangowicz, działacz RNR-Falanga, zwraca się z pytaniem: „Ciekawi mnie, jaki jest cel obecnej taktyki Bolesława P. Mimo wielu pozorów nie mogę jednak uwierzyć, żeby działał nieuczciwie. Trudno może sądzić z daleka o tych sprawach, niewątpliwie w Kraju trzeba stosować inne środki działania, czy wybrał dobry?”. Tadeusz Bielecki odpowiedział 14 maja 1946 roku. Jego opinia była bardzo charakterystyczna: „Co do Bolesława P. – trudno mi sądzić człowieka z daleka, nie znając bliżej motywów postępowania. Z taktyką jaką obrał nie godzę się, jest ona według mnie błędna. Wydaje mi się, znając go, że próbuje on grać rolę Konrada Wallenroda. Już za czasów krzyżackich było trudno być Wallenrodem, nie wierzę, aby można było eksperyment ten powtarzać w systemie sowieckim” [8].

Opinia mniej więcej taka sama, jak przy ocenie działań Komitetu Legalizacyjnego, a nawet może łagodniejsza. W tych latach, czego nie rozumie autorka, ludzie wywodzący się z obozu narodowego traktowali siebie z szacunkiem, nawet jeśli nie zgadzali się ze sobą. Rozumiano, że czas jest wyjątkowy i nikt do końca nie ma patentu na mądrość. Przytoczone tutaj listy o tym świadczą. Oskarżenia formułowane przez Mysiakowską pod adresem Piaseckiego to pogłos późniejszych (po 1948 roku) polemik, sporów i zarzutów, których źródła bynajmniej nie miały proweniencji narodowej. Sztuczne ich przenoszenie na lata 1945-1946 jest zabiegiem sprzecznym z zasadami uczciwego badania historii, jest – tak jak i większość ocen zawartych w tej książce – triumfem ideologii nad rzetelnością.

Jan Engelgard

Jest to skrócona wersja recenzji jaka ukazała się w tomie „Archiwum Narodowej Demokracji”, Wyd. Myśl Polska, Warszawa 2013. Książka trafia właśnie do sprzedaży.

Przypisy:

[1]  J. Mysiakowska-Muszyńska, „Zabiegi o legalizację Stronnictwa Narodowego w kraju w latach 1945-1947”, Wyd. NERITON, Warszawa 2011, ss. 324.

[2]  J. Mysiakowska-Muszyńska, „Zabiegi o legalizację Stronnictwa Narodowego w kraju w latach 1945-1947”, „Dzieje Najnowsze”, 2011, nr 3, s. 164.

[3] T. Biedroń, „Próby legalizacji Stronnictwa Narodowego w Polsce w latach 1945-1946”, „Studia Historyczne” 1989, z. 4; K. Sikorski, „Próby legalizacji Stronnictwa Narodowego po drugiej wojnie światowej”, „Studia Historyczne”, 1987, z. 1.

[4] A. Romanowski, „IPN, dziwoląg ponad państwem”, „Gazeta Wyborcza”, http://wyborcza.pl/1,75515,12460822,IPN__dziwolag_ponad_panstwem.html

[5]  Piszę o tym obszernie w referacie „Tygodnik „Myśl Polska” wobec polityki PRL w kwestii Ziem Zachodnich i Północnych w latach 1956-1970”, który został wygłoszony na konferencji w Szczecinie zorganizowanej przez IPN i Uniwersytet Szczeciński (20-21.10.2011). Materiał ten będzie wkrótce opublikowany. 

[6] Pełny tekst [w:] J. Mysiakowska-Muszyńska, „Zabiegi o legalizację…”, aneks nr 2, ss. 265-266.

[7] J. Engelgard, „Wielka gra Bolesława Piaseckiego”, Warszawa 2008, s. 129 i nast.

[8]  Oba listy znajdują się w zbiorze korespondencji Tadeusza Bieleckiego, która jest obecnie opracowywana.

aw

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]
Facebook

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.